Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Przyjaźń · 10 min czytania

...Zagubiony...

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Robiło się ciemno. Latarnie świeciły mocnym , drażniącym o tej porze dnia światłem. Mrużyłam oczy wpatrując się w miejsce gdzie stała jedna taka latarnia. On siedział na ławce pod nią. Głowę miał nisko spuszczoną i płakał.... Kim był? Nie wiem. Nie znałam go. A jednak był na tyle interesujący, że przez bite piętnaście minut stojąc na przystanku wgapiałam się w jego wychudzoną i słabą posturę. Miał około dwunastu lat - tak go oceniłam okiem przyszłego pedagoga. Miał rzadkie, błyszczące nawet w świetle tego słabego światła, włosy. Głos jaki z siebie wydawał rzęził i drażnił ucho. Słuchając go próbowałam w tym nieprzyjemnym dźwięku doszukać się przyczyny, dlaczego ludzie omijają go szerokim łukiem. Być może właśnie w ten sposób usprawiedliwiałam sama siebie. To, że jeszcze do niego nie podeszłam, nadal stałam po drugiej stronie ulicy i tylko wlepiałam w niego wzrok siląc się, by nie wzbudzać sensacji ludzi, którzy mnie widzieli. Dręczyła mnie jedna myśl, która wwiercała się w głowę i nie dawała się ruszyć. Na cholerę mi studia pedagogiczne, skoro nie umiem nawet podejść do płaczącego dziecka? Nie wiem czy on płakał. Właściwie jak zdefiniować płacz? Płacz jest wtedy kiedy z oczu lecą zły? Nie widziałam łez na jego policzkach, bo głowę miał nisko spuszczoną. A może płakał ktoś, kto wydawał z siebie dźwięki płaczu. Tylko w takim razie nie wiem czy to co działo się z tym chłopcem można nazwać płaczem. To brzmiało inaczej. Pierwszy raz słyszałam coś takiego... To było jak wołanie. Może on kogoś wołał i być może tym wołaniem sprawiał, że ludzie małej wiary - ludzie tacy jak ja, bali się podjeść i woleli omijać go szerokim łukiem. Czy tak trudno jest zapytać? Ja nie potrafię. Trudno mi wyjaśnić dlaczego. W gardle czułam łzy żalu, wyrzucając sobie, że jestem tchórzem, ale nijak wpłynęło to na moje dalsze postępowanie. Może pomijając fakt, że zaczęłam nerwowo przystępować z nogi na nogę. Wolałam skryć się w cieniu, tak by nie wzbudzać zwykłej sensacji i aby tylko raz na jakiś czas zauważyć pytające spojrzenia przechodniów, którzy myśleli zapewnie, że czaję się na coś lub na kogoś. Może mieli rację...

Zapatrzona w chłopca jak w obrazek zauważyłam, że na jego głowie osiadł liść, którego kolor zlewał się ze złotym odblaskiem jasnych włosów chłopaka. Płacz nie ucichł nawet na moment, jednak moje uszy zaczęły się przyzwyczajać do decybeli. Zastanawiałam się skąd mały ma tyle energii, że wydaje z siebie tak nieludzkie jęki. Na moje oko wyglądał jak chłopak, który niebawem kończy podstawówkę i tym bardziej dziwne wydawało mi sie, że tak eksponuje swoje uczucia. Przecież właśnie zaczynał się wiek buntu. Powinien pójść na piwo, a nie siedzieć i mazać się na ławce, tuż przy głównej ulicy miasta. - Dzień dobry - z zamyślenia wyrwał mnie znajomy głos. Odwróciłam się w stronę z której dochodził i stanęłam oko w oko ze znajomą mojej mamy. Odpowiedziałam krótkim zwrotem grzecznościowym i znów nałożyłam na siebie maskę obojętności. - A co Ty teraz robisz, Karolinko? - padło pytanie wypowiedziane na mój gust zbyt "słodkim" głosikiem. Jedno słowo przychodziło mi w tej chwili na myśl: Natręctwo. Coś czego nienawidzę. - Czekam na autobus - skłamałam. Nie musi wiedzieć, że przyszłam tu dokładnie trzy autobusy temu. - Rozumiem. Ale chodzi mi o to, co robisz generalnie. - Studiuję - odpowiedziałam siląc się (jak zwykle w takich sytuacjach) na nieodstępujący ode mnie uśmiech. - A gdzie? A co? - chciałam zakończyć ten słowotok, wiedziałam jednak, że nie przyjdzie mi to łatwo. - Pedagogikę. Na UKSW. - Cisza. Na szczęście nie padł żaden komentarz na temat tego, że Karolina poszła w ślady swoich przodków.... Nienawidzę tego. - Jedziesz do domu? - kolejne pytanie. Miałam ochotę wykrzyczeć: "Nie! Nie jadę do domu! Nie! Nie chce z panią gadać! Nie lubię pani! I nie! Nie wrócę z panią kontynuując rozmowę na temat, który mnie w ogóle nie interesuje!". Na głos jednak nie powiedziałam nic, kiwnęłam tylko głową na znak, że zostaję. - No dobrze. - w jej głosie wyczułam zawód. - Ja lecę, bo się spieszę. Pa. Patrzyłam jak wsiada do autobusu, który właśnie podjechał i zastanawiałam się czego właściwie oczekuje. Naprawdę myśli, że powiem do niej "Pa"? Nie sądzę. Cóż. To tylko jedna z wielu znajomych mamy, która żegna się w ten sposób. Jak niektóre witające się, słowem "Cześć" jakby naprawdę liczyły, że odpowiem to samo pięćdziesięcioletnim kobietom? Myślę, że w ten żenujący sposób chcą po prostu pokazać jak bardzo są współcześni. Kiedy odjechała uśmiechnęłam się pod nosem. Na moment zapomniałam o moim "przyjacielu". W głębi duszy wiedziałam że nazywanie go w ten sposób to czysta hipokryzja, a jednak tak właśnie określiłam go podświadomie, gdy po raz kolejny na niego spojrzałam. Chłopak wciąż płakał, wciąż z tą samą siłą. Przechodnie wciąż patrzyli na niego z…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
...Zagubiony... — czytnik · opowiadania