Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

opowiadania-pl · 20 min czytania

Za siódmą górą

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Dzień pierwszy „ Znowu ich słyszę. Ojciec pijany w sztok a matka wściekła. Nie dziwię jej się zbytnio. W domu się nie przelewa a ten idiota wydaje wszystko na wódkę. Za ścianą drze się mały Przemek, ale nie zwracają na niego uwagi. Nie pójdę do niego. Musiała bym przechodzić przez pokój gdzie są rodzice. Wszyscy są tak głośno, że nie pomagają nawet słuchawki na uszach. Mam chęć krzyknąć, aby się zamknęli, ale oni i tak nie posłuchają. Mam ich dość. Mam dość wszystkiego. Tego drewnianego domu po babci, gdzie, aby korniki chrobocą w deskach. Wiecznych kłótni rodziców, nawet dwuletniego brata. Dzidziuś cholerny. Chodzący ideał, siódme cudo świata. Mamusi oczko w głowie. A ja to, co? Piętnastolatka, którą wszyscy mają w nosie. No nie, nie zawsze. Potrzebna jestem tylko wtedy, gdy coś chcą. Ugotować obiad, sprzątnąć dom czy zająć się tym bachorkiem, bo mama do pracy na zmiany lata a ojciec ma małego głęboko gdzieś. Po co oni w ogóle go spłodzili? Liczyli na pincet plus? Tyle to ledwo na opłaty starcza i gerbery dla gówniarza. Co za życie parszywe. Czy ja nie mogłam urodzić się w zamożnej rodzinie gdzie niczego nie brakuje i nie nosi się ubrań ze szmateksu? Gdzie ma się fajne koleżanki, które nie śmieją się z twojego wyglądu. Gdzie jest ten świat gdzie wszystko jest normalne? Za siódmą górą? Ech… naprawdę mam dość. Dobranoc sekretniczku.”

Dzień drugi Dziewczyna stała przed lustrem i czesała beznadziejne jej zdaniem włosy, koloru palonej kawy. Patrzyły na nią smutne, brązowe oczy. Zaczesała włosy w wysoki kucyk i pociągnęła usta bezbarwną pomadką. Poprawiła zsuwające się z bioder wytarte dżinsy. Zacisnęła mocniej pasek. Jeszcze bluza, plecak i była gotowa do szkoły. Rowerem miała do niej dziesięć minut drogi. Wyprowadziła swojego zielonego Rzęcha, jak go nazywała w myślach, z drewnianej przybudówki. - Dokąd to Ari? - doleciał ją od drzwi głos ojca. Miał na sobie tylko powyciąganą koszulkę i spodenki od piżamy. W dłoni trzymał butelkę z piwem. Spojrzała na niego z obrzydzeniem. - Jak to, dokąd? Do szkoły - odparła wzruszając ramionami. - To matka ci nie mówiła, że dziś nie pójdziesz? Wzięła zmianę za koleżankę. Masz się zająć małym - pociągnął łyka z butelki. - Sam mógłbyś się nim zająć gdybyś nie pił - warknęła na niego odstawiając rower. - Nie wiem czy wiesz, ale ja mam obowiązek chodzenia do szkoły. Ty zaś nie masz żadnych obowiązków. - Nie pyskuj gówniaro, bo ci pasem przysunę. Patrzcie się ją, jaka harda. To ja biorę gówniane fuchy na budowie, żeby na wszystko starczyło, a ty do mnie takim tonem? - Starcza - parsknęła. - Na piwo dla ciebie. Wyminęła go z dala wchodząc do domu. Przemek darł się już oczywiście, bo nie dostał śniadania, a z łóżeczka ze szczebelkami wypadł mu jego pluszowy, gadający miś. Poszła na niego niemal połowa pensji matki, ale oczywiście mały musiał mieć swoją wymarzoną zabawkę pod choinkę. Mogła mi wtedy jakiegoś fajnego ciucha kupić a nie głupotę dla małego - pomyślała teraz sadzając brata w wysokim krzesełku. Była zła. Miała dziś klasówkę z geografii, na którą uczyła się wczoraj jak głupia i kartkówkę z matmy. Znowu będzie musiała wszystko zaliczać. - A dla mnie gdzie śniadanie? - za stołem rozsiadł się ojciec patrząc jak maluch pałaszuje owsiankę. - Sam sobie weź leniu jeden - odpysknęła. - Obie ręce masz zdrowe a ja jestem zajęta. Myła naczynia, które leżały od wczoraj zaschnięte w zlewie, nie zdążyła zareagować, gdy złapał ją za włosy. - Jestem twoim ojcem smarkulo i należy mi się szacunek. A ty mi pyskujesz aż echo leci. - Puść mnie, to boli - jęknęła. Odsunął się od niej, po czym wyszedł z mieszkania trzaskając drzwiami. Roztrzęsiona tym, co zaszło oparła ręce o brzeg zlewozmywaka i kilkakrotnie ciężko wciągnęła powietrze. Ojciec jeszcze nigdy nie podniósł na nią ręki. Do dziś. Jeszcze trochę, pomyślała, Za siódmą górą będzie lepiej. To była jej myśl na przetrwanie do skończenia osiemnastu lat i wyprowadzenia się stąd. Chciała uwolnić się od tego miejsca. Chciała poczuć wolność i normalne życie, choćby miało ją to kosztować dużo wysiłku. Jeszcze nie wiedziała jak to zrobi, ale wiedziała, że musi. Pobyt w tym domu powodował, że się dusiła i pragnęła innego życia. Jedyną ucieczką od rzeczywistości były piesze wędrówki w góry. Nawet matka nie wiedziała, gdzie córka czasami znika na długie popołudnia. Czasami coś tam mówiła, że idzie do kumpeli, co zresztą było kłamstwem. Ariel nie miała koleżanek. Od kiedy pamiętała zawsze była pośmiewiskiem z powodu imienia i tego, że w porównaniu do dziewczyn z klasy widać było po niej, że jest, second-hand. Była typowym popychadłem i szarą myszką, z którą się nikt nie kumpluje.

