Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Duchy · 54 min czytania

ZAKLECI W CZASIE CZ.II

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Do rodzinnej osady wróciła z dyplomem doktora medycyny w kieszeni. Minęło tyle lat, a w tej cichej zapomnianej osadzie życie i czas toczyło się własnym biegiem. Wysiadła z autobusu i mocno wchłonęła w płuca rześkie, górskie powietrze. Padało. Lato było niezwykle dżdżyste. Sine chmury zawiesiły się nad kotliną, tworząc deszczową czapę. Może to deszcz sprawił, że świerki pachniały tak intensywnie, a świeże powietrze kłuło w płuca? Stała na końcowym przystanku autobusowym. Wokół nie było żadnych domów. Tylko las szumiał łagodnie... Radunia zwróciła się twarzą na północ. Tam, gdzieś za zasłoną deszczu znajduje się łańcuszek gór. - I pomyśleć, że kiedyś myślałam że świat kończy się wraz z tymi górami. Potem na biurku pojawił się globus... Zwróciła uwagę, że las ucichł. Zamarł w oczekiwaniu. - A więc już wiesz, że wróciłam? – powiedziała w stronę drzew. Zarzuciła torbę podróżną na ramię i ruszyła drogą wiodącą przez las. Z daleka usłyszała wesołe szczekanie Diabla. Po chwili zobaczyła tylko jak wybiega zza zakrętu i już leżała na ziemi. Diablo radośnie lizał jej twarz, szczęśliwie popiskując. - Witaj staruszku – przywitała się ze swoim pupilem. Jej dom położony w starym sadzie wydawał się dziwnie mały pod gałęziami olbrzymiej gruszy, która opatulała go wpół, obsiewając niedojrzałymi jeszcze owocami i strugami deszczu. Jej ręka zadrżała zanim zapukała do drzwi. Strach. Ten wieczny strach przed przestąpieniem progu domu rodziców. Zapukała. Cisza. Zapukała jeszcze raz. Usłyszała dalekie „proszę”. Weszła. – Dzień dobry mamo, dzień dobry tato. – Witaj. A co ty tu robisz? Czy nie zdałaś? Tyle lat na marne, tyle wyrzeczeń, tyle pieniędzy! Jak mogłaś! Jak mogłaś nam to zrobić? I co teraz? Pójdziesz ulice zamiatać i to już teraz idź szukać pracy! Nawet nie myśl, że będę cię utrzymywać!... – miło i serdecznie rozpoczęła czułe przywitanie jej matka. – Ależ mamo.... – Żadne ale, mam tego dość, i nie kłam, tylko mi nie mów, że coś tam coś tam....- kontynuowała swoje serdeczności Eliza. – Daj jej przynajmniej coś powiedzieć- wtrącił się ojciec, podchodząc i całując Radunię w policzek. – Tak, zawsze tak jest, ty dobry tatuś nigdy jej niczego nie powiesz, wynoście się oboje z mojego domu! – zakończyła powitanie Eliza. – Opowiadaj – powiedział ojciec kierując się w stronę swojej sypialni, bowiem Eliza wybiegła już do schowku z narzędziami i miotłami po jakiś bardziej skuteczny argument. – Zdałam na piątkę, poprosiłam o wcześniejszy termin i.... – ... i moje nauki z ziołolecznictwa na nic się nie przydały, teraz będziesz faszerować pacjentów stosami proszków – zaśmiał się ojciec. – Wy gangreny światowe! Wy zakazane łotry powszechne! I z czego się tak cieszycie? – Daj spokój matka – powiedział ojciec - uspokój się i na moment przestań mówić. Radunia jest już lekarzem, zdała na piątkę. - Co? To czemu nie mówisz tego od razu tylko każesz tak bardzo mi się denerwować? Och moje serce. Raduniu daj mi no te, no wiesz są wiesz gdzie, no tam... Wprawdzie nie wiedziała gdzie są „te no te”, ale