Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

fantastyka · 35 min czytania

Zaczarowany Kuferek - Część VII

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

-= 12 =- Księga Wzorów

-Jak chcesz zabrać stąd Lionela, żeby nikt nic nie podejrzewał? Przecież nie jest workiem kartofli, żebyś go, ot tak sobie, przerzuciła przez ramię i stąd wyniosła! - powiedziała Aslynn, kończąc wiązać supeł na przyciśniętych do piersi nadgarstkach nieprzytomnego mężczyzny. Kolorowe, grube nici, wyprute z maty, ciasno oplatały tors i nogi wyblakłego, który z takim wiązaniem bardziej przypominał baleron niż cokolwiek innego. Trzeba było przyznać, że Aslynn nie żałowała posłania do tej roboty, nie miała jednak zamiaru ryzykować, że ich niegdysiejszy towarzysz zbyt szybko się uwolni i narobi hałasu. Wciśnięty do ust szmaciany knebel zwieńczył dzieło motania. - Nie mówiąc już o tym, że to byłby strasznie ciężki i podejrzany worek kartofli! A Lio nawet się nie pali, żeby nam podziękować za ratowanie mu skóry - dodała dziewczyna, chwytając nieprzytomnego pod ramiona i próbując przeciągnąć bezwładne ciało na leżącą pod ścianą plecioną matę, z której po ostatnich zabiegach, niewiele już zostało. (Zawsze - gdyby ktoś się tym zainteresował - tak pokaźny ubytek można było wytłumaczyć działalnością moli lub jakichś innych niciolubnych szkodników, lecz Aslynn przypuszczała, że ich obecność byłaby prawdziwą apokalipsą dla istnienia Kuferkowa i na pewno w tych rejonach nie ostał się ani jeden, na którego można by zrzucić winę.) - Zastanów się, proszę, czy to ma jakiś sens. A co będzie po powrocie do normalnego czasu, do domu? Skoro już teraz jego pamięć przypomina durszlak? Uwaga zawisła w powietrzu i Rachelka na poważnie zaczęła się zastanawiać nad słowami panny Foreignet. Przecież obiecała to swemu towarzyszowi, że cokolwiek się wydarzy, mimo wszystko wrócą do świata za niciową bramą. Tylko, że wtedy jeszcze nie przypuszczali, iż sprawy tak się będą miały. Czy teraz Lionel naprawdę chciałby tego? A jeżeli proces zmiany w Zjadacza Nici uniemożliwiał powrót do normalności... To czy wtedy by się nie okazało, że wszystkie ich wysiłki poszły na marne? Takie gdybanie nie pomagało w podjęciu decyzji, chociaż Rachelka wiedziała, że mimo wszystko spróbuje. Pal licho, czy Lionel później jej za to podziękuje, czy raczej przeklnie! Gdyby tylko jej towarzysz wykazywał przynajmniej nikłą chęć współpracy... Ale jak przekonać Zjadacza Nici, że to dla jego dobra? -Pomóż mi - stęknęła Aslynn, wyrywając wyblakłą z zadumy. - Chwyć za nogi. Kobieta szybko spełniła polecenie i wspólnymi siłami udało im się umieścić wyblakłego na resztkach posłania i oprzeć o ścianę w pozycji względnie siedzącej. W obecnym stanie Zjadacz Nici mógł narobić samych problemów i musiały szybko wymyślić jakiś skuteczny sposób na zamknięcie mu buzi - bardziej pomysłowy i subtelny, niż szmaciany knebel. No i pozostawał jeszcze problem wydostania się ze Schronienia. Droga, którą przybyły do tego miejsca, zupełnie nie wchodziła w grę. Aslynn podejrzewała, że przywódca Zjadaczy Nici, Ashe, musi w jakiś sposób wyprowadzić swoją "armię" na powierzchnię, kiedy już podejmie decyzję o ataku - i w tym celu na