Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

fantastyka · 25 min czytania

Zaczarowany kuferek - część II

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

--= 3 =-- Talie

Aslynn długo wpatrywała się w wąski snop światła wydostający się zza półprzymkniętych, wyplecionych z nici drzwi. Bała się poruszyć. Przyłapała się nawet na tym, że wstrzymuje oddech, nie dowierzając w to, co właśnie zobaczyła i obawiając się, że może to być tylko złudzenie, które równie szybko rozpłynie się przez jeden jej nieuważny ruch. W końcu jednak ciekawość zwyciężyła w dziewczynie z niepewnością i paraliżującym strachem. To było bardziej ekscytujące niż ostatnio kupiona gra RPG, w którą grała bite dwa tygodnie, zarywając przy tym zajęcia w szkole i kurs hiszpańskiego, na który zapisała ją mama. Oczywiście poskutkowało to kilkoma pałami w dzienniku i paskudnym bólem nadwyrężonych nadgarstków. A jeżeli za chwilę coś wydostanie się z tego przedziwnego tworu? Nie, to było zbyt fantastyczne i nierzeczywiste. Drzwi na pewno znikną, ma po prostu zwidy i tyle. Z drugiej jednak strony, skoro już odkryła do czego służył tajemniczy babciny kluczyk, dlaczego nie miałaby zobaczyć, co znajduje się za wyplecionym z nici tworem? Tak, stanęłaby tylko na progu i popatrzyła, przecież nic wielkiego by się nie stało. Chciała tylko zobaczyć... Aslynn zerknęła na kota, nerwowo przełykając ślinę, a później skupiła się na niciowych drzwiach. -Jak myślisz, Figiel, babcia się bardzo wkurzy? - zapytała prawie szeptem, wycierając spocone dłonie o spodnie. Kotek miauknął po swojemu w odpowiedzi i otarł się o nogawkę Aslynn. -Tylko jak mnie wydasz, to przerobię cię na szalik - syknęła dziewczyna, podnosząc się z ziemi. Ostrożnie dotknęła dłonią drzwi. Pod palcami poczuła delikatną fakturę plecionych nici, zupełnie nie pasującą do obrazu, który rejestrowały jej oczy. Kotek, widząc niezdecydowanie dziewczyny, popchnął noskiem drzwi i jednym susem przeskoczył próg, niknąc w powodzi jaskrawego światła, które w tym momencie zalało strych. -Figiel, ty urwisie! - syknęła Aslynn, osłaniając oczy. - Miałeś na mnie zaczekać! Myślisz, że jak się wytłumaczę z twojego zniknięcia? - Chcąc nie chcąc dziewczyna podążyła naprzód w ślady niesfornego mruczka, którego sylwetka majaczyła gdzieś na granicy widoczności, rozciągając się, to znów kurcząc do bardzo dziwnych proporcji. Pomimo zaciśniętych powiek oczy piekły ją od tego blasku. Poczuła dziwne mrowienie rozlewające się po całym ciele poczynając od dłoni, którą oparła na futrynie. Fale światła otoczyły ją szczelnie niczym kokon i pociągnęły za sobą, mimo, że z całych sił próbowała pozostać na progu. Niestabilna konstrukcja na powrót stała się zwykłymi motkami, których rozplecione, poskręcane końce zostały jej w dłoniach. Zdała sobie sprawę, że krzyczy, lecz jej uszy nie rejestrowały żadnego dźwięku, jakby w tym dziwnym miejscu nie miały one znaczenia. Poczuła w uszach ucisk, gdy jej serce zaczęło bić jak oszalałe. Mocne świetlne prądy - Aslynn odruchowo zastanowiła się: czy istnieje coś takiego jak świetlny prąd? - miotały nią w próbie podporządkowania swoim prawom, niemal rozrywały ją na strzępy, rozpraszały w tej przenikającej wszystko jasności. I nagle wszystko ustało. Zupełnie niespodziewanie wylądowała na czymś twardym, mocno obijając sobie kolana i łokieć. Powoli z otaczającej ją jasności zaczęły dochodzić do niej dźwięki, wpierw mocno stłumione, lecz z każdą sekundą coraz wyraźniejsze. Zdała sobie sprawę, że słyszy czyjeś gniewne okrzyki, chociaż nie rozumiała z tego potoku słów ani jednej frazy. Nagle, jakby niespodziewany podmuch wiatru porwał zalegającą dookoła mgłę, zobaczyła miejsce, w którym się znalazła, oraz kota gotującego się do skoku kilka kroków od niej. Siedziała w korzeniach rozłożystego drzewa, jednego z całej gromady porastającej trawiaste, upstrzone kamieniami zbocze. To pewnie o jeden z tych głazów obiła swoje kończyny, chociaż ze zdziwieniem stwierdziła, że nie ma na nogach i rękach ani jednego zadrapania. Aslynn rozwarła dłoń i ze zdumieniem przyglądała się skrawkom nici - pozostałościom po przejściu do tego miejsca - które niemal przeciekły jej między palcami i spadły na miękkie podłoże. Była pewna, że za chwilę znów ożyją i zaczną wyplatać jeden z tych swoich niesamowitych wzorów, ale nie. Nic takiego się nie stało. Kolejny okrzyk, tym razem o wiele bliższy i wyraźniejszy, zwrócił jej uwagę na rozciągającą się tuż nieopodal ścieżkę. Na widok rozgrywającej się tam sceny, której uczestników dopiero teraz udało się Aslynn dostrzec, dziewczyna omal nie wybuchnęła głośnym śmiechem. Lecz uśmiech szybko znikł jej z twarzy gdy uświadomiła sobie, że dla trójki nieznajomych jest doskonale widoczna, a zajście na drodze wcale nie przypomina dziwnego tańca - jak jej się przed chwilą wydawało - lecz jest regularną bitwą o coś, co każde z uczestników szarpało w swoją stronę. Drobna brunetka, której głośne okrzyki wdzierały się w uszy dziewczyny, z całych sił przyciskała do piersi worek, który zażarcie za pozostałe końce targały dwie, wyglądające na mężczyzn postacie w wypłowiałych kamizelkach i równie dziurawych i pozbawionych kolorów spodniach. Na piaszczystej ścieżce ich szare sylwetki wyglądały nierealnie i posępnie, niczym dwa zagubione cienie, i mocno kontrastowały z zielono-żółtą szatą kobiety. Seria gardłowych powarkiwań i syków kazała wątpić w to, że napastnicy