Akcja · 28 min czytania
Zagubiona
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
PROLOG W Cleveland jest tak jak w każdym innym mieście w stanie Ohio . Są parki, baseny, sklepy, wielkie centra handlowa, kawiarnie, kręglarnie, parki rozrywki dla dzieci, ośrodki ludzi uzależnionych od narkotyków. Są tez kluby nocne, ogromne, kolorowe w środku, zawsze przepełnione tłumami ludzi. Pamiętam, że gdy byłam mała i mama opowiadała mi o tym mieście byłam bardzo ciekawa jacy mieszkają tam ludzie, jak wyglądają ulice, sklepy, wszystko co miało otaczać mój nowy dom. Przeprowadziliśmy się cztery lata temu, kiedy skończyłam ledwo dwanaście lat. Wszystko zdawało się być inne, nowsze, lepsze i ciekawsze. Tata obiecywał mi mnóstwo atrakcji, długie wycieczki, parogodzinne zakupy, elitarną szkołę. Kiedyś zdawało mi się to takie odległe i niemożliwe, wręcz nieosiągalne dla kogoś takiego jak ja, mieszkańca prowincjonalnej wioski. Gdy przeniosłam się do nowego domu, dotarło do mnie coś jeszcze, coś tak dziwnego, że wiele o tym myślałam. Mieszkając na wsi nie widywało się ludzi dobrych i złych, jak to sobie kiedyś tłumaczyłam. Wszyscy byli beztroscy i uśmiechnięci. Po przeprowadzce spędzałam dużo czasu przyglądając się przechodniom czy moim sąsiadom. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że nie wszyscy są tacy, jakich sobie wyobrażałam. Widywałam ludzi wiecznie pijanych, naćpanych, dziwnie radosnych, niewiele zresztą ode mnie starszych. Okazało się, że jest mnóstwo młodzieży z problemami, bez rodzin, lub mających patologiczne korzenie. Ale nim zdążyłam się czegoś o nich dowiedzieć moja mama zabroniła mi mieć z nimi jakiekolwiek kontakty. Nie pozwala mi nawet się im przyglądać. Więc odcięłam się od całej biedoty mieszkającej w tym mieście i już nigdy nie starałam się ich poznać i zrozumieć.
Rozdział 1. Kiedy byłam małą dziewczynką i tata opowiadał mi o wielkich rzeczach, które mogę osiągnąć jako dorosła osoba, wierzyłam w każde wypowiedziane przez niego słowo. Miałam osiem lat, wraz z rodzicami mieszkałam w małej mieścinie położonej niedaleko hrabstwa Burlington. Nie miałam większych zmartwień, więc codziennie rano razem z tatą chodziliśmy nad morze. Pamiętam jak patrzyliśmy na piasek, przypominający mi mąkę i słońce rażące mnie w oczy. Zawsze siadywaliśmy na niewielkiej skarpie i razem słuchaliśmy szumu morza. Słuchałam często opowieści z młodości rodziców, tego jak się w sobie zakochali, jak wyglądał ich ślub. Tata wydawał się zawsze rozmarzony opowiadając mi o tym. Obiecywał mi też wiele najróżniejszych rzeczy, o których nie miałam wtedy pojęcia. Mówił, że zamieszkamy w nowym domu w miejscowości Cleveland. Opowiadał o atrakcjach jakie mnie tam czekają i o szkole do której mnie poślą. Większość moich marzeń z dzieciństwa nie uległa zmianie, zapragnęłam ich jeszcze więcej. Ale zmieniło się wszystko inne. Rodzice, dom, znajomi, otaczanie, wydawało mi się że tylko ja pozostałam niezmiennie taka sama – rozmarzona , z wizją idealnego świata który wpoił mi mój tata. Ale rzeczywistość była całkiem inna, przywykłam do niej, zrozumiałam ale nigdy nie pokochałam. Nie byłam też już dłużej ośmioletnią dziewczynką, lecz szesnastolatką mieszkającą ze swoją matką i dwojgiem zwierząt w niewielkim domku w miejscowości o której opowiadał mi tata. Kiwając się na krześle rozmyślałam o tym wszystkim ale jak zawsze, przerwałam nie myśląc już o przeszłości. Siedząc przed monitorem mojego starego komputera rozmyślałam o jutrzejszym dniu. Pocieszałam się