Dzień trzeci „Kochany sekretniczku. Dziś przeżyłam najgorsze upokorzenie w moim życiu. Dziewczyny z klasy zabrały mi ubranie, gdy byłam pod prysznicem po w - f. I co z tego, że byłam najlepsza? Że perfekcyjnie wykonałam gwiazdę i salto w tył? Tylko trener mnie pochwalił, reszta się ze mnie chichrała. A potem… - na różowe kartki w pamiętniku poleciała pojedyncza łza. - Gdy wyszłam okręcona w ręcznik mojego ubrania nigdzie nie było. Dziewczyny stały pod ścianą i się ze mnie śmiały, gdy szukałam swoich ciuchów. W końcu się znalazły w kabinie prysznica. Były całkowicie mokre i kapała z nich woda, gdy wzięłam je do ręki. Mało się nie popłakałam. „Przynajmniej śmierdzieć od ciebie nie będzie, szmaciaro”- odezwała się ta wredna, piękna Andżelika. Nie poszłam na resztę lekcji. W mokrych ubraniach wróciłam do domu. Dobrze, chociaż, że matki nie było w domu. Poszła z małym na badania kontrolne do przychodni. A potem znowu nie odrobiłam lekcji, bo wróciła, zostawiła marudzącego Przemka i poleciała do roboty. Próbowałam się uczyć, ale gówniarz cały czas chciał, aby się z nim bawić. Nie znoszę smarkacza. Jak skończę tę cholerną podstawówkę przynajmniej na miernych to będzie cud. Ale wtedy żegnaj wymarzona szkoło plastyczna. Aż jestem ciekawa gdzie jest moja przyszła szkoła. Też za siódmą górą?