są ludźmi. -Co u licha... - zaczęła zdezorientowana Aslynn, mocno kuląc się w cieniu drzewa, gdy wtem jednemu z "wyblakłych" udało się wyrwać worek z rąk kobiety. Szarawa postać zaczęła uciekać, torując sobie drogę wśród gęstych zarośli, wprost ku miejscu, gdzie ukrywała się dziewczyna. Tuż za nią pobiegła druga postać a ogon pościgu zamykała nieznajoma brunetka, która właśnie pozbierała się z ziemi. Prężący się do skoku Figiel wystrzelił niczym pocisk z procy za unoszącym worek, znacznie zmieniając tor biegu napastnika. -Figiel! Figiel, stój, ty urwisie! - krzyknęła Aslynn, lecz mruczek ani myślał jej słuchać, szybkimi susami doganiając ściganego. Dziewczyna głośno jęknęła i puściła się biegiem za kotem, bojąc się go zgubić w tym nieznanym miejscu. Tuż przed nią w zawrotnym tempie rozgrywał się wyścig po worek. Aslynn, która zaliczała szkolne biegi raczej na mierne oceny, już po chwili sapała głośniej niż miech kowalski, a jej twarz była wściekle czerwona z wysiłku. W pewnym momencie zauważyła, że Figiel skacze na plecy mężczyźnie trzymającemu worek, a ten, ku wielkiem zdziwieniu dziewczyny, niemal rozwiewa się na jej oczach, niczym garść liści na wietrze. Drugi z mężczyzn natychmiast zmienił kierunek biegu i ostatecznie zniknął w leśnej gęstwinie, rezygnując z przejęcia worka, który przecież miał na wyciągnięcie ręki. Aslynn, sapiąc niczym lokomotywa, zatrzymała się nieopodal Figla i oparłszy się o drzewo, zgięta wpół, próbowała złapać oddech. -Ty... parszywe... kocisko! Jeszcze raz... mi zrobisz taki... numer...! - niewypowiedziana groźba zawisła w powietrzu, lecz mruczek z gracją zeskoczył z łupu i otarł się przymilnie o nogi Aslynn, patrząc na nią swoimi zielonymi oczami. W tym momencie daleko mu było do gapcia i tłuścioszka, jak zwykła go tytułować dziewczyna. Nawet siwe włoski na jego futerku ustąpiły rudemu umaszczeniu. Tymczasem brunetka dopadła leżący na ziemi worek i szybko rozsuwając rzemyki, dokładnie zlustrowała jego zawartość. Upewniwszy się, że nic nie zginęło, podejrzliwie zerknęła na wciąż czerwoną na twarzy Aslynn, odruchowo przyciskając zgubę do piersi. Szybko podniosła się na nogi, nieznacznie odsuwając i taksując dziewczynę wzrokiem. Gdy upewniła się, że Aslynn nie jest zainteresowana jej workiem, nieco się rozluźniła, a na jej twarz wypłynął nieśmiały uśmiech. -Nie wiem, jak mam pani dziękować - zwróciła się do niej - ale gdyby nie pani kot, te bestie całkiem pożarłyby mój ostatni worek nici. -Bestie? - Aslynn ze zdumieniem popatrzyła na brunetkę. - Ma pani na myśli... -Zjadaczy Nici, moja droga - kobieta przytaknęła, lecz chwilę później nagły grymas przebiegł przez jej twarz. - Musiałam zostawić za przejściem mojego kota i prawie im się udało. Ale miałam tym razem szczęście. Nie darowałabym sobie, gdyby mój worek wpadł w ich łapy. Cały worek nici! Wie pani, co to by było za marnotrawstwo!? O, proszę mi wybaczyć, nie przedstawiłam się. Natalie Bovan, ale możesz mi mówić Talie, tak jak inni w Ostoi - dokonała prezentacji i wyciągnęła rękę, którą dziewczyna niepewnie uścisnęła, zauważając przy tym jak bezceremonialnie kobieta przeszła z oficjalnego stylu na mniej zobowiązujący. -Aslynn Foreignet. Miło mi poznać - bąknęła w odpowiedzi, rozpaczliwie zastanawiając się nad ostatnimi wydarzeniami i próbując jakoś powiązać nowo zdobyte informacje. Zjadacze Nici? Ostoja? Co to, u licha, miało być? Do jakiego zwariowanego miejsca trafiła? Talie zawiązała na powrót rzemyki i przerzuciła sobie worek przez ramię. -Nowa, prawda? Nie widziałam cię jeszcze w Kuferkowie, a mam dobrą pamięć do twarzy - stwierdziła, uważnie przyglądając się dziewczynie. Aslynn pokiwała głową na potwierdzenie. Kuferkowo. Kolejna dziwna nazwa wymagająca wyjaśnienia, która obudziła w dziewczynie całe gromady kolejnych pytań. -W tym worku... są nici? - zapytała niepewnie. -Owszem - potwierdziła Talie - czymś musimy pracować, ale pewnie zostałaś już o tym poinstruowana przez Czuwających po tamtej stronie. Te są najlepsze - z dumą poklepała worek - jakie można dostać w Kuferkowie. Specjalnie dla nas wyplata je Ariadna, bo same nie możemy zabierać ze sobą naszych przyborów. Zjadacze Nici boją się zbliżyć do jej siedziby, ale na szlakach poczynają sobie bardzo zuchwale. Zresztą mój błąd, mogłam poczekać na dziewczyny, w grupie byłybyśmy trudniejszym celem, ale tak bardzo chciałam zacząć szydełkować tą nową serwetkę... I mam jeszcze nieskończone żonkile na wiosenną łąkę... Sama rozumiesz, po prostu nie mogłam się powstrzymać - dodała, usprawiedliwiając się. -Do czego Zjadacze Nici potrzebują... - Aslynn prawie ugryzła się w język, orientując się poniewczasie, jak głupio brzmi pytanie. Pewnie z jakiegoś powodu tak nazwano te istoty - wolała w ten sposób tytułować w myślach "wyblakłych" mężczyzn, którzy zaatakowali Talie. Czy oni byli bardzo niebezpieczni, czy tylko zależało im na... niciach? - Jakkolwiek absurdalnie by to brzmiało. Kobieta popatrzyła na nią, jakby Aslynn właśnie zakwestionowała jej zdolność do logicznego myślenia, lecz uprzejmie odpowiedziała: -Oczywiście potrzebują ich do zjadania, a po cóż by innego? - wzruszyła ramionami. - Te przeklęte kuferkowe wytwory żeby istnieć potrzebują nici, które wiążą w całość ich istnienie. Zresztą tak samo jest z Kuferkowem, dlatego od czasu do czasu musimy dokonać drobnych napraw, żeby wyglądało tak, jak je teraz widzisz - dodała, zataczając dłonią łuk.

