Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 10 min czytania

Zagubiony Wędrowiec snu.

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Szedł długim wiszącym mostem.Po jego drugiej stronie było zbiorowisko ludzi, wesołych , uśmiechniętych. Młode dziewczyny i młodzi mężczyźni rozebrani do połowy leżeli opalając się. On się zatrzymał spojrzał na nich, jednak mimo może dwóch,lub trzech oczu zwróconych w jego stronę nikt się nie obejrzał ani nie zainteresował jego osobą. Stojąc tak pomyślał "co ja tutaj robię? I po cóż tyle trudu było aby dotrzeć tutaj?" Postanowił już tak naprawdę zanim jeszcze doszedł do celu."Wracam!!" Ta myśl topornie eksplodowała pod jego czaszką. Zawrócił z drogi którą szedł przez jakiś długi czas, jednak nie potrafił określić jaki to był czas. Gdy skończył się już długi most, taki podobny do tego na Manhattanie ,lekko skoczył na zbocze w prawą stronę , hm a może w lewo? Sam nie wiedział. Kroczył teraz między filarami jakichś wiaduktów ,pod którymi było chyba trochę mokro, bo już martensy miał całe oblepione błotem, a niebo teraz zaczęło się robić barwy błotnistej,jakieś takie pod-wieczorno-późno-sierpniowe. Spostrzegł że nie idzie sam a wokół niego idzie co najmniej kilkanaście osób. - Chodźcie ! Szybciej! Szybciej! - wołał jakiś około 25o letni mężczyzna ubrany w dresy do swoich kolegów i koleżanek. Przemierzał ulice tego niezidentyfikowanego miasta, które było chyba Warszawą, albo przynajmniej ją imitowało, jednak idąc tam skąd przyszedł szedł obcą droga , której ku swemu przerażeniu wcale nie poznawał. Wreszcie dotarł do jakiegoś wielkiego placu , na którego końcu mieścił się stary budynek, jakby zbudowany jeszcze za czasów Cara. Wszedł do środka gdyż wydawało się że jest to jedyna droga do przejścia tego odcinka wędrówki. W środku było czuć stęchlizną , ściany były bardzo brudne,korytarz ogólnie sprawiał wrażenie bardzo nieprzyjemnego, na jego zakończeniu znajdowało się jakieś jakby wartownicze pomieszczenie. Zatrzymał się. Pod jedną ścianą siedział podstarzały już około 60 lat ochroniarz.Miał naciągniętą na twarz czapkę z daszkiem i sweter polarowy z napisem na prawym ramieniu "ochrona". Twarz miał zarośniętą, tak jakby z dwutygodniowym zarostem. Mężczyzna ten sprawiał wrażenie bardziej jakiegoś dozorcy , niezwykle znużonego i bardzo zaniedbanego, który świetnie pasował do owego miejsca. Ku swojemu zdumieniu spostrzegł on że ów agent ochrony, a może raczej "stróż" był oświetlony światłem które wydobywało się z lampy naftowej ,która to była postawiona na ziemi po jego prawej stronie. - Jak mam iść dalej ? - zapytał wędrowiec - Dalej? - odpowiedział pytaniem sędziwy ochroniarz tak że ledwo dało się go usłyszeć. - Tak proszę Pana, chciałbym móc iść dalej - odparł. - No to prosto za te dębowe drzwi trzeba wyjść dalej, ale nie gwarantuję chłopie że gdzieś dojdziesz. - Jak to? - zapytał zdziwiony tą dziwaczną odpowiedzią. - Nie wiem.- odrzekł stróż - Jak to Pan nie wie? Nie rozumiem. - Nie wiem. Ja tylko tu siedzę i pilnuję korytarza, a gdzie on prowadzi, to ja nie wiem.Nic mnie to nie obchodzi młody kolego. Rozmawiając stróż nawet jeden raz nie podniósł wzroku na zagubionego wędrowca. Otworzył dębowe drzwi ociekające jakimś śluzem. Po przejściu dwóch, lub może trzech kroków zdał sobie sprawę że dębowych drzwi mogło równie dobrze nie być, jak też mogło równie dobrze nie być żadnej rozmowy ze stróżem.

Droga przed nim był spowita półmrokiem, otoczona z obydwu stron gęsto porośniętymi drzewami. Posuwał się naprzód , chociaż za chwilę spostrzegł iż skręcił jakby w lewo i w tył i zobaczył że wszędzie wokół trawa jest brązowego, zgniłego koloru, porastała ona lekko pagórkowatą dolinę w której się znalazł. Z jego prawej strony znajdował się budynek "wartowni" a na wprost wzgórze, wyboiste i pełne kamieni wystających z mokrej zgniłej trawy. Wdrapywał się na wzgórze z dużym wysiłkiem, mając nieodparta nadzieję że już już, tam dotrze., ale "gdzie'? Tego nie wiedział. Za wzgórzem nie było nic. Jednak nic to nie jest dobre słowo, gdyż widok jaki ujrzał był jednak czymś. Przestrzeń, a może otchłań spowita burą mgłą aż po horyzont. - Tam nic niema ! Ha Ha!Ha! - rozległ się z tyłu głos jakieś bardzo starej wiedźmy, wyjętej jak by rodem z prasłowiańskich legend. Gdy schodził lekko się potknął , ale nie upadł.Wtem zobaczył nieco po prawej stronie wiadukt. Już jął się udać w jego stronę, ale nagle naszła mu myśl aby wrócić do budynku. Wszedł do środka ,ale starego stróża już tam nie było. Natomiast z drugiej strony stał oparty o ścianę jakiś około 20sto letni wysoki ochroniarz i palił papierosa. Wędrowiec spojrzał się tylko i zawrócił z powrotem. Widział kilku podstarzałych i bardzo zapuszczonych ludzi szwendających się po…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Zagubiony Wędrowiec snu. — czytnik · opowiadania