Fantasy · 25 min czytania
Zabójca doskonały?
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Do karczmy wszedł mężczyzna. Był ubrany w skórzane spodnie i kaftan, na którym nosił lekką kolczugę. U pasa wisiał miecz. Chyba bardziej na pokaz, niż do walki, na co wskazywało dość bogato udekorowana rękojeść i pochwa. Podszedł do baru i zamówił wino. Do karczmy weszła dość duża grupa osób. Każda w pełnej zbroi i z mieczem u pasa. U niektórych można było zobaczyć także sztylet. Usiedli przy pustych stołach w rogu. Nie było z miejscem problemu, bo karczma była prawie pusta. Siedmiu. Jeden miał kołczan z bełtami na plecach. Miał wiec i kusze. Jeden z nich ledwie zauważalnie skinął do mężczyzny przy barze. Ten mu odpowiedział. Później spojrzał na postać skrytą w najciemniejszym kącie karczmy. Cala była okryta czarną opończą. Twarz miała ukrytą w głębokim kapturze. Mężczyzna dopił piwo i powoli zaczął pochodzić do zakapturzonego gościa. - Witam. - Witam. - Czy można się przysiąść? - Można - lecz zanim mężczyzna zdołał spocząć na krześle z pod kaptura dało się słyszeć kolejne słowa - Nie rozumiem jednak, dlaczego chce pan usiąść akurat przy tym stoliku, jeśli w całej karczmie jest tak dużo wolnego miejsca. - Wie pan, szukam kogoś do rozmowy. - Zaraz obok siedzi dość wesoła kompania, niech się pan przysiądzie do nich - słowom nie odpowiadał jednak widok. Od siedzącej grupy dało się słyszeć niezbyt przyjazne pomruki, a żaden z uzbrojonych nie miał uśmiechu na twarzy. Słowo "wesoła" nie pasowała, więc tu w żadnym wypadku. Karczmarka przewidując, do czego zaraz ma dojść, wyszła na zaplecze. Mężczyzna, zatrzymany w pól ruchu nad krzesłem, podniósł się z powrotem do pozycji stojącej. - Dziękuję - powiedział zakapturzony. - Za co? Jeszcze nie podjąłem decyzji. - Ja jednak proszę o zostawienie mnie sam na sam z moimi myślami. Dziękuję. - Za cóż znowuż pan dziękuje? Dalej mam upodobane tu siąść. - Jednak nalegam na podążenie do innego stolika. - Nie spełnię tej prośby. - Jeśli tak przypodobał się panu akuratnie "ten" stolik, ja zmienię miejsca - powiedział zakapturzony mając już pewność, że facet chce go porostu sprowokować. Wstał, ale mężczyzna jednym krokiem zagrodził mu drogę. Ich twarze znajdowały się teraz bardzo blisko siebie, jednak ten z bogato ozdobionym mieczem był widocznie niższy. Ale przynajmniej o siebie dbał. Zakapturzony był z tego powodu zadowolony, ponieważ bywał w takich sytuacjach, gdzie niektórzy karczmowi "rozbójnicy" dawali o sobie znać zapachem w promieniu kilku metrów. Ustępował im wtedy, ponieważ nie chciał z nimi mieć bliższego kontaktu. Zazwyczaj niestety miał. - Chciałbym porozmawiać. Proszę usiąść. - Dlaczego? - Przyjął grę zakapturzony wiedząc, że jej już nie uniknie. W tej samej chwili podniosła się cala grupa uzbrojonych - O. Widzę, że panowie się znacie. - Tak. Przeszkadza to w czymś? - Nie. W żadnym wypadku. - Więc proszę siadać. - Nie mam już ochoty. Wie pan późna pora. Pójdę do swojego pokoju. - Spieszy się panu? - Tak. - Przejdę, więc do rzeczy - podniósł pięść do ciosu, ale zakapturzony był szybszy. Chwycił jego dłoń i wykręcił pod nienaturalnym kątem. Niższy, z grymasem bólu na twarzy