Zbrodnia · 7 min czytania
Zabójca
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Stąpał powoli, ostrożnie stawiając kroki na miękkiej ziemi. Czuł woń ofiary, była tak blisko, tak niesamowicie blisko. Nozdrza aż drażnił niezwykle wyraźny zapach. Jeszcze chwila i zatopi swe kły w delikatnym ciele, poczuje słodką krew a ssanie w żołądku w końcu ustąpi. Dzikie miauczenie wściekłego kota spłoszyło go nieco. Przylgnął do ziemi, kładąc po sobie uszy w irytacji. Nienawidził tych stworzeń, zawsze robiły tyle hałasu. Jeszcze by tylko brakowało, żeby jakiś go zdezorientował. Wtedy nie darowałby i przeklęta, miaucząca istota zostałaby rozszarpana i w drodze wyjątku potraktowana jako zastępcza kolacja. O ile by jakiegoś dorwał... Ruszył cicho w nadziei, że hałasujące stworzenie nie wypłoszyło jego ofiary. Woń jednak wyraźnie słabła. Usłyszał szmer... Oddalała się. Jasny szlag! Rozejrzał się nieco przekrwionymi ślepiami dookoła w poszukiwaniu dzikiego kota. Był wściekły. Nie mógł znaleźć pożywienia już od dwóch, a może i nawet trzech dni. Zmęczenie i frustracja sprawiały, że teraz nie pogardziłby żadnym jedzeniem. Próbował nawet liści, trawy, jednak ktoś taki jak on, potrzebuje mięsa, świeżej krwi. Po trawie tylko wymiotował. Uniósł łeb i węsząc po raz kolejny ruszył przed siebie nasłuchując i rozglądając się za czymś żywym i ruszającym się. Niespodziewanie szybko znów złapał trop. Zatrzymał się gwałtownie i przymknął oczy skupiając się wyłącznie na zapachu. Zestrzygł uszami. Nie mógł się mylić. To mdła woń krwi. Słodkiej, czerwonej... A jeśli jest krew, to musi być też mięso. Gdzieś w pobliżu znajdowało się „coś” rannego, „coś”, co krwawiło. Nie ważne, czym było. Jeśli dało się to ugryźć, pogryźć i połknąć, to znaczy, że nadawało się do spożycia. Ruszył nieco szybszym krokiem w kierunku, z którego poczuł kuszący zapach. Cóż za radość go ogarnęła, gdy dostrzegł na ziemi krwawe ślady, jeszcze tak świeże. Był blisko, niesamowicie blisko... Poczuł ogarniające go podniecenie i jakby przypływ adrenaliny. W jego pysku pojawiło się dużo śliny, której nie nadążał połykać. Był na prawdę głodny. Musnął językiem krew znajdująca się na ziemi, kosztując jej niebiańskiego smaku. Ileż na to czekał! Nie tracąc czasu, znów niecierpliwie ruszył przed siebie nie zważając już na trzask gałązek pod jego łapami. Nie obchodził go hałas, w końcu istota była ranna, nie zdąży uciec, nie obroni się. Jeden z jesiennych liści urwał się z drzewa i zaczął wirować tuż przed nim. Odskoczył, jakby robiąc unik, jakby liść był zagrożeniem, jakby chciał go powstrzymać... Teraz nic go nie mogło powstrzymać. Warknął w zniecierpliwieniu, lecz triumfalnie, bo oto jego oczom ukazał się właściciel zgubionej na drodze krwi. Był zaskoczony tym, co wtedy ujrzał. To nie był ptak, ani zając, ani sarna, żaden dziki kot, nie lis, nawet nie niedźwiedź! Nie bał się niedźwiedzi, jednak ta istota wzbudziła w nim niepokój, choć była stanowczo mniejsza. Poruszała się na dwóch tylnich łapach, które miała nieco dłuższe od przednich. Nie miała sierści, ani pierza, ani nawet łusek. Była jak nowonarodzona istota, taka naga. Jednak jej skóra nie zdawała się być tak delikatną, jak u nowonarodzonych, czy wyklutych. Dodatkowo znaczną część ciała miała okrytą jakimiś dziwnymi rzeczami. Dziwną rzecz dzierżyła także w przedniej łapie. Lewą łapę miała ranną. Nie…