Horror · 1 godz. 10 min czytania
ZABIĆ WIEDŹMĘ cz. I
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
ZABIĆ WIEDŹMĘ
- Siadaj, Andrzej – czterdziestopięcioletnia, zadbana szatynka w eleganckim żakiecie wskazała krzesło naprzeciw swojego biurka. - O co chodzi? - chłopak rozparł się na krześle. Był młody, przystojny i dość dobrze zbudowany. Miał małą bliznę na brodzie i ciemne włosy staromodnie zaczesane do tyłu a la James Dean. - Jak wiesz, wczoraj byłam na pogrzebie w Ustrzykach Dolnych. Czekając na pociąg powrotny z nudów kupiłam lokalną gazetę i wpadł mi w oko artykuł, który bardzo mnie zaciekawił. Otóż w jakieś zabitej dechami wsi utopił się dwudziestoletni chłopak, a mieszkańcy wioski uważają, iż było to samobójstwo. Podobno sypiał z jakąś wiekową staruszką, a gdy ich związek wyszedł na jaw i stał się pośmiewiskiem całej okolicy, targnął się na własne życie. - I co w związku z tym? - Andrzej z niepokojem spojrzał na swoją szefową, domyślając się, czym może się to skończyć. - To, że możemy z tego zrobić serię sensacyjnych artykułów do naszej gazety! – spojrzała na niego zła, że sam nie wpadł na ten pomysł. - Zabawisz się w detektywa. Pojedziesz tam, pochodzisz po okolicy, porozmawiasz z ludźmi. Dowiesz się jak było naprawdę, reszty się domyślisz, trochę podkoloryzujesz i będziemy mieć temat na okładkę na kilka numerów. - Ale przecież miałam teraz jechać na urlop... – jęknął chłopak. - Pojedziesz później! – ucięła nieznoszącym sprzeciwu tonem. - Jutro widzę cię w pociągu do Ustrzyk Dolnych. Stamtąd pojedziesz autobusem do Bukowca, a potem piętnaście-dwadzieścia kilometrów pieszo i będziesz już na miejscu. Wieś nazywa się Wilczak. - Dlaczego pociągiem, a nie służbowym samochodem? – chłopakowi coraz mniej podobała się ta eskapada. - Nie udawaj kretyna! - twarz kobiety wykrzywiła się w grymasie złości. - Wydaje ci się, że wzbudziłbyś zaufanie ludzi żyjących we wsi pozbawionej elektryczności i bieżącej wody, podjeżdżając nowym fordem mondeo? W takim razie jesteś w błędzie! Trafiłeś między wrony, musisz krakać jak i one. Ubierzesz się możliwie jak najbiedniej i będziesz się podawał za badacza miejscowego folkloru, a wszystkie notatki będziesz robił odręcznie, więc o laptopie również możesz zapomnieć. Nie wolno ci też używać komórki przy mieszkańcach. Codziennie w nocy będziesz mi wysyłał smsmem szczegółowe raporty, ale nikt nie może cię na tym przyłapać. Dostaniesz miniaturowy aparat fotograficzny ukryty w długopisie i będziesz nim robił zdjęcia. Zrozumiano? - spojrzała groźnie na Andrzeja. - Tak – odpowiedział myśląc o tym, jak bardzo nienawidzi tej despotycznej kobiety.
*****
Z przystanku autobusowego w Bukowcu do Wilczaka musiało być grubo ponad dwadzieścia kilometrów wyboistą drogą przez gęsty las porastający połoniny, bo Andrzejowi Olszyńskiemu pokonanie tej trasy zajęło ponad pięć godzin. Był piekielnie zmęczony i spocony, gdy dotarł do wsi składającej się z pięciu domów. Wszystkie były zbudowane z jodłowych bali i kryte osikowym gontem. Przywitało go ujadanie psów i ciekawskie, zdziwione spojrzenia mieszkańców, którzy bardzo rzadko widywali tu obcych. Andrzej wszedł do pierwszej z brzegu chałupy. Przekraczając próg musiał się schylić, by nie uderzyć głową o niską futrynę. W środku panował półmrok, bo małe, zastawione kwiatami okno nie wpuszczało zbyt wiele światła. Uderzył go w nozdrza przykry zapach czosnku. Na widok krzątającej sie po kuchni gospodyni przedstawił się jako miłośnik folkloru, zbierający materiały do książki i szukający noclegu. - A co to jest ten folklor, panoczku? - spytała postawna, dobiegająca czterdziestki kobieta o piersiach wielkich jak bochny chleba i w chustce na głowie. - Wasza kultura: pieśni, legendy, zwyczaje. Chciałbym to wszystko spisać. - A po cóż to spisywać? - kobieta wzięła się pod boki i spoglądała z szeroko otwartymi źrenicami. - Są ludzie, których to interesuje i chętnie by o tym poczytali. - A to nasz dziadunio zna dużo przyśpiewek i różnych bajań – wskazała w kąt izby. Andrzej podążył wzrokiem za jej palcem i dopiero teraz dostrzegł bezzębnego starca, uśmiechającego się głupkowato i robiącego wrażenie idioty. - Tak, tak – potwierdził starzec skrzekliwym głosem. - Znam ja przyśpiewek bez liku i różnych opowieści też całą kupę: o strzygach, wąpierzach, utopcach, wiedźmach i biesach. I to wcale nie są bajania tylko wszyściutko prawda! - zaśmiał się w irytujący sposób. - Dudy smalone i tyle! - kobieta założyła ręce pod olbrzymim biustem, podnosząc go trochę do góry. - Cichajta, dziadunio, bo nam gościa wystraszycie! - Dudy