Horror · 1 godz. 13 min czytania
ZABIĆ WIEDŹMĘ cz. II
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Andrzej obudził się zlany zimnym potem. Wciąż serce waliło mu jak oszalałe. Na szczęście to był tylko sen! Wstał i otworzył okno. Czuł się tak zmęczony, jakby ciężko pracował fizycznie przez kilkanaście godzin. Słońce było niemal w zenicie, a z bezchmurnego nieba lał się niewyobrażalny żar. Poczuł suchość w gardle, więc postanowił się napić. Ubrał spodenki i wszedł do kuchni. - O, Jędruś, w końcu wstałeś! - Maryna już była przy nim i uśmiechała się szeroko. - Aleś mi dogodził w nocy tą swoją wielgachną pałą! - zaśmiała się wesoło. - Daj spokój, Maryna! - zdenerwował się Andrzej. - Zmusiłaś mnie do tego. To było pierwszy i ostatni raz! - Jak to ostatni raz?! - kobieta podeszła do niego i objęła za szyję.- Przecież ja ci miłuję! I wiem, że ty mnie też! Pocałowała go w usta. Chłopak gwałtownie ją odepchnął i próbował ją wyminąć, by wyjść na dwór. - Jędrek! – złapała go za łokieć. - Nie bądź taki! Wydupczysz mnie i dam ci spokój. Tak mi się chce, że nie mogę wytrzymać. - Co mnie to obchodzi?! - krzyknął Andrzej. - Masz męża, to niech cię dupczy! - On jest ciągle pijany i chędoży mnie od wielkiego święta. A ja nie jestem jeszcze stara i też mam ochotę na miłość! Chodź, Jędruś, ze mną do łóżka na chwilę. Nie daj się prosić, Ino raz! - Powiedziałem, że nie, to nie! Młodzieniec był wściekły. Wyrwał rękę i był już przy drzwiach. - Bo powiem Jantkowi, żeś chędożył Marcysię! - krzyknęła za nim. - A wtedy wiesz co cię czeka! Kuśka obcięta! - Co?!!! - drzwi otworzyły się z hukiem i do kuchni wpadł gospodarz domu. Chędożyłeś moją Marcysię?! - uderzył Andrzeja w twarz, aż chłopak zatoczył się na ścianę. - Nie, to nieprawda! Maryna kłamie! – bronił się młodzieniec. - Moja żona nigdy nie kłamie! - Antek chwycił go za włosy i przyciągnął do siebie. Pomimo wczesnej pory był już pijany. - Odszczekaj to, psie! - Łże w żywe oczy! Nawet jej nie dotknąłem! Chłopak szarpnął się nagle, wyrwał z rąk Antka i wybiegł na podwórko. - Złapię cię, ty gnojku – gospodarz rzucił się za nim w pogoń. - A wtedy utnę ci kuśkę! Za to żeś pozbawił Marcysię wianka! Chłopak gnał jak hart, przestraszony perspektywą pozbycia się atrybutu męskości. Byłby uciekł Antkowi, który z powodu wypitego alkoholu nie poruszał się zbyt żwawo, ale nie dopisało mu szczęście. Dobiegał do furtki, gdy gospodarz krzyknął do dwóch sąsiadów, idących właśnie drogą: - Łapcie go! Łapcie tego sukinsyna! Mężczyźni wpadli na podwórko. Andrzej skręcił w bok. Antek pobiegł za nim, a jego koledzy rozbiegli się na boki. W trójkę zapędzili go w róg podwórka. Otoczyli chłopaka i zbliżali się już bez pośpiechu, pewni swego. Nie widząc innej drogi ucieczki Andrzej próbował sforsować płot niestarannie wypleciony z wikliny. Był już na górze z jedną nogą po drugiej stronie, gdy chwyciły go dwie pary rąk i ściągnęły z powrotem. - Chłopy, bierzemy go do chałupy! – krzyknął gospodarz. – Wiecie, co zrobił ten gnojek? Chędożył moją Marcysię! - Co za koński zwis! – skomentował gruby brodacz, Witek. – Jakby taki odebrał wianek mojej córze, to bym mu kuśkę odciął! - A myślisz, że co chcę zrobić? – zaśmiał się złośliwie Antek. Andrzej próbował się wyrwać, ale mężczyźni wykręcili mu ręce i prowadzili do chałupy. Gospodarz kilka razy kopnął go w tyłek, a potem uderzył mocno w tył głowy, aż chłopak krzyknął z bólu. - Puśćcie mnie! Nie spałem z Marcysią! Nawet jej nie dotknąłem! Maryna kłamie! Powiedziała tak, bo nie chciałem iść z nią do łóżka! Szantażowała mnie – wykrzykiwał przerażony Andrzej. - Co, ty sukinkocie?! To jeszcze moją starą chciałeś wydupczyć?! – Antek uderzył go w twarz, aż chłopakowi poszła krew z nosa. Przy płocie zaczęło się robić zbiegowisko. Z sąsiednich domów przybiegło kilka kobiet i mężczyzn, do których zaraz dołączyła grupka dzieci. - Chodźcie, sąsiedzi, do chałupy – krzyknął do nich Antek. – Zobaczycie, jaka kara czeka tego, kto bez ślubu dobiera się do porządnej dziewuchy! Ale bez dzieciaków, tylko starzy! Wprowadzili wyrywającego się i wrzeszczącego Andrzeja do kuchni i rozciągnęli go na stole. Dwóch mężczyzn trzymało młodzieńca za ręce, a gospodarz z pomocą innego sąsiada ściągnął mu spodenki, a potem związał nogi w kostkach, bo chłopak kopał jak oszalały. Ciekawscy sąsiedzi