Fantastyka · 14 min czytania
Zaginiona księga część pierwsza: Szamani Cienia
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Rozdział drugi Tunel pełen świateł
Wybucha zahuczał im w uszach, a na placu pojawiła się chmura dymu. -Cholera! Tylko jeden stwór się tak materializuje.-warknęła Viven. -Jaki znowu stwór?!-zapytała Susan. -Nie ma czasu, wiejemy!-krzyknął David. Dziewczyna ledwo co zdążyła złapać torbę, kiedy dłoń Davida uchwyciła ją mocno za rękę. Znów biegli, jakby czas się zatrzymał i ciągle miało się dziać to samo. Wybiegli przez tylne wyjście i razem z zatrzaskującymi się drzwiami, szyba przy której siedzieli posypała się w proch. Ludzie krzyczeli, ale ich głosy jakby dźwięczały w oddali. Dla tej trójki istniała teraz tylko droga. Kiedy dobiegali do zakrętu, drzwi kawiarni wyleciały w głośnym hukiem w powietrze, przeleciały jedną trzecią długości ulicy i wylądowały na samochodzie. Szybko skręcili i skryli się pod stołami koło lodziarni. -To na nic. I tak nas zwęszy.-wydyszał David. -To co robimy?-zapytała Susan, dysząc ciężko. -My? Ty zostaniesz tutaj, a my się nim zajmiemy.-Viven zdawał się denerwować. -Nie martw się. Mula łatwo odstraszyć. Dziewczyna zrobiła dziwną minę. -Mula? -Potem ci wyjaśnię, teraz z Viven musimy się troszkę po gimnastykować. Ty tu siedź. Wybiegli spod stolika i zniknęli za rogiem. Susan poczuła się samotna. Martwiła się że coś się nie uda, a na pewno tak będzie. Jak zna swoje szczęście, to na pewno ulegną jakiemuś dziwnemu wypadkowi. Tak jak z tatą. Właściwie nie wiadomo do końca kto go zabił, bo jedyny podejrzany został znaleziony nieżywy w mieszkaniu. Podobno umarł na atak serca. Chociaż jej matka jakoś w to nie mogła uwierzyć, to cieszyła się że spotkała go odpowiednia kara. Sprawdziła godzinę na zegarku. Zbliżała się już godzina dwunasta. -Czy oni myślą że ja będę tu tak siedzieć wiecznie?!-powiedziała do siebie, wychodząc spod blatu. Poprawiła sobie torbę na ramieniu i trzymając się blisko ściany, podeszła do rogu i wyjrzała ostrożnie zza niego. To co ujrzała bardzo ją przeraziło. David podpierał się na Viven, bardzo mocno krwawiła mu noga. Za to ona straciła wiele włosów, jak krucze pióra leżały wszędzie na ziemi. A przed nimi stał Mule. Był bardzo dziwny. Same kości, na około niego unosiła się zielona mgiełka, oczodoły pozostawały jednak puste. Palce, zarówno u nóg, jak i dłoni miał zakończone ostrymi “pazurami”, które błyszczały stalą w południowym słońcu. Jego zęby wyglądały bardziej jak kły niedźwiedzia, niż jak ludzkie. Do tego ociekały krwią, a Susan zaraz skojarzyła to z raną na nodze chłopaka. “Bardzo bym chciała pomóc, ale co ja zrobię? Tylko będę przeszkadzać. Będą musieli mnie potem ratować...”-myślała. David wyprostował się gwałtownie i krzyknął: -Koniec pogawędek! Nie powiemy ci gdzie ona jest! Kościotrup przestąpił z nogi na nogę. -Chcecie umrzeć?-zadźwięczał grobowy głos, Susan przeszły ciarki. -Nie układamy się z stworami Cienia!