Fantasy · 11 min czytania
Zagłada Iriliel. Księżycowy Zakon - Rozdział 3
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Ruiny Arshak Nuuk wyglądały, jakby to rozwścieczony bóg obrócił miasto w niwecz. Gruz z rozpadających się budynków ścielił brukowaną niegdyś drogę. Krążące wokół ludów Savath plotki mówiły, że pod tonami kamieni wciąż leżą ciała poległych. Nikt jednak nie miał w sobie tyle śmiałości, by to sprawdzić. Muirin mocniej zacisnęła dłoń na wodzach konia, którego prowadziła koło swego boku. Panująca tu atmosfera nie przypominała niczego, co czuła kiedykolwiek w swoim życiu. Towarzyszyła ojcu w wielu wyprawach wojennych i widziała już zgliszcza. Choć widoki po przejściu wojsk były o wiele gorsze, ta atmosfera powodowała, że wszystkie włoski na ciele stawały jej dęba. Była bardziej podniosła i mroczna. – Wszystko w porządku, Wasza Wysokość? Księżniczka drgnęła i spojrzała na mówiącą kobietę. Audrey była jej służącą i choć były w podobnym wieku odznaczała się powagą, która zawsze Muirin uspokajała. Jej długie włosy zawsze zaplecione były w ciasny warkocz. Była wysoka i szczupła, a jej oliwkowa skóra Południowców nadawała jej wyglądowi egzotyzmu. Księżniczka ze swoimi jasnymi włosami i delikatną urodą typową dla jej ludu czuła się przy niej zwyczajnie. Choć nigdy tego nie mówiła, zazdrościła Audrey jej piękna. – Tak, wszystko w porządku. – Spróbowała przybrać nieco pewniejszą siebie postawę, w tym miejscu jednak wyglądało to smętnie. – Czy i dla ciebie to miejsce jest takie… ponure? – Owszem. – Służąca powiodła wzrokiem po otoczeniu, po czym ponownie skierowała na nią spojrzenie. – I tak to miało wyglądać. Lud skazany na zagładę. Murin mimowolnie zadrżała słysząc te słowa. Oczywiście, znała historię i doskonale wiedziała, jakie wydarzenia miały tu miejsce. Wypowiedziane jednak na głos zabrzmiały o wiele dobitniej, niż w podręcznikach do historii. Po raz kolejny pomyślała, że nie chce być tu ani chwili dłużej. Tymczasem miała spędzić tu rok. – Musimy ruszać dalej – powiedział typowym dla niego twardym tonem Olgierd, pięćdziesięcioletni królewski fechmistrz o siwych włosach i muskularnej posturze. – Jeśli będziemy tu stać, będziemy musieli nocować w tym mieście. Wszyscy wznowili podróż. Nikt nie chciał spędzić nocy w Arshak Nuuk. Plotki głosiły, że ci, którzy tego spróbowali, przepadali bez wieści. Choć nikt nie chciał zapuszczać się do Zburzonego Miasta, podróż nim była jedyną możliwością. Zbudowano je pomiędzy dwoma górami, Asar i Vargh, i wypełniało sobą jedyną przełęcz w obrębie kilometrów. W obie strony ciągnęły się nieprzebyte góry. Wąska gardziel sprawiała, że miasto mogła obronić jedynie garstka żołnierzy. W czasach swej świetności Arshak Nuuk było świetnie ufortyfikowane, a jednak i ono nie dało rady sile nadciągającego przeciwnika. Póki co, nie było widać nic poza ruinami. Muirin jednak wolałaby, żeby otaczała ją większa eskorta. Zwyczaj nakazywał, by asystowała jej piątka zaufanych ludzi, którzy mieli towarzyszyć jej w naukach. Pakt zapewniał jej bezpieczeństwo, ona jednak wcale nie czuła się chroniona. W końcu wiele rozejmów, traktatów i paktów zostało zerwanych za jej krótkiego życia. Nie widziała powodu, dla którego ten miał być wyjątkowy. Poza Audrey i Olgierdem podróżowała z nimi jej nauczycielka, Rosemary, oraz dwóch zasłużonych żołnierzy, Kenneth i Nolan. Pięć osób, prowadzących jedyną następczynię tronu przez całe Graveth, Feride oraz ziemie Zagłady. Choć zwyczaj ten kultywowany był od wieków, Muirin nie wiedziała, czy ma się śmiać, czy płakać z powodu tej lekkomyślności. Jej ojciec przez swoje trzydziestosześcioletnie życie zdążył rozpętać wiele wojen. Ich dynastia nie była darzona sympatią. Niemalże samotna podróż księżniczki dawała niemal idealną okazję do zemsty. Zastanawiała się, czy jedynie ona to widzi. Inni traktowali jej uwagi z niefrasobliwością, która jej zdawała się zakrawać o szaleństwo. Gruz ścielący ulice utrudniał podróż. Musieli patrzeć pod nogi i ostrożnie stawiać stopy, by nie złamać kostki. Nieraz kamyki wyślizgiwał się spod nóg, przez co Muirin prawie się przewracała. Nawet konie się potykały i niespokojnie zarzucały głowami. W tych warunkach podróż wierzchem, do której przywykła, była zupełnie niemożliwa. Księżniczka co chwilę zerkała na otaczające ich domy. Po niektórych pozostały jedynie samotne ściany, inne stanowiły niemal całe budynki z zawalonymi dachami. Puste dziury po oknach napawały ją przerażeniem. Miała wrażenie, że gdy uniesie wzrok, zobaczy stojące w nich dusze poległych, milcząco obserwujące ich przemarsz. Czuła się okropnie musząc patrzeć pod nogi, miała bowiem wrażenie, że wówczas nie zauważy niebezpieczeństwa. Mimo że było ciepłe wiosenne południe, w Arshak Nuuk było chłodno. Zdecydowanie zbyt mroźno, jak na pogodę panującą na zewnątrz miasta. Chłód i unoszący się wokół zapach gruzu sprawiał, że Muirin czuła się, jakby znalazła się w grobowcu. I to takim, który rozciągał się na wiele kilometrów. Podróżowali w milczeniu. Od wejścia do miasta wymienili ze sobą jedynie parę słów. Tylko parskanie koni i odgłos ich kroków zaburzały wszechogarniającą ciszę. Im dalej wchodzili w miasto, tym bardziej Murin czuła się obserwowana. Zauważyła, że i pozostali oglądają się niepewnie dookoła. Poczuła, jak gęsia skórka pokrywa jej ciało. Już dłużej nie mogła sobie mówić, że to jedynie jej wyobraźnia. – Też to czujecie? – spytała i zadrżała, gdy jej głos zabrzmiał zdecydowanie zbyt głośno w otaczającej ich ciszy. – Coś jest nie tak. – Owszem.…