obstąpili stół, żądni zemsty i widowiska. Kobiety z zainteresowaniem spoglądały na pokaźnych rozmiarów przyrodzenie chłopaka, uśmiechając się do siebie porozumiewawczo i poszturchując. Błażej wyszedł ze swojego pokoju, spojrzał na młodzieńca i gdzieś wybiegł. Gospodarz wyjął długi, ostry nóż i chwytając Andrzeja za członka powiedział: - No to pożegnaj się z kuśką, psi synu! - Nie, gospodarzu! Zapłacę ci, tylko mnie puść! - Nie, nie rób tego! – Maryna chwyciła męża za rękę. – Ja żartowałam! On wcale nie dupczył Marcysi! - Przecie sam słyszałem, jak mówiłaś! - Ja go tylko tak straszyłam, bo nie chciał mi pomóc w obejściu! W tym momencie do kuchni wpadła zadyszana Marcysia, a tuż za nią Jagna i Błażej. Zaskoczone spoglądały na śmiertelnie wystraszonego Andrzeja, leżącego na stole z obnażonymi genitaliami. - Gospodarzu, nie obcinaj mu kuśki! – prosiła jedna z kobiet. – Zrób mu coś innego za to, że wydupczył ci Marcysię, ale zostaw biedakowi przyrodzenie! - No dobra, obetnę mu jajca! Wykastruję go jak prosiaka! – Antek chwycił Andrzeja za jądra i mocno naciągnął worek mosznowy. - Ojciec, proszę, zostawcie go! – Marcysia chwyciła go za ramiona. – Jędruś wcale mnie nie dupczył! Ktoś ojca okłamał! Tak jak ojciec kazali, zachowałam wianek dla mojego przyszłego ślubnego – dziewczyna kłamała w żywe oczy, by uratować młodzieńca. - Przysięgnij się, że cię nie wychędożył ten psi pomiot! – Antek puścił chłopaka, odłożył nóż i spojrzał w oczy córce. - Przysięgam na Jezusiczka! Nawet mnie nie tknął! - Ty też przysięgnij! – spojrzał ze złością na Andrzeja. - Przysięgam, że nie spałem z Marcysią! – wykrzyczał spocony ze strachu i upokorzony Andrzej. - No dobra, może i żeś jej nie dupczył. Ale coś w tym musi być, że Maryna tak powiedziała. Pewnikiem chciałeś ją wychędożyć, ale ona ci nie dała tyłka, bo to dobra i skromna dziewucha! Obetnę ci jedno jajco i będziemy kwita! Antek wziął nóż i znów pochylił się nad kroczem chłopaka. - Gospodarzu! – Jagna stanęła tuż obok niego. – Gospodarzu! – powtórzyła twardym, dobitnym głosem. Mężczyzna odwrócił się w jej kierunku, a wtedy Jagna spojrzała mu prosto w oczy. Przeszyła go ostrym, nieustępliwym spojrzeniem. Antek stał w milczeniu i nieruchomo niczym mysz zahipnotyzowana wzrokiem węża. Czuł ból głowy jakby wbijano mu w mózg malutkie szpileczki. - Zostawcie go w spokoju, gospodarzu. On jest niewinny. Przysiągł przecież, że nic Marcysi nie zrobi – mówiła głośno i powoli. - Dobrze, niech idzie – odpowiedział Andrzej nieswoim, lekko zachrypniętym głosem. Z ulgą odwrócił się od Jagny, rozwiązał chłopakowi nogi i kazał sąsiadom go puścić. Chłopak natychmiast wciągnął na siebie spodenki, bez słowa przecisnął się między ludźmi otaczającymi stół i wybiegł na podwórko. Trzasnął furtką i pobiegł drogą w stronę połonin, byle dalej od Antka i jego noża.
*****
Andrzej długo błąkał się bez celu po okolicy. Czuł się fatalnie. Został poniżony i upokorzony przez Antka, a w dodatku niemal cudem nie został pozbawiony swych atrybutów męskości. Chciało mu się wyć z żalu i płakać. Najchętniej wróciłby natychmiast do swojego domu, ale u Kurków zostawił swoje rzeczy, a po drugie musiał dokończyć zbieranie materiałów do serii artykułów. Bał się zostawać w Wilczaku na jeszcze jedną noc, bo jak dotąd każda przynosiła jakieś straszne przeżycia, ale mimo tego postanowił, że dopiero jutro wybierze się w drogę powrotną. Obawiał się reakcji swojej szefowej na szybsze niż planowano zakończenie tej było nie było podróży służbowej i zbyt małą ilość zebranych materiałów. - Cholerny świat! - zaklął głośno. - Jak nie urok to sraczka. Jestem między młotem a kowadłem! W końcu zmęczył się. Nie chciał wracać do chaty Kurków, a nie mając się gdzie podziać, postanowił odwiedzić wiedźmę i porządnie wygarnąć jej za eliksir miłości, który przysporzył mu tyle kłopotu i wstydu. Zły jak osa wszedł na podwórko, a gdy dopadł do niego kundel Tekli, oszczekując go zajadle, krzyknął na psa tak ostro, że ten podwinął ogon i uciekł do budy. Wpadł do chaty trzaskając drzwiami. W panującym wewnątrz kuchni półmroku nie dostrzegł Tekli i chciał już wejść do pokoju, gdy poczuł dłoń na ramieniu. - Tutaj jestem, Jędruś – usłyszał miękki, kobiecy głos. Wzdrygnął się zaskoczony. Odwrócił się na pięcie i zdezorientowany stanął jak wryty. Tekla była piękną, wyglądającą