Przygoda · 1 godz. 41 min czytania
Zaginiona Agartha
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
Zaginiona Agartha
Pustym wzrokiem spoglądała na czarną postać odprawiającą pogrzebowy rytuał. Wydawało jej się, że ogląda niemy film. Wprawdzie usta księdza wypowiadały jakieś słowa, jednak ona zupełnie ich nie słyszała. Pogrążona w żalu, który towarzyszył jej od chwili, gdy dowiedziała się o śmierci matki, obserwowała ludzi zgromadzonych dookoła trumny, udających smutek, ale w głębi duszy wyczekujących tylko końca ceremonii. Płakała, a wraz z nią płakało niebo. Ciemne chmury zapowiadały nadejście burzy.
Katie Medison dopiero, co skończyła studia na wydziale archeologii uniwersytetu Michigan i pragnęła rozpocząć kolejny etap życia. Nie o takim starcie jednak marzyła. Wyobrażała sobie, że razem z matką, będą przemierzać egzotyczne kraje w poszukiwaniu śladów zaginionych ludów. Czy nie tym właśnie zajmuje się archeolog? Teraz jednak najchętniej zapadłaby się pod ziemię. Zniknęła z powierzchni tego padołu ludzkich słabostek, zawiści i nietolerancji. Katie zawsze była silną kobietą, jak jej matka, w obliczu śmierci czuła się jednak nic nie warta, jak pyłek unoszony podmuchami wiatru. Ksiądz przeszedł do ostatniej części ceremonii. - Pożegnajmy Mary Medison, wybitnego archeologa i pedagoga, ale przede wszystkim matkę i żonę. Niech Bóg przyjmie ją do swojego Królestwa i pozwoli dostąpić szczęścia wiecznego. Duchowny odmawiał modlitwę, podczas gdy czterech rosłych grabarzy powoli spuszczało trumnę do wykopanego dołu. Katie wzięła garść piachu i wrzuciła do grobu. Spadające grudki uderzyły w wieko i rozsypały się po powierzchni. Młoda Medison stała wpatrzona w miejsce ostatniego spoczynku najbliższej osoby. Żałobnicy rzucali na trumnę ziemię, która wydawała się w oczach Katie układać w logiczny ciąg znaków. Ktoś sypnął następną garść. To nie mógł być zbieg okoliczności - gorączkowo myślała Katie, coraz wyraźniej dostrzegając rysujące się kontury napisu. Przebudziła się z letargu otępienia spowodowanego smutkiem i ponownie spojrzała w dół przecierając oczy. Tak, była tego pewna. Rozsypana ziemia utworzyła napis - JESTEM. Nie zdążyła zareagować, gdy grabarze zaczęli zakopywać dół. - Stójcie, nie zauważyliście tego?! Tam było coś napisane. To musiał być znak. Ona chce mi coś powiedzieć - krzycząc rzuciła się na mężczyzn. Wśród zgromadzonych rozległ się cichy pomruk. Ktoś złapał Katie za ramię i przytulił. - Uspokój się. Wiem, co czujesz. Mnie też jest przykro - powiedział mężczyzna w czarnym płaszczu. Był to jej ojciec. Miał czelność przyjechać na pogrzeb, po tym jak zostawił je same wtedy, gdy najbardziej go potrzebowały. Pojechał do Europy z jakąś kobietą. Może kiedyś mu wybaczy, może, ale teraz był ostatnią osobą, którą chciała widzieć. - Zostaw mnie! - krzyknęła. - Czy naprawdę niczego nie zauważyliście? Jesteście ślepi, wszyscy... Żałobnicy odprowadzali ją wzrokiem, gdy dziewczyna szybkim krokiem opuszczała cmentarz. Wsiadła do samochodu stojącego na parkingu i odjechała. - Kontynuujmy - duchowny ze współczuciem patrzył za odchodzącą Katie. - Biedne dziecko, śmierć jest zawsze bolesnym ciosem. Pocieszajmy się jednak, że jest tylko przejściem do lepszego Bożego świata. Rozpoczęły się modlitwy za zmarłą. Grabarze kończyli swoją pracę zastanawiając się czy na trumnie faktycznie mógł znajdować się jakiś napis. A jeśli nawet? Co z tego? To musiał być po prostu przypadek.
...
Main Street jedna z głównych ulic Ann Arbour świeciła pustkami. Czasami ktoś wychodził z domu, spoglądał w niebo i szybkim krokiem odchodził spiesząc się do pracy. Poranna godzina zapowiadała mające dopiero nadejść uliczne korki i miejski zgiełk.
Kobieta stanęła w progu jednej z kamienic i spojrzała na numer, aby upewnić się, że to właściwy adres. Weszła do środka skąd dotarł ją wszechogarniający swąd wilgoci i stęchlizny. Zniszczonymi drewnianymi schodami udała się na drugie piętro, zatrzymała przed drzwiami. Na tabliczce był napis - detektyw J.Holmes. Wyczuła roznoszącą się w powietrzu charakterystyczną woń cygar. Zapukała... - Proszę wejść - dobiegł ją chrapliwy głos. Znalazła się w niewielkim pokoiku urządzonym w stylu retro. Pośrodku stało solidne drewniane biurko, w głębi pomieszczenia znajdowała się dwudrzwiowa szafa i komoda, na ścianie zaś wisiał obraz. W skórzanym obrotowym fotelu siedział mężczyzna koło pięćdziesiątki, z lekko przyprószonymi siwizną włosami ułożonymi w taki sposób jakby ich właściciel za wszelką cenę próbował wygrać walkę z pogłębiającą się łysiną. Grube cygaro tkwiące w ustach i brązowa marynarka opinająca ciało przynosiły skojarzenia ze starymi czarno-białymi filmami z detektywem Dickiem Tracy. Brakowało tylko szklaneczki whisky. - Może whisky? - zaproponował nieoczekiwanie. - Nie, dziękuję - odpowiedziała. - W czym mogę pomóc, pani... - zaciął się mężczyzna. - Katie Medison. - John Holmes - odpowiedział. Wstał z fotela i podszedł do szafy, w której ukryty był okazały barek. Zrobił sobie drinka i zwrócił się do dziewczyny. - Czy na pewno niczego się pani nie napije? - Nie piję alkoholu - odrzekła stanowczo. - Ja za to uwielbiam napić się czegoś mocniejszego - pociągnął łyk złotego płynu i rozsiadł się wygodnie w fotelu. - Słucham panią. - Chciałabym zlecić panu sprawę. - Dobrze pani trafiła, ale jeśli mam dla pani pracować, może przeszlibyśmy na mniej oficjalny ton. Jestem John - zaproponował. - Nie mam nic przeciwko - Katie uśmiechnęła się subtelnie. Była piękną kobietą. Delikatne rysy twarzy, mimo że nie były podkreślone makijażem wspaniale komponowały się z kręconymi, blond włosami. Świeżo upieczona pani archeolog miała na sobie czarny żakiet i spodnie do kostek. Nie wyglądała jak dama, ale na swój sposób była bardzo kobieca i pociągająca. - Czy wierzysz w życie pozagrobowe? - zapytała. - Tak - odpowiedział - wierzę. A skąd to pytanie? - w oczach Johna pojawiła się wyraźna oznaka zainteresowania. - Chciałabym, abyś odnalazł moją matkę Mary Medison. - Zaginęła? - zapytał Holmes. - Zginęła. - Słucham? - zdziwił się wyciągając cygaro z ust. - W zeszły wtorek