myślą, że to zwykła rozmowa. Tylko, że od tego spotkania zależeć będzie moja przyszłość. Wyjrzałam za okno, pogoda w żadnym stopniu nie mogła poprawić mi dzisiaj humoru. Ciemne chmury unoszące się nad Cleveland była zbyt przygnębiające, chociaż powinnam już do takiej aury przywyknąć. Jeszcze tylko rok – pocieszałam się w myślach. Jeśli oczywiście wszystko pójdzie po mojej myśli – poprawiłam się zaraz. Podeszłam do odtwarza i włożyłam moją ulubioną płytę by przez krótką chwilę móc się zrelaksować. Zaczęłam niecierpliwie przebierać palcami po blacie mojego biurka. Nagle Shaggy zeskoczył z szafy prosto na moje kolana. Podskoczyłam zdziwiona ale zaraz się uśmiechnęłam i zaczęłam drapać go za uchem. Jedynym dźwiękiem jak wydawał praktycznie przez cały czas było miarowe mruczenie. Gdy usłyszałam pierwsze tony melodii wzięłam swojego kompana na ręce i położyłam się na łóżku zamykając w tym samym momencie oczy. Nie starałam się myśleć o niczym związanym z jutrem – inaczej już dawno popadłabym w obłęd. Jednak gdy drzwi do mojego pokoju zaskrzypiały otworzyłam niechętnie oczy i spojrzałam w bok. -Nie przeszkadzam ci?- zapytała mama przyglądając mi się z pewnej odległości. -Nie, możesz wejść. -Wszystko w porządku? Czemu siedzisz tutaj sama?- spytała siadając na kanapie. -Odpoczywam- odpowiedziałam, ale widząc jej minę dodałam jeszcze- a zaraz biorę się za czytanie lektury. -Przecież termin macie dopiero na za dwa tygodnie. -Tak, ale wolałabym mieć to z głowy. Posłała mi kolejne zdziwione spojrzenie. Tak, niestety ale przyznałam się już dawno przed sobą , że byłam kujonką. Nauka była dla mnie po prostu czymś istotnym, czego nie należało zaniedbywać. -Jak chcesz- odparła wzruszając ramionami- ale jest dzisiaj niedziela. Nie wolałabyś spotkać się z kimś? Przez cały weekend nie wyszłaś z domu. -Przecież byłam wczoraj na spacerze. -Tak – odparła kwaśno – z psem. -Sprawiło mi to przyjemność – odparłam przekornie. -Zadzwoń do Chloe, wyrwij się gdzieś i przestań zadręczać jutrem. To nic nie da, uwierz mi. -Wiem- opowiedziałam szybko żeby mnie nie przejrzała – wcale się nie stresuje. -Zbyt dobrze cię znam. To dobrze, że jesteś świadoma jak ważny jest jutrzejszy dzień, ale bez przesady. Chociaż tak mówiła, dobrze wiedziałam jak bardzo na mnie liczy. Ciążyła na mnie duża presja, wiedziałam, że gdyby rozmowa kwalifikacyjna poszła mi źle, mama byłaby naprawdę zawiedziona. -Ok.- odparłam ugodowo. Już nie będę o tym myśleć. Ale nie chce nigdzie wychodzić, pogoda jest paskudna. Tylko zmoknę. -Przecież nie pada – odpowiedziała mi patrząc przez okno. -Ale to nie znaczy, że nie będzie. Westchnęła ciężko ale zaraz dodała: -To może niech Chloe przyjdzie z Tobą posiedzieć?- nie dawała za wygraną. -Dobrze, zadzwonię do niej- powiedziałam marząc tylko by przestać się z nią już spierać. Uśmiechnęła się, wstała i podeszła do drzwi, ale chwilę przed wyjściem zwróciła się jeszcze w moją stronę. Wzięła głębszy wdech i powiedziała: -Byłabym zapomniała, dzwonił twój ojciec. -Tak?- spytałam zdziwiona- czemu? Coś się stało? -Nie, nie… chciał cię gdzieś dzisiaj zabrać, obiecałam mu, że oddzwonisz i dasz mu odpowiedz. Ale pamiętaj proszę, że masz trochę nauki. O mało nie wywróciłam oczami, według niej na spotkania z tatą miałam za mało czasu, ale na Chloe to co innego… -Jasne, zadzwonię do niego zaraz, ale nie przejmuj się i tak z nim nigdzie nie pójdę, wiem, że jest zajęty i nie będę zabierać mu czasu. Niedługo zbliża się termin oddania tego ważnego projektu nad którym pracował przez ostatnie miesiące. -Tak?