na około trzydzieści lat długowłosą brunetką. Miała mocne, grube włosy, zdrową cerę i pełne, jędrne piersi. Andrzej pomyślał, że jest bardzo podobna do Jagny i mogłaby uchodzić za jej starszą siostrę. „Coś nie tak dzieje się z moją głową! Przecież to stara jędza, rozsypujące się próchno. Ma ponad sto lat i nie może wyglądać tak ładnie i pociągająco! - przemknęło mu przez głowę. - „A może... A może to magia?! Czyżby ta raszpla rzuciła na mnie jakiś urok? Nie, to niemożliwe! A może jednak?!” Zrobiło mu się zimno i poczuł, że serce podchodzi mu do gardła. - Co mi dałaś za gówno?! - krzyknął do niej ze złością. - Przez ten twój zasrany eliksir miłości Antek prawie mnie wykastrował! - Złapał cię, jak chędożyłeś Marcysię? Trza było uważać, a nie dupczyć na widoku gdzie popadnie! - Nie, eliksir wypiła Maryna i nie mogłem się od niej uwolnić! Nie chciałem z nią iść do łóżka i wtedy zaczęła mnie straszyć, że powie Antkowi, że spałem z Maryną. Gospodarz to usłyszał i chciał mi uciąć ptaka! - Sam jesteś sobie winien! - wiedźma oskarżycielsko wyciągnęła palec wskazujący w jego kierunku. - Trza było uważać, żeby kto inny nie wypił mikstury. A jak nie uważałeś, to trza było wydupczyć Marynę i miałbyś spokój. - Tak, jasne! Musiałby ją dupczyć co godzinę, wtedy dopiero miałbym spokój! - Jędruś, nie denerwuj się. Już ja o to zadbam, żeby Antek więcej cię nie tknął nawet palcem. Jeszcze pożałuje tego co zrobił! - Ciekawe, jak to zrobisz? - To już nie twoja sprawa. W miksturę na kochanie też nie wierzyłeś. Siednij se, bo widzę, żeś zmęczony. Młodzieniec posłusznie opadł na zydel przy stole, a chwilę później Tekla postawiła przed nim kubek z parującą herbatą. - Nie będę tego pił! - Andrzej odsunął na bok naczynie. - Pewnie to też jakieś podejrzane świństwo, tak samo jak ten miłosny eliksir. Wiedźma podeszła do niego i spojrzała mu w oczy tak, że aż go przeszły dreszcze i poczuł olbrzymi, irracjonalny strach. - Jak ci mówię pij, to pij! - powiedziała ostrym, nieznoszącym sprzeciwu tonem, robiąc złą minę. - Bo jak nie, to pożałujesz, żeś się urodził, tak ci wygodzę! Andrzej bezwolnie chwycił kubek i zaczął pić herbatę, parząc sobie język. Dopiero, gdy opróżnił kubek do ostatniej kropli, wiedźma odwróciła wzrok i wtedy wróciła mu kontrola nad własnym ciałem. Był spocony jak mysz kościelna. Zimne macki strachu chwyciły go za gardło. Zrozumiał, że wpadł z deszczu pod rynnę. Znalazł się w pułapce i wiedźma będzie mogła z nim zrobić co zechce. Wtem nagle ktoś trzasnął furtką. Tekla wyjrzała przez okno i krzyknęła: - Kogo tam diabli niosą?! Wyszła na podwórko, po którym kręcił się brodaty obszarpaniec z długim kijem w ręku. - Starowinko, sama tu mieszkasz? - spytał grubym głosem, uśmiechając się krzywo. - Nie twój zasrany interes, wszczarzu! - A właśnie, że mój. Daj mi trochę pieniędzy i coś do jedzenia, to cię zostawię w spokoju. A jak nie, to oberwiesz kijem w łeb za tego wszarza i wezmę wszystko co masz, ty stara dupo! - O ty cholero! Ty piździelcu w dupę chędożony! - wściekła kobieta pogroziła obcemu zaciśniętą pięścią.- Won mi stąd w podskokach, kutafonie! Ino już! - Najpierw dawaj pieniądze, bo jak nie to sam znajdę i jeszcze spuszczę wpierdol! - mężczyznę również poniosły emocję i krzyczał na cały głos. - Szybko, bo nie mogę na ciebie patrzeć, ty wstrętny babsztylu! W życiu nie widziałem takiej brzydkiej i starej jędzy jak ty! Wyglądasz, jakbyś już nie żyła od pięćdziesięciu lat! Brodacz podszedł do Tekli i popchnął ją tak mocno, że prawie przewrócił. Wtedy kobieta wpadła w szał. Napluła nieznajomemu w twarz. Potem wyciągnęła z sakiewki przywiązanej do pasa jakiś żółty, śmierdzący proszek. Sypnęła nim w oczy zaskoczonemu mężczyźnie. Następnie podniosła do góry ręce z rozpostartymi palcami. Zamknęła oczy i krzyknęła coś w tajemniczym języku, a potem wysyczała jak żmija: - Żeby cię poskręcało na wieki! W jednej chwili twarz brodacza zastygła w groteskowej, strasznej minie. Ręce i nogi wykręciły mu się pod dziwnymi kątami, jakby były wyłamane ze stawów. Mężczyzna zawył z bólu niczym ranione zwierzę. Chciał coś powiedzieć, ale tylko się opluł, a z jego ust wydobył się niezrozumiały bełkot. Tekla kopnęła go w tyłek i nieznajomy rozciągnął się na ziemi jak długi. Spojrzał na nią z nienawiścią i próbował wstać, ale bez powodzenia. Wtedy na