odbył się pogrzeb. Wydaje mi się, że mama próbuje zza grobu przekazać coś ważnego. Może to, że gdzieś tam jest a może coś więcej - Katie zasmuciła się a po policzku spłynęła jej łza. - Uspokój się i opowiedz wszystko od początku - John podał jej papierową chusteczkę. Dziewczyna przetarła oczy i rozpoczęła opowieść. - Moja mama, Mary Medison była znanym i cenionym archeologiem. Zajmowała się kulturami ludów Azji. Zawsze fascynowały ją transcendentalne filozofie Tybetu. Zbierała materiały do napisania książki o śladach dziedzictwa kulturowego tamtych terenów. Niestety podczas ostatniej wyprawy zapadła na tajemniczą chorobę i krótko potem zmarła. Ostatnimi laty z powodu ciągłych wyjazdów mamy nie mogłyśmy się zbyt często widywać. Teraz bardzo tego żałuję, zawsze chciałam być jak ona. Marzyłam, że po studiach będę mogła uczestniczyć w jej podróżach. Dwie nieustępliwe panie archeolog odkrywające zagadki starożytności. Teraz jednak jest już za późno - oczy Katie ponownie zaszły łzami. - Proszę mówić dalej - zachęcał detektyw. - Przypominam sobie rozmowę z mamą. To było w Halloween. Dowcipkowałyśmy na temat duchów i życia po śmierci. Przyszedł mi wtedy do głowy dziwny pomysł - zaproponowałam, tak dla żartów, że jeśli którakolwiek z nas odeszłaby z tego świata, druga będzie się starała przekazać w jakikolwiek sposób, że istnieje życie pozagrobowe. Taki mały żart, żeby postraszyć się wzajemnie w przeddzień wszystkich świętych. Miałyśmy nawet umówiony sygnał, o którym przypomniałam sobie dopiero po jej śmierci. - Co to za sygnał? - z zaciekawieniem zapytał John. - Rozbite lustro. Znalazłam je po powrocie do domu. Mieszkam sama, dlatego od razu skojarzyłam ten fakt ze znakiem od Mary. Podczas pogrzebu mojej matki ziemia, którą zasypywano trumnę utworzyła napis JESTEM. Wszyscy tłumaczyli to zbiegiem okoliczności, nie chcąc uwierzyć. Ja wiem, że ona gdzieś tam jest i próbuje coś przekazać. Miałam nadzieję, że ty mi pomożesz i nie uznasz za wariatkę jak inni. - Tak jak powiedziałem, dobrze trafiłaś. Teraz mnie posłuchaj. To, co usłyszysz, może wydawać ci się nieprawdopodobne, jednak w obecnej sytuacji myślę, że jesteś skłonna mi uwierzyć. Zgasił cygaro zauważając, że dym tytoniowy wyraźnie ją drażni. - Czy wiesz, czym są równoległe wymiary? - zapytał Holmes. - Nie bardzo, a powinnam? - odpowiedziała z zażenowaniem. - Razem z naszym światem, który codziennie oglądasz współistnieją inne wymiary. Oczywiście nie zdajemy sobie z tego sprawy, gdyż prawie nigdy się ze sobą nie przecinają. Jednak czasami przy sprzyjających warunkach byty z zaświatów mogą ingerować w naszą rzeczywistość. Zdarzały się nawet sytuacje, kiedy takie zjawy ukazywały się w całej swojej okazałości. Ludzie zwykle nazywają je duchami, nie wiedząc, czym są. Jest to najłatwiejsze wytłumaczenie zjawiska, którego się nie rozumie. Źrenice dziewczyny rozszerzyły się. W innych okolicznościach to, co przed chwilą usłyszała w najlepszym wypadku uznałaby za dobrą historię do straszenia przy ognisku, ale nie dziś. John wypowiadał to z takim spokojem i pewnością siebie jakby dyktował przepis na szarlotkę.Coś mówiło jej, że ten misiowaty mężczyzna o nieświeżym oddechu zdradza tajemnice strzeżone od tysięcy lat przez nieznane siły. - Czy moja matka, znajduje się w równoległym świecie? - zapytała ze zdziwieniem Katie. - Do innego wymiaru trafiają dusze zmarłych, które bronią się przed odejściem. Buntownicy, lub ci, którzy faktycznie mają coś bardzo ważnego do przekazania żyjącym. - Właśnie takie odczucie towarzyszy mi każdego dnia od jej śmierci. Przeświadczenie, że ona gdzieś tam jest. - To jest właśnie klucz do zakrzywiania wymiarów. Silna więź między członkami rodziny: miłość, nienawiść, rozpacz, pomaga otworzyć drzwi raz, czasami dwa, jednak wraz z zacieraniem się emocji coraz trudniej skrzyżować ze sobą dwa światy. Czas leczy rany a uczucia wygasają. - Jak zatem możemy porozumieć się z mamą? - z nadzieją w głosie spytała Katie. - W tym momencie, mogę jedynie zaoferować usługi mojej skromnej osoby - uśmiechnął się rozbrajająco John. - Bardzo dobrze. Zatem zajmiesz się moją sprawą? Jeśli chcesz możemy przedyskutować kwestie finansowe. - Nie w tym rzecz. Jeśli chodzi o zapłatę, to mam nadzieję że się dogadamy. Posiadam pewną cechę, a może przypadłość, która pojawiła się u mnie w wyniku wypadku samochodowego, wieki temu, fragment kości czaszki mam uzupełniony metalową płytką, o tutaj - John postukał się palcem po głowie. - Jestem po części cyborgiem - roześmiał się. - Jaka to cecha? - Potrafię zakrzywiać wymiary. Potrzebuję oczywiście medium, kogoś, kto byłby rodzajem bramy pomiędzy światami. Kto jest emocjonalnie związany z osobą z innej rzeczywistości, dlatego idealnie się dopełniamy. Ty będziesz drzwiami a ja kluczem do równoległej przestrzeni. Na twarzy dziewczyny pojawiło się zdziwienie i nadzieja jednocześnie. Nie dość, że ktoś ją wysłuchał to najwyraźniej uwierzył a w dodatku chciał pomóc. Potem okazało się, że niezupełnie za darmo. Zapłata była wysoka, jednak to nie miało znaczenia, liczyła się tylko możliwość kontaktu z mamą. - Rozumiem zatem, że zaczynamy śledztwo - Holmes podsumował spotkanie. - Oczywiście, najlepiej od razu - odpowiedziała. - Czy mogę zrobić coś, co mogłoby pomóc? - Tak. Chciałbym się dowiedzieć, w jakich okolicznościach zginęła Mary. Jest to dla mnie bardzo istotne. Czy cierpiała? Co czuła? Jakie były jej ostatnie słowa? - Spróbuję się czegoś dowiedzieć. Czy coś jeszcze? - Wieczorem widzimy się przy grobie twojej mamy - uśmiechnął się John. - Nie moglibyśmy za dnia? I dlaczego akurat przy grobie, nie można gdzieś indziej? - na twarzy Katie pojawiło się zdziwienie. - Zaufaj mi, dziś o dwudziestej drugiej. Holmes odebrał zaliczkę za przyjęcie sprawy, Katie zostawiła mu wizytówkę, zapisała miejsce spoczynku matki i wyszła. Detektyw długo jeszcze siedział w fotelu i rozmyślał. Zapalił cygaro, nalał sobie kolejną szklaneczkę whisky i patrząc na wiszący na ścianie "Krzyk" Muncha, zastanawiał się nad tym, co przed chwilą go spotkało. Wreszcie klient - pomyślał. Bogaty i na dodatek piękny.
...
