Psychologia · 8 min czytania
Zaczarowany świat TRAILER
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Nasze kroki odbijały się cichym echem, by po chwili zginąć gdzieś w szkolnym harmidrze. Wpatrzony w kolorową podłogę zmuszałem swój język do wypowiedzenia choćby słowa. Ono jednak nie zamierzało się choćby pojawić. Moje myśli utworzyły jeden wielki pocisk energii, który przemknął przez moją głowę z ogromną szybkością. W jednej chwili zobaczyłem cały miniony dzień, tydzień, miesiąc. Uniosłem głowę i spojrzałem na Agnieszkę. Jej twarz była zimna, jakby dziewczyna skupiona była na jakimś zadaniu matematycznym. Jasne blond włosy opadły na jedno oko, co nasunęło mi skojarzenie z japońskim ninją. Nie zdziwiłoby mnie nawet, gdyby wyciągnęła teraz katanę czy shurikena. Nagle, energia krążąca po moim mózgu znalazła drogę do ust. - Dlaczego wy się tak zachowujecie? – Agnieszka spojrzała na mnie, a jej martwe oczy zmroziły mnie na chwilę – Jesteście jacyś... dziwni.
Szkolny korytarz zwykle emanował ciepłem. Biała podłoga i jasnozielone ściany napełniały niewytłumaczalnym spokojem. Nie tym razem. Pomieszczenie nabrało mglistej barwy. Ściany były jasnoszare, podłoga, czysto biała. Krążący po korytarzu uczniowie przypominali tępe zwierzęta idące w znanym tylko sobie kierunku. Ich twarze przypominały twarz Agnieszki - były złe, straszne, chłodne. Spojrzenia najpierw tonęły uwięzione w przestrzeni, lecz gdy natrafiły na mnie, miałem wrażenie że skanują moje wnętrze. Wnikały we mnie, wbijały się i krążyły wraz z moją krwią docierając do mózgu świdrując go, czytając moje najskrytsze myśli. Dostrzegłem wielu znajomych. Rudy siedzący na parapecie. Tomek stojący przy grupce „różowych” dziewczyn. Adam wychodzący z ubikacji. Nie takich ich znałem. Nie chciałem ich takich znać. Mknąłem przed siebie najszybciej jak tylko mogłem, starając się nie patrzeć na nikogo. Agnieszka ledwo za mną nadążała. Słyszałem jej lekko przyśpieszony oddech ale nie zamierzałem zwolnić. Do klasy od polskiego została jeszcze kilka metrów korytarza i spiralne schody. W gruncie rzeczy chciałem już zamknąć się w sali, wtopić w kolejny idiotyczny barokowy wiersz i znów zobaczyć kolory. Byłem dziwnie pewny, że to niemożliwe. Świat wyglądał jak horror, który sam tworzyłem. Dokładnie wiedziałem co się zaraz stanie, jakbym zamiast żyć, pisał powieść i zjednoczył się z bohaterem. Sterowałem nim, mówiłem jego ustami, myślałem jego rozumem, ale nie byłem nim. Ta postać to nie byłem ja, a to pomieszczenie nie było Liceum Ogólnokształcącym w Mońkach. Lampy zajaśniały oblewając korytarz bielą. Po chwili znów zgasły. Zapaliły się Zgasły. Poczułem czyjś dotyk na ramieniu. Po krótkiej chwili stanąłem. Wpatrywałem się w pustą otchłań korytarza marząc by znaleźć się na jej końcu. Zapaliły się. Poddałem się lekkiemu szarpnięciu i odwróciłem się szybko. Znalazłem się twarzą w twarz z Agnieszką. Jej usta były jeszcze bardziej blade niż minutę temu a lód wypływał z oczu. Jej policzki, były białe, jakby posypała je garścią mąki. Podkrążone powieki pasowały raczej do trupa niż szesnastoletniej - było nie było bardzo ładnej – dziewczyny. Wpatrywała się we mnie, lecz przestałem bać się jej wzroku. Część racjonalnego myślenia wróciła do mojego mózgu. Agnieszka otworzyła usta by coś powiedzieć. Muszę uciekać! Spodziewałem się ujrzeć w jej ustach nie szereg ludzkich zębów. To by do niej nie pasowało. [Długie zęby z i niedorzecznie ogromne kły z plamami zeschniętej krwi?] Tak, to już prędzej. - Dawid, dlaczego tak pędzisz? Co ci dzisiaj odwaliło? Jej głos zabrzmiał normalnie, aż zadziwiająco normalnie. Przez chwilę jej głowa zatrzęsła się w konwulsjach. Straciłem wizerunek Agnieszki, którą przed sekundą widziałem. Zamrugałem oczami, jakby padające zza szeregu szyb promienie bladego słońca…