Akcja · 33 min czytania
Zadanie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Czarna Pantera biegła przez las niczym strzała. Dostała wezwanie i musiała się stawić jak najszybciej. Zmierzała jak automat do celu, nie myśląc o niczym cała wypełniona szaleńczym uczuciem pędu. Tyle razy pokonywała już tę drogę że trafiła by tam z zawiązanymi oczyma. Wbiegła na polanę, na której stał stary, porośnięty bluszczem kamienny łuk, nie zwalniając przebiegła przez niego. Już nie była w lesie, teraz pędziła tunelem wykutym w litej skale. Nie zwalniając minęła kamienne wrota strzeżone przez niewidzialnych strażników, zatrzymała się dopiero w sali głównej uginając przednie łapy w ukłonie przed wysoką kobietą w szatach z literą alfa na piersi. - Witaj Sylwito, spóźniłaś się – powiedziała kapłanka. - Przepraszam Matko, kiedy przybył poseł nie było mnie w domu – tłumaczyła się dziewczyna w czarnej pelerynie z kapturem zarzuconym na głowę, na twarzy miała białą maskę, klęczała w miejscu gdzie chwilę temu kłaniał się wielki kot. - Wstań! - rozkazała kobieta siadając na bogato zdobionym, obitym czarnym aksamitem tronie. Nastolatka wstała wpatrując się niepewnie swoimi żółtymi, kocimi oczami w kapłankę. - Domyślasz się, że nie wzywam cię bez powodu – zaczęła – jesteś jedną z najmłodszych Alf i jednocześnie jedną z najzdolniejszych. Zadanie które przed tobą stawia Świątynia nie jest proste. Będziesz potrzebowała całego swojego sprytu i przebiegłości, a także pomocy drugiej osoby. - Że co? Ja działam sama! - Nie przerywaj kiedy mówi kapłanka! - Wybacz Matko – wyszeptała Sylwita wbijając wzrok w podłogę. - Wybaczam. Więc jak mówiłam nie wyruszysz sama – kapłanka klasnęła w ręce, a z bocznych drzwi wyszedł sługa. - Słucham pani – powiedział kłaniając się nisko. - Sprowadź w tej chwili Wilka – służący wyszedł pośpiesznie, aby po chwili wrócić. Prowadził może siedemnastoletniego rudzielca z zielonymi oczami, w których głębi widać było cierpienie. Chłopak miał ręce skute za plecami ciężkimi srebrnymi kajdanami. Resztki brudnego, zakrwawionego ubrania ledwie trzymały się siebie. Spojrzał przelotnie na dziewczynę a potem z bezczelnym uśmiechem popatrzył w oczy kapłance. - Na kolana! – syknął sługa, gdy chłopak nie zareagował, szybkim ruchem podciął mu nogi, tak że więzień upadł na twarz przed kapłanką. Pantera ze zgrozą patrzyła to na nowo przybyłego to na kapłankę, ta ostatnia znowu przemówiła: - Witaj Wilku. I jak podobają ci się nasze lochy? – chłopak zbladł na wspomnienie miejsca gdzie spędził ostatnie dwa tygodnie – Widzę, że bardzo – głos kapłanki przesycony był jadem – myślę, że z chęcią tam wrócisz. - Nie – wychrypiał błagalnie chłopak wpatrując się w podłogę. Kapłanka kontynuowała: - Nie? Czyżby kochani strażnicy nie traktowali cię dostatecznie „łagodnie”, a może wizyty w sali tortur były zbyt rzadkie. Cóż masz teraz szansę odzyskać wolność. – uśmiechnęła się krzywo i odwróciła do dziewczyny - Sylwito to twój partner. - On?! Ależ Matko… - Wyrocznia tak zadecydowała, a Rada uznała że będzie ci potrzebna pomoc, on posiada pewne przydatne zdolności. - Sama sobie poradzę. - Sprzeciwiasz się Radzie?! - Nie Matko, ale czy to musi być on, sama dotychczas dawałam sobie radę. - Tak? A ostatnie