-= 4 =- Niezwykłe Kuferkowo

Dopiero po uwadze rzuconej przez Talie Aslynn dokładnie przyjrzała się otoczeniu i stwierdziła, jak niewiele wspólnego ma ono z rzeczywistym światem. Całe było bowiem stworzone z... nici. Niezliczone bataliony kolorów i wymyślnych splotów tworzyły złudzenie realnego krajobrazu - pokrytych mchem konarów drzew, kołyszących się na wietrze traw i krzewów, nawet droga, po której się poruszały, do złudzenia przypominała ziemisty trakt przysypany gdzieniegdzie drobnymi kamyczkami. Dopiero teraz dziewczyna zorientowała się, że brakowało jej w tym wszystkim zwyczajnych dźwięków istniejących w przyrodzie. W niciowym lesie nie śpiewały żadne ptaki, nie szeleściły liście, a pod stopami nie chrzęściły kamyki. Po drodze szło jej się jak po miękkim dywanie, tłumiącym odgłos kroków, i taka była ona w dotyku, gdy Aslynn odważyła się pochylić i bliżej przyjrzeć fakturze ścieżki. Z trudem odróżniała poszczególne elementy haftu krzyżykowego i gobelinu, które płynnie przeplatały się w tej misternej robocie, a zużyte przy tkaniu kolory mieszały się ze sobą dając wrażenie zagłębień porośniętych mchem i małych kamyków - formacji lekko wypukłych, co uzyskano po wielokrotnym nałożeniu na siebie ściegów haftu płaskiego. Wysoko nad głową Aslynn wyszywane nicią konary drzew rozchodziły się promieniście na boki łącząc z kolejnymi w łukach przypominających gotyckie żebrowania w starych katedrach. Zwisające z nich kaskady liści nieco zacierały wrażenie półkolistości sklepienia, niemniej przez tą gęstwinę nie było widać ani skrawka nieba, a światło, które rozjaśniało…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%