smalone?! - starzec tak się zdenerwował, że aż zerwał się z zydelka. - To kto cię chędoży, Maryna, jakeś sama w domu w ciem, jak nie bies, ha? - Cichajta, dziadunio! - kobieta spłonęła rumieńcem. - A co my, panoczku – odwróciła się tyłem do starca, a przodem do Andrzeja - będziemy mieli z tego, że was weźmiemy pod dach i będziemy gadać wam o tym naszym fol... folk.... - Folklorze. Zapłacę wam odpowiednio. Nie będziecie żałować. Spędzę tu tylko kilka dni, a potem ruszę dalej. Nie będę wam w niczym zawadzał. I nie jestem żadnym panoczkiem. Mówcie mi Andrzej. - Znaczy się – Jędruś? Muszę pogadać z moim starym. On powie – w te albo wew te. - A nad czym tu się zastanawiać? - zdziwił się Andrzej. - Dam wam sto złotych za każdy dzień, ale łącznie z wyżywieniem. To naprawdę dużo. - Bo wie panoczek, to znaczy Jędruś, u nas w chałupie dziewka młoda. Ledwie siedemnaście roków. A i panoczek młody i widać, że jurny! Krew nie woda. Jeszcze ją Jędruś zbrzuchaci i wstyd będzie przed całą wsią, że dziewucha bez wianka i z brzuchem! - Wielka mi tam wieś, ledwie pięć chałup... - odezwał się starzec. - Cichajta tam! - syknęła na niego Maryna. - Nikogo nie zbrzuchacę, przysięgam – uśmiechnął się Andrzej, z trudem powstrzymując się, by nie parsknąć śmiechem. - Mam już dziewczynę i nie patrzę za innymi. - Oby Jędruś prawdę gadał, bo mój Jontek nerwowy i do siekierki szybki. Mógłby jajca uciąć, albo nawet i kuśkę! - Kuśkę? - zdziwił się chłopak. - A co to, nie wie, co to kuśka? To co ma Jędruś między nogami? - zaśmiała się Maryna.
*****
Tego samego dnia wieczorem Andrzej był już w niezłej komitywie ze starcem, który okazał się być teściem Maryny i miał na imię Błażej. Nawiązanie dobrych kontaktów ułatwiła butelka, z której chłopak co chwilę nalewał starcowi wódki, nie zapominając też o sobie. Obaj siedzieli na ławce przed domem i rozmawiali. - Wiedział żem, że Jontek zgodzi się, żeby cię wziąć pod dach – powiedział starzec. - Zawsze był łasy na pieniądze i nie głupi, chociaż straszny pijak. Już pewnikiem policzył, ile za zarobione pieniądze kupi żyta albo ziemniaków. Albo wódki., bo jak ci gadałem, to moczymorda jakich mało. Słyszysz, jak chrapie. Aż się chałupa trzęsie. Codziennie tak - od rana do popołudnia pracuje na roli, potem chleje z Wieśkiem, a potem przychodzi pijany jak świnia i śpi jak zabity. - Ty, Błażeju, chyba jesteś najstarszy we wsi i pewnie nikt tutaj nie zna tyle pieśni i legend co ty? - Andrzej sprytnie zmienił temat i skierował rozmowę na interesujące go sprawy. - Jestem już stary, mam ósmy krzyżyk na karku, ale wcale żem nie jest najstarszy. Mieszka tu taka, tfu – starzec splunął na ziemię z obrzydzeniem – wiedźma, która była już stara i siwa, jak żem był mały i na stojąco przechodził żem pod stołem. - To jest niemożliwe – skwitował Andrzej. - Musiałaby mieć co najmniej ze sto trzydzieści lat, a ludzie tyle nie żyją! - A możliwe, możliwe! - zaklinał się Błażej. - Stara ponoć wspominała kiedyś jakieś wielkie, zimowe powstanie przeciw Ruskom, a to musiało być cholernie dawno temu, bo nawet mój dziadek tego nie pamiętał. - Nie może być! Na pewno was okłamuje! A gdzie ona mieszka? Muszę ją odwiedzić i porozmawiać, bo może mi bardzo pomóc w pisaniu mojej książki – Andrzej nalał kolejną kolejkę i mężczyźni wypili razem. - Mocna ta twoja gorzałka – starzec skrzywił się, a potem otarł usta. - Ale dobra, lubię taką. Lepsza niż samogon! - To gdzie ona mieszka? - Pod lasem, niedaleko wsi. Ale lepiej tam nie chodź! Może ci się stać coś złego! To wiedźma! - Wiedźma? A co wyczynia ta starowinka, że się jej tak boicie, Błażeju? - To bardzo zła kobieta. Kilka tygodni temu nawet taki jeden Wojtek utopił się przez tę ciotę! - Co to za Wojtek? - Andrzej udał, że nie zna sprawy, ale nadstawił uszu, by nie uronić ani jednego słowa starszego mężczyzny. - Młody chłopak, ledwo dwadzieścia roków skończył. Mieszkał dwie chaty stąd. Zachodził do naszej Marcysi i już żeśmy nawet myśleli, że niedługo zrękowiny będą. Ale głupi poszedł raz do tej wiedźmy po jakieś zioła i stara prukwa rzuciła na niego urok. Przestał do nas przychodzić i tylko przesiadywał u tej purchawy. A gdy upił się na chrzcinach u Jaśków, wygadał się, że nawet żyje z nią jak mąż z żoną! Ludzie śmiali się z biedaka, że zamiast oglądać się za młódkami woli dupczyć starą babę, co już od dawna powinna leżeć na cmentarzu. A jak wytrzeźwiał, to nie mógł znieść tej poruty i utopił się w jeziorku. O, tam, za tą wielką kępą drzew – Błażej wskazał palcem miejsce oddalone o ponad kilometr, ledwie widoczne w zapadającym zmroku. - Naprawdę spał z tą staruszką? Wierzyć mi się nie chce! - Sam tak mówił, przysięgam! - zaklął się starzec, który miał już nieźle w czubie. - Mało tego. Po tym, jak się utopił – starzec ściszył głos i mówił szeptem – z jego duszy wylągł się utopiec! Chodzi teraz po nocach i straszy ludzi! Sam go żem dwa razy widział, jak przyszedł pod naszą chałupę, walił pięścią w okno i wołał: „Marcysia, otwórz! Marcysia, to ja, twój Wojtek!”