Fantasy · 16 min czytania
Zabierz mnie ze sobą
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Istnieje kraj, gdzie na każdym kroku trzeba oglądać się za siebie. Jedna wojna ściga drugą, wojownicy nie mają czasu na pożegnania, a matki na osuszanie łez. Rzewne piosenki towarzyszą wieczorom przy ogniu kominka, gdzie samotne żony cerują skarpetki dla dzielnych walczących. I to wszystko przez jednego barana, z paroma karatami na głowie, myślącemu, że może być drugim Aleksandrem Wielkim. Przerost ego powinien być karany.
Powyższy opis z pewnością jest lekko, no dobrze, mocno subiektywny i przesadzony, ale tak właśnie postrzegałam swą ojczyznę. Salejon pogrążył się w kolejnej nerwicy, gdyż Mizerin, pan i władca, zdecydował się na działania dalekie od dyplomatyki. Nasi sąsiedzi, Lonczycy, nie chcą oddać ziem, które zdobyli w wojnie dwa lata temu, co wydaje się być na pozór oczywistym. Ale pan i władca, uznał, że nie tak powinna wyglądać mapa jego państwa i jak Lonczycy nie spełnią jego wniosku, będzie wojna. Oryginalny facet nie jest. Salejon tkwi w nieprzerwanej wojnie od wielu, wielu lat. Większość wojowników stanowią najemnicy z innych państw, gdyż król ceni sobie krew Salejów. Woli przelewać tę zagraniczną – niezależnie, czy sprzymierzeńców, czy wrogów. Miałam kiedyś w ręku taką dziwną książkę, którą przywiózł mój wuj z dalekiej krainy. Była stara i piękna, oprawiona w czarną skórę. Wuj tłumaczył mi ją. Zawierała dzieje różnych dziwnych miejsc, o których nawet nie słyszałam. Pisano w niej o niejakiej Spyrcie, czy Sparcie. Nieważne. Pamiętałam jedynie, że wychowywano w niej chłopców na wojowników od najmłodszych lat. Zdziwiłam się wtedy, że istnieje jeszcze jakieś państwo, gdzie panują podobne zwyczaje. Jak się potem okazało, ku memu zdziwieniu, Sparta padła wieki temu.
W Salejonie również przystosowywano młodych do wojny, chłopców jak i dziewczęta. Nie było litości. Wyboru ścieżki życiowej syna lub córki dokonywali rodzice. Kto nie umiał się przystosować, wypadał z życia na pierwszym szczeblu. Drugi szczebel oznaczał bycie rzemieślnikiem, ale często też sługusem pana i władcy. Już jako dziecko wiedziałam, że moim przeznaczeniem jest co innego, niż przerzucanie gówna z sianem w szlacheckiej stajni. Rodzice, wierząc, że odziedziczę po nich krzepę, oddali mnie na wydział dla wojowniczek-sanitariuszek. Taki kierunek dla rzeźniczek, biegających jednocześnie po polu walki z bandażami. Mając siedem lat trafiłam do klasy razem z czterdziestoma innymi dziewczętami.
Tworzyłyśmy niezwykłą mieszankę wybuchową. Jak to bywa w internatach tylko dla kobiet, nie obyło się bez facetów. Raz, mając dwanaście lat, zaprosiłyśmy do siebie z Lottą chłopców, tylko po to, by ich widowiskowo powalić na progu pokoju i otrzymać nagrodę od Babci Dynamit – naszej dozorczyni, strażniczki i nieraz, powiernicy. (Już tak jej nie nazywałyśmy, ale często wspominałyśmy śmieszne historie z jej udziałem. ) Biedni Arn i Ben tak się przerazili perspektywy kolejnego ataku, że schowali dumę do kieszeni i nie próbowali nawet bronić, gdy Babcia wyholowała ich za uszy do swojego gabinetu. I pomyśleć, że teraz byliśmy wręcz nierozłączni.
