Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Thriller · 8 min czytania

Zagubiony

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Trzęsącą się ręką Filip podnosi szklankę do ust: - Gdzie jestem? - Codziennie mnie o to pytasz. – odpowiada Adrian – Od roku jesteś w tym samym miejscu. W przytułku na Mokrej. - Co ja tutaj robię? - Zadajesz nudne pytania. A pamiętasz chociaż kim jesteś? - Pamiętam. Jestem złotnikiem. - Filip zatapia się we wspomnieniach - //Siedzę w swoim zakładzie, patrzę przez okno. Ludzie przechodzą chodnikiem, niektórzy zaglądają przez okno na wystawę, niektórzy kłaniają się i uśmiechają, czasami ktoś splunie na chodnik i idzie dalej, jakby świat obok niego nie istniał. Jakaś kobieta właśnie weszła do środka. Nie wygląda na taką, na której złotnik mógłby zarobić. Ma stare, niemodne i mocno już podniszczone ubranie, prowadzi za rączkę małą dziewczynkę. Dziewczynka jest bardzo blada i wygląda na chorą. Kobieta patrzy na mnie wzrokiem zwierzęcia, które wpadło w sidła i nie potrafi się z nich wydostać. Stoi tak przez chwilę, po czym jąkając się zaczyna mówić „Czy mógłby pan?… Czy nie miał by pan? … Czy jest możliwe, by dał mi pan, choć jedną monetę na bułkę dla mojej córeczki?” Wziąłem całą garść monet i dałem jej „Proszę i niech pani z nią idzie do lekarza, nie wygląda zdrowo.”// Jestem złotnikiem – powtarza raz jeszcze Filip wracając do rzeczywistości. Adrian patrzy na niego i kiwa głową. Filip siedzi w fotelu, ma problemy z poruszaniem się. Jego lewa ręka i lewa noga są nieomal bezwładne. Jego umysł wydaje się być w podobnym stanie. Próbuje skupić myśli, by z chaosu tego, co w nim się kłębi wyłowić jakieś ziarno prawdy. // Marta i Jerzy siedzą w pokoju obok, kłócą się jak zwykle ostatnio. Nie, nie ma sensu się łudzić, to już się nie ułoży. Zawsze myślałem, że oni są inni, że się kochają, szanują, dbają o siebie nawzajem, a przy okazji i o mnie, ale oni są tacy sami jak moi rodzice. Kłócą się o byle drobiazg, czynią sobie wymówki i robią sobie na złość. Tylko patrzeć jak zaczną mnie w to wciągać i wszystko znowu zacznie skupiać się na mnie. Nie zgadzam się na to. Wchodzę do ich pokoju. Patrzą na mnie pytającym wzrokiem: „To koniec, nie wytrzymam z wami dłużej. Widzicie, ja naprawdę jestem wam wdzięczny za te wszystkie lata, które spędziliśmy razem, jednak nie potrafię tak żyć.// Filip budzi się z drzemki z przykrym uczuciem piasku w ustach – nie wie czy to, co przed chwilą widział, to sen, czy też odbicie jakichś wspomnień. Za moment nie pamięta już, co mu się śniło. - Gdzie jestem? – pyta po raz kolejny Filip. - Ależ ty jesteś nudny. Nadal w przytułku. - W jakim przytułku? Kim ty jesteś? Kim są ci wszyscy dziwni ludzie wokół? - Dziwni? A ty niby, jaki jesteś? I kim jesteś, ale tak naprawdę? - Jestem złotnikiem. //Siedzę w swoim sklepie. Za oknem pada deszcz. Ludzie spiesznie przechodzą, nie patrzą nawet na moją wystawę, nie mówiąc o tym by weszli do środka coś kupić. Kilka psów obszczekuje jakiegoś chłopca, biedaczysko stanął tuż pod moim oknem i nie wie, co począć by się ich pozbyć. Psy ciągle ujadają, a deszcz pada jednostajnie. Wychodzę przed sklepik, odganiam psy i zapraszam chłopca do środka// Jestem złotnikiem i dobrym człowiekiem z tego, co pamiętam. – Odpowiada na głos Filip. - Dobrym człowiekiem – powtarza Adrian, uśmiechając się i pokazując żółte zęby – Ty najdalej za dwie godziny nie będziesz pamiętał, że ze mną rozmawiałeś, jak więc możesz pamiętać czy jesteś dobrym, czy złym człowiekiem. Filip znowu zapada w drzemkę. Chaotyczne myśli przenoszą go to w jedno miejsce, to znów w inne. Niewyraźne wspomnienia zaczynają się robić coraz bardziej klarowne. // ”Moi rodzice spłonęli w pożarze – odpowiada Filip. Marta przytula go mocno, a łzy same cisną jej się do oczu. ”Dlaczego tak się dzieje, że takie biedne, małe istotki zostają na świecie zupełnie same.” Marta ocierając łzy dodaje „Ale ty już nie będziesz sam, teraz już zawsze będziesz z nami.” „Skoro wszystko już załatwione, to chodźmy” – mówi Jerzy. Jak oni się kochają, a część tej miłości spływa

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%