czworakach niczym pies dotarł do furtki, przeczołgał się na drogę i żegnany szyderczym śmiechem Tekli zniknął za zakrętem. Kobieta wróciła do kuchni, usiała obok przestraszonego Andrzeja i wyraźnie zadowolona z siebie powiedziała: - Widzisz co cię czeka, jak nie będziesz mnie słychać? Jesteś mi potrzebny i masz robić co każę! Zrozumiano?! Młodzieniec tylko pokiwał głową, nie mogąc wydobyć słowa. Ze strachu był cały mokry. Wiedźma wyciągnęła butelkę wina, nalała mu pełen kubek i kazała pić. Wziął łyk i stwierdził, że smakuje identycznie jak to pite na wyspie. „Pewnie jest w nim ten sam narkotyk! Co ona chce ze mną wyprawiać!” Struchlał, a serce zaczęło mu bić jak oszalałe, bo domyślił się, do czego to prowadzi. Spojrzał na Teklę. Piła wino prosto z butelki. Z długimi, rozpuszczonymi, kruczoczarnymi włosami wyglądała przepięknie. Uśmiechała się do niego w uwodzicielski sposób, od czasu do czasu seksownie oblizując wargi. Zaczął wierzyć w to, że Wojtek mógł spać z wiedźmą, skoro ona wygląda tak atrakcyjnie. W miarę jak rosło jego pożądanie, strach przed Teklą malał, aż w końcu całkowicie ustąpił. Na dworze zapadał mrok. Siedzieli po ciemku i pili wino aż opróżnili całą butelkę. Na niebie pojawił się księżyc w pełni i rozświetlał kuchnię słabym, srebrzystym światłem, tworząc fantazyjne cienie. Czarnowłosa wstała i powiedziała słodkim, melodyjnym głosem: - Rozbierz się. Bez słowa sprzeciwu wykonał jej polecenie i stanął przed Teklą nagi jak go stworzyła natura. Kobieta uśmiechnęła się łagodnie. Wyglądała bardzo młodo, nie dałby jej więcej niż dwadzieścia lat. Zrzuciła suknie i chwilę stała nieruchomo, by Andrzej mógł się jej przyjrzeć. Miała długie, zgrabne nogi, płaski brzuch i najpiękniejsze piersi jakie kiedykolwiek widział – krągłe i duże, a mimo tego jędrne i sterczące. Bardzo podniecony spojrzał na jej gładko wygolone łono. - Wyglądasz jak ucieleśnienie moich snów – powiedział oczarowany jej urodą. - Wiem, Jędruś – podeszła do niego bardzo blisko i chwyciła za sterczącego członka. - Pocałuj mnie. Zrobił to z przyjemnością. Wpił się w jej wilgotne usta i całował namiętnie jakby to robił pierwszy raz. Spijał słodycz z jej ust, równocześnie głaskając po piersiach. - Zatańczmy – powiedziała Tekla i położyła dłonie na barkach młodzieńca. Andrzej chwycił ją za twarde, sprężyste pośladki i przyciągnął do siebie. Tańczyli mocno objęci w rytm pięknej, nastrojowej piosenki nuconej przez dziewczynę. W pewnym momencie czarnowłosa przestała śpiewać, puściła Andrzeja i wzięła z półki następną butelkę. Odkorkowała ją i wylała na biust czerwone wino. Młodzieniec pochylił się i spijał płyn z jej piersi, przesuwając się w dół ciała dziewczyny. Dotarł do brzucha, a następnie do gładko wygolonego łona, chciwie łapiąc wargami każdą kroplę krwistoczerwonej cieczy. Gdy młoda kobieta wylała na siebie cała butelkę, wzięła z półki mały słoiczek. Zanurzyła w nim palce i ręką pokazała młodzieńcowi, by zbliżył się do niej. Wtarła w penisa i jądra gęstą, zieloną maścią. Znów zanurzyła dłoń w słoiku i grubo posmarowała sobie łono mazidłem. Chwyciła Andrzeja za sztywnego członka, zaprowadziła do sypialni i popchnęła na duże łoże zasłane baranimi skórami. Chłopak upadł na plecy, a wtedy dziewczyna nabiła się na penisa jak na pal. Coraz szybciej rytmicznie unosząc i opuszczając biodra ujeżdżała Andrzeja jak dzika amazonka, a młodzieniec napawał się widokiem jędrnych, podskakujących piersi. Czarnowłosa jęczała w ekstazie i nie zwalniała tempa, aż chłopak trysnął w nią porcją nasienia. Wtedy zeszła z niego, odwróciła się tyłem i opadła na czworaka, szeroko rozstawiając uda. Andrzej ciągle miał potężną erekcję, więc bez zastanowienia wszedł w kobietę od tyłu i kochając się z nią, jedną dłonią głaskał jej pierś, a palcami drugiej pieścił nabrzmiałą łechtaczkę. Tekla krzyczała z rozkoszy i co jakiś czas odwracała się w jego kierunku mówiąc: - Nie przestawaj! Mocniej, mocniej! Młodzieniec znów miał wytrysk. Wyciągnął penisa, położył dziewczynę na plecach, szeroko rozłożył jej uda i znów wprowadził w nią swoją męskość, nadal sterczącą jak okrętowy maszt. Zaspokajał swoje ogromne pożądanie mocnymi, szybkimi ruchami bioder. Dziewczyna w miłosnym szale głośno pojękiwała i ugniatała sobie piersi. Miała kolejny orgazm, ale ciągle było jej mało. Andrzejowi również.