W tym roku czekało nas Nadanie Stanu. Dość pompatyczna nazwa, jak na zwykłe podpisanie świstka oraz uściśnięcie dłoni króla Mizerina. No dobra, ten świstek był całkiem istotny. Zobowiązywał do wiernej służby krajowi (czyt; panu i władcy), gotowości na każde wezwanie i nadawał specjalne prawa. Wszyscy stroili się na tą okazję i ćwiczyli dygnięcia. Ja nie przejmowałam się zbytnio. Po prawie dziesięciu latach nauki, czułam jedynie ulgę. Miałam świadomość, że nigdy nie zyskam prawdziwej wolności, ale przynajmniej będę mieć własny pokój. Albo podzielę go z kimś płci przeciwnej, co teraz wydaje się czystą abstrakcją. Nie chcę posądzać moich współlokatorek o wszędobylstwo, ani Babci D. o nadgorliwość, gdzieżby tam... Ale mając prawie osiemnastkę na karku, pragnęłam prywatności bardziej, niż czegokolwiek innego. Do Nadania zostały dwa miesiące, dwa długie, pełne stresu, męki i potu miesiące. Na uroczystość Nadania, każdego roku, uczniowie ostatniego roku organizowali pokaz, podczas którego przedstawiali wspólny układ, a następnie każdy absolwent miał swoje pięć minut. Jako, że obserwować to miały inne wydziały, rodziny i ludzie z miasta, napięcie i grupowa histeria powoli zaczynała dawać o sobie znać. Poza moim wydziałem, WOJ-MEDEM istniał także damski DYPLO (gdzie przyszłe dyplomatki szykowały się na bezrobocie), męski WOJ, (mój ulubiony), LOT (służba lotnicza), MOR (morska) i ZWIAD ( wydział dla szpiegów i pluskw, nieciekawe typy.) Oczywiście nie wszyscy kończyli szkołę. Średnio na trzecim roku dokonywano selekcji, wyrzucając prawie połowę uczniów. Z mojej klasy zostało, licząc mnie, dwadzieścia osób. Ci co odpadli, trafili do innych szkół – szczęśliwcy mogli wybrać sobie specjalizację. Uczyli się profesji, przyjmowali wiedzę ogólną i mieli tylko trzy treningi wojskowe w tygodniu. Jednak ci, którzy odpadali jeszcze później, trafiali w ręce Mazarina. Nikt nie wie czemu, ale powiada się, że tę tradycję wymyślił sam Mazarin.
Część 22 / 2
Oczywiście poza zajęciami praktycznymi, treningami, WOJ-MED zamęczał swoich uczniów matematyką, taktyką, meteo-przyrodą i innymi bzdetami, a nawet muzyką. (Po wpuszczeniu do Rady Wyższej kobiet, jedna z nich zarządziła w wydziałach damskich lekcje muzyki „ku krzewieniu kobiecych manier i delikatności, bez naruszenia przydatności i skuteczności”. ) Doceniałam jej gest, ale gdy na trzecim roku wciśnięto mi do ręki piszczałkę, miałam ochotę wsadzić ją komuś i to na pewno nie w usta. Uwielbiałam muzykę, śpiew, ale dmuchanie w drewniany kijek wydawało mi się uwłaczające. Dopiero na czwartym roku pozwolono mi zmienić instrument – i tak zaczęła się moja miłość do skrzypiec. Po sześciu latach radziłam sobie z nimi całkiem nieźle. Szykowałam mały koncert na okazję Nadania.
Z tego co się orientowałam, męski WOJ również przygotowywał popis, ale bez części artystycznej. Nie miałam pojęcia co planuje LOT; w zeszłym roku powyskakiwali widowiskowo z lecącego samolotu, a ponieważ niemiłosiernie wtedy wiało, zniosło ich na jakieś bagnach i wystąpili w roli błotnych potworów. Jeśli chodzi o MOR i DYPLO, kompletnie nie wiedziałam co kombinują. Co by jednak DYPLO nie zrobiło, WOJ-MEDKI zawsze wypadną lepiej. Może to przez nasze wyrzeźbione figury i bardzo niedyplomatyczne odzywki. Nie mam pojęcia. Nie pałałyśmy do siebie miłością.
Wszystkie wydziały, na których trwały treningi i zajęcia, znajdowały się przy królewskiej posiadłości w Turnie. Król w każdym z dużych miast zbudował podobny dwór i szkołę. Nasza była najmniejsza, na samym wschodnim brzegu Salejonu. Królewska posiadłość wyglądała jak typowy, przesadzony architektonicznie zameczek, gdzie zazwyczaj oprócz króla przebywały wyższe osobistości, dystrybutorzy broni, Debiutantki i Debiutanci.
Ustrój Salejonu był prosty jak konstrukcja cepa. Król przeważał głosem nad wszystkimi, ale musiał liczyć się z Radą Trzydziestu. Mieli oni prawo obalić go z tronu, aczkolwiek do tej pory nikt się na to nie odważył – z przyczyn oczywistych. Król miał szpiegów w każdym zakamarku, melinie i dziupli Salejonu, nie mówiąc już o samej Radzie. Zanim doszłoby do karkołomnego buntu, król zorganizowałby kilka odpowiednich oskarżeń i Rada straciłaby część członków. W dosłownym tego słowa znaczeniu. Dbając o resztki opinii publicznej, starał się jednak koegzystować z radnymi i czasem spełniał ich wymagania, ułaskawiając niektórych więźniów, godząc się na zniżenie podatków i takie tam.
Nasza uczelnia była może najmniejsza, ale chyba najprzytulniejsza. Obok sali wykładowych znajdował się park z wielkim jeziorem Puttu, gdzie w ciepłe dni połowa…