Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 35 min czytania

Żadnych morderstw

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Pogoda była okropna, od kilku dni nie przestawało padać, a powietrze tak bardzo przesiąkło deszczem, że Roy za każdym razem, gdy tylko spędzał na zewnątrz więcej niż kwadrans zarzekał się, że czuje, jakby wilgoć była już nie tylko cechą otoczenia, ale wypełniała i jego, od wewnątrz, od kości po naskórek. Nie było w tym uczuciu nic przyjemnego, toteż zaparkował możliwie najbliżej drzwi wejściowych, a drogę od samochodu do biura pokonał szybkim truchtem, nie decydując się na sprint tylko z obawy przed upadkiem na śliskim chodniku. Wewnątrz paliło się światło. Stu pewnie tego dnia został dłużej, a kto wie może miał jakiegoś pacjenta. Zwykle wychodził wcześniej i chociaż Roy nie lubił, gdy biuro było puste w godzinach otwarcia, Stu wciąż to robił. - Roy to ty? Pogodny głos dobiegał z pokoju obok. Doskonale go znał. - Tak, to ja - odpowiedział zdejmując płaszcz. Stu wiedział, że to on. Tak samo, jak Roy rozpoznał tego pierwszego po głosie, tak ten pierwszy rozpoznał drugiego po tym, że nie używał dzwonka. - Masz kogoś? Co tu robisz tak długo? - zapytał zdziwiony. - O tak, ruch od samego rana... - zaśmiał się. - Nie ma nikogo, miałem kilka telefonów, ale wszystkie na jutro, pojutrze albo jeszcze później. Sam nie wiem czemu jestem tu tak długo, chyba zasiedziałem się przy pasjansie, bo powinienem wyjść już pół godziny temu. Roy zaśmiał się pod nosem, młodziaka nigdy nie opuszczały żarty i zawsze potrafił ten fakt skutecznie wykorzystać. Zawiesił na wieszaku szalik i dokładnie przetarł buty na holowej wycieraczce - im mniej syfu naniesie, tym mniej później będzie miał do sprzątania. Skręcił w najbliższe drzwi po prawej stronie, w środku, za biurkiem siedział wyraźnie znudzony Stu. - Miałeś wychodzić pół godziny temu? Pracujesz do godziny dwudziestej, a teraz mamy dziewiętnastą czterdzieści. - No tak, wszystko się zgadza szefie - odpowiedział jakby nie widział w tym nic złego. - Dobra, dobra, żartowałem tylko, ale ktoś tu widzę nie w humorze. Szefie, ja wiem, że to biuro jest wszystkim, co szef ma, ale nie ma co być zbyt poważnym, nasz zawód jest wystarczająco przygnębiający. - Zachichotał Stu. - Od miesięcy wychodzę wcześniej, szef dobrze o tym wie, a ja wcale tego nie kryję. Nie ma w tym nic złego, taką mamy pracę, że pół godziny w tą czy w tamtą, nic nie zmienia. - Nieważne... Dzisiaj zostałeś jak należy, możesz już iść, resztą się zajmę - powiedział siadając przy drugim biurku, stojącym obok zajmowanego przez chłopaka. - Tak jest szefie. - Stu zasalutował, a zaraz po tym się uśmiechnął. - Dziś piątek! Trzeba będzie się zabawić. - Był wyraźnie podekscytowany. - Tylko ten przeklęty deszcz! Boże połowę lipca przepadało. Wakacje, lato... i co te dzieci mają robić? Chwała, że mają komputery... a może i nie chwała. Różnie się o nich mówi. - Zastanowił się chwilę i ciągnął dalej - No bo niby całymi dniami tylko się w nie wpatrują... - Stu! Wystarczy, opowiesz mi o tym innym razem. Idź już. - Roy był tą gadką trochę rozbawiony, a trochę zdenerwowany. - Jasne szefie, wychodzę. - Puścił oczko. W chłopaku było mnóstwo życia, zawsze miał coś do powiedzenia, z wszystkiego się cieszył. Chociaż Roy nie najlepiej dawał to po sobie