- zainteresowała się- o jaki projekt chodzi? -Nie wiem- odparłam wymijająco- ale to coś ważnego. Kiwnęła głową i wyszła zostawiając mnie samą. Spojrzałam na zegarek- zbliżała się czternasta. Obliczyłam w myślach, że jeżeli naprawdę bym się pospieszyła zdążyłabym jeszcze dotrzeć do wolontariatu z którym związana byłam od dwóch lat. Czasem dziwiły mnie pytania znajomych po co to robię. Odpowiadałam zawsze : czy może być lepszego niż bezinteresowne poganie innym? Jak mogło nie dawać to satysfakcji? Podeszłam do szafy, wzięłam zielony sweter i zbiegając schodami na dół zaczęłam zakładałam go przez głowę. Minęłam siedzącą w salonie i pijącą herbatę mamę. Pobiegłam do przedpokoju i zaczęłam zakładać buty. Gdy się odwróciłam stała przede mną już ze zdziwioną miną. -Dokąd się wybierasz? -Jadę do wolontariatu.- odparłam zakładając kurtkę. -O tej porze? Przecież za godzinę zamykają. A zresztą po co masz tam teraz jechać? -Chce porozmawiać z Margaret. To istotna sprawa, uwierz mi. Będę z powrotem za półtorej godziny. Trzymaj się – powiedziałam wychodząc i zamykając za sobą drzwi. Otworzyłam sobie furtkę i wyszłam na chodnik przed naszym niewielkim domkiem. Spojrzałam nieufnie w niebo, z obawą, że zacznie padać nim bezpiecznie dotrę do celu. Jedynym dźwiękiem, który teraz słyszałam było plaskanie wydawane przez moje buty. Gdy po paru minutach doszłam do skrzyżowania z główną ulicą zaczęłam zmierzać w kierunku przystanku autobusowego. Usiadłam wygodnie na ławce i spojrzałam na zegarek. Na szczęście autobus miał przyjechać za dwie minuty. Wyciągnęłam swojego iPoda i jak zawsze, gdy na coś oczekiwałam, włożyłam słuchawki do uszy i starałam skupić się na muzyce. Nie bardzo mi to jednak wychodziło wiec po chwili zrezygnowałam. Nie miałam podzielnej uwagi wiec gdy skupiałam się na jednej rzeczy nie robiłam drugiej. Zaczęłam zastanawiać się co ustalę z Margaret i jak zareaguję na moją nowinę. Zawsze była mi bardzo przychylna więc liczyłam, że i tym razem się to nie zmieni. Chciałam po prostu usłyszeć : tak na moją jedną prośbę. Nagle podjechał wyczekiwany przeze mnie autobus więc chwyciłam leżącą obok mnie torebkę i weszłam do niego. Oprócz mnie w pojeździe było może osiem osób toteż wygodnie rozsadowiłam się na siedzeniu koło okna. Wpatrywałam się w szare, smutne budynki bloków. Mieszkałyśmy z mamą w dzielnicy oddalonej niego od centrum miasta, zawdzięczałyśmy to tacie, który niegdyś tak to sobie wszystko wymarzył. Niewielki dom prawie na przedmieściach miasta, w jakimś zaciszu, a placem zabaw w parku i kawiarnią do której mógłby zachodzić każdego ranka. Marzenia jednak te runęły w gruzach wraz z dniem gdy rodzice poinformowali mnie, że się rozwodzą. Była to tragiczna nowina, jak dla dwunastolatki, którą wtedy byłam. Mój ojciec, Mark założył nową rodzinę wraz z koleżanką z pracy. Ellie jest obecnie w ósmym miesiącu ciąży, co oznaczało, że niedługo będę miała rodzeństwo. Pamiętałam, że jako mała dziewczynka zawsze o tym marzyłam. Zostałam nawet poproszona przez Ellie o pomoc nad małym zaraz po jego narodzinach. Oczywiście mama nie była zachwycona tym pomysłem, ale w ostateczności zgodziła się. Przypomniałam jej wtedy, jak powtarzałam mi niegdyś że parę dni z niemowlęciem dobrze by mi zrobiło. Choć nigdy nie zauważyłam, że jestem niecierpliwą osobą, mama zawsze twierdziła inaczej. Tak więc przez parę dni miałam zostać tymczasową niańką co bardzo mnie cieszyło. Może był to też dobry moment na zacieśnienie więzi