*****
Było już po południu, gdy Andrzej się obudził. Był śmiertelnie zmęczony, a w jego objęciach spała naga kobieta. Krzyknął z obrzydzeniem. Wyciągnął penisa z pochwy. Odepchnął kochankę na bok, a sam skoczył na równe nogi. Na łóżku leżała bardzo stara, niesamowicie brzydka staruszka. Miała bardzo zniszczoną, pomarszczoną, pokrytą sinymi i brązowy plamami skórę. Wyglądała jak trup. Leżała na plecach z szeroko rozłożonymi nogami, eksponując swoje obrzydliwe, owrzodzone krocze z sinymi, zwisającymi, dużymi płatami wargami sromowymi. Zwiędłe piersi wyglądały jak puste, rozciągnięte worki. W rozchylonych ustach tkwiły dwa czarne, spróchniałe zęby. - Jasna cholera! O kurwa mać! Rżnąłem tę jędzę tak długo, aż umarła! Co na ze mną zrobiła! Przecież to obrzydliwe! - Andrzej zwymiotował na podłogę. - Nie martw się. Jeszcze żyję – wiedźma podniosła się niespodziewanie i spoglądała na niego swoim jedynym widzącym okiem. - Aleś mi dogodził! Andrzej rzucił się w kierunku drzwi, chcąc uciec. Chwycił za klamkę, ale chociaż drzwi nie miały zamka ani nie były niczym zaparte, nie mógł ich otworzyć. Szarpnął z całej siły, ale ani drgnęły. Odwrócił się. Kilka metrów za nim stała wiedźma z wyciągniętą dłonią i mamrotała pod nosem jakieś zaklęcia. Zrezygnowany odszedł od drzwi. - Siadaj! - wysyczała jędza. - I tak mi nie uciekniesz! Powiem ci, co teraz zrobisz! Przestraszony przycupnął przy stole, a wiedźma zajęła miejsce po jego drugiej stronie. Po tym, co wczoraj zrobiła żebrakowi, wiedział do czego jest zdolna i wolał nie ryzykować. - Wiem, że jesteś teraz bardzo osłabiony, ale musisz dla mnie wykonać pewne zadanie – powiedziała stanowczym tonem. Musisz zabić Jagnę! - Co?! Oszalałaś! - krzyknął Andrzej. - Nie zrobię tego, bo po pierwsze nie jestem mordercą, a pod drugie boję się jej. Gdy spojrzy mi w oczy, mięknę jak wosk! - Zrobisz, bo inaczej cię zabiję! Dobrze o tym wiesz! A Jagny się nie bój. Dam ci amulet, który sprawi, że nic ci nie zrobi ta mała suka! Wstała, wsypała do kubka garść zmielonych ziół, dodała proszku ze słoiczka, wlała z buteleczki trochę brunatnej cieczy i wszystko zalała wrzątkiem. Postawiła kubek przed chłopakiem, spojrzała mu w oczy i powiedziała: - Pij, to cię postawi na nogi. Posłusznie zanurzył wargi w parzącej cieczy, a potem spytał: - Dlaczego chcesz, żebym ją zabił? - starał się na nią nie patrzeć, bo nagie ciało wiedźmy wzbudzało w nim głębokie obrzydzenie. - Mam swoje powody. - To wytłumacz mi chociaż, jak to jest, że za każdym razem, gdy cię odwiedzałem, wydawałaś mi się młodsza, a teraz znów wyglądasz jakbyś miała grubo ponad sto lat? - Herbata, którą zawsze ci parzyłam, nie była ze zwykłych ziół, ale z takich, które znam ino ja. Musiałam cię tym poić, by wyglądać w twoich oczach jak młódka, bo chciałam, żebyś dobrowolne mnie wychędożył. To było konieczne do moich celów. Ale maść, którą cię natarłam, zdjęła z ciebie ten urok. - To po co mnie nią wysmarowałaś? - Nie powiem ci, ale wiedz, że dzięki niej i temu, że mnie wydupczyłeś, odmłodniałam o dobre trzydzieści lat – zaniosła się głośnym, denerwującym śmiechem. Na twarzy starej kobiety pojawiły się rumieńce i zniknęło bielmo z jej lewego okna. Rzeczywiście wyglądała jakoś młodziej niż wtedy, gdy ją spotkał po raz pierwszy. Andrzej dopił do końca tajemniczą miksturę, wszedł do pokoju i ubrał się. Staruszka nadal pozostawała kompletnie naga. Przypominało to chłopakowi o tym, co zrobił z nią w nocy i oprócz obrzydzenia wzbudzało pogardę do samego siebie. - Nie zrobię tego! Nie zmusisz mnie do morderstwa! - krzyknął w jej stronę. Staruszka podeszła do niego i spojrzała w oczy. Przeszył go prąd. Wiedział, że Tekla chce go zahipnotyzować, ale nie był w stanie nic zrobić. Nie mógł nawet odwrócić wzroku. Twarz staruszki emanowała odwiecznym złem. Andrzej pocił się ze strachu jak w saunie, z oczy płynęły mu łzy, a serce biło mocno jakby chciało wyrwać się na zewnątrz. W mózgu słyszał wyraźny rozkaz: „:Musisz to zrobić! Pójdziesz i zabijesz Jagnę! Inaczej zginiesz! Pójdziesz i zabijesz Jagnę!” W końcu wiedźma opuściła wzrok i Andrzej odetchnął z ulgą. Jędza ubrała koszulę sięgającą kolan i kazała mu wyjść na podwórko, a sama podążyła za nim. - Widzisz te ptaki nad nami? – wskazała na stado wróbli krążące ponad drzewami rosnącymi przy drodze. - Zobacz, co się stanie z tobą, jak mnie nie posłuchasz! Wyciągnęła ręce w górę, splotła dłonie jak do modlitwy, wysuwając do przodu palce wskazujące, a potem zamknęła oczy, wymamrotała coś pod nosem i wymierzyła w stado jak z pistoletu. W tym momencie kilkadziesiąt ptaków spadło na ziemię, spalonych tak, jakby ktoś w ułamku sekundy upiekł je na ruszcie. Andrzej krzyknął ze strachu czując, że ta straszna kobieta jest zdolna do wszystkiego. Wiedźma weszła do kurnika i wyszła z niego po chwili, trzymając w ręku kurę. Z okrutnym uśmiechem ukręciła jej łeb i ruchem ręki pokazała Andrzejowi, by wszedł za nią do chaty. Potrzymała martwego ptaka nad miską, by zebrać do niej świeżą krew. Potem wypiła kilka łyków szkarłatnej cieczy i podała miskę młodzieńcowi, by zrobił to samo. Usiadła na