poznać, to bardzo lubił jego towarzystwo. - A, byłbym zapomniał. Jeszcze jedna sprawa - powiedział Stu wracając w kurtce z holu. - No co jest? - Podniósł wzrok znad okularów. - Jakąś godzinę temu, no może niecałą, dzwonił Graham Dings. - Co chciał? - Właśnie nie wiem, nie chciał powiedzieć. Wydawał się zdenerwowany i pytał tylko o szefa. Mówił, że ma sprawę służbową, ale to dziwne, bo przecież właśnie ze mną mógł ją załatwić, a chciał rozmawiać tylko z szefem. Przekazałem mu, że zmienia mnie pan o dwudziestej i zostaje na całą noc. Ucieszył się. Prosił, bym przekazał, że dzwonił i jeśli to możliwe, by szef się z nim jak najszybciej skontaktował. Nie wiem, o co może chodzić, ale pewnie coś tam wyolbrzymia, jak to Graham. - Chłopak na chwilę ucichł. - To chyba tyle. Lecę póki nie pada... - Głośno się zaśmiał, odwrócił na pięcie i poszedł. Roy został sam. Tym razem dowcip chłopaka go nie rozbawił. Spodziewał się długiej i nudnej nocy. Usiadł przy drugim biurku, zdecydowanie większym, Stu zajmował je zawsze, gdy był sam, pewnie dlatego, że czuł się w nim ważniejszy. Roy nie miał mu tego za złe, chociaż biurko należało do niego. Spojrzał na zegarek, była dziewiętnasta pięćdziesiąt pięć. - Cóż tak ważnego dręczy Dingsa? - zapytał sam siebie i sięgnął po telefon. Numer Grahama był jako pierwszy w ostatnich połączeniach. Nacisnął zieloną słuchawkę i przyłożył telefon do ucha. Nie zdążył nawet ułożyć się wygodnie w fotelu, ani wyłożyć nóg na blat, jak miał w zwyczaju robić podczas rozmów telefonicznych, gdy usłyszał z drugiej strony głos. - Roy, to ty? - zapytał przejęty. - Tak, ja. O co chodzi Graham? Młody mówił, że masz jakąś pilną sprawę. - Właśnie miałem do ciebie dzwonić. Szukałem numeru, ale on prędzej znalazł mnie. - Zaśmiał się cicho. - Dobrze cię słyszeć, bardzo dobrze. - Ciebie również. Przynajmniej na razie… zobaczymy co to za sprawa. - Sprawa w sumie normalna. Po prostu mam kogoś dla ciebie. - Graham wyraźnie spoważniał. - Gdybyś kogoś dla mnie miał, to załatwiłbyś to z młodym, oboje o tym wiemy. Nie owijaj, mów od razu. - Dopiero teraz Roy wyłożył nogi na biurko. Lubił, gdy ktoś miał do niego jakieś sprawy, czuł się wtedy ważny. - Dobra. Spokojnie. To kobieta. Trzydzieści cztery lata, sześćdziesiąt jeden kilogramów, metr siedemdziesiąt dwa, blondynka, niebieskie oczy. Mieszkała u nas, w Carlston, domki pod centrum, pracowała z Nubsem - była jego sekretarką... - To, że pracowała z Nubsem to wszystko, czy jest jeszcze coś? - No w zasadzie to myślałem, że Nubs jest nieważny. To było dawno, sądziłem, że już zapomniałeś - ostrożnie mówił Graham. - Więc, o co chodzi? Czemu chciałeś powiedzieć o tym mnie i czemu to niby taka pilna sprawa? - Już ci mówię Roy, tylko bądź spokojny. Chodzi o to, że to morderstwo... - Ucichł, jakby czekał na reakcję. - Morderstwo?! No co ty Graham?! Przecież wiesz, że nie zajmuję się morderstwami. Niepotrzebnie zawracasz mi głowę. - Roy wyglądał na rozczarowanego. - Czekaj, czekaj. Nie rozłączaj się. Wiem, jakie są twoje zasady, ty też wiesz, że wiem, dlatego nigdy do ciebie nie dzwoniłem w tych sprawach. Szanowałem twoją decyzję, ale teraz to co innego. - Jak to co innego? Morderstwo to morderstwo, jedna osoba celowo zabija drugą, i już, koniec. - Roy, czekaj. Daj mi skończyć. Wiem jak ci się wiedzie, wszyscy wiedzą. Specjalnie