zadanie? – dziewczyna spuściła wzrok. – Zawiodłaś, nie potrafiłaś złamać zabezpieczeń i zaklęć ochronnych. On jest włamywaczem, łamaczem zaklęć, nędznym złodziejaszkiem, ale przełamał pierwsze trzy warstwy zabezpieczeń Świątyni. - Chyba nie mam wyboru - zerknęła w stronę chłopaka napotykając jego zielone oczy, które sekundę później znowu zaczęły podziwiać podłogę. - Cieszę się, że to zrozumiałaś. Mam coś, co może ci się przydać w relacjach z partnerem – z paskudnym uśmiechem skinęła na służącego, a ten założył niczego nie spodziewającemu się więźniowi obrożę. Chłopak szarpnął się gdy zimne srebro dotknęło jego poranionej szyi – to obroża posłuszeństwa, wykonana ze srebra więc nie będzie w stanie jej ściągnąć, wystarczy że wypowiesz słowo „punio” – chłopak upadł z krzykiem na podłogę i zaczął wić się w bólu, kapłanka patrzyła na niego bez zmrużenia oka, syciła się efektami. Pantera zamknęła oczy nie chciała tego widzieć, krzyki torturowanego wwiercały się jej w mózg, zacisnęła pięści nie mogła dać po sobie poznać co czuje. - „versum” – więzień znieruchomiał oddychając ciężko, niektóre z jego ran ponownie się otwarły na posadzkę spłynęła krew – efekty sama widzisz, po kilku takich hm… wstrząsach spełni każde twoje polecenie ściągnijcie mu więzy - rozkazała kapłanka sługą. Chłopak już bez więzów podniósł się na klęczki, nie powiedział ani słowa, jego ręce machinalnie powędrował do szyi i drażniącej „ozdoby”. Na ten odruch kapłanka uśmiechnęła się sadystycznie, po czym pstryknęła palcami, a kolejny służący podał jej grubą teczkę. - To są szczegóły dotyczące waszego zadania, wyruszacie za 24 godziny. Jakieś pytania? – powiedziała wręczając Panterze dokumenty. - Nie, Matko. - W takim razie możecie odejść, posiłek czeka w twojej komnacie Sylwito – weszła za zasłonę za tronem, słudzy też gdzieś zniknęli. - Idziesz! – warknęła wściekle Pantera na rudzielca. - Oczywiście pani w białej masce, co warczysz jak rozjuszona kicia – dziewczyna momentalnie odwróciła się, a jej zaciśnięta pięść wylądowała na twarzy wciąż klęczącego chłopaka. Rudzielec zatoczył się do tyłu, a z jego nosa popłynęła krew. - Auć za co? – wychrypiał. - Oddychasz moim powietrzem, a teraz choć zanim stracę cierpliwość. Chłopak wstał niepewnie, zatoczył się. Zanim zrobił krok poczuł niesamowity ból w brzuchu, oczy zaszły mu mgłą i zwalił się jak kłoda na zimną posadzkę. Półprzytomnie odnotował, że ktoś się nad nim pochyla przykładając zimne szkło do ust. - Wypij! – rozkazała Sylwita przechylając buteleczkę z eliksirem wzmacniającym. Wilk przełknął z trudem kilka łyków. Gdy mikstura rozeszła się po ciele poczuł się lepiej, otworzył oczy i spojrzał na stojącą nad nim dziewczynę - W porządku? – zapytała wyciągając do niego rękę. - Tak – przyjął dłoń i z jej pomocą wstał tym razem już pewnie. - Chodź. Poprowadziła go labiryntem korytarzy. Nie spotkali nikogo po drodze, tylko co jakiś czas słychać było śpiewy dochodzące niewiadomo skąd. Zatrzymali się przed obrazem przedstawiającym jelenia. Pantera wyszeptała hasło i mogli wejść do środka. Znaleźli się w jej prywatnych komnatach. Stało tam łóżko z kolumienkami i ciemnoczerwonymi zasłonami, kufer, duża szafa na ubrania, stanowisko do przyrządzania eliksirów, kolejna