chciał go uderzyć drugą ręką. Nie zdążył jednak, ponieważ prosty, acz silny cios w podbródek powalił go na ziemie. Podczas walki z głowy zmuszonego do bójki spadł kaptur, ukazując twarz najwyżej dwudziesto pięcioletniego, krótko ostrzyżonego mężczyzny. Wzrok przykuwał biały kolor włosów i czerwone tęczówki oczu. Przeczuwając, co zrobią uzbrojeni od razu sięgną po miecz leżący na lawie, na której siedział. Walka się zaczęła. Nie tyle, co walka, tylko parowanie ciosów przeważającej ilości przeciwników. Białowłosy jednak radził sobie dość dobrze. Wskoczył na ławkę odgradzając od siebie stołem przeciwników. Ten z kuszą zamierzał się do strzału. Sztylet trafił go w ramię. Wypuszczona z ręku kusza uderzając o ziemię sama wystrzeliła. I trafiła. Tyle, że nie w tą osobę, co trzeba. Kolejny przeciwnik z głowy. Następny, który się na niego zamierzał wyładował na ziemi z mocno krwawiącym miejscem, tam gdzie kiedyś był nos. Tak się zazwyczaj działo po ciosie kolczą rękawicą. Do leżących dołączył mężczyzna, którego skroń dosięgła głowica miecza. Trzech jeszcze stało. - Dość! - Walkę przerwał facet z bogato zdobionym mieczem. - Tyle wystarczy. Pokonałby was bez użycia ostrza swego miecza - trzech leżało nieprzytomnych, jeśli jeden nie był martwy, a czwarty pewnie był praworęczny, jako, że nie kwapił się do walki lewą, zdrową ręką - Baron Drace von Kircho. Chciałem się przekonać o twoich umiejętnościach Nocny Wilku. Jak zapewne się już domyśliłeś mam do ciebie pewną sprawę. Porozmawiamy? - Spojrzenie białowłosego przeniosło się na miecze trzech wojowników, którzy jeszcze stali gotowi do walki. Baron naturalnie zareagował od razu - A wy, co tak stoicie? Pozbierajcie tych tu i opatrzcie. Jeśli sami nie dacie sobie rady zawołajcie karczmarkę. Zapłacimy jej za to. No ruszcie się gnidy! - Dobrze - powiedział Nocny Wilk i usiadł na tym samym miejscu, co poprzednio, chowając miecz do pochwy i kładąc go obok siebie. Baron usiadł naprzeciwko. Właścicielka karczmy pomagała wynosić nieprzytomnych na zewnątrz. - Trzeba sprzątnąć. Kogoś. Standardowa zaplata? - Zapytał baron. - Plus pięć procent za pokaz walki - von Kircho nie był zdziwiony. Pewnie spodziewał się tego. A może nawet większej zapłaty? - Dobrze. Czy są jeszcze jakieś dodatki procentowe za... pewne trudności? - To właściwie zależy od typu tych trudności. Jeśli cel jest dobrze pilnowany, plus pięć procent. Jest kimś ważnym, kolejne dziesięć procent. Odniosę dość poważne rany, dziesięć procent. - No... To jak na razie sto dwadzieścia procent. Mam na dzieje, że ta suma nie wzrośnie. Forma zapłaty ta sama? - Jak zawsze. - Kiedy będziesz gotowy? - Powiedzmy... Jutro w nocy. Pasuje? - Oczywiście. Nawet się nie spodziewałem takiego pośpiechu. - Nie lubię długiego czekania. Ktoś może zwietrzyć moje zamiary. - Dobra metoda na bezpieczne zabijanie. Hehehe. - Próbował zażartować baron. Jednak twarz Wilka pozostała niewzruszona. Von Kirchowi mina zrzedła. Był zmieszany. - Może przeszlibyśmy do kwestii mojego celu? - Wilk chciał jak najszybciej zakończyć rozmowę. Zapewne zanim wróci karczmarka. - Taaa, racja. To, co najważniejsze zostawia się na koniec. A więc! Twoim celem jest...