. Zbudził wszystkich, ale udawaliśmy, że nikogo nie ma w domu. Marcysia ze strachu niemal wyzionęła ducha! Wyglądał jak za życia, tylko miał bardzo wielką głowę, zielone włosy i nogi cienkie jak patyki, a woda ciurkiem kapała z jego ubrania. I głos miał taki dziwny, zachrypnięty – Błażej rozejrzał się dookoła, czy nikt go nie słyszy. - Ciekawa historia, chociaż nieprawdziwa – skomentował chłopak. - Oj, niedowiarek jesteś, Jędruś, niedowiarek! Uwierzysz, jak go sam zobaczysz, na własne oczy. - Oby nie – zaśmiał się Andrzej, ale nagle poczuł się dziwnie nieswojo. - I czasem nie kąp się w tym jeziorku, bo to teraz Wojtkowe królestwo. Jak kogoś tam zobaczy w wodzie, utopi jak amen w pacierzu! A na utopca nie ma ratunku, nikt mu się nie wyrwie! - starzec szeptał mu wprost do ucha, wyraźnie przestraszony. - Będę omijał to miejsce z daleka – Andrzej próbował uspokoić starca. - Chodźmy lepiej do chałupy, bo ciemno się zrobiło. Nietoperze już latają. I lelki kozodoje, o patrz, tam! – Błażej pokazał palcem na niebo, a potem wstał i pociągnął chłopaka za ręką. - Po nocy różne licha tu chodzą! Lepiej drzwi zawrzeć i schować się pod pierzyną!
*****
W domu Kurków, którzy zgodzili się przyjąć Andrzeja pod swój dach, oprócz kuchni znajdowały się jeszcze trzy izby. W największej, do której wchodziło się z kuchni, na jednym łóżku spał gospodarz z żoną, a na drugim Marcysia, która na czas pobytu gościa udostępniła mu swój pokój. Graniczył on z pokojem rodziców i był tak mały, iż łóżko i szafa praktycznie zajmowały całą jego powierzchnię. Andrzej przybywał tam wyłącznie w nocy, ponieważ z powodu ciasnoty ciężko było tam się nawet obrócić. Dziadek Błażej zajmował niewiele większą izbę, sąsiadującą z kuchnią. Zmęczenie i wypity alkohol spowodowały, iż sen zmorzył chłopaka już przed godziną dwudziestą trzecią, ale niedane mu było spokojnie pospać. Dochodziła druga w nocy, gdy panującą w domu ciszę przerwał głośny szloch, a potem krzyk dziewczyny: - Duszę się, duszę! O rany, zejdź ze mnie! Andrzej zerwał się na równe nogi i nasłuchiwał. Hałas dobiegał z sąsiedniego pokoju. - Matulo, pomocy! Ona mnie zadusi! Weźcie ją precz ode mnie! Precz! - Maryna wydzierała się w wniebogłosy. - Córuś! - młodzieniec usłyszał głos Maryny. - Co ty pleciesz? Przecież nikogo tu nie ma! Dziewczyna zaczęła głośno charczeć i rzęzić. - Ludziska! Pomocy! - krzyknęła Maryna ile sił w płucach. - Córka mi zemrze! Nie zastanawiając się dłużej młodzieniec wpadł do sąsiedniego pokoju. W mroku rozświetlanym jedynie przez słabą poświatę księżyca wpadającą przez okno zauważył Marcysię leżącą na swoim łóżku i siedzącą przy niej gospodynię. Dziewczyna była odkryta i miała nocną koszulę zadartą prawie do piersi. Próbując złapać oddech miotała się, bijąc rękoma i nogami o łóżko. Strużki piany spływały z jej ust. Rozszerzone bezgranicznym strachem białka oczu lśniły w ciemnościach. Matka trzymała Marcysię za rękę i krzyczała przerażona. Na drugim łóżku leżał Antek. Obojętny na hałas cicho pochrapywał w w pijackim amoku. Dziewczyna charczała coraz głośniej. Na jej szyi pojawiły się krople krwi i rany przypominające kształtem ślady po ludzkich zębach. Andrzej stanął bezradny koło jej łóżka. Chciał pomóc, ale nie bardzo wiedział jak. Podświadomie czuł, ze w izbie jest jeszcze ktoś ukryty przed jego wzrokiem. Serce biło mu jak oszalałe. Strużka zimnego potu ciekła po plecach chłopaka. Nagle do pokoju wpadł Błażej. W jednej ręce trzymał zapaloną gromnicę, a w drugiej duży, srebrny krzyż. Zbliżył się do dziewczyny, podał gromnicę Marynię, a sam przeżegnał się i powiedział głośno. - Odejdź, zmoro nieczysta! Odejdź, w imię Boże. Zrobił znak krzyża na ciele Marcysi, a potem położył krucyfiks między jej piersiami i powtórzył. - Nakazuję ci! Odejdź, w imię Boże! Dziewczyna przestała się miotać i charczeć. Powoli dochodziła do siebie, chociaż było widać, ze nadal jest w ciężkim szoku. Matka obciągnęła jej koszulę nocną, zakrywając obnażone łono. Przykryła córkę pierzyną i pocałowała w czoło. - Już dobrze, córuś. Już dobrze. Łzy wielkości grochu ciekły po spoconej twarzy Marcysi. Łapała powietrze jak topielec wyciągnięty na