Zapadał zmrok. Niknąca za horyzontem różowa tarcza słońca rozświetlała chmury. Słabo widoczny księżyc zdawał się spychać ostatnie westchnienia umierającego dnia za widnokrąg. Nic nie mogło powstrzymać nadchodzącej nocy. Nekropolia umiejscowiona w zachodniej części Ann Arbour była miejscem spokoju i zadumy. Znicze tlące się na grobach, przypominały o tych wszystkich, którzy na zawsze odeszli z tego świata. Przy jednej z cmentarnych alejek majaczyła figura samotnie stojącej drobnej kobiety, która rozglądała się nerwowo, jakby oczekiwała czyjegoś przyjścia. Na parking zajechał szary cadillac, z którego wysiadła tęga, barczysta postać. - Dobrze, że jesteś - stwierdziła z ulgą Katie. - Dlaczego się tu spotkaliśmy? - Chciałaś się widzieć ze swoją matką? - odpowiedział John. - Czy znasz lepsze miejsce niż jej grób. - Czy to jest żart? Jeśli tak to mnie nie śmieszy - z irytacją stwierdziła. - W nocy jest tu tak strasznie. - Pamiętasz jak mówiłem o nienawiści, strachu i odpowiednim stanie emocjonalnym kogoś, kto ma być medium pomiędzy światami. Drzwi i klucz, przypominasz sobie? - Przypominam - odpowiedziała. - Teraz wszystko rozumiem. Zadbałeś o odpowiedni nastrój. - Właśnie. Czy dowiedziałaś się czegoś o okolicznościach śmierci twojej matki? - Tak, to całkiem interesująca historia, która może rzucić nowe światło na całą sprawę. Podczas ostatnich dni życia mama prowadziła wraz ze swoją ekipą prace wykopaliskowe w jaskiniach tybetańskich Himalajów. Pewnego dnia wydarzyło się coś dziwnego, Mary pozostawiła swoich ludzi i poszła w kierunku odległej o kilka kilometrów wioski. Lekarze orzekli, że była ciężko chora na rodzaj niespotykanej dotąd odmiany bakterii Ebola. Wycieńczona i ledwie świadoma zdążyła na łożu śmierci napisać tylko jedno zdanie: "Zagłada jest blisko, znajdźcie dysk". Szukano miejsc gdzie mama mogła prowadzić ostatnie swoje prace, jednak niczego nie znaleziono. Członkowie jej ekipy również gdzieś zniknęli. Zresztą Tybet od lat okupowany jest przez władze chińskie, które bardzo niechętnie patrzą na amerykańskie ekipy przeszukujące ich tereny, trzeba uzyskać wiele zezwoleń na legalne prace wykopaliskowe. To dodatkowo utrudniało sprawę. - Czy coś jeszcze? - zapytał Holmes. - Niestety. I tak zdobycie tych informacji nie było łatwe. Co o tym sądzisz? - Co mogła mieć na myśli pani Medison zapisując ostatnie zdanie? Czy chodziło o dysk twardy komputera? - głośno zastanawiał się John. - Może kojarzysz cokolwiek, co mogłoby pomóc? - Po tym jak odszedł od nas ojciec, straciłyśmy z mamą bliski kontakt. Było jej ciężko, pochłonięta była pracą, ja studiami. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, czym się zajmuje, poza faktem, że jeździ po Azji i odkrywa świadectwa istnienia tamtejszych kultur. Ilekroć pytałam ją, co robi, zaraz zmieniała temat wypytując o moją naukę i te wszystkie mało istotne rzeczy z nudnego życia studenckiego. Dziś żałuję, że nie miałyśmy ze sobą cieplejszych stosunków. Tak bardzo ją kochałam, gdybym tylko wiedziała, że to nasze ostatnie chwile razem. - Nigdy nie wiemy czy dzisiejszy dzień jest naszym ostatnim, carpe diem - chwytaj dzień. Jesteś gotowa na kontakt z duchami? - z wyraźnym rozbawieniem zapytał detektyw zmieniając ton wypowiedzi. - Czuję się dziwnie. Czy ty mnie czasem nie próbujesz nastraszyć? - z niepewnością odpowiedziała dziewczyna. - Jestem poważny jak nigdy. Weź kilka garści piasku i rozsyp je przed grobem, podobnie jak robiłaś to z ziemią na pogrzebie, kiedy pojawił się tamten tekst . - Nikt oprócz mnie go nie widział. Może mi się tylko zdawało. Nie jestem już niczego pewna - powiedziawszy to sypnęła garść miałkiej ziemi na płyty alejki. - Więcej, musi być więcej, tak by można było coś na nim napisać. - Teraz spróbuj myśleć o mamie, wzbudź w sobie emocje, możesz się nawet rozpłakać. Zapadł zmrok, oświetlany jedynie trupim blaskiem księżyca i nielicznymi latarniami, które w gęstym, gorącym powietrzu i tak nie dawały wystarczająco dużo światła. Płomyki tańczące wewnątrz zniczy, wyglądały jak świetliki próbujące wydostać się ze szklanego więzienia. Mimo wielkiego skupienia i oczekiwania nic się nie działo. W głowie Katie pojawiła się myśl, że mogła zostać oszukana. John opowiedział łatwowiernej dziewczynie niestworzoną historię, a ona mu uwierzyła. Odejdzie inkasując zaliczkę i zostawi ją samą z własnymi problemami. - Nie kochałaś swojej matki - odezwał się nagle John. - Jak możesz tak mówić? To nieprawda - z wielkim sprzeciwem odpowiedziała. - Nie kochałaś jej. - Nie mów tak, nic o mnie nie wiesz - na twarzy Katie pojawił się grymas złości. John spojrzał w kierunku rozsypanego piasku. Powoli, niczym za sprawą niewidzialnej siły na ziemi zaczęły rysować się kolejne litery, jak gdyby pisane patykiem na słonecznej morskiej plaży. - Spójrz. Tam jest znak od Mary - mruknął John wskazując palcem w kierunku napisu. Katie zaniemówiła, po jej policzkach popłynęły łzy. Przeżyła coś metafizycznego, czuła obecność matki, była tak blisko a jednocześnie tak daleko. Nie mogła uwierzyć własnym oczom. Ostatnimi czasy doświadczyła nadnaturalnych zdarzeń, jednak nigdy nie było to tak świadome obcowanie z siłami z innego świata. Powiał wiatr, piasek został zdmuchnięty. Pozostało tylko dwoje uczestników niewiarygodnego wydarzenia. - Widziałaś, co było napisane? - zapytał ze spokojem Holmes. - Nie jestem pewna, ale dwie pierwsze litery to D i O i jeszcze chyba I, ale zbyt szybko zniknęły. - To M - odpowiedział John. Nie było wyraźne, jakby coś przerwało przekaz, ale to na pewno było M. O czym myślałaś? - Jak bardzo mi jej brakuje... widziałam nas przy wigilijnym stole, kiedy jeszcze byliśmy rodziną. - Przepraszam, że musiałem cię sprowokować, ale to było konieczne, inaczej mogłoby się nie udać. Wybacz mi. Nie wątpię, że bardzo kochałaś swoją matkę. - Przez chwilę byłam na ciebie wściekła, nie wiem czy szybko ci to zapomnę. Mogłeś użyć mniej dramatycznej metody. - Musiałem działać szybko, a tylko to przyszło mi do głowy. - Co mama chciała nam powiedzieć mówiąc o domu? - Myślę, że tam właśnie znajdziemy odpowiedź. Gdzie mieszkała? - zapytał John. - Miała niewielkie mieszkanko na Yellow Street. - Jedźmy zatem - stwierdził z przekonaniem detektyw.
Część 22 / 4
...