z żoną taty? Ponoć nic tak nie spaja ludzi jak wspólna opieka nad dzieckiem. Ellie była ciepłą osobą, choć kiedyś nie potrafiłam tego przyznać. Przez długi czas mówiłam o niej tylko i wyłącznie jako o nowej żonie mojego taty. Nie był to skutek trudnego okresu dorastania, bo u mnie przebiegał on wyjątkowo łagodnie. Kiedy moje koleżanki buntowały się w wieku czternastu lat, chodząc na imprezy i pomimo próśb rodziców wracały nad ranem do domu, ja siedziałam w swoim pokoju czytając książki i snując się od kanapy do komputera. Dzięki temu oszczędziłam sobie i mamie wielu niepotrzebnych kłótni. Zawsze uważałam, że miała ona wystarczająco dużo innych problemów, a ja nie chciałam być kolejnym. Gdy autobus zatrzymał się na przystanku wstałam i wysiadłam z niego zerkając w tym samym momencie na zegarek. Nie miałam już zbyt wiele czasu, wiedziałam, że Margaret równo o piętnastej wyjdzie więc przyspieszyłam kroku. Mijałam pojedynczych ludzi, to miejsce bardzo różniło się w poniedziałki i niedziele. W weekend było tu cicho i pusto, ludzie raczej odpoczywali w domu po całym tygodniu pracy. Zresztą przy budynku wolontariatu prócz sklepu spożywczego i apteki i kiosku nie było nic interesującego. Ani placu zabaw, ani parku, basenu czy centrum handlowego. Jedynie cisza i spokój, ale nie mogłam sobie wyobrazić lepszego miejsca dla tego ośrodka. Ta okolica tak bardzo do niego pasowała. Gdy przekroczyłam po paru minutach marszy próg budynku, ochroniarz siedzący zawsze w tym samym miejscu i robiący codziennie dokładnie to samo, czyli czytanie gazety, podniósł głowę i spojrzał na mnie kiwając z głową na przywitanie. Uśmiechnęłam się do niego, odwiesiłam na wieszak płaszcz i udałam się na drugie piętro. Po drodze widywałam pracowników witających się ze mną oraz kilka starszych osób w szlafrokach. Wiedziałam, że nie tylko ja czułam jakbyśmy wszyscy byli pewnego rodzaju rodziną mocno do siebie przywiązaną. Gdy dotarłam do pokoju nr 12 zapukałam i uchyliłam nieznacznie drzwi. Margaret zobaczyła mnie po chwili i zaprosiła gestem dłoni. -Kogo my tu mamy?- spytała jakby sama siebie patrząc na mnie- siadaj proszę. -Dziękuje, mam nadzieje, że nie przeszkadzam? -Skądże, dziwi m nie tylko twoja obecność. Czekałam na ciebie we wtorek. -Wiem, ale chciałam porozmawiać z Tobą już dzisiaj. Mam wolny dzień i pomyślałam, że wpadnę na chwilę, ale jeśli masz dużo roboty to przyjdę we wtorek. -Nie, no co ty. Nie cierpię oczywiście na brak zajęć ale dzisiaj nie tonę w masie papierkowej roboty. To nawet dobrze , że przyszłaś- powiedziała zamyślając się na chwilę- masz dzisiaj trochę więcej czasu? -Tak, oczywiście. A o co chodzi? Jakaś pielęgniarka się rozchorowała? Mam ją zastąpić?- zapytałam skora do pomocy, ale nie zapominałam też po co tu przyszłam. -Nie, nic z tych rzeczy. Za trzy tygodnie chciałabym urządzić urodziny Pani Buckle, wyobraź sobie , że skończy wtedy dziewięćdziesiąt lat ! to taki piękny jubileusz, pomyślałam, że może pomogłabyś mi w zrobieniu zaproszeń dla gości i przygotowaniu tej imprezy? Uśmiechnęłam się i kiwnęłam energicznie głową. Nie miałam co prawda zbyt bujnej wyobraźni i nigdy nie kwapiłam się do organizowanie jakichkolwiek imprez, ale wiedziałam, że zrobią wyjątek. Pani Buckle mieszkała w ośrodku od bodajże piętnastu lat. Była ciepłą, otwartą osobą. Nie mogłam wyobrazić sobie nic piękniejszego niż przygotowanie jej urodzin. -Jasne, że pomogę, to świetny pomysł. Ona na pewno będzie zachwycona. -Ale nie chce jej o tym mówić, dobrze? To ma być…