podłodze, karząc chłopakowi przycupnąć naprzeciwko niej. Zapaliła kilka kadzideł, połknęła coś przypominającego zepsutego grzyba polanego jakąś kleistą cieczą i siedziała w milczeniu dłuższą chwilę. Nagle krzyknęła bardzo wysokim, nieprzyjemnym głosem: - Duchu Władysława przybądź! Wzywam cię, duchu Władysława! Coś zawirowało w ciemnej kuchni, jakby to pomieszczeni wpadł wiatr, chociaż okno i drzwi były zamknięte. Z podłogi uniósł się tuman kurzu i Andrzej usłyszał: - Oto jestem! Czego chcesz ode mnie? - Powiedz, jak umarłeś? - spytała starucha. - Dobrze wiesz jak, ty wiedźmo! - odpowiedział wściekły głos. - Zabiłaś mnie! Zmusiłaś mnie, bym wziął nóż i wbił go sobie w brzuch, aż wnętrzności wypłynęły mi na ziemię. A miałem tylko dwadzieścia dwa lata i tak bardzo chciałem żyć! Będę cię za to nienawidził do końca świata! - W którym to było roku? – spytał nagle Andrzej, zbierając się na odwagę. - W dwudziestym trzecim – odpowiedział duch. - A tobie kto pozwolił gadać?! - wiedźma spojrzała ze złością na chłopaka.- Morda w kubeł! Powiedz, Władek, jak zginął twój przyjaciel, Staszek? - Rzuciłaś na niego urok, stara suko! - wysyczał głos kogoś niewidocznego, ale czyją obecność czuło się w pomieszczeniu. - Wszedł na najwyższe drzewo w okolicy i skoczył z niego w dół. Połamał wszystkie kości. On również przeklina cię po wszystkie czasy. - Ha, ha, ha! - wiedźma okrutnie się zaśmiała. - Nie był mi już potrzebny, więc musiał umrzeć w hołdzie dla diabła, mojego pana! Odejdź już, przecz mi stąd! Znów uniósł się z podłogi gęsty kłąb kuchni. Wirował chwile, by nagle opaść na podłogę. Mokry od zimnego potu chłopak poczuł, że tajemniczy gość z zaświatów opuścił chatę. Andrzej odetchnął z ulgą i otarł czoło. Chciał jak najszybciej opuścić to przeklęte miejsce i nigdy więcej do niego nie wracać. Nigdy nie przypuszczał, że stara kobieta może w nim wzbudzać takie przerażenie i wstręt. - Teraz wiesz, co cię czeka, jak mnie nie posłuchasz! Masz tu amulet. Będzie cię chronił przed czarami tej małej wiedźmy! Wiedźma zawiesiła na szyi Andrzeja łańcuszek z amuletem w kształcie poskręcanych pni drzew, pośród których tkwiła rogata postać z długim ogonem. Wcisnęła mu w rękę długi, ostry jak brzytwa nóż i dodała: - Idź i zabij ją! Bo jak nie, to ja zabiję ciebie! Musisz zabić tę wiedźmę!
Część 22 / 2
*****
Po wypitej miksturze Andrzej nie czuł już zmęczenia. Wręcz przeciwnie – rozpierała go energia. Szybkim krokiem ruszył wprost do malutkiej chaty Jagny, znajdującej się kilkaset metrów za wsią. Wszedł do niej jak do siebie, trzymając w ręku nóż, ale dziewczyny nie było w środku. Zdenerwowany postanowił wrócić później. Udał się do chałupy Kurków, ale chcąc uniknąć napalonej na niego Maryny i Antka, którego szczerze nienawidził po ostatnim zajściu, doszedł do ich domu od strony ogrodu. W chacie było ciemno i tak cicho, że doszedł do wniosku, iż z pewnością nikogo nie było w domu. Wszedł do swojego pokoju przez okno i położył się na łóżku, by trochę odpocząć. Zaczęło się ściemniać, gdy do chaty wróciła Maryna. Andrzej słyszał, jak krzątała się po kuchni, a potem przez uchylone drzwi swojego pokoju i sypialni gospodarzy widział, że zapaliła świecę. Leżał w półmroku i obserwował kobietę, nie chcąc zdradzać swojej obecności. Bał się, że wtedy gospodyni znów będzie chciała szantażem zmusić do do uprawiania seksu. Maryna zdjęła koszulę i spódnicę. Nie miała pod spodem bielizny. Naga podeszła do dużej miski, wlała do niej ciepłą wodę i zaczęła się myć, zaczynając od twarzy. Potem umyła się pod pachami, a następnie namydliła wielkie, obwisłe, rozchylone na bok piersi. Stała bokiem i Andrzej ze swojej pozycji widział fałdy tłuszczu na jej brzuchu i obwisły, pomarszczony tyłek. Kobieta nie spiesząc się umyła brzuch, krocze i nogi. Wytarła się i zbliżyła do krzesła, na którym zostawiła ubranie. Nagle ze swojego pokoju wyskoczył Błażej jak diabeł z pudełka. Głowę miał obwiązaną szmatami i strasznie śmierdziało od niego siarką. Szybkim ruchem zdusił płomień świecy, dopadł od tyłu do Maryny i mocno chwycił ją jedną ręką za kark, a drugą za włosy. - To ja, bies! - powiedział starzec grubym, zniekształconym głosem, jakby miał coś w ustach. - Nie odwracaj się, bo łeb ukręcę jak kociakowi! Popchnął Marynę na stół, aż opadła w przód i oparła się o jego blat rękoma. Wtedy zawiązał jej oczy szmatą i powiedział bełkotliwie: - Szerzej nogi i wypnij tyłek! - A co, będziesz mnie teraz dupczył? - spytała cichym, przestraszonym głosem i spełniła jego rozkaz. - A pewnie, że będę! I to w rzyć, boś zła kobieta! To kara za twoje brudne, plugawe myśli i za to, coś wyprawiała z Jędrkiem! Błażej wyciągnął członka i wszedł w Marynę tak brutalnie, że aż stęknęła z bólu. Ścisnął ją mocno za obwisłe piersi i ugniatając jej biust, używał na gospodyni ile wlezie. Kobieta najpierw cicho płakała, potem uspokoiła się, a na koniec zaczęła pojękiwać z rozkoszy. Kręciła tyłkiem i poruszała biodrami naprzeciw ruchom starca, by zwiększyć swoją przyjemność. W końcu starzec zaspokoił swoje żądze i puścił Marynę, ciężko dysząc. - Teraz policz do stu i dopiero wtedy odsłoń