-tym razem Viven nie wytrzymała. Dziewczynie zdawało się że wcale nie jest tak łatwo go pokonać jak twierdził blondyn. Zaczęła się nerwowo rozglądać wokół. Nie znalazła nic, co mogło by jej ułatwić walkę. Zrezygnowana osunęła się po ścianie i skryła głowę między nogami. -Niech to już się skończy...Nigdy nie czułam się taka bezsilna jak teraz... Przeklinała chwilę, z którą wstała dzisiaj rano z łóżka. Nie wiedziałaby teraz o tym wszystkim. Co za głupia myśl popchnęła ją ku temu, żeby wypytać ich o to wszystko? Jak ona teraz będzie z tym żyć? Mogła ich wtedy zostawić, kiedy się kłócili, mogła odjeść... “Ale tego nie zrobiłam”-stwierdziła z łzami w oczach. Za ścianą David właśnie kończył formułkę zaklęcia, kiedy Viven szarpała się z Mulem. Straciła kolejne kosmyki i kawałek rękawa. W końcu ostatnie słowa wyleciały z ust chłopaka, który opadł na ziemię. Jego towarzyszka szybko do niego podbiegła i przerzucając sobie jego rękę przez ramię, zaczęła się kierować w stronę lodziarni. Wtedy na niebie zaczęły zbierać się chmury. W mgnieniu oka zaczął padać siarczysty deszcz. Stwór wydał z siebie cichy pisk, a później z odgłosem przypominającym gasnącą zapałkę, zdematerializował się. Susan siedziała na ziemi, strugi deszczu zmieszały się z jej łzami, ubrania przykleiły się do ciała, włosy ciężko opadły na ramiona. Podniosła głowę, chcąc spojrzeć na niebo, ale zamiast tego ujrzała nad sobą twarz Viven. -Wstawaj zrozpaczona damulko. Musimy iść.-powiedziała. Dziewczyna wstała i jej wzrok spoczął na nieprzytomnym Davidzie. -Może go wezmę. Viven z chęcią oddała chłopaka pod opiekę Susan. Bez słowa ruszyły przed siebie. Dopiero teraz mogła ocenić dokładne obrażenia obydwóch Rozmówców. Szczególną uwagę przyciągnęły dziewczyny włosy, ostro potraktowane przez potwora. -Musze wrócić do domu się przebrać.- stwierdziła po chwili. Viven spojrzała na nią i przeszyła ją wzrokiem. -Ty już nigdy nie wrócisz do domu. Wtedy Susan zatrzymała się i spojrzała na nią zdziwiona. -Jak...jak to?-wyjąkała. -Nie mam ochoty, ani siły ci tego tłumaczyć. Możesz poczekać, aż dojdziemy do wioski? Ona tylko kiwnęła głową. Następne chwile były bardzo ciężkie. Obie dziewczyny biły się ze swymi myślami. Najtrudniejsze było przekroczenie granicy miasta. Przy ostatnim budynku Susan odwróciła się i przyjrzała dokładnie swemu domowi. Łza spłynęła jej po policzku, ale szybko zniknęła, zmyta przez deszcz. Sama już nie wiedziała czy idzie od piętnastu minut, czy od dwóch godzin. Czuła jak nieprzytomny kolega coraz bardziej ciąży jej na ramionach. Czasami zsuwał się i musiały na chwilkę przystawać, aby się zamienić. Deszcz powoli ustępował, ale za to David robił się coraz bardziej blady. Za to one miały sine usta, bo nie została na nich ani jedna sucha nitka i było im strasznie zimno. W końcu doszły do bardzo wysokiego i grubego dębu. Viven okrążyła je mrucząc: -To gdzieś tu musiało być. W końcu znalazła duży, nieregularny, szary kamień. Podniosła go i odrzuciła troszkę ziemi. Pod nią kryła się metalowa klapa, która miała około dwa metry średnicy. Susan skojarzyła się zaraz z obrazem zanieczyszczonych ścieków, tysiącem szarych szczurów i nieprzyjemnym zapachem. Ale ku jej niezadowoleniu dziewczyna przesunęła ją i wsadziła głowę do środka. Po krótkiej rozmowie, zakłóconej przez dobiegające z dołu odgłosy, wróciła do Susan i powiedziała: -Musisz mi pomóc, on jest bardzo ciężki. Podeszły do niego i chwyciły każda za jedną rękę. Spuściły go na tyle głęboko, na ile pozwalały im ręce, a później z ciemności wyłoniła się para silnych męskich rąk i chwyciła chłopca pod pachy, po czym razem z nim znów zniknęła. -Dobra wskakuj.-zabrzmiał głos Viven. Nie chciała zanurzać się w tych ciemnościach. Nie wiedziała co ją spotka na dole. Po kilku obelgach takich jak: “tchórz”, “strachliwa kotka”, “głupia szczapa” i innych bardziej…