szafa prawdopodobnie ze składnikami, masywne biurko, dwa krzesła i malutki stolik na którym stała kolacja dla dwóch osób. Okien nie było, światło pochodziło z magicznej kuli wirującej pod sufitem. Podłogę pokrywał cieplutki, puszysty dywan w kolorze wina. W jednej ze ścian były drzwi prawdopodobnie prowadzące do łazienki. - Witaj w moich skromnych progach – powiedziała Sylwita wchodząc do środka. - Przytulnie tu – stwierdził Wilk rozglądając się po pomieszczeniu, jego wzrok zatrzymał się na kolacji, oblizał się, tak dawno nic nie jadł. Dziewczyna ściągnęła maskę i płaszcz wieszając je koło drzwi. Chłopak mógł jej się teraz dokładnie przyjrzeć gdy grzebała w jednej z szaf. Miała długie, lśniące, czarne włosy, ciemną cerę, zgrabną sylwetkę. Ubrana w obcisłe jeansy, zgniłozieloną bluzkę z długimi, szerokimi rękawami, a na nogach lśniące czarne glany. Odwróciła się twarzą do niego jej kocie oczy zwęziły się w rękach trzymała kilka buteleczek z eliksirami i jakieś ubrania. - Masz wypij – powiedziała podając mu mikstury. - Co to? – zapytał, nigdy nie miał zaufania do eliksirów. - Lekarstwa, może nie zauważyłeś, ale jesteś w fatalnym stanie, krwawisz i ledwo się ruszasz. Spojrzał na nią z zaciekawieniem, ale posłusznie wypił zawartość trzech buteleczek, jego rany się zasklepiły, a on poczuł się znacznie lepiej był tylko trochę głodny, znowu zerknął na stół, dziewczyna też tam spojrzała. - Nawet nie myśl, że pozwolę ci coś zjeść dopóki się nie umyjesz porządnie, tu masz ubranie, a tam jest łazienka – powiedziała wręczając mu ubranie i wskazując boczne drzwi. Chłopak znowu posłuchał, tak dawno nie mógł się umyć, teraz to nadrabiał, całą godzinę spędził w łazience zmywając z siebie krew i brud. Gdy wyszedł w nowym ubraniu: czystej koszuli i jeansach zobaczył dziewczynę siedzącą przy biurku. Czytała dokumenty które wręczyła jej kapłanka. Podszedł do niej cicho i zajrzał przez ramie, ona momentalnie się odwróciła i spojrzała na niego. - Tam masz kolacje – powiedziała. - Ty nie jesz? - Nie musisz się o mnie martwić – warknęła. Chłopak w milczeniu zaczął jeść. Zjadł swoją porcję i tęsknie spojrzał na talerz dziewczyny, naprawdę był głodny. Dwa tygodnie o kromce chleba i jakiejś breji dziennie. - Jak chcesz to zjedz moją część ja nie jestem głodna – mruknęła dziewczyna znad dokumentów. Spojrzał na nią zdziwiony, ale gdy nic nie powiedział zjadł resztę. Czuł się jak w raju, teraz zachciało mu się spać, ale pierwsze musiał porozmawiać z Panterą, która właśnie skończyła analizować dokumenty od kapłanki. - Więc, jakie mamy zadanie? – zapytał. - A co cię to obchodzi?! – odwarknęła. - Może nie zauważyłaś, ale jestem twoim partnerem i chyba powinienem wiedzieć co nas czeka – starał się mówić spokojnie ale miał dość tego traktowania jakby robiła mu łaskę. - Możesz sobie przeczytać – wysyczała. - Możesz mi to streścić! – warknął. Atmosfera w pokoju zrobiła się nieznośna – i przestań warczeć jak rozjuszona kicia bo… - nie dokończył. - Punio – wysyczała dziewczyna, Wilk upadł na podłogę ale nie krzyczał, wił się tylko w bólu zagryzając wargi – NIGDY NIE NAZYWAJ MNIE KICIĄ!!! Versum - krzyk zakończył cichy szept, a rudzielec przestał się wić. Wstał, z jego przegryzionej wargi ciekła