powierzchnię. Leżała nieruchomo i wpatrywała się w sufit, dochodząc do siebie i nie mogąc uwierzyć w to, co się stało. - Co to było? - spytał cicho Andrzej. - Dusiła ją zmora – odpowiedział starzec. - Usiadła jej na piersiach i dusiła! - Przecież oprócz nas nikogo tu więcej nie było! - Nie było? Głupiś, Jędruś! Śmiertelny człowiek nie widzi duchów! Mówię, że to była zmora! Senna mara! - zdenerwowany Błażej podniósł głos. - Dusza, co w czasie snu wychodzi z człowieka i idzie dusić ludzi, a czasem nawet pić ich krew! - I często ją tak dusi? - spytał Andrzej. - Pierwszy raz! – odpowiedziała Maryna. - Akurat jak Jędruś do nas przyjechał! - spojrzała na niego z oskarżeniem wypisanym na twarzy, jakby był czegoś winien.
Część 22 / 2
*****
Gdy Andrzej się obudził, słońce stało już wysoko na niebie, a powietrze było gorące i duszne. Zapowiadał się kolejny upalny, sierpniowy dzień, a on – zamiast zgodnie z planem wypoczywać z narzeczoną na plaży w Łebie – będzie musiał zbierać materiały do artykułu o domniemanym samobójstwie i starowince ze wsi. Przeklął w duchu szefową i wstał. Ubrawszy krótkie spodenki i biały T-shirt wyszedł z pokoju. W izbie gospodarzy nikogo nie było, więc wszedł do kuchni. - Szczęść Boże, Jędruś! - przywitała go wesoło Marcysia, stojąca przy oknie. - Cześć. - Siednij se przy stole i zjedz coś. Pewnikiem głodnyś? Matula z ojcem są w polu, a dziadek też gdzieś polazł – wyjaśniła nieobecność pozostałych domowników, chociaż wcale o to nie spytał. Andrzej usadowił się między stołem a szafą>Marcysia postawiła przed nim talerz z kilkoma kromkami chleba i dużym kawałkiem białego sera. Pałaszował z apetytem, spoglądając na dziewczynę, która spłonęła rumieńcem. Chłopak miał pierwszą okazję, by dokładnie jej się przyjrzeć. Poprzedniego dnia, gdy siedział z Błażejem pod domem, Marcysia przebiegła koło niego jak wiatr, a potem widział ją tylko w nocy w słabym świetle świecy. Teraz stała tuż obok niego i musiał przyznać, że jest naprawdę śliczną, pociągającą dziewczyną. Miała ładne, mocne włosy, związane w warkocz sięgający zgrabnej dupeczki. Okrągła twarz z rozkosznymi dołeczkami i szeroki uśmiech, odsłaniający duże, białe zęby mogły się podobać. Marcysia miała lekką nadwagę i spore, trochę obwisłe z powodu swojego ciężaru piersi. Była ubrana w białą koszulę z podwiniętymi rękawami i sięgającą kolan spódnicę w kwiaty. Nie nosiła stanika i przez cienki materiał przebijały duże, ciemnoczerwone sutki. Andrzejowi odpowiadał typ urody Marcysi. Nie znosił chudych, pozbawionych biustu i tyłka dziewczyn. Jego narzeczona również była długowłosą, hojnie obdarzoną przez naturę blondynką, a on miał słabość do piersiastych kobiet. - Straszny dziś gorąc – powiedziała Marcysia i rozpięła górny guzik koszuli, a po chwili kolejny. Głęboko oddychała, a imponujący biust unosił się i opadał w rytm wdechów i wydechów. - Tak, lato tego roku jest wyjątkowo upalne – chłopak odruchowo spojrzał na piersi dziewczyny, ale zaraz odwrócił wzrok, by jej nie zawstydzać. Nie bardzo wiedział, o czym rozmawiać z tą wiejską dziewczyną. - Matula kazała mi umyć podłogę – Marcysia wstała, nalała wody z wiadra do mniejszego wiaderka i zamoczywszy szmatę, opadła na kolana. Poruszając się na czworakach powoli zbliżała się do Andrzeja, przecierając na mokro sosnowe deski leżące na podłodze. Przez duży dekolt rozpiętej koszuli chłopak widział praktycznie całe piersi dziewczyny. Nie wiedział, czy Marcysia go prowokuje, czy też może jest nieświadoma, jak na niego działają takie widoki, ale nie zmieniło to faktu, iż Andrzej poczuł rosnące podniecenie. Dziewczyna była pół metra od niego, gdy podniosła głowę i utkwiła wzrok w potężnym zgrubieniu jego spodenek. Oboje się zawstydzili, a Marcysia znów spłonęła rumieńcem. Powoli odwróciła się do niego tyłem i nadal szorując podłogę zaczęła się oddalać. Nagle otworzyły się drzwi wejściowe i do kuchni wpadła ładna, ciemnowłosa dziewczyna z malutkim dzieckiem na ręku. - Witaj, Marcysia! - zaszczebiotała wesoło i stanęła przy blondynce. - Co się tak wypinasz przy gościu, chcesz, żeby cię wychędożył od tyłu czy co? - zaśmiała się i pochyliła nad koleżanką. Wolną ręką wysoko zadarła jej spódnicę i dała klapsa na goły tyłek. Andrzej był równocześnie zaskoczony i podniecony, gdyż absolutnie nie spodziewał się takich widoków. Nie dość, że okazało się, iż Marcysia nie miała na sobie majtek, to jeszcze przez sekundę miedzy jej szeroko rozstawionymi udami miał widok na łono dziewczyny, porośnięte gęstymi, jasnymi włoskami. - No co ty, ogłupłaś?! - blondynka zerwała się jak