* * *
Jak zawsze dwie trzecie zapłaty wziął z góry. Nie zawsze mu ufano, ale w końcu byle jednym z najlepszych. Siedział w swoim pokoju w gospodzie. Nie miale już na sobie ciężkiej kolczugi, która przedtem zabezpieczała jego ciało. Teraz leżała pod łóżkiem. Na sobie miał tylko czarny kaftan. Miecz leżał na stole. Nie zamierzał go brać. Chciał to zrobić szybko, nie zostawiając po sobie śladów. I chciał jak najszybciej stąd wyjechać. Miał złe przeczucie. To miejsce. To zlecenie. Jakby to miało być jego ostatnie zadanie. Jakby tu miał zakończyć swe życie. Jednak jego przeczucie prawie nigdy się nie sprawdzało. Nauczył się ufać rozumowi i zmysłom. Tym razem miało być inaczej. Wszystkiemu miała być winna głupia przysięga, złożona samemu sobie na samym początku jego zawodowej "kariery".
* * *
Z otwarciem okna nie miał problemów. Nikt go także nie zauważył. Miękko wskoczył do korytarza i przymknął za sobą okiennice. Poszedł prosto i skręcił w lewo. Baron podał mu dokładne położenie pokoju, w którym miał spać jego cel. Piąte drzwi od strony północnej. Są pilnowane. Z pomieszczenia naprzeciwko sączyło się słabe światło, najprawdopodobniej dopalającej się świecy. Wilk cicho i powoli skradał się do źródła światła. Zatrzymał się dwa metry przed drzwiami. Cisza. Nic nie słychać. Kiedy chciał zrobić kolejny krok światło zgasło. Już chciał się rzucać do ucieczki, ale coś go powstrzymało. Cisza. Dalej nic nie było słychać. Nikt się poruszył, nie wyszedł z pokoju, nie zapalał nowej świecy. Czyżby warta zasnęła? Kiedy jutro odkryją, co zaszło w pokoju, którego pilnowali, będą mieli przechlapane. Jego to akurat nie obchodziło. Miał zadanie. I zamierzał je wykonać. Delikatnie odchylił się za framugę drzwi. Rzeczywiście spali. Było ich pięciu. Kolo stołu leżały trzy antałki. To pobalowali. Podszedł do drzwi naprzeciwko. Zamknięte na klucz. Wrócił do pomieszczenia straży. Klucze leżały między kubkami i talerzami. Pewnie po kilku kolejkach uwierały któregoś w tyłek. Otworzył drzwi i wszedł do pomieszczenia. No, było co pozazdrościć. Królewska komnata w dosłownym tego słowa znaczeniu. Loże z baldachimem, dywany najlepszej jakości, regały pełne książek, dwie szafki nocne, po jednej z każdej strony loża. Po prawej stronie sypialni były drzwi. Garderoba. Baron miał albo dobrych szpiegów, albo lepszych informatorów. Już wyprostowany, ale nadal zachowując się jak najciszej podszedł do śpiącej w łożu osoby. "Zaraz się z tym uporam i po sprawie." Ale w połowie ruchu zatrzymał ręce. "Kazał mi zabić dziecko! Mówił, że celem jest książę. Że stoi na drodze barona do tronu. Że to tylko jedno zabójstwo. Że król niedługo umrze. Że po przejęciu władzy przez barona nie będę musiał już zabijać, kraść, szpiegować ani porywać do końca życia. Chyba, że na własny użytek. Chociaż ich zdaniem nie będzie mi to już potrzebne. Będę się pławił w luksusach. Najważniejsze, że nie przeleje więcej krwi." Głównie to go skłoniło do zabicia księcia. Wreszcie nie będzie musiał bardziej pogrążać swego sumienia. Ten ostatni raz i już. Koniec. Będzie mógł odpocząć od tego do końca życia. A tu przed nim leży dziecko. Niewinne. Słabe. Niepodejrzewające zagrożenia. Jednym słowem - bezbronne. Jak można podnieść rękę na kogoś takiego? Nadal się wahał. Miedzy swoim szczęściem i zabiciem tego dziecka, a szczęśliwym życiem księcia i jego ukrywaniu się do końca życia. Ścigać go będą nie tylko tacy jak on, szczuci przez barona, ale także ci, którym nie spodoba się to, że stchórzył. Będą na niego polować, jak na specjalnie do tego przygotowane zwierzę. Nie zazna spokoju, choćby zabijał każdego oprawce, którzy się na niego zamierzy. Zawsze znajdzie się następny. Nie mógł sobie wyobrazić, że zabije to dziecko. W tym samym momencie zobaczył skierowane na siebie oczy, których białka bardzo dobrze były widoczne w ciemności. Księcia coś zbudziło.