pewno stworzył jakieś krótsze przejścia, być może prowadzące wprost do obozowisk przeciwnika. Szlak wiodący przez wąwóz był bardzo okrężną drogą i gdyby to tamtędy wyblakli mieli ruszyć do ataku - już samo ich pojawienie się w takiej ilości ostrzegłoby Hafciarzy. Nie. Musiała istnieć inna, ukryta droga. I Aslynn wcale nie byłaby tym faktem zaskoczona. Należało jedynie odnaleźć te przejścia i nieco wyprzedzić szare szeregi, by w porę ostrzec Hafciarzy. Tylko gdzie szukać owych dróg? -Chyba dochodzi do siebie - mruknęła Rachelka, zauważając, jak bezwładne dotąd dłonie Lionela nagle zacisnęły się w pięści, a później niezdarnie powędrowały w kierunku jego buzi, zatrzymując się w połowie ruchu, ograniczone ciasnymi więzami. W ustach mężczyzny na dobre tkwił szmaciany knebel. Wyblakły rzucił gniewne spojrzenie ku Rachelce, próbując dobyć głos i zaczął wić się niczym piskorz, bezowocnie usiłując uwolnić się z niciowych więzów. - Tylko spokojnie! - kobieta przycisnęła go do maty, lecz niewiele to pomogło. Siedzący tuż obok z podwiniętym ogonem rudy Figiel, z błyskiem zainteresowania w zielonych ślepkach, przekrzywił łebek i miauknął pytająco. Lionel zesztywniał na ów przerażający, koci pomruk, i strzelił oczyma ku zwierzakowi. -Spokojnie, Lio. Nie zrobimy ci krzywdy. Chcemy ci tylko pomóc - zapewniła Rachelka, a gdy wyblakły wydał serię protestujących pomruków, stłumionych szmacianym kneblem, dodała: - Jeżeli obiecasz, że nie zrobisz nic głupiego i nas nie wydasz, to to zabiorę. Uwierz, mnie też nie bawi ta sytuacja. - Znów kilka nieartykułowanych warknięć. - Wiem, że możesz tego już nie pamiętać, ale kiedyś coś sobie obiecywaliśmy i ja mam zamiar dotrzymać słowa, czy ci się to spodoba, czy nie. Kiedyś mi za to podziękujesz, ale na razie musisz mi zaufać... Lionel wściekle prychnął i wywrócił oczyma. Rachelka spojrzała na Aslynn, a gdy uzyskała jej milczącą aprobatę, wyjęła z ust mężczyzny szmatę. Lionel natychmiast splunął z obrzydzeniem, a później, bez słowa, wyciągnął ku wyblakłej związane dłonie. -Czekaj - Aslynn powstrzymała Rachelkę przed rozwiązaniem supłów, które sama niedawno tak misternie zaplotła. - Załatwimy to inaczej - dodała i wepchnąwszy - nie bez pewnych protestów - rudego mruczka do torby, przewiązała jej pasek przez ramię mężczyzny. Lionel syknął wściekle, gdy kocie pazurki wbiły się w jego plecy, nic jednak nie powiedział. - Myślę, że to nieco ostudzi ucieczkowy zapał naszego przyjaciela - stwierdziła dziewczyna, z zadowoleniem przyglądając się szamoczącemu się tobołkowi. - Z kotem na plecach ani piśnie, zwłaszcza, że każde większe zadrapanie może zakończyć się urwaniem filmu. Prawda Lio? Mężczyzna spuścił głowę i wyciągnął dłonie, milcząco domagając się rozwiązania. Aslynn wiedziała, że przyznał jej rację i był na nią wściekły za celność uwagi, lecz nic bardziej rozsądnego nie przyszło dziewczynie do głowy. Czuła, że gdyby Lionel mógł zabijać wzrokiem, w tym momencie byłaby już trupem. Trudno, jakoś to przeżyje. -To trochę okrutne, nie uważasz? - powiedziała Rachelka, ze stropioną miną spoglądając na szary tobołek. -Mam tylko nadzieję, że nasz kumpel będzie się grzecznie zachowywał i nie da mi powodu, bym go poszczuła Figlem - ucięła stanowczo Aslynn i chwytając wyblakłego pod ramię, wskazała na drzwi pokoju. - Wiesz, jak dojść do komnat naszego wodza? - zapytała. -Po co chcesz iść do Szarego Kamienia? Sądziłam, że powinniśmy trzymać się z dala od tego potwora - zdziwiła się Rachelka. -Owszem, nie mam zamiaru składać towarzyskiej wizyty panu Ashowi, zwłaszcza, że nasze interesy nie mają punktów zbieżnych, ale sądzę - Aslynn uniosła w górę wskazujący palec dla podkreślenia ważności swych domysłów - że jeżeli istnieje jakieś inne wyjście z tego przeklętego miejsca, to najpewniej właśnie tam je znajdziemy. Poza tym, mam tam jeszcze jedną rzecz do załatwienia, a myślę, że pani Jagoda byłaby niepocieszona, gdybyśmy nie spróbowały odzyskać jej Księgi. -To może być trudne, jeżeli Księgę ma Szary Kamień - zauważyła wyblakła z chmurnym marsem na czole - a przecież nie mamy stuprocentowej pewności, że tak właśnie jest. Widziałaś jego przemówienie. To sprytny przeciwnik. -Jadis też była groźna, ale Aslan ją pokonał - mruknęła Aslynn, bardziej do siebie, niż towarzyszy, by dodać sobie otuchy. Jej uwaga okazała się kompletnie niezrozumiała dla wyblakłej kobiety. -O jakiej księdze mówicie? - zainteresował się nagle Lionel, lecz jedno krzywe spojrzenie Aslynn wystarczyło, by nie próbował ponawiać tego pytania. -Jeżeli wiesz, gdzie w tym całym labiryncie urzęduje Ashe Kheroon, to masz prawo głosu - uściśliła dziewczyna. - Inne kwestie cię nie interesują, oki? -Mhm. Jeżeli mówisz o pewnym grubym tomiszczu, które niedawno widziałem w rękach Szarego Kamienia, to najpewniej znajdziecie je niedaleko Kręgu Przemówień - rzucił od niechcenia Lionel. Aslynn w zdumieniu uniosła brwi, zaskoczona nagłą chęcią współpracy ze strony wyblakłego. Mocno wątpiła, by mężczyzna wziął sobie do serca usłyszane niedawno uwagi. Byłaby bardziej skłonna powiedzieć, że w jego głowie właśnie zaświtał jakiś głupi plan i nagła ugoda w tym wypadku wyglądała bardzo podejrzanie. Lionel uśmiechnął się nieznacznie, spostrzegając nagłą konsternację na twarzy panny Foreignet. - Ale nie pytaj mnie, jak się tam dostać, bo to pilnie strzeżone miejsce. Szary Kamień bardzo nie lubi, kiedy mu się przeszkadza w jego prywatnych sprawach. Ma swoje sekrety. -Wiesz, kto pilnuje tego miejsca? - zapytała Rachelka. -Raczej nikt z nas. Nie widziałem żadnego Zjadacza Nici na warcie ale słyszałem, że... bez zgody Szarego Kamienia nie można tam wejść. -Jesteś tego pewien? Jeżeli Zjadacze Nici nie zajmują się ochroną swojego przywódcy, to kto? -Tylko tyle wiem - mężczyzna wzruszył ramionami. Dziewczyna potarła brodę w zadumie. Lionel ostrzegający przed niebezpieczeństwem? Była niemal pewna, że Zjadacz wie o tej sprawie więcej niż powiedział, lecz postanowiła nie nalegać i zagrać w tę grę. Aslynn pstryknęła palcami i dźgnęła wyblakłego pod żebro, na co ten tylko się skrzywił, czując jak z drugiej strony kocie pazurki przebijają się przez ściankę torby i zawadzają o kamizelkę. -Chyba będą z ciebie ludzie - dziewczyna uśmiechnęła się. -A ktoś twierdził, że jest inaczej? - zdziwił się Lionel z błyskiem przekory w oczach. -Tak sobie myślę, Rachel, że kocia kuracja zaczyna przynosić skutki. Zauważyłaś, jak mu się dowcip wyostrzył?