oparzona, gwałtownymi ruchami obciągając spódnicę. Jej twarz kolorem przypominała buraka. - Zawstydzasz mnie przy kawalerze! - Daj spokój, Marcyś! Co się denerwujesz? Myślisz, że nie widział nigdy gołej dupy? - brunetka zaśmiała się w głos i podeszła do chłopaka, wyciągając dłoń. - Jestem Jagna, a ty pewnie Jędruś? - Tak, Andrzej – młodzieniec wstał i uścisnął jej dłoń. - Czyli Jędruś. Brunetka spuściła wzrok i zatrzymała go na jego kroczu, ale nie skomentowała wyraźnie widocznej erekcji. Uśmiechnęła się tylko znacząco i usiadła przy stole obok chłopaka, przytulając śpiące dziecko do piersi. Zdezorientowany sytuacją Andrzej przyglądał jej się z zainteresowaniem. Miała bardzo ładną twarz o klasycznych rysach i malutkim, lekko zadartym nosku. Gęste, mocno kręcone włosy opadały kaskadą do połowy pleców. Podobnie jak koleżanka była ubrana w białą, lnianą koszulę, na którą napierały dwie duże, nabrzmiałe półkule piersi. Również nie miała stanika i chłopak zaczął się zastanawiać, czy wszystkie kobiety w tej wsi nie noszą bielizny. - Długo tu u nas będziesz? - Jagna spojrzała na niego wielkimi oczami, w których czaił się jakiś dziwny blask. Ze zdziwieniem zauważył, że są różnokolorowe - lewa tęczówka była zielona, a prawa niebieski. - Kilka dni. Zbieram podania i pieśni ludowe. Słyszałem, że niedaleko stąd mieszka tu jakaś bardzo stara kobiecina. Mam zamiar ją dzisiaj odwiedzić. Z pewnością będzie znała wiele starych przyśpiewek i i legend. - Wiedźma Tekla! - syknęła brunetka ze złością w głosie. - Nie idź tam! To bardzo zła baba! Jeszcze rzuci na ciebie urok albo zrobi ci coś złego. - Co mi może zrobić jakaś babcinka! - zaśmiał się chłopak. - A uroków się nie boję, bo zwyczajnie w nie nie wierzę. - Dobrze ci radzę, Jędruś. Nie idź tam, bo pożałujesz! - powtórzyła Jagna, a Marcysia potwierdziła jej słowa kiwając głową. W tym momencie dziecko głośno zakwiliło. - Obudził się mój mały książę – Jagna uśmiechnęła się szeroko do chłopczyka. - Pewnie jesteś głodny, co? Mleczka byś się napił? Jagna, zupełnie nie krepując się obecnością Andrzeja, rozpięła koszulę i wyciągnęła na wierzch lewą pierś. Przysunęła do niej dziecko, które zaczęło łapczywie pić mleko matki. Jednak już po chwili chłopczyk zaspokoił głód i wypuścił z ust sutek. - Pij, kochanie, pij – namawiała dziewczyna, jednak dziecko uparcie odwracało głowę od piersi. - Mam bardzo dużo pokarmu, a ten mój mały to taki straszny niejadek – poskarżyła się Jagna. – Znów bardzo mnie bolą piersi, a Stasiu jak zwykle grymasi. Ile ja bym dała, żeby ktoś mi ulżył w cierpieniu i wypił trochę mojego mleka… W tym momencie spojrzała na Andrzeja, który siedział tuż obok niej z wzrokiem wbitym w jej nadal odsłoniętą pierś. - A może ty, Jędruś, chciałbyś się napić? – spytała patrząc mu w oczy. Miała bardzo przejmujące, hipnotyczne spojrzenie i Andrzej poczuł się tak, jakby ktoś próbował wejść w jego głowę. Brunetka wstała, podała dziecko Marcysi i stanęła tak blisko chłopaka, że gołym sutkiem niemal dotykała jego twarzy. - Pij, mleko jest bardzo zdrowe – zachęcała uśmiechając się tajemniczo i napierając piersią na jego usta. - No co ty – Andrzej odchylił głowę do tyłu. – Co by na to powiedziała moja narzeczona? - Byłaby dumna z ciebie, że chcesz pomóc biednej dziewczynie i umniejszyć jej ból. Znów spojrzała mu w oczy. Chłopak poczuł lekki ból, jakby drobne igiełki wbijały się w jego mózg. Z jej źrenic emanowało bliżej nieokreślone zło i bezwzględność. Jagna prawą ręką mocno chwyciła go za szczękę i ścisnęła z taką siłą, że otworzył usta. Wtedy wepchnęła mu sutek głęboko w usta, drugą ręką pogłaskała po głowie i ciągle wpatrując się w jego oczy powiedziała łagodnym głosem: - Pij mleczko. Bądź grzecznym chłopcem. Jakiś wewnętrzny przymus kazał chłopakowi spełnić polecenie. Pił zachłannie, rozkoszując się słodkim smakiem mleka i przyjemną miękkością piersi. Nie mógł przy tym oderwać wzroku od oczu Jagny, które zmieniły już swój wyraz i teraz widział w nich spokój i zadowolenie. Ssał tak długo, aż opróżnił pierś z całego pokarmu, a wtedy Jagna wyłuskała z koszuli drugiego cycka. Chłopak natychmiast przyssał się do niego, nie czekając na zachętę ze strony dziewczyny. Oderwał się od piersi dopiero wtedy, gdy nie było już w niej ani kropli mleka. Oblizał się ze smakiem i pomyślał, że nigdy nie przypuszczał, iż kobiecy pokarm może być tak słodki i smaczny. Nawet nie zauważył, że przez cały czas miał silny wzwód. - Dziękuję ci, Jędruś. Bardzo mi pomogłeś – brunetka pocałowała chłopaka w policzek, wzięła synka od Marcysi i ze śmiechem wybiegła z domu.