Część 22 / 2
* * *
- A więc skończyłeś. Ode mnie już nic nie wydrzesz. Już nic. - Więc, co mam robić? - Teraz jesteś zdany na siebie. - A więc to znaczy, że... - Tak skończyłeś u mnie naukę. Teraz pozostaje ci tylko ćwiczyć samemu. Rozwijać swoje umiejętności. - Dziś dostanę także imię?... - Tak. Tak jak każdy Nocny. - Mistrzu? - Tak. - A ostatnia przysięga? - Ty też przysięgniesz. Jak wszyscy. - Czy będzie przy tym cale Wyższe Zgromadzenie? - Oczywiście. Przecież wiesz. - Ale... Ja się boję. - Nie masz prawa się bać! Wiedziałeś o tym! Wiesz i teraz! Nocnym nie można się bać! - Ale... - Co? - Ja się denerwuję przed spotkaniem z Zgromadzeniem. Jakie to będzie? Jak mnie ocenią? Wiesz przecież, że wykonałem każde z zadań. Szpiegowałem. Ukradłem. Porwałem. Zamordowałem. Nie tego się lękam. Lękam się opuszczenia miejsca, które było do teraz moim domem. - Nie lękaj się więc. Ponieważ wykonując zawód pod naszym godłem nigdzie nie zagrzejesz długo miejsca. Będziesz się musiał do tego przyzwyczaić. A lęk ci tylko w tym przeszkodzi. - Jak się tutaj dostałem?... Jak to się zaczęło?... Gdzie moja rodzina?.... Dlaczego ja?... - Każdy zadaje sobie to pytanie. A my nie wybieramy byle kogo. Najsilniejsze i najzdrowsze dzieci. Ja wybrałem ciebie także z innego powodu. Wyróżniałeś się. Choć nam nie można się wyróżniać. Mamy być pospolici. Wtapiać się w tłum. Ale jednak cię wybrałem. - Ale ta praca.... Jeśli to pracą można nazwać. - Mógłbyś wykonywać teraz byle jaki zawód. Może przymierałbyś głodem. U nas ci to nie groziło ani raz. A teraz, choć będziesz często zagrożony, nigdy nie będziesz głodny i spragniony. Będziesz miał za co mieszkać. Za co używać. - Hmmm... - Pogódź się z tym. - O której zacznie się uroczystość? - Na to liczyłem. O tej, co zawsze.
* * *
- Kadet 106. - Tak. - Uroczyście oświadczam, że zostajesz Nocnym. - To zaszczyt. - Dostajesz imię Wilk. Wilk jest zawsze wierny swojej watasze, jest szybki, a zarazem silny. Jest morderczy, ale stać go na czułość wobec swych młodych. Każdy Nocny ma prawo dotarcia do swojej prawdziwej rodziny. A do tego potrzebne jest mu nazwisko. Za zaufanie, jakim nas