w swojej torbie miała cały zapas kropli nasercowych. Kupiła je wiedząc, że Eliza umiera na zawał średnio raz w tygodniu. - Przepraszam, nie chciałam cię zdenerwować. Powinnam zadzwonić, że będę wcześniej. Chciałam zrobić wam niespodziankę. - To masz niespodziankę, teraz umrę na zawał. - Nie umrzesz... - Nie bądź taka mądra! No patrzcie ją, tylko co zdała dyplom i myśli, że wszystko wie. Zobaczycie, jak umrę, to wtedy zobaczycie co to będzie znaczyć, gdy mnie nie będzie... Radunia wymieniła z ojcem porozumiewawcze spojrzenia. - Tato, pokażesz mi te grusze genetycznie modyfikowane? - Tak, prowadzę jeszcze kilka innych eksperymentów. Chodź. - A jedzenie? Nigdzie nie pójdziesz. Najpierw coś zjesz. - Mamo, jestem dużą dziewczynką. Potrafię zadbać o siebie. - Widzę. Chuda jesteś jak szkielet. - Jak wrócę to przygotuję coś do jedzenia. - Ale pamiętaj, jeśli chcesz coś wyciągnąć z lodówki, to najpierw trzeba tam coś włożyć – dodała pieszczotliwie i pełna troski Eliza. - Tak wiem, przywiozłam co nieco, jest w torbie – odparła Radunia i wyjęła zakupy. - Cieszę się, że jesteś. Kolejne miłe dni w rodzinnym domu Radunia spędziła szczęśliwie na sprzątaniu, gotowaniu, wymiataniu starych rupieci ze strychu i swojego pokoju, który na czas jej nieobecności stał się podręcznym magazynem na wszystko i nic. Jednocześnie notorycznie o 21.00 była wyganiana do łóżka, miała sprawdzane stopy, paznokcie i uszy, czy są czyste. - Och Raduniu, dla nas zawsze będziesz dzieckiem, odpowiadali przy próbach buntu – A lekcje odrobiłaś? * - A jak tam twoje sprawy sercowe? –zapytała przy jednej z porannych kaw Eliza. - Serce mam zdrowe... - Nie o to pytam. - Jestem sama... - Nie rozumiem. Jesteś piekną i mądrą kobietą. - Och mamo... - Niejedna mogłaby ci pozazdrościć twoich gęstych, kręconych czarnych włosów, pieknej cery i tych twoich niebieskich oczu. Choć wiesz, że niebieskie mi się nie podobają... Ale za to piękna figurę masz po mnie... Wiesz co mi się wydaje? Nie, ja wiem to na pewno. Ty po prostu nie potrafisz kochać. Ty nigdy nikogo nie pokochasz, bo nie wiesz co to jest miłość! - Skoro nie potrafię kochać, to widocznie nikt mnie tej miłości nie nauczył. - Co?.. Jak śmiesz, jak śmiesz tak mówić? Czy ty wiesz coś ty powiedziała? Ty mnie oskarżasz o brak miłości? - Tylko wyciągnęłam wniosek. - Zostaniesz w domu – Eliza nagle zmieniła temat rozmowy – Znajdziesz tu pracę, wyjdziesz za mąż i będziesz pod naszym okiem. - Mamo, wiesz, że nie mogę tu zostać. Mówiłam ci. Ta postać. On jest tu silniejszy. Umieram w każdą noc. Ja tu zwariuję. Nie rozumiesz? - Nie opowiadaj bzdur. Skończyłam rozmowę. A teraz zajmij się domem. - Mamo... Mam tylko jedno pytanie. Powiedz mi dlaczego taka jestem? - Nie rozumiem... - Rozumiesz... - Bo... Wiesz Raduniu... Urodziłaś się pod taką gwiazdą... - To znaczy? - Co to znaczy? - Z tą gwiazdą... - A nie pamiętam o czym mówiłam. Nie zadawaj mi głupich pytań… Radunia nie naciskała. Matka nigdy nie chciała jej powiedzieć. Elizę nazywano czarownicą. Radunię zawsze to śmieszyło, ale teraz...Teraz, gdy istota w kapturze nawiedzała ją każdej niemal nocy, nie było jej do śmiechu. Chciała wiedzieć. Za wszelka cenę. Po to wróciła.

