fantastyka · 6 min czytania
Zajaramy, popijemy i całego go zjemy
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Bez zbędnych skojarzeń, proszę!
W naszym owadzim światku zawrzało. Tuż obok stolicy Unii Robaczej pochowano jakąś znaną osobistość, tłustą i doskonale wypasioną na pieniądzach podatników. Ponieważ taka okazja nie zdarza się na co dzień, już teraz do Ukseli waliły niewyobrażalne tłumy, na drogach panował istny chaos, a wolnej kwatery na noc nie można było znaleźć w całym mieście. Po głębokim namyśle i my postanowiliśmy udać się na tą imprezę. Żonka wzięła na plecy córeczkę, chwyciła za odnóże starszego, a ja zarzuciłem sobie dziadka na plecy i ruszyliśmy. W stolicy mieszkał mój brat, kawaler i samotnik, jakby co to obiecał nam na jedną nockę dach nad głową. Droga była upiornie ciężka i gdyby nie docierające do nas plotki o niewyobrażalnej uczcie, chyba byśmy zrezygnowali. W upale, tłoku, uporczywie pokonywaliśmy metr za metrem, w duchu przeklinając pomysł osiedlenia się na prowincji. Dodatkowo trzeba było jeszcze uważać, by nie zostać zjedzonym przez wszelkiej maści awanturników, którym tylko jeden gest wystarczył do wszczęcia rozróby. Kiedy już całkiem nie czuliśmy odnóży, na horyzoncie ukazały się mury miasta. Zaraz potem ujrzeliśmy wielką tablicę z napisem „do świeżych zwłok”, z której uśmiechnięty truposz wesoło mrugał do nas martwym okiem. W zasadzie większość podróżnych od razu kierowała się w tamtą stronę, tylko nieliczni wybierali drogę do miasta. Droga po obu stronach była obstawiona licznymi straganami z pamiątkami. Wiadomo, żaden robak nie pogardzi takimi rzeczami, zawsze warto kupić cokolwiek, co pozwoliłoby się pochwalić przed sąsiadami, jakim to jest się światłym obywatelem Unii Robaczej. Szliśmy więc powoli, przedzierając się przez gęstniejący z każdą chwilą tłum i z ciekawością rozglądaliśmy się na boki. A czegóż to tam nie mieli, na tych straganach – taka fajna czerwono biała chorągiewka wetknięta w gówno; kupiłem córci, niech ma dziecko, na półce sobie postawi, jak już wrócimy do domu. Synek dla odmiany zapatrzył się na sąsiedni stragan, gdzie stały rzędy mniejszych i większych słoiczków z odnóżami ludzkich zarodków po aborcji, elegancko zanurzone w świeżutkiej formalinie. Chłopak zawsze interesował się przyrodą! Dziadek kupił sobie skręta oraz buteleczkę domowego bimberku Walikotki i teraz popijał i popalał ukradkiem, myśląc że nie zdołam tego zauważyć. A co tam, dziś święto, nie będę zramolałemu staruszkowi zazdrościł. My z żonką po długiej naradzie wybraliśmy drewnianą figurkę dwóch bzykających się karaluchów (oczywiście obu rodzaju męskiego, grunt to iść z postępem!), która po powrocie zostanie postawiona na honorowym miejscu na kominku. Ależ będą znajomi podziwiali, ho ho! Zaopatrzeni w pamiątki, syci zakupowych wrażeń, jednakowoż poczuliśmy się odrobinę głodni i spragnieni. Dziadek łaskawie