***
Andrzej nigdy nie był strachliwy ani nie wierzył w żadne zabobony, jednak do chaty starej Tekli szedł z duszą na ramieniu. Nawet sam przed sobą nie chciał się do tego przyznać, jednak po tym, co usłyszał od Błażeja i Jagny, czuł jakiś podświadomy strach. Nigdy nie przepadał za ludźmi w podeszłym wieku, a tym razem miał się spotkać z kimś, kto podobno ma grubo ponad sto lat, a w dodatku cieszy się w okolicy wyjątkowo złą sławą. Przecież to podobno właśnie przez Teklę młody chłopak popełnił samobójstwo, topiąc się w jeziorze. Czy jest możliwe, żeby w normalnych warunkach młodzieniec chciał uprawiać seks z tak starą kobietą? Na pewno nie, więc jeśli faktycznie do tego doszło, wiedźma musiała użyć jakiś sztuczek. Andrzej mocno powątpiewał w istnienie czarnej magii, ale być może babcinka skorzystała z jakiegoś narkotyku, by zniewolić Wojtka i go wykorzystać? Musiał mieć się na baczności. Mała chata wiedźmy stała pod bukowym lasem, zaraz za zakrętem drogi. Była otoczona niskim płotkiem splecionym z wikliny i bardzo zaniedbana. Ściany z drewnianych bali gęsto porastał mech, a dach zapadł się w kilku miejscach. Po malutkim podwórku wysypanym trocinami wolno spacerował czarny kot bez jednej łapy i z uciętym ogonem, a gdy Andrzej doszedł do koślawej furtki, z niedbale zbitej budy wypadł niewielki, wybiedzony pies i zaczął ujadać wysokim, denerwującym głosem. Chłopak zauważył, że ktoś siedzi w domku przy oknie i go obserwuje. Zaklął w duchu na swój niewdzięczny los i wszedł na podwórko. Wtedy otworzyły się drzwi zbite z krzywych, nieheblowanych desek, skrzypiąc przeraźliwie i wyszła z nich malutka, przygarbiona staruszka. Miała długie, siwe włosy, jedno oko pokryte bielmem, a drugie czerwone jak przy zapaleniu spojówek. Nigdy przedtem Andrzej nie widział kogoś, kto miałby tak bardzo pomarszczoną, pokrytą głębokimi zmarszczkami skórę. Była bardzo stara i niewyobrażalnie brzydka. Kobieta podpierała się drewnianą laską i szła kulejąc na lewą nogę. - Po co przyszedł i czego chce?! – krzyknęła do niego z nienawiścią w głosie. Andrzej aż się wzdrygnął. Nie spodziewał się, że starowinka potrafi wrzeszczeć tak głośno, że aż niemal pękały bębenki w uszach. Przemógł się, podszedł do niej i spróbował się uśmiechnąć, chociaż najchętniej odwróciłby się na pięcie i wrócił do wsi. - Dzień dobry, pani Teklo. Chciałem z panią porozmawiać. Słyszałem, że jest pani najstarszą mieszkanką tej wsi, a tak się składa, że jestem zbieraczem ludowych legend, pieśni i podań. Mogłaby mi pani pomóc w tej sprawie? Z pewnością zna pani wiele miejscowych pieśni, przyśpiewek i zwyczajów, a ja właśnie piszę książkę na ten temat. - Gładko gada, pewnie miastowy! – zaskrzeczała staruszka, przyglądając mu się badawczo jedynym zdrowym okiem. – Wynocha mi stąd! Nie chcę tu widzieć żadnych obcych! Paszoł won! – pogroziła Andrzejowi laską. - Nie jestem żadnym obcym. Przeprowadziłem się do Kurków. To moja dalsza rodzina. Bardzo przyjaźnie się z panem Błażejem, to kuzyn mojego stryja - chłopak zmyślał jak zawodowy polityk. - Kłamiesz! – wiedźma podeszła do niego na odległość jednego metra i spojrzała mu w oczy. Poczuł nieprzyjemny zapach charakterystyczny dla starych ludzi. – Wynoś się stąd pókim dobra, bo pożałujesz. Rzucę na ciebie urok i nigdy już szczęścia z