Inne · 8 min czytania
Zadbać o siebie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Pana –skiego widywano zawsze wieczorem, gdy wyprowadzał swoją jedyną towarzyszkę, starą suczkę, na spacer. Właściwie wynosił ją delikatnie i szedł tak z pieskiem na rękach na najbliższy trawnik przed blokiem, gdzie kładł ją czule i czekał, aż nacieszy się naturą. Jak sądzono, tylko wtedy starszy pan opuszczał swoje ciasne, parterowe mieszkanie.
Dzisiaj szedł jednak wykładaną kostką ścieżką, potykając się co chwilę przez grzęznącą w nierównościach nawierzchni laskę. Szedł zupełnie niezauważany, milczący i poważny, ze wzrokiem skierowanym pod nogi, lewą rękę przytykając w kelnerskim geście do pleców. W palcach prawej lekko drgała metalowa, obdarta gałka jedynego oparcia, jakie może zostało mu jeszcze w życiu. Szara kurtka sprzed kilku dekad, szare spodnie z zaniedbanymi nogawkami i tkwiąca chwiejnie na nieomal łysej czaszce czapka dopełniały obrazu – ikony zaniedbania i zużycia. Pomiędzy wyblakłą wełną okrycia głowy a nierówno opiętym na szyi kołnierzem, nikła jakby roztapiająca się twarz. Pobrużdżona skóra czoła, wklęsłe i obwisłe policzki, prawie niewidoczny w fałdach tkanki podbródek a nad nim w linii prostej bulwiasty chłopski nos, upodabniały ją do lukrowej figurki poddanej działaniu słońca. Jedynie oczy, chociaż osadzone głęboko między krzaczastymi brwiami i workami luźnej skóry, zdawały się świadczyć, że to nie karnawałowa maska lichego sortu, a coś jeszcze żywego. Dzisiaj świeciły osobliwym blaskiem. Tylko w ruchliwości tych oczu, ich nieomal boleśnie przytomnym wyrazie, odmalowywało się podniecenie i wzniosły nastrój, jakiego doznawał starzec idąc tak i potykając się. Nie wziął dzisiaj autobusu – przecież warto czasem nie tylko popatrzeć, a pobyć ze światem twarzą w twarz. Nie miał też, o ile pamiętał, żadnego biletu, a na najkrótszą nawet rozmowę nie znajdował już sił; mowa i słuch, precyzja ruchu do portfela i odliczanie monet – to wszystko musiało zostać w podobnych okazjach zaangażowane. Nie, czasem bardziej opłaca się po prostu przejść. Zwłaszcza w taki dzień – specjalny dzień.
Ile razy słyszał już ze wszystkich stron, jak to powinien się „sobą zająć”, „zadbać o siebie”, „zrobić coś ze swoim życiem” – tak, jego dzieci, dwójka emigrantów zarobkowych, uwielbiały zapełniać w ten kojący dla ich sumienia sposób ciszę, gdy rozmawiali z ojcem na Boże Narodzenie czy Sylwestra. Również pani Hania z jego piętra, starsza kobieta o jowialnych, wiejskich manierach, wplatała te i podobne uwagi pomiędzy mlaśnięcie piwem imbirowym a czekoladkę. Bardzo lubiła mówić o lekarzach, którzy najwidoczniej stanowili dla niej kastę cudotwórców i dobrodziei, w hierarchii uplasowaną może nieznacznie niżej od kapłańskiej. Owszem, czasem pomstowała na ich niedomyślność i nieuprzejmość, ale, zdaje się, była też zupełnie uzależniona od wszystkiego, co nosi stetoskop. Z miną dziwnego zadowolenia zwykła wskazywać przelewającą się przez rękaw dłonią ścienny kalendarz w kuchni, cały pokryty oznaczeniami: „cukrzyk”, „dent.”, „okul.” czy - chociaż nigdy nie miała prawdziwej potrzeby wizyty tam, była bowiem okazem zdrowia – „onko.”. Czasem chciał wykorzystać chwile towarzystwa, gdy zapraszała go na kieliszek likieru, i porozmawiać szczerze o swoich sprawach. Kiedy jednak zaczynał mówić, ona patrzyła bezradnie na chwilę odrywając wzrok od telewizora i szybko mrugając maleńkimi oczkami, by rzucić w końcu uwagę o dbaniu o siebie i lekarzu.
Ach, dzisiaj miał zamiar zadbać o siebie, ruszyć się z miejsca, zażyć lekarstwa! Zadbać jak najlepiej potrafił. I właśnie dlatego szedł tak z niezwykle ruchomymi oczami, zdecydowany i stanowczy.
- Jak leziesz ty pajacu, z dupy garaż ci zrobię! – usłyszał zza pleców. Idąc właściwym sobie nierównym krokiem zaszedł drogę…