Jeżeli szliście kiedyś wieczorem ciemną, słabo oświetloną uliczką, to doskonale znacie to niepokojące uczucie. Wrażenie, że obserwują was tysiące oczu, a wam wcale się to nie podoba. Aslynn też właśnie tego doświadczała, chociaż kryjąc się w cieniu plecionych i teraz opustoszałych tarasów, dałaby głowę, że nikt nie zwrócił uwagi na ich trzyosobową grupkę przemykającą chyłkiem przez labirynt przejść i mostów. Większość przebywających w Schronieniu Zjadaczy Nici udała się na spoczynek, co bardzo zaskoczyło dziewczynę. Spodziewała się raczej, że wyblakli, podobnie jak spotkane wcześniej Hafciarki, nie muszą zaspokajać takich potrzeb, lecz najwyraźniej bardzo się pomyliła w swoich założeniach. Zresztą, czy ona sama ostatnio nie zgłaszała podobnej potrzeby? Odkąd zaczęła tracić kolory czuła się coraz gorzej, chociaż dotąd nie łączyła ze sobą tych dwóch szczegółów, próbując nadać im inne znaczenie. Jej ciało stawało się powoli bardziej sztywne i wolniejsze, lecz sądziła, że jest to skutkiem braku odpoczynku. Podobnie było z nasilającym się bólem głowy, który przy wyjątkowym natężeniu niemal ją oślepiał. Panująca na plecionych uliczkach pustka nieco utrudniała wędrówkę. Normalnie Aslynn, Lionel i Rachelka wmieszaliby się w tłum i bez rzucania się w oczy doszli do wspomnianego przez Zjadacza Kręgu Przemówień. Teraz, uważnie rozglądając się na boki i kryjąc w cieniu na każdy podejrzany odgłos, przemykali do celu, czując się jak nieproszeni goście. Właściwie to takie odczucia towarzyszyły pannie Foreignet i Rachelce, bo Lionel najwyraźniej całkiem dobrze się bawił, co i rusz błyskając jakąś ironiczną uwagą. Aslynn omal nie dostała zawału, kiedy na jednym z podestów prowadzących ku wyższym poziomom, prawie zderzyli się z dwójką wyblakłych - zapewne będących czymś w rodzaju strażników i właśnie odbywających w tym rejonie patrol. Obydwaj wyglądali jak obszarpańcy w podziurawionych kamizelkach i przykrótkich spodniach. Gdyby Aslynn spotkała ich na ulicy Sadbre, zapewne ominęłaby owe elementy szerokim łukiem, dopinając im w myślach etykietkę o bezdomnych. Już mieli się wyminąć, kiedy Zjadacz Nici o jaśniejszym odcieniu szarawych włosów, sięgających połowy ramion i związanych w ogonek, niefortunnie zainteresował się celem wędrówki trojga podejrzanie wyglądających person i zatarasował im drogę. Panna Foreignet wywróciła oczyma, powstrzymując się od wypowiedzenia jakiegoś niegrzecznego zwrotu. "Blondas" strasznie swym zachowaniem przypominał nadgorliwego kanara, który - jak cię przyszpili w autobusie bez biletu - to jesteś stracony dla świata. -Nie pamiętasz mnie, Andri? - zdziwił się Lionel, uśmiechając do wyższego z patrolującej dwójki. - Spotkaliśmy się w wąwozie. -Znajdo, to ty? Nie poznałem cię w tym półmroku - twarz wyblakłego od razu stała się przyjaźniejsza a Aslynn, trzymająca się w pół kroku za Lionelem, pozwoliła sobie na oddech ulgi. - Wpadnij na nasz taras, to pogramy. -Tym razem nie dam się tak łatwo ograć, jak ostatnio - dodał Zjadacz Nici nazwany Andrim. - Poznałem kilka fajnych sztuczek. Ale pań to nie kojarzę. -A, te panie... - Lionel zawiesił głos, niepewny, co powiedzieć, kiedy panna Foreignet w niemym ostrzeżeniu mocniej przycisnęła do jego pleców worek z kotem. Mruczkowe pazurki nieprzyjemnie zakłuły mężczyznę. -Jesteśmy z ostatniej grupy. Nowe - zaryzykowała Rachelka. - Chyba nie miałyśmy jeszcze okazji się poznać... A Lio chyba też zawiodła pamięć, bo chciałyśmy dojść do... -Idziemy do tarasów przy Obserwatorium, ale trochę pobłądziłem - Lionel zgrabnie wepchnął się w wypowiedź towarzyszki i przybrał minę zdezorientowanego, zagubionego stworzenia czekającego, aż ktoś wyciągnie doń pomocną rękę. -Musicie iść uliczką w prawo, przejść wiszący most i dalej już będzie prosto. Ale to niezbyt dobry pomysł - stwierdził Andri, bacznie przyglądając się workowi wiszącemu na plecach Lionela. Aslynn tylko wstrzymała oddech, prosząc w myślach, by Figlowi w tej chwili nie przyszło do głowy zdradzić swej obecności. -Dostaliśmy tam miejsca odpoczynkowe - wyjaśnił gładko Lionel. - Też wolałbym siedzieć w innym kącie i nie