Fantasy · 6 min czytania
Za murem cz.I (czyli część czwarta mojej historii)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Lało jak scebra… dwoje elfów uciekało bagnami. Jakieś dwieście metrów za nimi biegło siedmiu rycerzy. Nagle jeden z elfów przewrócił się. Zwijał się z bólu, plama krwi rozchodziła się po wodzie. Jego kompan kucnął przy nim i wlał do ust jakiś eliksir, potem podniósł go i próbował biec. Rycerze ich doganiali. Nagle zobaczyli w oddali konia, obok, którego siedział mężczyzna w słomianym kapeluszu paląc. Spojrzał w ich stronę. Szybko zerwał się z miejsca i podbiegł do elfów. Pomógł im wsiąść na koń i jechać. Sam wyciągnął miecz i czekał aż rycerze podbiegną doń. Kiedy już go okrążyli szybkim cięciem zabił jednego z nich. Potem schylił się przed ostrzem rycerza, który stał zań i wbił mu swe w brzuch. Rycerz padł na kolana a potem w błoto. Potem zrobił piruet powodując, iż przeciwnicy się odsunęli i dźgnął jednego z nich w nogę. Ten rzucił miecz w błoto i chwycił się za krwawiącą nogę. Mężczyzna podniósł jego miecz i zabił go nim. Potem stojąc z dwoma mieczami zaczął wirować i ciął po klatce piersiowej dwóch rycerzy. Po chwili rzucił w jednego z nich jednym ze swoich mieczy a drugiego przebił. Ostatnich dwóch uciekło, jednak jeden z nich nie miał tyle szczęścia, ponieważ mężczyzna rzucił w niego mieczem, który przebił go na wylot. Mężczyzna stał pośrodku wielkiej plamy krwi rozchodzącej się od każdego z zabitych. Nie miał konia. Wyciągnął miecz i poszedł gdzie go nogi poniosą…
***
Elf leżał na gościńcu, obok niego siedział drugi. Ten pierwszy był najwyraźniej chory, i do tego ranny. Trzymał się za brzuch, ręce miał zakrwawione, z ust płynęła mu cienka stróżka krwi a twarz miał białą w cienkie niebieskie żyły. Drugi przygotowywał lekarstwo. Nagle zza zakrętu wyszedł ów mężczyzna, który użyczył im konia. Podszedł do elfów i rzekł w ich języku. - Irnis’aghed’naghedar? – co znaczyło „czy mówił po ludzku” - Klirdisis’isja. – odpowiedział elf. Znaczyło to „ja trochę mówić”. - Co dolega twemu przyjacielowi? - Jeden z rycerzy walnął go ćwiekowaną rękawicą w brzuch. - Trzeba go zabrać do lekarza. Jechałem tym gościńcem, niedaleko jest szpital. - Ty zabrać nas tam? - Tak. Wsiadajcie na koń.
***
Szpital wyglądał obskurnie. Pomazane czymś ściany. Śmierdziało tam moczem i gównem. Koń parskną nieufnie i wierzgnął. Pozabijane dechami okiennice i zniszczone drzwi budziły grozę. Jednak weszli tam. Jedynym lekarzem, jaki się tam znajdował był doktor Botolf Oaksaber. Przyjął ich z chęcią. Mężczyzna poznał imiona ów elfów. Jeden nazywał się Ytr a drugi Eayrt. Mężczyzna nazywał się Inflamir.
Siedzieli już tam dwie godziny…, choć smrodu nie dało się wytrzymać musieli tam siedzieć. Nagle ktoś wszedł do szpitala.…