Dwupokojowe Mieszkanie Mary Medison mimo, że od tygodni stało puste, sprawiało wrażenie uporządkowanego. Widać było, że jego właścicielka to osoba ułożona i dbająca o czystość. Pośrodku mniejszego pokoju znajdowało się duże drewniane biurko i starannie zaścielone łóżko. W większym stał stół, skórzana kanapa i telewizor. Tylko uschnięte kwiaty i wszędobylski kurz wskazywały, że od dawna nikogo tu nie było. - Po śmierci matki myślałam żeby posprzątać jej mieszkanie, ale wspomnienia były zbyt świeże. Ciekawe po kim odziedziczyłam zupełny brak szacunku do porządku? - Pewnie po ojcu - stwierdził John rozglądając się po pomieszczeniu. - Ojciec też zawsze lubił ład. - Zatem pozwól, że nie będę zgadywał dalej - z ironią odpowiedział. Katie zabrała zeschnięte kwiaty stojące w wazonie na stole i wyrzuciła do kosza. Podobnie postąpiła z uschniętymi doniczkowymi roślinami. - Ciekawe, kto podlewał je podczas nieobecności mojej mamy? - Może po powrocie zawsze kupowała nowe - John próbował silić się na dowcip. - Czego szukamy? - zapytała. - Czegokolwiek. Myślę, że nie bez powodu Mary Medison kazała nam tutaj przyjść. Spróbuj znaleźć coś w jej pracowni, ja przeszukam resztę pomieszczeń.
Mimo dokładnych oględzin całego mieszkania nie natrafili na nic ciekawego oprócz książek o starożytnych kulturach, prywatnych notatek i zapisków z wypraw archeologicznych. Pomiędzy osobistymi przedmiotami i biżuterią nie znaleźli jednak niczego, co pozwoliłoby wyjaśnić zagadkę śmierci i ostatnich wydarzeń z życia Mary. - Co dalej panie Holmes? - zapytała Katie. - Nic mój drogi Watsonie, będziemy znowu potrzebowali pomocy. Znajdź dużą kartkę papieru, najlepiej cały arkusz i coś do pisania. - Czyżbyśmy znowu zaczynali czarować? A gdzie tradycyjne śledztwo, odciski palców, dedukcja i wszystkie te gadżety, które wykorzystują detektywi z książek i filmów. - Nie mamy na to czasu, poza tym to nie jest zwykłe śledztwo. Katie przyniosła duży arkusz białego papieru i zgodnie ze wskazówkami detektywa narysowała na nim znak krzyża. W lewym górnym rogu wypisała wszystkie cyfry od zera do dziewięć. Dookoła wyrysowała wszystkie litery alfabetu, na końcach którego dopisała wyrazy TAK, NIE, BYĆ MOŻE i NIE MOGĘ ODPOWIADAĆ. Gotową tablicę położyła na stole i przyłożyła wazonem po kwiatkach. - Potrzebne jeszcze świece i ząbek czosnku przekrojony na cztery części - dodał detektyw. - Słucham? Znowu żartujesz? - zapytała Katie, nie do końca wiedząc co myśleć o nowym pomyśle Holmesa. - Tym razem mówię poważnie. Czasami poza bytami, z którymi chcemy się spotkać, przychodzą te mniej przyjazne. Spirytyści nazywają je larwami astralnymi. - Nie do końca zrozumiałam o co chodzi z tymi robakami, ale pewnie wiesz co mówisz - zapaliła trzy świece i położyła obok znaleziony w kuchni, rozkrojony czosnek. Holmes szukał czegoś między półkami. Po chwili usiadł do stołu kładąc na arkuszu papieru drewniany ołówek zaostrzoną końcówką w kierunku liter. Na twarzy Katie zarysowało się zdziwienie połączone z ciekawością. - No co, nigdy nie widziałaś wskaźnika? - zapytał. - Każdy spirytualista ma taki. Coś na kształt czarodziejskiej różdżki. Musiałem trochę zaimprowizować, ale mam nadzieję, że ten będzie odpowiedni. Jeśli możesz przynieś jeszcze coś osobistego, co należało do Mary, może być nawet fragment garderoby. Dziewczyna wykonała polecenie. Zasiedli do stołu i w skupieniu oczekiwali na to, co miało się wydarzyć. Tak jak poprzednio John polecił Katie myśleć o matce, wzbudzić w sobie emocje, które pozwoliłyby na kontakt z innym wymiarem. Pomyślała o świętach, o tym jak bardzo byli wtedy z rodzicami szczęśliwi, o tym, że nigdy więcej nie doświadczy już takich chwil. Czuła, że musi wydorośleć, że powinna być odważna, powinna przeciwstawić się przeciwnościom losu, Mary na pewno tego właśnie by chciała. Nagle zaczęło dziać się coś dziwnego. Mimo, że nie było wiatru płomienie świec zadrgały, a ołówek zaczął obracać się po kartce. John jak w transie patrzył na to, co odbywało się na arkuszu papieru. Katie poczuła nagle czyjąś obecność, lecz to nie była jej matka. Coś wrogiego próbowało wtargnąć do tego świata. Nie widzieli niczego, ale doświadczali obecności zła, jakiejś nadprzyrodzonej siły próbującej zawładnąć ich umysłami. Nagle ołówek z dużą prędkością przesunął się po kartce i ustawił na cyfrze 5, sekundę później przemieścił się na kolejny znak. Siedzieli przy stole i patrzyli na mały przedmiot do pisania, teraz będący kluczem łączącym ich z innym światem. Po chwili świece zgasły a ołówek spadł ze stołu. Zapadła cisza. Milczeli zastanawiając się nad tym, co przed chwilą zobaczyli. Holmes gwałtownie wstał od stołu i przeszedł przez pokój zatrzymując się przy oknie. Był wyraźnie czymś zmartwiony i zaintrygowany. - Zapamiętałaś wszystko?- zapytał. - Cztery cyfry 5107. Nie widziałam niczego więcej. - Ja też zapamiętałem tylko tyle. Musimy ograniczyć nasze spotkania z panią Medison, chyba, że chcemy na siebie ściągnąć nieszczęście. Czy czułaś zło otaczające pokój? - Byłam przerażona, jeszcze teraz się trzęsę. Co to było? - Tak się dzieje, kiedy ingeruje się w inne wymiary. Po drugiej stronie nie zawsze są ci, których kochamy i oczekujemy, czasami przychodzą postacie z koszmarów. Zakłócając spokój zmarłym narażamy się na spotkania z różnymi istotami. Musimy uważać i ograniczyć kontakty z zaświatem inaczej możemy postradać zmysły. Idź wziąć prysznic. Najpierw gorący potem zimny i o nic nie pytaj, po prostu zrób to - stanowczym głosem zażądał John. Dziewczyna nie mogła się pozbierać, ręce jej drżały a ciało przeszywały dreszcze. Posłuchała Johna. Ufała mu. Wydawał się bardzo zdecydowany i pewny tego, co mówi. Podświadomie była przekonana, że trafiła na odpowiednią osobę. Czuła się przy nim bezpiecznie. Był dla niej opiekunem, ojcem, którego niegdyś straciła, jakby duchowy przewodnik po świecie zmarłych. Kąpiel rozluźniła ją na tyle, że była w stanie pozbierać myśli. Wychodząc z łazienki, zastała Johna siedzącego na kanapie i palącego cygaro. - Przepraszam, wiem że nie lubisz kiedy palę, ale to pozwala mi się skupić i uspokoić - stwierdził detektyw widząc Katie stojącą w drzwiach łazienki. - Nie ma sprawy. Dlaczego kazałeś mi wziąć prysznic? - zapytała. Czuła się jak adept czarnej magii na naukach u mistrza. Jak Harry Potter na wykładzie u Dumbledora. John wiedział o tylu rzeczach, o których normalni śmiertelnicy nie mieli pojęcia. - To standardowa procedura. Ciała astralne czasami przyklejają się do żyjących. Chyba nie chcesz, żeby potem coś straszyło cię po nocach? Słyszałem nawet o zgwałconych przez ducha dziewicach - stwierdził z uśmiechem. - Znowu nie wiem czy ze mnie żartujesz. Jeśli sądzisz, że się zarumienię to się mylisz. Dzisiejsze dziewice są bardziej bezpruderyjne niż wy starcy z ubiegłego stulecia. Mokre blond włosy Katie lśniły w bladym świetle, przez chwilę przypominała anioła. - Nie mam pojęcia, co pani Medison chciała nam powiedzieć. Próbowałem dopasować te cyfry do czegoś, ale nic nie przychodzi mi do głowy. Masz jakiś pomysł? - Detektywie Holmes, może to pan powinien płacić mi za śledztwo. John podniósł się ze skórzanej kanapy i zaciągnął cygarem. Zmarszczył czoło, kiedy Katie podeszła do obrazu wiszącego na ścianie. Przez chwilę próbował odczytać autora pejzażu, jednak oczy nie pozwalały mu dostrzec podpisu na dole płótna. - I co? - zapytał zirytowany. Dziewczyna złapała za róg obrazu i szybkim ruchem otworzyła go tak, jak robi się z kuchennymi drzwiczkami w poszukiwaniu konfitur czy cukru. Ukazała się stalowa płyta z pokrętłem. - Sejf? - zapytał John odpluwając drobiny tytoniu. Katie wykonała cztery ruchy gałką, pociągnęła za rączkę i otworzyła solidne drzwiczki. - Brawo - krzyknął Holmes. Uprzątnęli stół i ułożyli na nim zawartość sejfu. Pośród kilkunastu kartek wyglądających jak ksero z zeszytu licealisty znaleźli coś na kształt mapy, wykonanej odręcznie, niedbałą kreską. Był to fragment jakiegoś górskiego pasma, z naniesionymi szczegółowo rzekami, dolinami i wioskami. Zaczęli pospiesznie studiować strony. Pośród ręcznie tworzonych rysunków znajdowały się fragmenty tekstu. - Posłuchaj tego - zagadnęła Katie przyglądając się jednej ze stronic - to brzmi jak fragment pamiętnika.