zadzwoniłem do ciebie, by wyświadczyć ci przysługę. - Żartujesz sobie? Dziękuję ci, ale nie potrzebuję niczyjej pomocy. Dzwoń, gdy będziesz miał coś, co pasuje do moich zasad, nie wciskaj mi ofiar za wszelką cenę, bez nich sobie jakoś poradzę. - Zdenerwowany rzucił słuchawką. Opadł na oparcie fotela i starał się opanować zdenerwowanie. - Najgorszy z możliwych początków nocki - pomyślał. Chciał wstać, pójść zaparzyć sobie mocnej kawy, ale w momencie, gdy zrobił ruch, rozbrzmiał dźwięk telefonu. Był pewien, że to Graham, nie musiał nawet spoglądać na wyświetlacz. Wcale się nie mylił. Pierwsze sześć mechanicznie brzmiących sygnałów pojawiło się i odeszło, nie wzbudzając zainteresowania mężczyzny. Chciał je zlekceważyć, po to, by również Graham poczuł się zlekceważony. Nie było to trudne zadanie i chociaż nie mógł wiedzieć, co czuł znajomy po drugiej stronie łącza, to mógł przypuszczać, że blisko temu uczuciu do złości. Nawet jeśli Dings rzeczywiście złościł się na zachowanie przyjaciela, to nie na tyle, by sobie darować. Dzwonił raz po raz, nie ustępując tak długo aż usłyszał głos po drugiej stronie. Roy nie należał do cierpliwych gości, toteż w pewnym momencie stanął przed wyborem jednego z dwóch rozwiązań. Mógł podnieść słuchawkę i zdecydować się na to, by Graham dostąpił możliwości powiedzenia kilku, być może kilkunastu zdań, na których mu tak bardzo zależało. Drugi sposób to wyłączenie telefonu i uniemożliwienie Dingsowi choćby próby nawiązania połączenia. Gdyby nie to, że telefon był służbowy, znajdował się w biurze i dla klientów miał być dostępny całą dobę, pewnie już dawno zostałby wyłączony. Nie mógł tego zrobić, za bardzo zależało mu na każdym, kto mógł mu zaoferować jakieś pieniądze. W końcu odebrał telefon. Uniósł słuchawkę i przyłożył do ucha. Nie usiadł na fotelu, spodziewał się, że będzie to krótka rozmowa. Pochylił się tylko nad biurkiem, jedną ręką opierając się o jego blat. - Graham, daj mi spokój, nie możesz cały czas blokować linii, są jeszcze inni, którzy mają do mnie jakieś sprawy, a których ja wysłucham dużo chętniej niż ciebie. Jasne? Uszanuj to! Za długo się przyjaźnimy byś teraz odwalał takie rzeczy. Znasz moje zasady - NIE dla morderstw! Koniec. - Po głosie nie wydawał się zezłoszczony, brzmiał rzeczowo, jakby chciał przemówić znajomemu do rozumu. - Piętnaście patyków! Piętnaście! Wiesz ile to jest? Dlatego dzwonię. Musisz to przemyśleć - powiedział Dings. Roy znał jego oferty. Graham od lat znajdował mu nowych klientów do roboty. Nigdy ofiary morderstw. Te rzeczywiście były więcej warte, bo jeśli za dziadka, który zszedł na zawał brał tysiąc pięćset, a za kobietę, która przegrała z nowotworem, dwa tysiące, tak przy zabójstwach cena zawsze wahała się w granicach cztery, pięć tysięcy. To i tak pozostawało bez znaczenia. Nawet jeśli praca przy ofiarach niektórych morderstw nie różniła się wiele od pracy przy naturalnych umarlakach, mężczyzna nigdy się na nią nie decydował. Nigdy też nie mówił dlaczego, a ludzie wiedzieli, że to jedna z tych rzeczy, o które nie należy pytać. …Graham też to wiedział. - Piętnaście tysięcy? Co z nią jest? Kto tyle daje? - Właśnie nic. Nic! Gdyby coś było, nie dostalibyśmy zgody byś ty lub ktokolwiek inny się nią zajął. Wiesz, że zmasakrowane ciała kierują się swoimi zasadami. Słuchaj Roy, mam ją u siebie. Stevie