kobieta nie zaznasz! – śmiało uderzyła go laską w ramię, chociaż Andrzej był od niej dużo większy i silniejszy. – Precz, śmierdzący psi bobku! - Psi bobku?! – chłopakowi puściły nerwy i zapomniał o ostrzeżeniach Błażeja i Agnieszki. – Ty stara wiedźmo! Jak śmiesz tak do mnie mówić! – krzyczał Andrzej. - Jagna mówiła mi, że jesteś złym, wrednym, złośliwym babsztylem, ty stara, pomarszczona prukwo! A ja jej nie uwierzyłem. Mówiłem, że na pewno jesteś przemiłą staruszką. A jednak to Jagna miała rację! Jesteś śmierdzącą ropuchą i tyle! - Rozmawiałeś z Jagną? – zainteresowała się staruszka. – Co ci jeszcze o mnie mówiła? - To moja sprawa, co mi mówiła i nie mam zamiaru ci o tym opowiadać! - Dobrze znasz Jagnę? – wiedźma już nie krzyczała. Mówiła spokojnym, cichym głosem. - Pewnie, że dobrze. Często przychodzi do Marcysi, więc dużo ze sobą rozmawiamy – Andrzej wyczuł, że Jagna jest w jakiś sposób ważna dla Tekli, więc postanowił to wykorzystać, by zbliżyć się do staruszki i pociągnąć ją trochę za język. - Skoro tak, to widzę, że jednak nie jesteś tu obcy. Chodź do izby. Możemy pogadać, ale nie na dworze. Andrzej wszedł za Teklą do środka, schylając się, by nie uderzyć głową o niski strop. W środku panował półmrok, gdyż przez małe, brudne okno wpadało niewiele światła. Oprócz zagraconej, brudnej kuchni w chacie był jeszcze tylko jeden mały pokój, spełniający rolę sypialni, na co wskazywało stojące w nim łóżko przykryte niewyprawionymi baranimi skórami. Chłopak zauważył, że w domu nie ma ani żadnego świętego obrazu, ani nawet krzyża, co było nietypowe dla chat z tego rejonu Polski. Starucha zgodziła mu się pomóc. Usiedli przy stole i wiedźma monotonnym głosem opowiedziała mu kilka miejscowych legend o tym, jak miejscowa ludność zmagała się ze złośliwym, sprytnym diabłem. Mówiła cicho i powoli, często przerywając, a Andrzej pracowicie spisywał jej wypowiedź udając, ze go to interesuje. - Zaschło mi w gardle od tego gadania – stara podniosła się z zydelka. – Zrobię sobie coś do picia. Ty też chcesz? - Tak– odpowiedział Andrzej przeglądając swoje notatki. Stara podeszła do pieca, stojącego w kącie ciemnej izby, pogrzebaczem roztrząsnęła żar, dorzuciła kilka grubszych kawałków drzewa i postawiła kociołek z wodą na piecu. Po chwili wróciła z dwoma parującymi kubkami i postawiła jeden z nich przed chłopakiem. - Dobra, ziołowa! – zachęciła go do picia i sama wzięła kilka łyków gorącego płynu. Wróciła do swojej opowieści o diable, a Andrzej skrupulatnie wszystko zapisywał myśląc o tym, czy już jest odpowiedni moment, by zapytać staruszkę o podania dotyczące utopców. Jednak doszedł do wniosku, że mogłoby tu wzbudzić podejrzenia babcinki, więc postanowił przełożyć swoje pytanie na następną wizytę. „Nie taki diabeł straszny, jak go malują” – pomyślał sobie chłopak żegnając się z Teklą i zapowiadając swoją wizytę na następny dzień. Po początkowym niekorzystnym wrażeniu okazało się, iż staruszka wcale nie jest groźna, a nawet potrafi być w miarę miła. I już nie wydawała mu się taka straszliwie brzydka i odpychająca jak wtedy, gdy wypędzała go laską z podwórka. Stara obserwowała go przez okno, a gdy wyszedł na drogę, zaniosła się piskliwym, urywanym śmiechem. - Jeszcze pożałujesz, psi synu, żeś nazwał mnie prukwą i ropuchą! Obaczysz!