Dotarliśmy do niewielkiej komnaty. Przypomina kaplicę jeszcze sprzed czasów buddyjskich, za panowania religii Bon. Schodzimy coraz głębiej. Docieramy do drzwi. Nie potrafimy ich sforsować. Wycofujemy się do obozu, aby przemyśleć wszystko raz jeszcze. Na kolejnych stronach znajdują się dokładne mapy i sposób, w jaki udało nam się dotrzeć tak daleko... Rozmawialiśmy z mieszkańcami wioski. Twierdzą, że odkryliśmy świątynię Agharty. Według mnie, są to pozostałości dawnego kultu Szenraba Miło z Szangszungu. Muszę zabrać odnalezione przedmioty do Stanów i dokładnie je zbadać. Być może dowiemy się z nich czegoś więcej. Nie będzie łatwo je stąd wywieźć.
Kolejna strona zawierała dalsze wskazówki.
Wejście znajduje się w dolinie Altya-tagh pod powierzchnią Brahmaputry. Nie jestem pewna, czy rzeka zmieniła przez te lata swój bieg, czy ktoś celowo ukrył...
- Co o tym sądzisz? - zapytała Katie. - Z jakiegoś powodu twoja mama przyprowadziła nas tutaj i wskazała te kartki. To kserokopie. Wygląda tak jakby ktoś chciał, aby informacje te nie zaginęły. Sprawdźmy dokładnie wszystkie strony. Przeglądnęli skrupulatnie cały materiał, starając się odszyfrować treść rysunków, opisów i map. Katie będąc wykształconym archeologiem pochłaniała z łatwością wszystkie informacje. John starał się udawać, że jest zainteresowany tym, co ogląda, jednak ziewanie zdradzało oznaki znużenia. Po kilkudziesięciu minutach młoda Medison wstała od stołu i usiadła na kanapie wpatrując się w Johna robiąc przy tym słodkie miny. - Co znowu? Widzę, że dziwne myśli chodzą ci po głowie - zapytał znudzony Holmes. - Kiedy ostatni raz byłeś na wakacjach? - zapytała. - Nie pamiętam, dawno temu - odpowiedział, nie do końca wiedząc skąd wzięła się ta nagła zmiana tematu. - Nie miałbyś ochoty pojechać do Tybetu? - Chyba postradałaś zmysły. Kontakt z ciałami astralnymi pomieszał ci w głowie. W moim wieku na plażę w Miami jest daleko, a co dopiero do Chin. Wykluczone. Przyjąłem to zlecenie, ale o żadnych zagranicznych wyjazdach nie było mowy. - Płacę podwójnie. Poza tym pokryję wszystkie koszty podróży. To może być bardzo ciekawa wycieczka, kultura buddyjska, mnisi, obcowanie z innymi rasami. Nie kusi cię to? Poza tym czuję, że nie masz zbyt wielu zleceń. A może się mylę? - Nawet gdybyś płaciła poczwórnie nigdzie bym nie poleciał. Przecież to dokładnie na drugim końcu świata. Tam dzieją się straszne rzeczy. Chiny mają za nic poszanowanie praw człowieka, a co dopiero z prawami takiego amerykańskiego piernika jak ja. - Możemy się podawać za holenderskich turystów. Z pieniędzmi w Chinach wiele można zdziałać. Jeszcze będziesz zaskoczony gościnnością Azjatów. Poza tym zapłacę ci sześciokrotną stawkę. - Za każdy dzień? - zapytał John. - Za każdy dzień. - Niech to szlag. Na co mi przyszło na stare lata. Ale zaliczka za pierwsze dni musi być z góry. - Umowa stoi. Lecimy do Tybetu. Zresztą to ja powinnam się bardziej martwić. Wyjeżdżam z prawie obcym mężczyzną do nieznanego kraju. - Oczywiście, już możesz się zacząć bać. Szczególnie tego, że wykorkuję tam na zawał i będziesz musiała płacić za transport moich zwłok z powrotem do Ameryki. Dodatkowo mam jeszcze jeden warunek, a tak na prawdę to dwa. - Jakie to warunki? - zapytała Katie. - Zabieramy dużo whisky i karton cygar. - Możemy mieć przez ciebie problemy, ale niech tak będzie. Zarezerwuję bilety lotnicze. Musimy się dobrze przygotować. Temperatura nie przekracza tam kilku stopni, a bywa i dużo chłodniej. - Słucham, to mam jeszcze marznąć? - zapytał zrezygnowany John załamując ręce.
...
Część 33 / 4
- Szanowni państwo. Amerykańskie linie lotnicze Pan Am witają na pokładzie - odezwał się z głośników skrzeczący głos. - Lot potrwa sześć godzin. Lądowanie odbędzie się na lotnisku w mieście Lhasa stolicy Tybetu. Proszę zapiąć pasy. Życzę miłego lotu. - Mam nadzieję, że dobrze znosisz podróżowanie samolotem? - zapytała młoda archeolog. - Poradzę sobie. Cały czas jednak nie mogę zrozumieć, dlaczego się na to zgodziłem - odpowiedział John wzdychając. - Dlatego, że jesteś pazerny na pieniądze - stwierdziła z ironią Katie. - Gdybym chociaż, mógł zapalić cygaro - westchnął. Samolot nabierał coraz większej prędkości. Odczuwalne przeciążenie dawało się we znaki mniej wytrzymałym pasażerom, którzy siedzieli wtuleni w fotele i mrużyli oczy. Koła oderwały się od pasa startowego a wielki Boeing 747 jak żelazny orzeł wzbił się w powietrze. - Odrobiłeś zadanie domowe? Przygotowałeś się do podróży? - zapytała Katie próbując podtrzymać konwersację. - Słucham? Nie widzisz, że cierpię, nienawidzę samolotów - wysyczał detektyw zagryzając zęby. - Oficjalnie lecimy wraz z wycieczką turystyczną zorganizowaną przez biuro podróży "TRavel". Tylko tak, można dostać pozwolenie na zwiedzanie niektórych otwartych miejsc Tybetu. - My zapewne udamy się do tych zamkniętych - stwierdził John ze złośliwością. - Musimy mieć przewodnika, to również wymóg chińskich władz - dodała. - Dlaczego mówisz o Chinach? Przecież lecimy do Tybetu. - Widzę, że zadania domowego jednak nie odrobiłeś. Pozwól, że wyjaśnię ci kilka spraw. Od 1950 roku Tybet okupowany jest przez Chiny, dążące do całkowitego zniszczenia tybetańskiej kultury. John z zainteresowaniem słuchał relacji o politycznej, geograficznej i kulturowej sytuacji Tybetu. Katie mówiła z wielką pasją i zaangażowaniem. Po pewnym czasie detektyw zaczął sprawiać wrażenie znużonego i przytakiwał udając, że słucha. Tylko sporadyczne turbulencje samolotu skutecznie wybudzały go ze snu.