jest na dole, miał się nią zająć i władować do lodówki. Widziałem ją przed kwadransem, tylko jedna mała rana w lewym boku, pod żebrami. Mówią, że zadana nożem, ale wygląda, jakby to była wyrośnięta wykałaczka. Naprawdę nic wielkiego. Poza tym, żadnych widocznych objawów. Gdybym ją spotkał teraz w łóżku, to chodziłbym na palcach, by nie zbudzić. - Zaśmiał się delikatnie. Przez chwilę panowała cisza. - Jesteś tam? - zapytał Dings. - Jestem. - No to jak? Piętnaście tysięcy... - zachęcał Graham. - Kto daje piętnaście za usługę, która jest warta góra cztery? Coś tu chyba nie gra, nie uważasz? - O tym samym pomyślałem, gdy pierwszy raz usłyszałem o tej ofercie. Wiesz, że jestem podejrzliwy, tak samo, jak ty teraz, a może nawet bardziej. Sprawdziłem to Roy. Sprawdziłem wszystkie dane ofiary. Nie znalazłem nic niepokojącego. Za całość płaci ojciec kobiety, zadzwoniłem do niego wczoraj, chciałem dopytać i wyjaśnić skąd taka suma. Gość był bardzo miły, umówił się ze mną na spotkanie, bo nie chciał rozmawiać o tak ważnych dla niego sprawach przez telefon. Zjedliśmy dzisiaj obiad. Mówię ci Roy, ten gość to świr... ale w pozytywnym sensie. Opowiedział mi chyba całą historię swojego życia... Mnie - gościowi od kostnicy, którego poznał dzień wcześniej przez telefon. Uwierz mi stary, jedyne co bezdyskusyjnie wywnioskowałem z tej rozmowy, to że staruszek nikogo nie kochał tak mocno, jak swoją jedyną córcię, a że od lat na kontach mu się przelewa, ze śmiałością postanowił oddać więcej niż goście twego fachu byliby w stanie sobie zażyczyć. Ale chciał żebym znalazł najlepszego i żeby zrobił to najlepiej. Jego córka ma olśniewać, jak sam powiedział "przynajmniej w stu procentach tej mocy, którą olśniewała za życia"... Dość ponury to obrazek, ale zrobimy to dla sukinsyna! Prawda Roy? - Graham zdawał się wesoły, a jego głos brzmiał tak, jakby sądził, że przyjaciel nie może mu teraz odmówić. - Chciał najlepszego? Więc poleciłeś mu mnie? Tak? - zapytał podejrzliwie - Nawet przez chwilę się nie zastanawiałem. Gość ma szczególne wymagania co do usługi, a ty masz szczególne podejście do jej realizacji. Byłeś jedynym typem, wspomniałem mu o tobie. Weź tę dziewczynę! Teraz możesz zawieść już nie tylko mnie, ale i jej ojca. Jak będzie? Piętnaście tysięcy to wystarczająca suma, by wiele osób przekonać do wielu rzeczy. Na Roya pewnie też podziałała jak należy, chociaż znalazł inne preteksty. - Dobra, wieź ją do mnie, ale robię to tylko dla jej ojca, który liczy na mój profesjonalizm. Nie chciałbym nikogo postawionego w jego sytuacji dodatkowo zawodzić - odparł starając się zabrzmieć jakby robił to z ciężkim sercem. W rzeczywistości nie było mu ciężko. To nie tak, że zasady Roya były gówno warte, ale sytuacja, w której aktualnie tkwił ułatwiała pieniądzom przymykanie royowego oka na wiele spraw. - Wiedziałem, że się zgodzisz. Już schodzę do Steviego, będziemy u ciebie za jakieś pół godziny. Przygotuj stół mistrzu - powiedział radośnie i odłożył słuchawkę. Przygotuj stół...? - pomyślał Roy. - Niby na co mam go przygotować? Jest gotowy odkąd tych dwóch mężczyzn z firmy Codeco przyjechało tutaj z sąsiedniego stanu i przymocowało go do podłogi. Stół nie wymaga szczególnej opieki, najistotniejsze jest w nim to, że stoi i można na nim coś położyć. - Sam nie wiedział, po co o tym myślał.