krew, popatrzył z nienawiścią na dziewczynę: - W porządku, mogę się w ogóle nie odzywać! – usiadł na krześle tyłem do Pantery. Dziewczyna też się nie odzywała, zaczęła ponownie przeglądać dokumenty. Po pół godzinie postanowiła jednak przerwać milczenie: - Chcesz wiedzieć jakie jest to zadanie? - … - Mamy dostać się niepostrzeżenie do zamku Czarnej Lady i ukraść pewien kamień, który odpowiednio użyty da jej nieśmiertelność, Świątynia nie zamierza na to pozwolić. - Że co?! To samobójstwo, jak Czarna Lady nas złapie… wole nie myśleć. Nie ma mowy ja się wycofuje chce jeszcze trochę pożyć mam tylko siedemnaście lat za mało żeby umierać. - Nie masz wyboru – powiedziała i szeptem dodała – tak jak ja. - Jak ty? - Jeżeli się wycofasz trafisz spowrotem do lochów gdzie prędzej czy później umrzesz w mękach, jeżeli ja nie wykonam zadania też tam trafię – wyjaśniła. - Ty niby za co, przecież to zadanie jest niewykonalne. - Nie ma zadań niewykonalnych dla Alf, od dziecka jesteśmy szkoleni do wypełniania misji powierzonych przez Świątynie, należy wykonać zadanie lub zginąć inaczej czekają lochy. - To głupota. - Skoro tak uważasz – odwróciła się do niego tyłem i zaczęła czegoś szukać w szafie. - Byłaś już kiedyś w lochach – to nie było pytanie, to było stwierdzenie. - Dlaczego tak myślisz? – zapytała patrząc na niego, w jednej ręce trzymała piżamę. - Ta cała kapłanka mówiła, że nie wykonałaś ostatniego zadania. - Nie wykonałam, powinnam zginąć, ale wylądowałam TYLKO na miesiąc w lochach, jestem dla nich zbyt cenna, dużo potrafię i wciąż się uczę. – weszła do łazienki zamykając za sobą drzwi. Godzinę później zasypiali, on na podłodze zwinięty pod ciepłym kocem, ona w swoim łóżku z zaciągniętymi zasłonami. Koło północy Wilka się obudził, śniło mu się że znowu jest torturowany w lochach. Wstał przeciągną się nalał sobie wina ze stolika i wypił. Wydawało mu się że usłyszał płacz, stanął wsłuchując się w ciszę pokoju doszedł go jęk dochodzący z łóżka Pantery. Nie zastanawiając się długo odsunął czerwone zasłony. Dziewczyna płakała przez sen powtarzając ciągle: - Nie, nie, nie, proszę nie. Rudzielec pochylił się nad nią: - Obudź się – szepnął, dziewczyna nie zareagowała. Potrząsnął ją, ale ona zamiast się obudzić zaczęła się rzucać po łóżku. - Cholera - przeklął Wilk i złapał ją za nadgarstki – Obudź się dziewczyno! – krzyknął. Sylwita obudziła się z koszmaru, chciała usiąść, ale ktoś trzymał jej ręce. Popatrzyła na chłopaka, wciąż płakała, a on jej się tak dziwnie przyglądał. - Puść mnie – chciała żeby to było jej zwykłe warknięci ale zabrzmiało to jak błaganie. Wilk puścił ją ale dalej świdrował ją wzrokiem. Pantera usiadła na łóżku podwinęła nogi, objęła je rękami i schowała głowę w ramionach wciąż płacząc. Poczuła jak ktoś ją niepewnie obejmuje, przytuliła się odruchowo. - Wszystko będzie dobrze, to był tylko zły sen – uspokajał chłopak. - Dzięki za pocieszenie, ale dobrze nie będzie – wychlipiała uśmiechając się smutno. - Co ci się śniło? - To co zawsze śmierć, krew, mordy, lochy, tortury, za dużo osób w życiu zabiłam, za dużo przeżyłam. - Masz tylko… właściwie nie wiem ile masz lat, ale za mało żeby tyle doświadczyć. - W listopadzie skończę siedemnaście lat, dla Alf to wystarczająco dużo