...
- Czy mają państwo coś do oclenia? - zapytał skośnooki urzędnik. - Tylko kilka butelek whisky - odpowiedziała Katie. - Proszę rozpakować - zażądał wskazując na stół do przeszukiwania bagażu. - Czy wiedzą państwo, że na teren Tybetu można wwieźć tylko litr alkoholu na osobę, a ja tu widzę więcej - stwierdził celnik z wyrazem triumfu na twarzy. - W takim razie nadwyżkę będziemy musieli zostawić - powiedziała Medison wyjmując butelkę Johnnie Walkera z torby. - W żadnym wypadku - zaoponował John. Wyrwał flaszkę z rąk Katie otworzył i przystawił do ust. Łapczywie przełykając wlał w siebie połowę. - Czy jest jakiś przepis, który mówi, że nie można nadwyżki alkoholu przewieźć w brzuchu? - zapytał celnika. Zdziwiony Chińczyk zmierzył wzrokiem postać Johna, przetarł czoło, postukał się w głowę i wskazując ręką kazał opuścić odprawę celną. Wypowiedział jeszcze kilka słów po chińsku i zwrócił swoją uwagę na bagaże kolejnych pasażerów. - Ty pijaku! Nie mam zamiaru taszczyć cię do hotelu - krzyknęła wyraźnie zła Katie. - Przecież nie mogłem... dopuścić, żeby... się zmarnowało... źle mi... - bełkotał lekko pijany już detektyw. - Bardzo dobrze ci tak. Wytrzymaj jeszcze trochę, zaraz wezwę taksówkę. - Nic mi przecież nie jest... czuję się... kiepsko... W drodze do hotelu John śpiewał stare żołnierskie piosenki z czasów Wietnamu. Katie siedziała obok kierowcy i rozmyślała o tym, że do jutra Holmes będzie dla niej zupełnie nieprzydatny. Po dłuższym namyśle stwierdziła jednak, że może ta sytuacja nie jest taka zła. Rozejrzy się po mieście i załatwi kilka spraw niezbędnych do dalszej podróży na północ Tybetu.
...
- Wstawaj śpiochu już dziewiąta, spałeś kilkanaście godzin - Katie weszła do pokoju Johna, do którego wczoraj musiała go wnieść. Bez pomocy hotelowej obsługi nie poradziłaby sobie z potężnie zbudowanym mężczyzną. - Moja głowa, zaraz mi pęknie. Czy nie mógłbym jeszcze trochę poleżeć? - zapytał detektyw blady jak ściana. - Wstawaj za godzinę wyruszamy wzdłuż rzeki Cangpo . Musimy dotrzeć do doliny Altya-tagh. To kawał drogi. Wszystko już załatwiłam. - Jak to załatwiłaś? Beze mnie? - Wynajęłam przewodnika. Tylko tak legalnie można tutaj podróżować. Udało mi się zatrudnić Tybetańczyka, mimo że obsługa wycieczki bardzo nalegała na Chińczyka. W tym miejscu pieniądze potrafią czynić cuda. Poza tym wynajęcie Hummera kosztowało mnie trzy tysiące Juanów i jeszcze kilkaset za dodatkowe rzeczy, bez których ciężko przeżyć na pustkowiach Tybetu. W tych rejonach, nie ma co liczyć na Statoila. John zwlekł się z łóżka i zaczął gorączkowo przeszukiwać bagaże. - Czego szukasz? - zapytała. - Gdzie moje cygara? - nerwowo przerzucał zawartość torby, by po chwili znaleźć upragnione pudełko. Zapalił i podszedł do okna wypuszczając z ust kłęby dymu. Widok, który roztaczał się z dziesiątego piętra hotelu zapierał dech w piersi. - Tybet nazywają dachem świata. Jesteśmy teraz na wysokości trzech i pół tysiąca metrów nad poziomem morza. A to, co widzisz przed sobą to najwyższe góry świata Himalaje. Piękny krajobraz nieprawdaż? - zapytała Medison. - Piękny? W życiu czegoś takiego nie widziałem. To jest cudowne. John stał w oknie i podziwiał. W pewnym momencie złapał się za głowę i zatoczył. Z pomocą przyszła ściana, dzięki której utrzymał równowagę. - Mam strasznego kaca - stwierdził. - To nie kac, tylko skutek zmiany klimatu. Za kilka godzin poczujesz się lepiej, zresztą i tak najgorsze przespałeś. Ja też to wczoraj przeszłam. My ludzie z nizin, nie jesteśmy przyzwyczajeni do takich wysokości. Pakuj się wyjeżdżamy, wycieczka wyrusza o dziesiątej. - Jaka wycieczka? Będziemy coś zwiedzać? - ze zdziwieniem zapytał John. - Na początku. Potem po prostu się zgubimy. - Cudownie. Ciekawe, co będzie jak nas złapią? Chińczycy nie są przecież zbyt przyjaźnie nastawieni do Amerykanów. - Za to Tybetańczycy są fantastyczni. To my bardziej zagrażamy im, niż oni nam. Za kontakty z turystami mogliby mieć spore kłopoty.
...
Jechali dużym terenowym Hummerem. Podążali przez pustkowia Tybetu wzdłuż rzeki Cangpo. Katie prowadziła. Jadący z nimi przewodnik o imieniu Dolkar starał się sumiennie wywiązywać ze swoich obowiązków, pamiętając sporą sumę, którą wcześniej zainkasował. Opowiadał o historii i losie, jaki spotkał Tybetańczyków. - To bardzo uciemiężony kraj. Byliśmy szczęśliwi i przede wszystkim wolni. Mieliśmy swoją religię i kulturę, którą nasi przodkowie z wielkim mozołem budowali od wieków. Jednak przez ostatnie pięćdziesiąt lat Chińczycy wszystko zniszczyli, piąta część narodu przypłaciła okupację życiem a ośrodki kultury, nauki i sztuki zostały splądrowane lub zburzone. Tutaj od lat giną ludzie a prawa człowieka nie są respektowane, ale nikogo to nie interesuje, wystarczy jednak, że życie straci jakiś Europejczyk a cała światowa prasa i telewizja o tym huczą. Jeśli nikt nam nie pomoże, to niedługo cały nasz naród zostanie starty z powierzchni ziemi.