oczy! Jak zrobisz to szybciej, ubiję jak psa! Błażej chcąc zmylić kobietę mocno trzasnął drzwiami wejściowymi, a potem na palcach przemknął do pokoju gospodarza, a z niego do sypialni Andrzeja. W ciemności nie zauważył chłopaka i był już na oknie, gdy młodzieniec chwycił go za rękę. - To taki bies dupczy Marynę? - złośliwie spytał starca. - Puść mnie, proszę! - Błażej wypluł trzymanego w ustach ziemniaka i mówił szeptem. - Ona zaraz tu wejdzie i sprawa się wyda! Bądź przyjacielem! To ja dzisiaj pobiegłem po Jagnę i Marcysie, żeby ci pomogły z Antkiem! - No dobra, ale teraz ty musisz mi pomóc! Andrzej wyszedł przez okno zaraz za starcem. Szybko przebiegli przez ogród i zaszyli się w ciemności. Wtedy dopiero młodzieniec spytał: - Od dawna tak dupczysz Marynę? - To było czwarty raz. Stary już jestem i żadna by mi nie dała, a korzeń mam jeszcze zdrowy i ryćkać się chce. Co miałem zrobić? Wymyśliłem, że przebiorę się za biesa, wysmaruję siarką i wychędożę synową. Maryna to głupia baba i łatwo ją oszukać. - Marcysię też tak oszukujesz? - Nie, nie, gdzieżby? To byłby grzech! Marcyś to moja krew, córka pierworodnego syna. A synowa to nie rodzina! - Trzeba przyznać, dziadku, że fantazji ci nie brakuje! – Andrzej poklepał Błażeja po ramieniu. - A powiedz mi, skąd wiesz, że Maryna się do mnie dobierała? - Ja mam sen czujny jak ptak. Byle szmer mnie obudzi. Wszystko żem słyszał, nieźle jej w nocy dogodziłeś! Ale nie bój się, ty nie puścisz pary z ust, to ja też cię nie wydam przed Antkiem. - Nie wiesz, gdzie może być Jagna? Mam do niej pilną sprawę, a nie było jej w domu. - Sprawdzał żeś na strychu? Czasem przesiadują tam z Marcysią i odprawiają jakieś gusła. Jeszcze mi przerobi wnuczkę na wiedźmę, zaraza cholerna! Ale co mogę zrobić? Wszyscy tu się jej boją prawie jak Tekli, chociaż nie jest taka szkodna i swoich nie krzywdzi. - Chodź, pójdziesz tam ze mną i poczekasz na dworze. Jakby co, to cię zawołam i przybiegniesz mi na pomoc, dobra? - No dobra – zgodził się starzec. - Powiedz mi, ile lat ma Jagna? - Pewnikiem nie uwierzysz, ale jest niewiele młodsza ode mnie. - Nie może być! - Andrzej ze zdziwienia wybałuszył oczy. - Myślałem, że jest w moim wieku! - A jednak! Nie wiem, jak ona to robi, ale ma to coś wspólnego z młodymi chłopami. Co zbałamuciła jakiegoś młodziaka, to ten marniał w oczach, a ona z każdym dniem młodniała. Tak samo jak jej matka, ta wiedźma Tekla. Nie raz i nie dwa kłóciły się obie o tego samego chłopa. Aż dziw, że jeszcze się nie pozabijały! - To dlatego tak się nienawidzą? - spytał Andrzej myśląc o tym, że ma w kieszeni nóż i niedługo będzie musiał go użyć. - A dlatego! Zresztą Jagna już od małego nie mogła patrzeć na Teklę, bo ta zaraz po urodzeniu podrzuciła dzieciaka sąsiadom. Dobrzy byli ludzie, a że starzy i bezdzietni, to wychowali jak swoje. Ale matki nikt nie zastąpi. Już dawno pomarli, a teraz Jagna mieszka w ich chacie. - Ciekawy jestem, z kim Jagna ma dziecko? Chyba nie z Wojtkiem? - To dziwna historia – starzec mocno ściszył głos i mówił młodzieńcowi prosto do ucha. - Marcysia kiedyś wygadała się, kim jest ojciec małego. Widziałeś sam, jak zmora dusiła Marcysię. Kiedyś taka zmora przyszła w nocy do Jagny, tyle że dużo gorsza!. Ale to musiał być bardzo silny demon, bo ze zwykłą marą wiedźma poradziłaby sobie w try miga. Marcysia spała wtedy u Jagny i wszyściutko widziała na własne oczy! To musiał być duch jakiegoś chłopa, bo odkrył Jagnę, zdarł z niej nocną koszulę i dupczył ją ile wlezie. Jagna stękała, wiła się, miotała po całym łóżku, a demon ugniatał jej cycki i chędożył ją tak mocno, że aż krew jej ciekła z kuciapki! Marcysia miała strasznego stracha, bo bała się, że zmora zaraz ją też wydupczy. Krzyczała jak opętana, ale Jagna nie mogła się zbudzić! - I Marcysia widziała tego demona? - Przecie demony są niewidzialne! Ale było widać, że ktoś ją dupczy, bo łóżko aż stękało pod ciężarem, a kuciapka rozwierała się i zwierała, jakby wchodził w nią i wychodził wielki, gruby kutafon! Dopiero jak zmora zeszła z Jagny i zniknęła, dziewucha się obudziła, a niedługo potem chodziła już z brzuchem. - Zmora to jest taka złośliwa dusza, która w czasie snu opuszcza ciało swojego właściciela i idzie kogoś męczyć? - spytał Andrzej. - Tak. A właściciel nic o tym nie wie! Śpi spokojnie, kiedy jego dusza właśnie kogoś dusi. Często zmorą jest siódma córka albo taka, co ma brwi zrośnięte nad oczyma lub oczy w dwóch kolorach. A bywa też, że jest to dusza takiego, co zmarł nagle i bez rozgrzeszenia. - Przecież Jagna ma różnokolorowe oczy! - I kto wie, czy to nie jej dusza dusiła Marcysię! - A kto mógł zaciążyć Jagnę? - Nie wiadomo, ale Tekla miała wtedy jakiegoś kochanka, który przylazł do wsi nie wiadomo skąd. Janek miał chyba na imię. Ponoć kochała go jak nikogo przedtem ani potem. Zaraz po tym, jak wydało się, że ktoś zbrzuchacił Jagnę, znaleziono go na uroczysku martwego, z rozprutym brzuchem i flakami na wierzchu! Ludziska gadali, że pewnikiem to on zrobił Jagnie dziecko, a wtedy Tekla zabiła go z zazdrości, że ją zdradził i to z córką. Tylko nikomu o tym nie mów! Pamiętaj!