Wielkie krople deszczu zacinały na okna biura. Roy wsłuchiwał się w łomot rozbijanych o szybę wodnych kulek, bo nie miał innego wyjścia. Nie była to przyjemna symfonia, na dłuższą metę doprowadzała do szału. Starał się nie niej nie skupiać, w ogóle na niczym się nie skupiać. Siedział w przyjętej możliwie najwygodniejszej pozycji, w prawej dłoni obracał zapalniczkę, a lewą pocierał skroń. Myślał o Grahamie i kobiecie, którą ten miał mu przywieźć. Nie intensywnie, ale myślał, bo co innego miał teraz do roboty? Rozległ się dzwonek do drzwi, a zaraz po nim, drugi i trzeci. Było jasne, że to Dings, ktokolwiek inny zadzwoniłby raz i zaczekał na reakcję, jak człowiek... nie Dings. Roy wstał z fotela, obszedł biurko i udał się w kierunku drzwi, myśląc, że skubaniec Graham pewnie wszedłby bez pukania, gdyby po naciśnięciu klamki drzwi okazały się otwarte. - Cześć Graham, jak zwykle miło cię widzieć. Masz wszystko? - zapytał uprzejmie, jakby zapominając, że przed chwilą narzekał na brak kultury swego gościa. - Jasne, że mam. Stevie zaraz podjedzie, musi obrócić merca, żeby wjechać pod same drzwi tyłem. W Carlston żadna ulica nie jest dla tego wozu wystarczająco szeroka. Wysiadłem, zanim zaczął kręcić... Wiem, wiem, strasznie pada, ale z cukru nie jestem. Skończył, a nim Roy zdołał coś odpowiedzieć albo choćby zaprosić znajomego do środka, w odległości kilkudziesięciu metrów można było dostrzec merca. W rzeczywistości to Mercedes Sprinter 413 (Wielka Lodówa). Jedyna kostnica w północnym Carlston ma na stanie cztery takie, chociaż we właściwym użyciu są tylko dwie. Podobno są najlepsze do przedsięwzięć związanych z ich przeznaczeniem (transport trupów bez uszczerbku na ich fizycznej atrakcyjności), ale możliwe, że to zwykłe plotki, zwłaszcza, że zapewnia o tym ich właściciel - Graham Dings. Samochód został przerobiony w jakimś atestowanym europejskim warsztacie, w taki sposób, by móc w swym wnętrzu ugościć do czterech ciał, zapewniając odpowiednią temperaturę i szczególną odporność na wstrząsy. Mimo że z punktu widzenia prawnego jest ok, to gdy się zbliżysz zalatuje nieco prowizorką. Ów prowizorka zbliżała się na wstecznym biegu do drzwi, z których wyglądał Roy. Było wąsko, Stevie prowadził wolno, sugerując się bocznymi lusterkami, tak długo aż jego szef krzyknął stop i wyciągnął w kierunku lusterka od strony kierowcy dłoń, dając sygnał, by się zatrzymał. Chłopak posłuchał. - Dobra Roy, bierzemy się za nią - powiedział Graham pocierając ręce. - Dawaj Stevie, otwieraj te drzwi. Stevie nacisnął niewielki przycisk, mniej więcej na środku deski rozdzielczej mercedesa, a z tyłu szczęknął zamek. Graham otworzył ciężkie, dwuskrzydłowe drzwi samochodu z zaskakującą łatwością, a oczom Roya ukazało się wnętrze. Widział je już ze sto razy, ale zawsze miało innego gospodarza. Nie pytając o zgodę ani Dingsa, ani wysiadającego właśnie z samochodu Steviego, wskoczył na pakę. Graham zrobił to samo, choć jako pięćdziesięcioletni, korpulentny mężczyzna, żyjący w świecie chłodnego piwa, fotela i głupkowatych telewizyjnych programów, z dużo większą trudnością. Tylko jedna z czterech lodowych trumien była opisana. Napis głosił "Beth Kylow, 34 lata, morderstwo". Roy przeczytał to na głos, a słowo "morderstwo" powtórzył dwukrotnie, jakby walcząc ze swoimi myślami albo sugerując stojącemu obok przyjacielowi, że się dla niego poświęca. - Otwierajmy, nie ma czasu do stracenia - zagadnął Dings. Natychmiast posłuchał. Otworzył ciężkie wieko trumny. W środku był plastikowy, czarny worek, wyraźnie skrywający ludzki kształt. Przesunął suwak o kilkanaście centymetrów w dół, odsłaniając tylko fragment twarzy martwej kobiety. Wyglądało to, jak rutynowa kontrola, polegająca na sprawdzeniu, czy odebrany towar jest oczekiwanym towarem. Najwyraźniej był. - Ok, pomożesz mi z nią, na dole odbierze ją Stevie, zejdę z samochodu i później we dwójkę wprowadzimy ją do środka. - Jasne mistrzu. Wyjął worek z lodówki. Z kobietami zwykle było łatwo, co innego, gdy trafiali się wyrośnięci drwale. Dings tym razem mógł tylko udawać, że pomaga i skorzystał z tej możliwości z pełną premedytacją. Roy właściwie sam przeniósł zwłoki, podał je Steviemu, a następnie wspólnie wprowadzili je do środka. Minęli długi, wąski korytarz i położyli ciało w worku na stole. - Dzięki Stevie. - To moja robota, proszę pana. - Ukłonił się chłopak. Zostawili…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%