Samochód sunął po zaimprowizowanej drodze pozostawiając za sobą ślady kół. Powoli zbliżał się zmrok, majaczące w oddali himalajskie krajobrazy zachwycały. Czuło się w tym surowym klimacie otaczającą zewsząd duchowość i niemal boską obecność. - Trzeba rozbić biwak - stwierdziła zmęczona podróżą Katie. John dochodził do siebie i włączył się nawet do organizowania noclegu. Udało mu się zaparzyć herbatę i porozlewać ją do kubków. Niby niewiele, ale pozostali członkowie wyprawy byli wdzięczni za coś ciepłego przed snem. Namioty rozkładane na dachu Hummera sprawiały się doskonale. Ciepłe śpiwory i gorąca herbata dawały namiastkę domu, będącego tysiące kilometrów stąd. John nie mógł zasnąć, ciągle się wiercił, coś nie dawało mu spokoju. - Katie nie śpisz jeszcze? - spytał. - Nie śpię. Coś się stało? - odpowiedziała ziewając. - Ktoś tu z nami jest. Wyczuwam czyjąś obecność - stwierdził John. - Czy to, aby nie alkohol płynący jeszcze w twoich żyłach? - Duch twojej mamy jest tu z nami. Chce nam coś powiedzieć. Nie mylę się. Czy do tej pory miałaś powody, żeby mi nie wierzyć? - Czy sugerujesz mały seans spirytystyczny? - Katie wyszła z namiotu i usiadła na rozkładanym krześle. - Myślę, że to najlepsze wyjście w tej sytuacji - odpowiedział Holmes. Popatrzyli w górę, gwiazdy wydawały się dużo większe, niż gdziekolwiek indziej na świecie, jakby w tym miejscu ziemia łączyła się z niebem. Temperatura spadła do kilku stopni Celsjusza. Ubrani w ciepłe kurtki starali się skoncentrować na nawiązaniu kontaktu z duchem Mary Medison, tak jak robili to w Stanach. Okoliczności jednak były dużo mniej sprzyjające, para unosząca się z ust i przenikliwe zimno nie pozwalały się skupić. Mimo to po chwili zerwał się wiatr. Sino-blady kamienny księżyc świecił tak mocno, że rozjaśniał cały surowy krajobraz. Katie wyraźnie poczuła czyjąś obecność. John w skupieniu wypatrywał wskazówki z zaświatów. Nagle na twardej ziemi zaczęły pojawiać się jakieś znaki. Było to jedno zdanie, jakby ktoś ogromną niewidzialną pieczęcią odbił je w twardej glebie. Wiatr ustał. Ogromne oddalone o dziesiątki kilometrów góry były dobrze widoczne, ośnieżone białe szczyty przechodziły w szarą część podstawy, by w końcu zatopić się w czarnej skorupie ziemskiej. Piękne i groźne - tylko takie słowa mogły oddać ich urok.
Część 44 / 4
Podeszli do miejsca, gdzie w ziemi wyryty był tekst. Katie złapała za komórkę i zrobiła zdjęcie, aby utrwalić napis. Zdanie brzmiało: "Znajdźcie dysk w Talung". - Czym jest ten cholerny dysk i dlaczego jest to takie ważne? - zapytała Medison. Jej twarz spoważniała, jakby dziewczyna zaczynała powątpiewać w sukces rozwikłania całej zagadki. - Myślę, że jeśli uda nam się dotrzeć do Talung znajdziemy również i dysk. Jutro zapytamy naszego przewodnika, może będzie coś wiedział. Pora już spać, musimy mieć siły na dalszą drogę. - Sprawiasz wrażenie, jakbyś zaangażował się w rozwikłanie tej sprawy a nie był tutaj tylko dla pieniędzy - szyderczo stwierdziła Medison. - Skoro już się tu znalazłem, to również chciałbym znać zakończenie tej historii. Sądziłaś, że jestem aż takim materialistą? - Przez chwilę miałam takie wrażenie. Ale ufam ci, jesteś dobrym człowiekiem. - Dziękuję za miłe słowa. Dowiemy się, co się za tym wszystkim kryje i spełnimy ostatnie życzenie twojej mamy. Obiecuję ci to. Zresztą z takim detektywem jak ja nie zginiesz. Medison przytuliła się do Johna. Patrzyli jeszcze przez chwilę na ogromne górskie szczyty. Ciemna noc spowiła cały krajobraz, tylko ogromne gwiazdy rozświetlały pochmurne niebo, na którym królował księżyc - większy niż gdziekolwiek indziej. Po krótkiej chwili zdecydowali się wrócić do namiotu. Zdawali sobie sprawę z tego, że przed nimi trudna i wyczerpująca podróż.
...
Hummer jechał przez tybetańskie wyżyny. Trójka podróżników rozmawiała o wydarzeniach z ubiegłej nocy. - Dolkar, czy słyszałeś o Talung? - zapytała Katie. - Oczywiście. To jeden z klasztorów położonych nad jeziorem Mapam Yumco. Skąd znają państwo tę nazwę? - zapytał zdziwiony przewodnik. - Dawno jej nie słyszałem. - Chcielibyśmy odwiedzić to miejsce. Czy jest dostępne dla turystów? - pytał dalej Holmes. - Możemy spróbować. Skoro akurat tam muszą się państwo udać. W klasztorach życie jest bardzo skromne, na wszystko brakuje pieniędzy, dlatego mnisi chwytają się każdej metody, aby zdobyć dodatkowe środki - wyjaśnił Tybetańczyk. - Jedźmy zatem nad jezioro. W którym to kierunku? - Na południowy wschód, jakieś kilkadziesiąt mil stąd - Dolkar wskazał palcem punkt na mapie.
Położone na wysokości czterech i pół tysiąca metrów nad poziomem morza górskie jezioro Mapam Yumco otoczone było licznymi klasztorami. Starodawne budowle, ośrodki buddyjskiej religii niegdyś tętniące życiem, dziś były tylko echem dawnej świetności. Wysokie mury i kamienne fundamenty tworzyły coś na kształt fortyfikacji. Opasające całą budowlę, mierzące kilkadziesiąt metrów schody prowadziły do bramy wejściowej. Drogę pod górę pokonali z wielkim mozołem, szczególnie John musiał zatrzymywać się co kilka stopni aby zaczerpnąć powietrza. Dotarli do drewnianych drzwi i kilkakrotnie zapukali wielką stalową kołatką. Usłyszeli szczęk i zgrzyt otwieranego zamka, nie minęła chwila, kiedy wejście stanęło otworem. Powitało ich trzech mnichów ubranych w wiśniowe szaty. Dolkar służył za tłumacza. - Witajcie przybysze. Czekaliśmy na was - rzekł jeden z zakonników. - Cóż za gościnność. Naprawdę na nas czekaliście? Skąd wiedzieliście, że przyjedziemy? Widzieliście nasz samochód? - pytała Katie. - Czekamy na was od miesięcy. - Od miesięcy? - Katie spojrzała ze zdziwieniem na Johna - O co tu chodzi?
Wnętrze świątyni wypełniał szereg kaplic rozmieszczonych wokół prostokątnego dziedzińca. W centralnej części na wprost bramy znajdowała się statua Buddy Sakyamuni. Nad placem rozpięte były dachy pokryte złoconą blachą. Na ścianach osłonięte siatkami olejne malowidła przedstawiały świętych lamów. - Wejdźcie do środka - Tybetańczyk wskazał ręką drzwi. Przeszli do wąskiego korytarza prowadzącego w głąb budowli. Wnętrze było mroczne, spowite białym dymem pochodzącym z pieców ofiarnych i kadzideł. Nozdrza drażnił zapach cynamonu, goździków i drzewa sandałowego. Po chwili wędrówki dotarli do większego pomieszczenia. Zostali ugoszczeni herbatą, którą w tych rejonach spożywano w ogromnych ilościach. Czegoś tak obrzydliwego Katie nie piła chyba nigdy. Później dowiedziała się, że była to mieszanka liści herbaty i masła z jaka - tybetański rarytas. Holmes korzystając z miłej atmosfery odezwał się pierwszy. - Czekacie na nas od dawna. Czy aby nie pomyliliście nas z kimś innym? - zapytał. - Poszukujecie medalionu świątyni Agarthy. Zmierzacie do miejsca gdzie według przepowiedni ma nastąpić koniec świata. Czy się mylę? - zagadnął sędziwy mnich. - W pewnym sensie masz rację. Poszukujemy czegoś, co przypomina dysk, być może chodzi o medalion, o którym wspomniałeś. Na pewno znajduje się w tej świątyni. Jedziemy tam gdzie moja mama do niedawna prowadziła prace archeologiczne. O końcu świata nic nie wiem - z ironią stwierdziła Katie.- Może powiecie nam coś więcej, dlaczego na nas czekacie i co to za przepowiednia? Mnich pokłonił się, jakby oddawał cześć jakimś niewidzialnym bogom, pociągnął łyk herbaty i rozpoczął opowieść. - Nasz świętej pamięci arcykapłan Brahma-atma miał zeszłego lata kilka dni przed śmiercią proroczy sen. Objawił mu się sam Budda i powiedział, że właśnie dzisiaj do naszej świątyni przybędzie dwójka obcych z innego kontynentu w poszukiwaniu medalionu Agarthy. Najstarsi mnisi mówią, że jego moc ocali świat od zagłady a lud tybetański uwolni spod jarzma niewoli. Oczekiwaliśmy waszego przyjazdu. Od kilku lat nie zawitał do nas żaden turysta. Czy może to być zbieg okoliczności, że właśnie dziś stanęliście u progu naszego klasztoru? Wszyscy wierzymy w przepowiednię Brahma-atmy. Wyślemy z wami trzech naszych braci, którzy będą strzec medalionu a jednocześnie towarzyszyć wam podczas podróży, do miejsca gdzie mają się wydarzyć rzeczy tak ogromnej dla nas wagi. - Skoro tak, to nie mamy nic przeciwko - stwierdził John. - Zbyt łatwo wszystko układa się po naszej myśli. Spodziewałem się problemów, a tu proszę, będziemy mieć dodatkowe wsparcie. Wolę jednak nie myśleć, co znajdziemy u celu naszej wyprawy. - Nie czas, aby się teraz nad tym zastanawiać. Chyba powinniśmy ruszać w dalszą drogę - wtrąciła Medison dziękując mnichom za gościnę. Zaopatrzyli się w niezbędne do dalszej podróży rzeczy i opuścili klasztor.
