Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 8 min czytania

Zagłada Iriliel. Księżycowy Zakon - Rozdział 4

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Dzwon rozległ się trzy razy, mimo to zwielokrotnione echo sprawiło, że dźwięk niósł się między budynkami jeszcze długo. W tym cichym mieście zdawał się nieznośnie głośny. Muirin obejrzała się przez ramię i dokładnie wpatrzyła się w otaczające ich budynki. Miała wrażenie, że jest to swoisty sygnał ataku i spomiędzy nich wypadnie armia piekielnych bestii. Miasto pozostało jednak martwe, jakby ów dźwięk nie wywołał na nim żadnego wrażenia. – Myślicie, że ktoś tam jest? – spytała Audrey, jeszcze mocniej przytulając się do Rosemary. – I że zobaczył, że tu jestesmy? – Nie sądzę. – Olgierd bacznie spojrzał do wnętrza budynku. – Wydaje mi się, że w jakiś sposób otwarcie wrót uruchomiło ten dzwon. – Myślisz, że to magia? – spytała Muirin. – Że ktoś rzucił na ten budynek klątwę? – Nie sądzę. Gdyby to była klątwa, zapewne już byśmy nie żyli. Księżniczka z trudem przełknęła ślinę. Z niepokojem spojrzała na wieżę. Kiedy zadarła głowę, ogrom budynku sprawił, że zawirowało jej w głowie. Czy naprawdę mogła tu działać magia? Muirin nigdy nie widziała jej w działaniu. Po Wojnach Magicznych nie pozostało wielu obdarzonych, dlatego ludy Savath odzwyczaiły się od towarzyszącej im mocy. Nikt jednak nie miał wątpliwości, że ona naprawdę istnieje. Usłyszała za sobą szelest i szybko spojrzała w tym kierunku. Cienie jeszcze bardziej się pogłębiły. Wyglądały nawet, jakby były zbyt mroczne i wielkie, jak na ilość padającego światła. Jeszcze bardziej poczuła się, jakby ktoś ją obserwował. Choć wpatrzyła się dokładnie w każdy załom budynków, nie dostrzegła niczego, co mogłoby wywołać ów dźwięk. – Chodźmy do środka – orzekła. Puściła wodze i ruszyła powolnym krokiem do przodu, a jej eskorta podążyła u jej boku. Serce tłukło jej się w piersi niemiłosiernie, wiedziała jednak, że jako następczyni tronu nie może sobie pozwolić na to, by rządziły nią emocje. Poza tym czuła, że w środku będą o wiele bezpieczniejsi. Coś czaiło się między budynkami, a ona nie miała ochoty dowiadywać się, co to takiego. Kiedy podeszła do Olgierda, mężczyzna wyciągnął rękę, żeby ją zatrzymać. Spojrzała mu w oczy. Nawet on, najbardziej dla niej nieustraszony człowiek, miał w oczach strach. Doskonale zdawała sobie sprawę, że ostatnią rzeczą, na którą miał ochotę, było wchodzenie do Katedry. Wiedziała jednak również, że nie wpuści jej tam, dopóki nie sprawdzi otoczenia. Powoli skinęła głową. Mężczyzna odetchnął i wyjął z plecaka hubkę, krzesiwo oraz podróżną lampę. Po chwili zalało ich migotliwe światło. Sprawiło, że i wnętrze budynku się rozjaśniło. Zobaczyła pustą przestrzeń, zdającą się ciągnąć w nieskończoność. Nie dostrzegła tu żadnych mebli, czy rzeźb. To przeraziło ją jeszcze bardziej. Pustka sprawiła, że panował tu niesamowicie uroczysty klimat. – Niech Kenneth pójdzie z tobą – powiedziała. Zobaczyła, jak trzydziestoletni wojownik puścił wodze wierzchowca i podszedł do nich. Z jego miny nie można było nic wyczytać. Pot spłynął po jego ogorzałej skroni, żłobiąc tunel w pyle z otaczającego ich gruzowiska. Jedynie on świadczył o targających mężczyznę emocjach. Krótkie, brązowe włosy miał rozwichrzone na wszystkie strony. Starannie utkana kolczuga, która w normalnych okolicznościach stanowiła doskonałą ochronę, w tym miejscu zdawała się zupełnie nieprzydatna. Dwóch mężczyzn skinęło sobie głowami. Położyli plecaki z wyposażeniem na ziemi. Olgierd złapał lampę w lewą rękę, prawą ujmując swój stary, wysłużony miecz. Choć nie wyglądał tak majestatycznie jak miecze szlachty, zapewnił mężczyźnie więcej wygranych niż jakikolwiek piękny oręż możnych. Obaj wojownicy przeszli przez uchylone drzwi i zniknęli we wnętrzu.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%