przeszkadzać naszemu przywódcy, ale... cóż. -Wobec tego nie zatrzymujemy. Odpoczywajcie, bo może już niedługo staniemy przeciwko tym przeklętym Hafciarzom - drugi z patrolujących skinął głową i Zjadacze Nici podążyli swoją drogą, chociaż Aslynn dałaby głowę, że blondas ma wobec nich całe tabuny podejrzeń i najchętniej zamknąłby ich troje w jakimś odosobnionym miejscu celem obserwacji. Kiedy szare sylwetki Zjadaczy Nici zniknęły za zakrętem, panna Foreignet odważyła się wypuścić z płuc powietrze. -Mało brakowało - szepnęła i wziąwszy Lionela pod ramię, ruszyła w dół uliczką. - Lepiej nie zwlekajmy. Co to za Obserwatorium, o którym wspomniałeś? - zainteresowała się, kiedy już przeszli przez rozchybotany, wąski wiszący mostek. -Szary Kamień tak nazywa swoją siedzibę - odparł mężczyzna. - To ta owalna budowla ponad Kręgiem Przemówień. -Interesujące, dlaczego właśnie tak. Lionel nic nie odpowiedział na uwagę Aslynn. Teraz i dziewczyna zobaczyła wyłaniający się z ciemności, słabo oświetlony, kolisty kształt zwieńczony misternie plecioną kopułą. Wielostopniowe, kręte schody prowadzące do wejścia do budynku, zwijały się wokół jego bryły niczym ogromny wąż. -Myślisz, że to dobry pomysł? - zapytała cicho Rachelka. W jej głosie dobrze było słychać zdenerwowanie. -To jedyne miejsce, co do którego mam pewność, że tam właśnie znajdę sposób na wydostanie się z tej przeklętej podziemnej fortecy - mruknęła panna Foreignet. - Chodźcie - dodała nagląco. Im bliżej byli Obserwatorium, tym budynek wydawał się bardziej rozległy i potężny. Aslynn zdała sobie sprawę, że kiedy zaczną wspinać się po schodach, będą doskonale widoczni i ktoś może zainteresować się ich małą grupą. Niestety, innego wejścia do wnętrza Obserwatorium nie udało im się znaleźć. Pamiętając o tajemniczych wartownikach, mających pilnować komnat Ashego Kheroona, dziewczyna ostrożnie weszła na pierwsze stopnie. Czy istnieli naprawdę? A może uda ich się oszukać równie łatwo, jak patrolujących Zjadaczy Nici - naciąganą bajeczką o zgubionej drodze? Aslynn strasznie nie lubiła mierzyć się z przeciwnikiem, o którym nic nie wiedziała. To jak próbować utłuc w ciemnej piwnicy znienawidzonego szczura niszczącego zapasy i nie mieć pojęcia, że ten szczur jest znacznie większy i sprytniejszy niż się spodziewaliśmy. W grach RPG zazwyczaj kończyło się wieloma godzinami żmudnych rozmyślań nad podjęciem odpowiedniej taktyki kliknięć i stęknięć, które w efekcie miały zaowocować wyeliminowaniem z rozgrywki głównego, finałowego bosa. Tutaj nie mogli sobie pozwolić na opcję ripley. Porażka oznaczała definitywny koniec gry. Wyszywane stopnie lekko uginały się pod ciężarem wchodzących i Aslynn skupiła na nich wzrok. Zresztą zawrotna wysokość, na jaką zdążyli już wejść, spowodowała, że dziewczynie zakręciło się w głowie. Nie przypuszczała, że Obserwatorium może być aż takie wysokie i zdała sobie sprawę, że droga na szczyt wydaje się raczej wydłużać, niż przybliżać wędrowców do celu. Czyżby działała tu jakaś magia? Aslynn przystanęła i spojrzała za siebie, na dwójkę towarzyszy, którzy z równym uporem wspinali się po plecionych stopniach, a później na ogromną przestrzeń oświetloną tysiącami lampek - teraz znacznie przygaszonych i dających więcej cienia niż światła tej ponurej scenerii. Obserwatorium wznosiło się w samym centrum Schronienia, na okrągłym podeście, otoczonym zewsząd poszarpanymi krawędziami przepaści, nad którymi budowniczowie tego miejsca przerzucili niezliczone ilości kładek i wiszących mostów. Tuż za nimi, jakby w zupełnie innym świecie, rozciągały się prostokąty tarasów, linie schodów i podestów i wymyślne kształty altanek. Całość przypominała przedziwny, przestrzenny plaster miodu. Kiedy dziewczyna na powrót skierowała wzrok na kopułę Obserwatorium, zdała sobie sprawę, że z jej najwyższego punktu jakby wyrastają wielkie żebrowania podtrzymujące "sufit" tej ogromnej jaskini i rozchodzące się na boki w symetrycznych łukach. Widziała już wcześniej podobną konstrukcję.

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Zaczarowany Kuferek - Część VII — czytnik · opowiadania