Filozofia · 6 min czytania
ZABAWA
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Ciemną ulicę rozświetlały blado-mleczne oczy latarni, które przyglądały się z niezmąconym spokojem wietrznym przechodniom i zamyślonym, betonowym chodnikom. Od czasu do czasu ciszę usytuowaną w samym sercu nocy rozdzierał pisk hamulców automobili lub natrętny skrzek jakiegoś zapchlonego kundla, który włóczył się niczym jeden z bezdomnych, żebrzących o pozory zrozumienia. Całe miasto było uśpione. Dzieci już dawno ułożyły się w swoich kolorowych łóżeczkach, utulone przez matczyne pieszczoty śniły sen tak miły jak ciepła poduszka, na której spały. Ojcowie, handlarze i robotnicy pogasili w domach oleiste świece, ratując swe zmęczone ciała i umysły w ramionach poczciwych żon i kochanek. Ludzie uprawiali swe zdrady pod płaszczykiem nocy i tajemniczości, wydłubując zza paznokci grudki ziemistego brudu własnych namiętności. W świetle papierosa ktoś szeptał przyjacielowi o swoich strapieniach. Nic nie było bardziej kwadratowo prostokątne niż robotnicze molochy o ceglanych obliczach, dumnie strzegących mglistych obrzeży M. Dwóch mężczyzn w wysokich cylindrach i wełnianych płaszczach przemierzało wolnym krokiem ulicę. Wyłonili się dość niespodziewanie z mgły i z niezwykłą egzaltacją w głosie rozprawiali o swoich żonach i dzieciach, pracy, portowych dziewkach o rozwianych włosach i niedzielnym meczu w baseball. Szli obijając się o siebie. W świetle latarni ich twarze były jakby przygaszone, pokryte rdzawym osadem. Zwykli, przeciętni, nudni o nad wyraz przesadnym wyglądzie. Patrzyli na siebie przez chwilę z uśmiechem na trzydziestoletnich twarzach, które otoczone były przetłuszczonymi kępami brązowawych włosów, układanych z groteskowym pedantyzmem pod aksamitnym niebem wysokich nakryć głowy. Szli dobre dziesięć minut gawędząc i podśpiewując żeglarskie melodie. Zachwycali się otaczającym ich człowieczeństwem i zwykłością przemysłowego świata. Świata o stalowym kręgosłupie równości i realizmu, pachnącego spermą kiczowatych artystów użyteczności, przyprószoną nutką zbawczej demokracji i rządów motłochu. W końcu pożegnali się stojąc na ganku jednego z wielu dzielnicowych szeregowców. Życząc sobie spokojnej nocy, czuli się znów jak mali chłopcy, którzy na wieki poprzysięgają sobie więzy przyjaźni.
- Gdzie byłeś? - W pracy. - Dlaczego tak późno wracasz? - Spotkałem Toma i poszliśmy na spacer. - Spacer?! W środku nocy? Litości... - O co ci chodzi? Przecież znasz Toma. - Byli u nas Taczkowscy. - I co z tego? - Miałeś być na kolacji. - Nic nie wspomniałaś o ich zasranej wizycie. - Zasranej? Ładnie się wyrażasz jak na świeżego ojczulka. - Nie przypominaj mi. - Nawet o dziecku nie pamiętasz. To, że ja jestem ci kulą u nogi to wiem od dawna, ale żeby własnego dziecka... Jak mogłeś powiedzieć, że wizyta moich znajomych była zasrana?! - Michael, daj spokój.