fantastyka · 8 min czytania
Zagłada Magów cz.2
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Poranek w lesie był przepiękny. Promienie słoneczne leniwie przebijały sie poprzez bujne korony drzew i padały na zimię, tworząc fantastyczne plamy światła. Piętrzące się wysoko krzewy, zieleniły się dumnie w tych pierwszych promieniach słońca. Gdzieś między potężnymi drzewami przemykały zwierzęta, poszukujące pożywienia. Obrazu dopełniał dobiegający z wysoka, radosny śpiew ptaków witających nowy dzień. Mimo pozornej harmonii tego obrazu, coś tu się nie zgadzało. Niby wszystko było jak codzień. Las poraz kolejny wesoło obudził się do życia, jednakże Terran nie mógł się pozbyć wrażenia, że coś tu nie gra. Wyczuwał w powietrzu jakąś dziwną aurę, potężna i niepojętą. Zupełnie jakby jakaś nadprzyrodzona istota postanowiła odwiedzić las. Terran nie miał wątpliwości, że należy sprawdzić co się dzieje. Podniósł do ust dmuchawkę, wiszącą mu na szyi i dmuchnął. Po chwili dało się słyszeć trzepot skrzydeł i spomiędzy drzew wyłonił się dość duży sokół, który podleciał do człowieka i usiadł mu na ramieniu. -Widzę że ty także jesteś zaniepokojony Harsie.- Na te słowa sokół gwałtownie pokiwał głową.- Coś się dzieje w naszym lesie.- Znów skinienie.- Wezwij inne ptaki i wraz z nimi przeszukaj nasze "królestwo".- Sokół poraz kolejny skinął głową, po czym odleciał. Terran sięgnął po łuk wiszący mu na plecach i takze ruszył penetrować las. Kierunek wybrał na chybił trafił, bowiem aura mocy była wszechobecna. Czujnie rozglądał się na boki i starał się przebić wzrokiem gęstwinę drzew. Po jakichś trzydziestu minutach, podleciał, do niego Hars i zaczął nerwowo machać skrzydłami, pokazując Terranowi, żeby za nim poszedł. Człowiek natychmiast domyślił się o co chodzi i pobiegł za ptakiem, który szybko ruszył między drzewa. Biegł tak jakieś dwadzieścia minut, aż w końcu zaczął silniej odczuwać aurę. Po kolejnych pięciu minutach wypadł na sporą polanę. Hars zatrzymał się, więc Terran uczynił to samo, i zaczął się rozglądać. Kilka metrów od granicy lasu, w trawie leżał jakiś mężczyzna. Terran niepwenie zaczął się do niego zbliżać z łukiem w pogotowiu. Gdy był już blisko leżącego, ten jęknąl i poruszył się, po czym nieznacznie się podniósł, opierając się na łokciach. Terran przyjrzał mu się uważnie i zobaczył, że jest on odziany w czerwoną szatę, czarną na ramionach. Ma krótki zarost koloru wegla, a także dziwne oczy, zmieniające kolor za każdym razem gdy się na nie spojrzało. -Czy jesteś magiem panie?- Terran lękliwie opuscił łuk. Pevart spojrzał na niego, jakby dopiero co go zauważył. -Tak jestem magiem, a ty?- Odparł. -Jestem opiekunem tego lasu. -Terran? Łucznik zdumiał się, słysząc swoje imię wypowiadane, przez maga. -Skąd mnie znasz panie? Pevart spróbował wstać i choć z trudem, to jednak mu się to udało. -Nieważne.- Rozejrzał się chwilę, po czym wskazał ręką ponad drzewami.- Czy tam jest wschód? -Tak panie. -Dziękuję Terranie, do zobaczenia. Po tych słowach Pevart podskoczył, a w chwilę potem w jego miejscu pojawiła się ognista kula, która z ogromną predkością pognała w kierunku wschodnim. Terran patrzył chwilę, za oddalającą się szybko kulą, po czym rzekł do Harsa: -Musi się dziać coś bardzo złego, skoro magowie zstępują na ziemię.
Sala była przestronna, ze wspaniałą kolumnadą pośrodku. W oknach widniały przepiękne witraże, przedstawiające sceny z długoletniej historii istnienia magów. Na końcu kolumnady znajdował się misternie rzeźbiony w drewnie tron. Siedział na nim starszy mężczyzna w żółtej szacie. Miał on długie, siwe włosy i brodę opadająca na kolana. W tej chwili zaciskał dłonie na poręczach fotela i patrzył na jakiś nieokreślony punkt przed sobą. -Zbliżasz się. Dobrze, bardzo…