by nie móc w nocy spać. - Zawsze masz takie sny? - Zazwyczaj. - Też nie mogłem spać. - Lochy. - Bystra jesteś – roześmiał się. - Wątpiłeś w to – też się uśmiechnęła. - Wątpiłem! – przewrócił ją na łóżko i zaczął łaskotać. - Przestań!!! Załaskoczesz mnie na śmierć!!! Przestań!!! - Jak sobie życzysz – puścił ją i z uśmiechem położył obok wpatrując się w baldachim. - Wiesz że nawet nie wiem jak masz na imię chyba że Wilk to twoje imię. - Też nie znam twojego imienia. Ja jestem Dawid Wolf. - Sylwita Darckmond zwana również Czarną Panterą miło mi cię poznać Dawidzie. – podała mu rękę z udawaną powagą. - Darckmond gdzieś już słyszałem to nazwisko. - Nie wątpię – uśmiech z twarzy dziewczyny zniknął, – Mój ojciec był płatnym mordercą, został skazany na śmierć, a jego proces był dość sławny w swoim czasie. - Też był Alfą prawda? - Tak jak moja matka, też nie żyje zginęła na misji gdy miałam pięć lat. - Przykro mi. - Niepotrzebnie, Alfy nie interesują się swoimi dziećmi, od najmłodszych lat wychowuje je Świątynia. - A dlaczego Czarna Pantera? - Nie domyślasz się? – w jednej chwili zamieniła się w wielkiego czarnego kota. - Teraz to jasne – położył rękę na głowie Pantery głaszcząc ją, a ona znowu przybrała swoją ludzką postać. - A ty jesteś nazywany Wilkiem od nazwiska? - Nie tylko, mam podobną zdolność jak ty, tyle że w tej kretyńskiej srebrnej obroży nie mogę się przemienić – powiedział szarpiąc „ozdobę” szyi. - Nie jesteś Alfą więc jakim cudem zamieniasz się w zwierze, ludzie tego nie potrafią. - Matka była zbuntowanym Alfą. - To wiele wyjaśnia. Przez chwilę nikt nie przerywał ciszy, każdy analizował przed chwilą usłyszane wiadomości. Milczenie przerwała Sylwita: - Dawid? – szepnęła. - Tak? - Chciałam cię przeprosić. - Za co? - Za moje zachowanie wieczorem, za te kretyńskie krzyki, za tortury tą głupią obrożą, za ten cios na początku, w ogóle za wszystko byłam po prostu trochę zła na Radę, dotąd zawsze działałam sama i tak jakoś… - Nie musisz przepraszać. Choć nie rozumiem dlaczego nie lubisz gdy się ciebie nazywa kicią? - Ojciec tak do mnie mówił, już wtedy tego nienawidziłam, matkę też tak nazywał, to samo wszystkie swoje kochanki. - Aha Znowu cisza. - Dlaczego chciałeś się włamać do Świątyni, nie wiedziałeś czym to grozi? - Głupi zakład z kolegami, nie myślałem o konsekwencjach. - Wiesz, to może być ostatnia noc w naszym życiu jutro idziemy zdobywać zamek Czarnej Lady. - Świątynia ma idiotyczne pomysły. - Chyba masz rację – uśmiechnęła się znowu. - Skoro to ma być ostatnia noc naszego życia powinnyśmy się wyspać – stwierdził Dawid schodząc z łóżka, żeby się znowu położyć na ziemi. Sylwita chwyciła go za ramie. - Dokąd to? - Do swojego legowiska. - A jak znowu będę miała zły sen, zostań – popatrzyła na niego błagającym wzrokiem. - Jak można się oprzeć prośbie tych kocich oczu – westchnął z udawaną powagą. – Posuń się. Ułożył się obok na wąskim łóżku, objął ją, a ona się w niego wtuliła. Spali do rana bez żadnych koszmarów. Z samego rana, dostali wezwanie do kapłanki. Jeszcze przed śniadaniem znaleźli się w tej sali co poprzedniego wieczora. Ukłonili się kobiecie na tronie. - Jak widzę Wilku zmądrzałeś, już mi się kłaniasz, Pantera ma na ciebie zbawienny wpływ – w oczach…