Duchy · 12 min czytania
Zaklęci w czasie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
"Tak jak dzień docenia się po ciemnej nocy, tak docenia się życie, gdy dotknie nas swoim piętnem - śmierć..."
Rozdział 1
KONIEC I POCZĄTEK
Lato 1987 roku było ostatnim, jakie mieli spędzić razem. Właśnie skończyli szkołę podstawową. Był słoneczny lipiec. Za miesiąc każdy z nich miał wyjechać w inną część Polski do szkół z internatami. Później mieli się spotykać tylko kilka razy w roku. Wiedzieli, że czas zrobi swoje i że już nigdy nie będą stanowić tak zwartej grupy przyjaciół. Chcieli zapamiętać te wakacje na całe życie. I zapamiętali. Mroczne sny, jakie zaczęły ich nawiedzać od tamtej chwili, nie pozwoliły im zapomnieć. Mieszkali tuż przy granicy polsko-czeskiej w terenach mało zaludnionych. Jeszcze wtedy ten zakątek Polski był dziki i nieznany. Szkoła zbierała uczniów do kilkunastoosobowej klasy z terenu o promieniu 20-30 km. Tak się poznali. W szkole. Radunia wraz ze swoim bratem mieszkali w najdzikszej części. Dalej był już tylko las i zakazany teren. Była jedna z lipcowych sobót. Tradycyjnie już wszyscy przyjechali do osady leśnej, by wspólnie spędzić czas przy nowo zakupionym wideo. Ale właśnie wtedy, niewiadomo dlaczego nowy sprzęt przestał działać. W tych dzikich terenach mieszkał jeszcze jeden kolega, który wtedy mógł sobie pozwolić na zakup magnetowidu. Długo się nie namyślali. Część pojechała okrężną drogą na motorach, część z nich udała się na skróty. Brat Raduni poprowadził zmotoryzowanych, Radunia - pieszych. Tylko oni znali teren doskonale. Po drodze piesi starali się rozszyfrować napis na przydrożnej kapliczce. Radunia zawsze zastanawiała się, kto w tych dzikich ostępach dba o to, by zawsze były tu świeże kwiaty. Odkąd pamiętała kapliczka zieleniła się wśród kępy drzew. Nikt jej nigdy nie malował, a przecież farba była jak nowa. Zastanowiła ich data wyryta w kamieniu na podeście. - Patrzcie – powiedział Piotr. – Tak jak dzisiaj. Dziś też jest 7. lipiec. Dzisiaj mija 90 lat, ale od czego? - Nie wiem – powiedziała Radunia, to niemiecki gotyk. Może ktoś tu zginął? A może to kapliczka wotywna? Kiedyś stała ona na granicy wsi. Teraz trudno rozpoznać, gdzie znajdowały się budynki. - Wojna? – spytał Jarek. - Nie... – machnęła ręką – rabusie. Rozebrali tu całe miejscowości, a kamień pojechał na odbudowę stolicy po wojnie. Te słowa wypowiedzieli już w dalszej drodze. Właściwie ich znajomy mieszkał w jedynym domu ocalałym od rozbiórki. Na mapie była to już kolejna miejscowość, choć tak naprawdę dom stał samotnie wśród lasów... Gdy dotarli na miejsce powoli zbliżał się wieczór. Ostatni film skończył się kilka minut przed północą. - Zasiedzieliśmy się. Dzięki Paweł. Następnym razem przyjdź do nas. Coś mi się wydaje, że czeka nas teraz awantura w domu. - Radunia jedź ze mną – powiedział do niej Mieczysław. - Nie braciszku – odparła ze śmiechem. Przyprowadziłam ich tutaj, to i odprowadzę. Spotkamy się pod domem. Zabiorą stamtąd swoje rowery i pojadą. Poczekaj na mnie.
W czwórkę udali się powrotną drogą. Tym razem Radunia nie ryzykowała wąskich ścieżek przez strumienie. Postanowiła odrobinę nadrobić drogi, ale za to cały czas mieli iść duktem. Szli skrajem lasu, przez jedną z wielu polan. Nie uszli zbyt daleko, gdy Piotr przeprosił ich na chwilę. Księżyc, który dotychczas oświetlał drogę, schował się za ciemnymi chmurami. Te same chmury pochłonęły resztę nieba. Zapanował mrok. Odeszli kilkanaście kroków. Piotr pozostał w tyle. Nagle podbiegł do nich, złapał Radunię pod rękę i powiedział nieswoim głosem: - Mamy towarzystwo - ten zazwyczaj opanowany, wysportowany blondyn, zdradzał przerażenie. - Tak? Odparła Radunia. –To na pewno jakiś dzik, albo jeleń. Jest noc, a my jesteśmy w lesie - Radunia wychowana w tych dzikich ostępach nie była skłonna do paniki z byle powodu. - Nie. To nie dzik. Tam po lewej stronie zobacz. - Nic nie widzę. Mówię ci, że to jakieś dzikie zwierzę. - Gdzie była ta kapliczka? - Z lewej strony za tym laskiem. Później będziemy przechodzić bliżej niej. - Złapmy się wszyscy pod ręce, bo jest ciemno jak nie wiem co. - To dobry pomysł. Zaraz wchodzimy w las. - Do diabła! Nic nie widać – powiedział Jarek. Był to niski, krępy chłopak o lnianych włosach, a kartoflany nieco nos i piegi nie dodawały mu urody. - To coś zbliżyło się do nas – szepnął Piotr do ucha Raduni. - O jasny pieron! –niemal równocześnie powiedziała Radunia – zeszliśmy z drogi! - Przecież widzisz w nocy! – wyrzucił jej Artur. – Jak prowadzisz?!- Gdyby był dzień zobaczyłaby w jego czarnych oczach błysk złości. W tym najprzystojniejszym ze wszystkich chłopaków, jakich znała, kochały się wszystkie dziewczyny. Z Radunią przeważnie się kłócił, jednak zawsze był na wszystkich spotkaniach u niej... - Przykro mi, ale nic nie widzę. Nawet was nie widzę. Powoli weszli z powrotem na dukt. Taka sytuacja powtarzała się jeszcze kilkakrotnie. Za każdym razem, gdy Piotr szeptał, że to coś zbliża się z lewej strony, oni schodzili z drogi na prawą. - To działa tak, jakby nas spychało – powiedział już głośno Piotr. - Daj spokój – zdenerwował się Artur. To wcale nie jest śmieszne. Przestań nas straszyć. Nic tu nie ma. A to całe twoje towarzystwo, to po prostu dzik. Nie słyszałeś? Pełno tu dzikich zwierząt. Jest ciemno, dlatego schodzimy z drogi. Radunia już nie była tego taka pewna. Już wcześniej zobaczyła to coś. Wprawdzie nie mogła rozpoznać konturów, ale oczy... Żółte, skośne oczy były usytuowane wyżej niż u jakiegokolwiek zwierzęcia. Poruszało się równolegle z nimi. I ta atmosfera. To nie był zwykły mrok nocy i zwykły jej chłód. W niemym porozumieniu z Piotrem…