Dzień czwarty - Alielka. Alielka pituli - usłyszała głos brata wychodząc do szkoły. - Przemuś nie mogę. Spieszę się do szkoły - odparła pospiesznie zakładając kurtkę. - Już i tak za późno wychodzę - rzuciła okiem na zegarek. - Idź do mamy. - Mama spi - odparł na to. Istotnie mama była po nocnym dyżurze w szpitalu gdzie pracowała, jako pielęgniarka i w tej chwili spała snem kamiennym. - Alielka pitul. Spojrzał na nią takim wzrokiem, że się złamała i podeszła do brata. Ech i tak już nie zdąży na pierwszą godzinę. Wzięła małego na ręce. Pachniał mydełkiem bobino i mlekiem. Mimo wszystko lubiła Przemka, gdy jej nie dokuczał. Chwilkę pobawiła się z nim klockami i powiedziała, że gdy mama się obudzi to z pewnością się z nim pobawi. Do szkoły dotarła zziębnięta, bo zapomniała rękawiczek i jechała rowerem pod wiatr. - Patrzcie się, kogo to przywiało - usłyszała wchodząc do sali chemicznej z ust klasowego przystojniaka Damiana. - Ariela, co pod wiatr zapierdziela - zrymował. Koledzy parsknęli śmiechem. - Ciekawe, na czym przyleciała - Andżelika dorzuciła swoje trzy grosze. - Pewnie na miotle odrzutowej. - Coś ty. Na odrzutowej to Harry Potter latał. A ona to pewnie na drapaku swojej babki, czarownicy z Łysej Góry. Dziewczynie zrobiło się głupio i przykro. Ręką przygładziła rozczochrane od wiatru włosy i pospiesznie ruszyła do swojej ławki. Nagle o coś się potknęła i upadła jak długa tłukąc sobie kolano. Klasą wstrząsną śmiech z jej nieporadności. - Jakbym była taką łamagą to bym z domu nie wychodziła - odezwała się blond piękność o imieniu Jagoda, była ona najlepszą kumpelą Andżeliki. - Po coś tu przyszła? Ari udała, że nie słyszy tych wszystkich obelg i usiadła na końcu sali w swojej ławce. Na szczęście przyszedł nauczyciel, co ucięło wszystkie rozmowy. Tego dnia miała pecha. Została spytana z poprzedniej lekcji, z której niewiele pamiętała. Kolejna dwója, pomyślała siadając. Chciało jej się płakać. Potem matematyczka zrobiła niezapowiedzianą kartkówkę. Zaś, gdy wychodziła ze szkoły drogę zastawiła jej trójca święta: Jagoda, Andżelika i Dario jej chłopak. - Zrób nam tę przyjemność i przestań przychodzić do szkoły - odezwała się Andżela. - Psujesz wizerunek naszej klasy. Nie pasujesz do nas. Jesteś taka beznadziejna - skrzywiła się jakby poczuła jakiś smród. - Jesteś nikim - wypluła z siebie Jagoda. - Popatrz na nas i na siebie - położyła rękę na balustradzie schodów zastawiając dziewczynie drogę. - Wyglądasz jak wyciągnięta ze śmietnika a my jak laski z żurnala i lubimy trzymać poziom. Oszczędź, więc ludziom swojego widoku i wynoś się z naszej szkoły. - Szkoła nie jest wasza - odparła Arielka spokojnie. - Na szczęście szkołą zarządza pani dyrektor a nie wy, a nauka jest dostępna dla wszystkich, a nie tylko dla vipów. - Patrzcie się, jaka mądrala - Andżela wzięła się pod boki. - Porozmawiamy inaczej. Albo spierdalasz z tej szkoły albo my się postaramy, aby cię wyrzucono. Czy to dla ciebie jasne syrenko z rynsztoka? - Nic mi nie możecie zrobić - dziewczyna pokręciła głową. - A w ogóle, czego wy ode mnie chcecie? Przecież nic wam nie zrobiłam i w niczym nie przeszkadzam. - Przeszkadza nam to, że jesteś - odparła twardo Andżelika. - Nie powinnaś się była urodzić. Arielkę zatkało. Nie będę się nimi przejmować. Za siódmą górą już ich nie będzie, pomyślała tylko. Ale przykrość pozostała.

Dzień piąty „Sekretniczku, dlaczego to wszystko musi być takie porąbane i beznadziejne? Całe moje życie jest do niczego. Może naprawdę było by lepiej gdybym się nie urodziła? Nie musiałabym teraz znosić tylu upokorzeń. Dziś miałam zajęcia artystyczne.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Za siódmą górą — czytnik · opowiadania