*****
Andrzej wszedł do chaty Jagny czując narastający strach. Zrobiło mu się sucho w gardle, a krew w żyłach pulsowała coraz szybciej. Bał się tej dziewczyny, ale jeszcze większe przerażenie wywoływała w nim Tekla. Wiedział, że jeśli nie zabije jej córki, stara wiedźma zlikwiduje go bez żadnych skrupułów. Prawdopodobnie zmusi go swoimi sztuczkami, by sam targnął się na własne życie, jak nieraz robiła to przedtem ze swoimi kochankami. Znalazł się w pułapce, z której nie widział wyjścia. Cokolwiek by nie zrobił, narazi się na gniew jednej z wiedźm, za co może zapłacić własnym życiem. Nie był przecież mordercą, a za chwilę miał kogoś pozbawić życia. Jednak ciągle po głowie tłukł mu się rozkaz wiedźmy „Musisz to zrobić! Pójdziesz i zabijesz Jagnę! Inaczej zginiesz! Pójdziesz i zabijesz Jagnę! Musisz zabić tę wiedźmę” W środku panowały niemal absolutne ciemności. Chłopak potknął się o stół i wylądował na podłodze. Szybko wstał i wtedy usłyszał nad sobą jakieś głosy. - Stary miał rację - szepnął do siebie. - Jest na strychu. Najciszej jak umiał wdrapał się na górę po stromych, drewnianych schodach. Pozostał ukryty w mroku panującym poza kręgiem światła padającego od świecy. W powietrzu czuć było duszący zapach kadzidła. Na środku strychu na podłodze siedziały dwie zupełnie nagie dziewczyny. Jagna była odwrócona plecami do Andrzeja, a Marcysia usadowiła się naprzeciwko niej. Miały szeroko rozłożone nogi i dotykały się palcami stóp. Blondynka trzymała w rękach małą miseczkę wypełnioną czerwoną cieczą. - Dlaczego muszę wypić krew tego kociaka? - spytała Marcysia. - Mówiłam ci już! Krew świeżo zabitej istoty pozwoli nam przywołać duszę zmarłego. Przecież chcesz porozmawiać z Wojtkiem, więc nie utrudniaj. Andrzej rozejrzał się dokładniej po małym, zagraconym i zasnutym pajęczynami strychu i dopiero teraz dostrzegł małego kota ze skręconym karkiem, leżącego w kącie. Serce biło mu tak mocno, że irracjonalnie zaczął się bać, iż zdradzi go to przed dziewczynami. - No dobrze, ale czy musimy być na golasa? Trochę mi zimno w tyłek. Ziąb ciągnie od podłogi. - Ile razy trzeba ci gadać to samo?! - zdenerwowała się Jagna. - Chcesz być moją uczennicą, a pamięć masz jak kura i w kółko trzeba ci to samo powtarzać! Ubrania hamują przepływ energii. Nago łatwiej nawiązać kontakt z duchem! - A jak Wojtuś powie, że mi nigdy nie wybaczy i że to przez mnie się utopił? To ja wtedy... wtedy... ja nie wiem co zrobię! - Marcysia zrobiła smutną minę i potarła palcem kącik oka. - Z góry się nie martw. Na pewno tak nie powie. Pij! Blondynka podniosła naczynie do ust i zaczęła powoli pić krew. Korzystając z okazji, że miała twarz zasłoniętą miską i nie mogła go zauważyć, Andrzej postanowił zaatakować. Chciał to zrobić szybko, zanim emocje nim zawładną i zacznie się wahać. Wyjął nóż. Na palcach podszedł do Jagny. Nie chciał uderzać w plecy jak tchórz. Szarpnął ją za ramię, obracając w swoja stronę. Wtedy uderzył. Mierzył w serce. Ostrze noża było już blisko ciała Jagny, gdy ta chwyciła go za nadgarstek. Broń zatrzymała się tuż przed sercem. Wiedźma była zaskakująco silna. Andrzej nie był w stanie ani dopchnąć noża, ani wyrwać ręki. - Co ty robisz, Jędruś?! - krzyknęła Jagna. - Muszę cię zabić! – wycedził przez zaciśnięte zęby, siłując się z nią. - Dlaczego? - Tekla mi kazała! Nie powstrzymasz mnie! Twoja magia na mnie nie działa! - Masz amulet od tej wiedźmy! - Jagna dostrzegła metalowy talizman wiszący na szyi młodzieńca. - Ale to za mało, żeby mnie pokonać! Boleśnie wykręciła Andrzejowi rękę, aż nóż wypadł mu z dłoni. Zerwała młodzieńcowi amulet i rzuciła go w kąt. Chwyciła go za włosy i spojrzała w oczy. Młodzieniec poczuł ból w skroniach. - Ty głupcze! Nie możesz mnie zabić! Piłeś mleko z moich piersi! Jesteś ze mną związany prawie jak syn z matką! Nie wiesz, że mleko wiedźmy sprawia, że ten, który je wypije, staje się od niej zależny? - To jakaś bzdura! - odpowiedział Andrzej, chwytając ją lewą ręką za gardło. - Tak myślisz? - Jagna podniosła nóż,…