Historia · 8 min czytania
Zabiliśmy ją...
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Zabiliśmy ją….
W ciszy dyżurki, telefon zabrzmiał głośno i natarczywie. Witek Losek, dyżurny chirurg Szpitala Powiatowego w Chociewicach drgnął, skrzywił się i szepcąc cicho: „byle nie Izba…”, podniósł słuchawkę. Miał nadzieję, że to może pielęgniarka z oddziału dzwoni z jakimś błahym problemem, np. chce ustalić dawkę insuliny dla Powiszewskiego z dwójki, albo jeszcze lepiej, spytać, czy może przyjść do sejfu po narkotyki. - Słucham. - Dobry wieczór, Izba Przyjęć – Witek rozpoznał głos Magdy, tej ładnej pielęgniarki z izby, tej z tymi pięknymi oczami – pogotowie przywiozło dwóch rannych z wypadku… - lekarz westchnął ciężko. Spojrzał na zegar. Piętnaście po ósmej. Środa wieczór. Dwóch rannych z wypadku nigdy nie brzmi dobrze, ale wieczorem brzmi jeszcze gorzej. Dobrze, że chociaż rentgen jeszcze nie poszedł do domu. Witek podniósł się z kanapy, włożył białą marynarkę i zgasiwszy światło wyszedł z dyżurki. W dół nigdy nie jeździł windą. W górę - różnie, jak waga pokazywała zbyt dużo – szedł pieszo, w przeciwnym wypadku, też jeździł windą. Przechodząc korytarzem koło drzwi wyjściowych ze szpitala zobaczył kątem oka tył karetki stojącej jeszcze przed szpitalem. Właśnie włączyli niebieskie światła na dachu i odjechali. Losek wszedł do środkowego pomieszczenia, w którym stały trzy biurka, dwa komputery i z którego przechodziło się do położonych po obu stronach gabinetów badań lekarskich. Skinął głową Magdzie, kolejny raz zwracając uwagę na te jej śliczne oczy i zajrzał najpierw w jedne, później w drugie drzwi, szukając pacjentów. W prawym pomieszczeniu siedział na kozetce młody chłopak, miał na oko kilkanaście lat i na szczęście nie wyglądał na bardzo chorego. W lewym pomieszczeniu, na wysokim łóżku, leżał kolejny chory. Lekarz wszedł do gabinetu po lewej, żeby zacząć badanie od ciężej poszkodowanego. Dobrze zbudowany mężczyzna, w wieku ok. dwudziestu lat, przyzwoicie ubrany, leżał z zamkniętymi oczami. Na szyi miał plastikowy kołnierz Schanza, unieruchamiający mu kręgosłup szyjny. Na twarzy, ubraniu ani na kozetce nie było śladów krwi, chory nie miał też żadnych opatrunków. - Dobry wieczór – powiedział lekarz, kładąc ręką na udzie chorego. Pacjent otworzył oczy, spróbował lekko unieść głowę, co było dość trudne w kołnierzu. - Dobry wieczór – odpowiedział. - Co się stało? - Mieliśmy wypadek – mówił wyraźnie, patrzył przytomnie, może nie będzie tak źle… - To wiem – Witek uśmiechnął się lekko – a ściślej mówiąc? - Nie wiem. Nie pamiętam. Jechaliśmy, potem oni coś tam krzyczeli, a potem pamiętam karetkę. - Gdzie pan siedział? Ile ma pan lat? - Z tyłu za kierowcą. Dwadzieścia. - Miał pan pasy? - Nie… Stracił przytomność, a więc można rozpoznać wstrząśnienie mózgu i już jest wystarczający powód do przyjęcia na oddział. Lekarz zaczął badać chorego, obmacując najpierw jego głowę i wypatrując ran. Musiał uderzyć w coś głową, skoro stracił przytomność. - Boli pana gdzieś tutaj? - Tak, tutaj! – chory skrzywił się, gdy ręce lekarza dotknęły prawej okolicy skroniowej. - Ale ran żadnych nie widzę, na szczęście – Witek delikatnie uniósł głowę chorego, szukając ran i śladów krwi w okolicy potylicznej. Sprawdził reakcję na światło źrenic, i ich kształt. Przeszedł do badania tułowia i kończyn. Ucisnął choremu mostek, obmacał stawy barkowe, pomacał brzuch, nacisnął na spojenie łonowe i kolce biodrowe, cały czas patrząc na chorego i szukając jakiejś reakcji bólowej. - Boli gdzieś? - Nie. - A tu? – zbadał ręce i nogi. Kazał sobie ścisnąć mocno dłonie – siła mięśni symetryczna. - Nie, ja chodziłem, zanim mnie położyli. – osłuchał płuca, bez cech odmy opłucnowej. Zaplanował w myślach zdjęcia jakie zleci…