*****
Wracając do wsi Andrzej postanowił skrócić sobie drogę i przejść przez pole porośnięte jeszcze nie skoszonym zbożem. Słońce było w zenicie i przygrzewało bardzo mocno. Andrzej był cały spocony i zmęczony po przeżyciach ostatniej doby. Nagle opanowała go straszna senność i poczuł, że musi się na chwilę położyć i odpocząć. Jak pomyślał tak zrobił. Rozłożył się na ziemi wśród łanów żyta z rękoma pod głową i zamknął oczy. „Poleżę tak ze dwie minutki i zaraz pójdę dalej” – pomyślał sobie. Nawet nie wiedział, kiedy usnął. Śniło mu się, że leży w samo południe na środku dużego pola, gęsto porośniętego zbożem. Wiatr całkowicie ustał i nagrzane powietrze stało nieruchomo. Nagle z lasu wyszła jakaś wysoka postać w białej, powłóczystej szacie i zaczęła się do niego zbliżać szybkim krokiem. Gdy podeszła bliżej zauważył, iż jest to wyjątkowo piękna kobieta o jasnych, długich włosach i złym, nienawistnym spojrzeniu. Pomimo bezwietrznej pogody łany zbóż wokół niej falowały jakby były smagane wiatrem. Siedząc w zbożu spoglądał na nią jak wmurowany, urzeczony jej urodą i niecodzienną sytuacją. Kobieta podeszła do Andrzeja i przystanęła, obserwując go w z wrogością. Obleciał go strach, a włosy na głowie stanęły mu dęba. Pomimo upału zimne dreszcze wstrząsnęły ciałem chłopaka. Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, rzuciła się na niego jak wygłodniały wilk. Przygniotła go do ziemi, chwyciła za szyję i zaczęła dusić. Młodzieniec próbował się bronić, ale jasnowłosa była niesamowicie silna. Bezskutecznie próbował oderwać jej ręce od szyi. Z każdą sekunda był coraz słabszy. Mordercze palce wyciskały mu z płuc resztki powietrza. Rozpaczliwie zaczął bić kobietę pięściami po twarzy. Ta pozostała niewzruszona i jeszcze mocniej zacisnęła ręce na jego gardle. Wtedy w panicznym odruchu rozerwał jej przezroczystą suknie i z całej siły ścisnął drobne, sterczące piersi. Starał się sprawić jej jak najwięcej bólu. Jasnowłosa tylko uśmiechnęła się diabolicznie i dalej dusiła z przerażającą siłą. Andrzej czuł, że jego koniec jest już bliski. Kopał w powietrze, próbując dosięgnąć napastnika. Wtedy pomyślał, że to chyba sama śmierć osobiście po niego przyszła. Zanim odpłynął w niebyt, usłyszał jeszcze sardoniczny, okrutny śmiech kobiety. - Panoczku! Panoczku! – ktoś wyrwał Andrzeja ze snu, mocno potrząsając za ramię. - Panoczku, żyjesz pan? – przed chłopakiem stał spocony chłop z kosą w ręku. Miał zatroskaną minę i strach w oczach. - Co się stało? – spytał Andrzej czując straszny ból szyi. Był cały mokry jakby ktoś wylał na niego wiadro wody. - Zasnął pan na polu. Kosiłem żyto na moim polu i wszystko żem widział z daleka. Duszno było niemożebnie. Ani jeden kłos nie pochylił się, bo wiatru nie było ani odrobinę. Aż tu nagle patrzę, a pod lasem zboże zaczyna falować jak oszalałe. Przetarłem oczy, a tu kłosy falują coraz bliżej środka pola, jakby ktoś szedł szybkim krokiem i robił duży wiatr. Człeka żem żadnego nie widział, a ścieżka z pogniecionego zboża robiła się coraz dłuższa. Myślę – pewnikiem południca! Patrzę, a żyto faluje coraz bliżej panoczka. Przestraszyłem się, że zaraz południca napadnie panoczka i zacznie dusić! I miałem rację! Kłosy zaczęły się ruszać wkoło panoczka. Chyba wlazła na ciebie, boś bił pan w powietrze rękami i kopał straszliwie, jakbyś chciał kogoś zrzucić. Podbiegłem bliżej i zaczął żem krzyczeć: - „Ostaw go, ostaw w spokoju, ty południco chędożona!” Ale ona dalej panoczka dusiła, bo rzucał żeś się jak oszalały, jakbyś walczył pan z kimś mocarnym. Przemógł żem strach, bo kosę mam ostrą jak brzytwa, a i do ułomków nie należę, więc podbiegłem bliżej na pomoc. Człowiek człowiekowi bratem, a nie wilkiem, więc mus pomóc. Był żem już bliziuteńko i ujrzał żem jakieś mętne powietrze nad panoczkiem. Myślę – południca, łeb jej odetnę! Wziął żem zamach, a tu nagle przestał się pan rzucać, a falujące zboże zaczęło się szybko oddalać w stronę lasu. Wtedy żem panoczka obudził. - I mówi pan, że to południca mnie zaatakowała? – Andrzej nie wierzył własnym uszom. Czuł się fatalnie i łapał powietrze jak ryba wyrzucona na brzeg. - A pewnie, że południca! Niech panoczek tylko zobaczy, jaką ma poharataną szyję! Jakbym jej nie przegnał, zadusiłaby jak amen w pacierzu.
***** Kiedy wieczorem Andrzej przysiadł się do dziadka Błażeja z dwoma półlitrówkami w dłoniach, ten od razu zauważył jego poranioną szyję. - Co ci się stało, Jędruś? - Nie wiem sam. To bardzo dziwna historia – chłopak był wyraźnie zmieszany. - Byłem dzisiaj u tej staruszki, Tekli, a gdy wracałem do domu przez pola poczułem się taki jakiś senny. Położyłem się na chwilę, a kiedy wstałem, miałem już te rany na szyi. - Południca! Rżana baba o żelaznych zębach! To ona cię zaatakowała! - z oczu starca wyzierał strach. - Aż dziw, że przeżyłeś! Po coś tam lazł, głuptaku?! - Jaka południca? Ten chłop, który mnie obudził na polu, też coś bredził o południcy. - To ty nic nie wiesz? - Błażej był zdziwiony i przestraszony. - To krwiożerczy demon! Poluje na takich jak ty lekkoduchów bez rozumu, co w samo południe są na polu. Chłopów i baby zabija, a dzieciaki porywa na zatracenie! - A jak ona wygląda? – Andrzejowi serce mocno biło, chociaż próbował udawać spokojnego. - To wysoka baba, dumna, harda. Ma twarz białą jak trup i sama też jest ubrana na biało. Łatwo można poznać, że się zbliża – ni z tego, ni z owego zboża falują jak oszalałe, choć wcale nie ma wiatru. To znak, że jest tuż tuż. - A jak się można przed nią obronić? - Nijak nie można! Trza się w południe trzymać cienia i w słońce na pole nie…