Filozofia · 3 min czytania
Zabić węża
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Samochód wjechał na podwórko. Zamknęłam bramę i poszłam za nim. Na ziemi leżał wąż. Ładny, brązowy kolor. Ciemny wzorek na grzbiecie. Koła samochodu przejechały po nim kilka sekund wcześniej. Kilka sekund sprawiło, że mały wąż wił się teraz z bólu na piasku. Małe, różowe jelita i trochę krwi wypłynęły na podjazd. Stworzenie zmiażdżone w dwóch miejscach nie miało sił na ucieczkę, czy obronę. Nie potrafiło odgonić głodnej muchy, która właśnie na nim usiadła. Patrzę na powolną agonię. Odganiam owada. Co teraz? Za kilka minut przyjedzie tu znajomy weterynarz. Próbuję ocenić szanse węża. Jeśli nawet wytrzyma… Co potem? Wywalone na wierz wnętrzności są już raczej nie do użytku. Wąż cały czas wije się z bólu. Patrzę w okrągłe, czerwone oczy. „Co mam z tobą zrobić? Powiedz mi. Powiedz… Jasne, że nie powiesz.” Dosyć. Nawet, jeśli wąż przeżyję, nie zajmę się nim. Nikt się nie zajmie. Umrze z głodu. Może jednak dać mu szansę? Nie. Następny samochód załatwi sprawę. „Tylko kilka minut malutki… Już niedługo…” Uspokajam go? Nie. Uspokajam siebie. On nie tego chce. Przedłużanie życia za wszelką cenę, to barbarzyństwo. Tylko ludzkie prawo każe robić takie rzeczy. „Ale ty… Nie musisz tak umierać.” Przenoszę węża na bok. Delikatnie. Ręce mi drżą. Upada. Musi go boleć… Jeszcze raz. Wąż wije się coraz słabiej na trawie. Już dosyć. Szybko. Czuję, jak każdy mięsień napina mi się w oczekiwaniu na… Cokolwiek.…