Wraz ze swymi nowymi towarzyszami wyruszyli na południe Tybetu do miejsca zwanego Altya-tagh. Do przebycia mieli około dwustu mil stepowych bezdroży. - Czym jest Agartha? Znam trochę tę legendę, ale chciałabym usłyszeć ją z waszych ust - zagadnęła Katie najstarszego mnicha, który mimo sędziwego wieku miał w oczach dziwny blask, jak gdyby wypełniała go jakaś kosmiczna energia, dwaj pozostali zdawali się dużo młodsi, jakby mniej doświadczeni przez los. - Agartha to starożytna świątynia i miejsce założone przez samego Buddę. W starej księdze Agrouchada Parikshai jest napisane, że przed wiekami w podziemnych krainach znajdował się raj zamieszkiwany przez Wtajemniczonych, czyli dużą grupę potomków wcześniejszej cywilizacji. Krainą tą władał Budda, który jako jedyny znał magiczne formuły stanowiące symbol wszelkich sekretów nauk okultystycznych. Zaklęcie to znane jest powszechnie jako AUM , lecz Budda objaśniał jego ukryte znaczenie tylko Wtajemniczonym trzeciego, najwyższego stopnia. Podobno ci, którzy tam przebywali, władali wielkimi mocami i posiadali wiedzę o wszystkich sprawach świata. Niestety jest to tylko legenda,. ani tego miejsca, ani świątyni nigdy nie odnaleziono. Nie wiadomo czy kiedykolwiek istniały. - Dlaczego, w proroczym śnie waszego kapłana to właśnie my mamy ocalić świat? Jakie znaczenie ma w tym wszystkim dysk, który nosisz na piersi? - pytała dalej Katie. - Medalion, jest jednym z przedmiotów wyniesionych ze świątyni Buddy. Od pokoleń znajduje się w naszym klasztorze jako relikwia. Mieliśmy nadzieję, że to wy powiecie nam coś więcej. - Niestety znamy jeszcze mniej szczegółów niż wy, ale za to wiemy, gdzie szukać świątyni Agarthy. Reszta mam nadzieję wyjaśni się na miejscu - stwierdził John. - Czy sądzisz, że moja mama odnalazła to legendarne miejsce? - zapytała Katie. - Wspominała o tym na pozostawionych w sejfie kartach. - Nie wiem - ze zwątpieniem odpowiedział Holmes patrząc pustym wzrokiem przez okno samochodu. - Byłoby to największe odkrycie w historii archeologii. Czy możesz to sobie wyobrazić? Świątynia Agarthy - rozentuzjazmowana Katie docisnęła pedał gazu. Jechali kilka godzin rozmawiając i studiując materiały pozostawione przez Mary. Pod wieczór zmęczenie coraz bardziej dawało o sobie znać, dlatego rozbili obóz i ułożyli się do snu. Medison rozmyślała o miejscu, do którego zmierzali. Wyobrażała sobie jak doniosłe będzie to odkrycie. Młoda archeolog wkraczająca dopiero w zawodowe życie, która mogłaby się pochwalić tak wielkim sukcesem to byłoby coś wspaniałego. Ta myśl nie pozwalała jej zasnąć. A wszystko dzięki mamie, która nawet po śmierci nie zapominała o córce. W podświadomości dziewczyna czuła, że jest jednak coś jeszcze. Jakaś wielka tajemnica oczekująca na odkrycie w jaskiniach tybetańskich gór. Cel podróży był tak blisko, że nic już nie mogło pokrzyżować ich planów. Jeszcze tylko jedna noc i odkryją wszystko to, co Mary Medison próbowała usilnie przekazać im zza światów. Katie czuła się odpowiedzialna, za spełnienie woli swojej matki. Nie mogła towarzyszyć Mary w jej ostatnich chwilach, dlatego teraz była podwójnie zobowiązana do wypełnienia życzenia zmarłej. Wiedziała, że cokolwiek miałoby się wydarzyć, zawsze duchem będą razem. Rozmyślając o tym zasnęła.
...
- Wstawać, co tutaj robicie? - zagrzmiał łamaną angielszczyzną donośny głos. - Co się dzieje? - zaspanym głosem zapytała Medison. - Nie wiem, zaraz zobaczę - odpowiedział John wychylając głowę z namiotu. - O cholera, policja. - Proszę się wylegitymować - krzyczał chiński funkcjonariusz. Drugi mundurowy wysiadł z samochodu i zaczął odpinać kaburę z bronią. - Zostaw wszystko mnie. Ja z nimi porozmawiam - powiedziała Katie wychodząc z namiotu. - Co robicie w tym miejscu? Nie wolno tu przebywać. Proszę o dokumenty - zażądał policjant stanowczym głosem. Katie podała papiery. Mundurowy wertował kartki studiując każdą z osobna. - Zboczyliście z trasy waszej wycieczki. Będziemy musieli was zaaresztować a dodatkowo zapłacicie wysoką grzywnę. - Mamy pozwolenie na zwiedzanie tych terenów. Proszę. - Katie wręczyła Chińczykowi niewielki dokument. Policjant przez chwilę dokładnie mu się przyglądał. Spojrzał na dziewczynę i zapytał. - Przewodnik jest z wami? - W samochodzie - odpowiedziała. - W porządku, ale lepiej byłoby dla was, gdybyście wrócili na szlak wycieczki. Tutaj jest niebezpiecznie. Może stać się wam jakaś krzywda - ostrzegł oddając dokumenty. - Oczywiście, wrócimy na szlak - przytaknęła pokornie. Policjanci wsiedli do samochodu i odjechali. Uczestnicy podróży odetchnęli z ulgą, widmo aresztu i wysokiej grzywny zostało zażegnane. Obserwowali jeszcze przez chwilę policyjny samochód niknący za wzgórzami. - Skąd miałaś pozwolenie? - ze zdziwieniem zapytał Holmes. - Pokazałam im starą legitymację studencką - z uśmiechem odpowiedziała.- Grunt to dobry blef. - Możemy mieć kłopoty. Powinniśmy się szybko zbierać, zanim ten policjant zakapuje, co tak