Okno z pokoju Raduni wychodziło wprost na najwyższy szczyt w tym paśmie gór. Przyciągał ją i przerażał. Wzywał ją, kusił, nakazywał. Wciąż padało. Właśnie mijała 10 rocznica spotkania z dziwną istotą. Postanowiła to uczcić, rozwiązując zagadkę. Uparła się, że pójdzie tam sama. Nie było to miejsce spotkania przy kapliczce. Nie wiedziała dlaczego odczuwała ogromną potrzebę wędrówki na drugą stronę szczytu. Miała sen. Straszny. Woda przelewała się właśnie z tamtej strony i zalewała cały jej świat. Obudziła się z ulgą. Przecież woda nie może przelać się przez góry! Rodzice byli przeciwni, nikt o zdrowych zmysłach nie zapuszczał się tak daleko. Stamtąd mało kto wracał, ale gdy ona się uparła, stawiała na swoim. Wyruszyła w południe. *

Dawno temu, tak dawno, że już nikt z mieszkańców nie pamiętał kiedy to właściwie było, czarownice odprawiały czary, by w zaklętym kręgu zamknąć Złego. Postawiono kamienie, na których wyryto granice. Potem jego historię przekazywano z ust do ust, przechodziła ona z pokolenia na pokolenie, stając się legendą, by zmienić się w końcu w bajkę, którą straszono niegrzeczne dzieci, a potem już tylko turystów. Kamienie stały się niewidoczne, zarosły chaszczami, ludzie budowali swoje domy coraz dalej i dalej wchodząc na teren ZŁEGO, przerywając niewidzialną granicę. Tylko jedno miejsce omijali z daleka. Tam nie śpiewały ptaki, a zwierzęta nie żerowały. Za to poskręcane drzewa wiecznie szumiały groteskową pieśń. Zatrzymała się na chwilę. Szła skrajem przepaści. W słoneczne dni, szczególnie tuż po deszczu, rozpościerał się stąd piękny widok. Po lewej stronie wznosił się wygasły wulkan, który już nigdy nie wybuchnie, to właśnie gdzieś tam jest Wodospad i świat bajkowych rzeźb. Teraz jednak wciąż padał deszcz. Tam na dole jak zwykle toczyło się życie wokół spraw najistotniejszych czyli pieniędzy, podatków i rachunków. "Nie jesteś z tego świata" - przypomniała sobie słowa swojej matki. „Powinnaś urodzić się w innym czasie, ten czas nie jest Twój". Nagle usłyszała słaby dźwięk gry na flecie. Grał pięknie. Wstała i skierowała się w tamtą stronę. Gra dochodziła z Krainy Złego. Czy tak pięknie grać może ktoś zły? Po chwili weszła na Drogę Zbłąkanych Wędrowców. Las cichł coraz bardziej, drzewa skręcały się i uginały pod niewidzialnym ciężarem, wchodziła w mgłę. Znała ten las dobrze, ale wiedziała że trzeba uważać, skręciła w Ścieżkę Strachu i dotarła do Wieczności. Gra umilkła. Ale pojawiło się coś innego. Już od pewnego czasu czuła na sobie skupiony wzrok. Wiedziała, że to ON. Starała się myśleć o czymś przyjemnym, by nie zawładnął nią strach. Przyszła tu, by raz na zawsze skończyć z tą głupotą. By dociec specyfiki tego miejsca. Postarać się wytłumaczyć ją nie za pomocą legendy, ale racjonalnie. To właśnie tutaj najwięcej ludzi błądzi i nigdy nie wraca, to tu jej brat widział dwa miecze wbite w skałę, to tutaj budowano forty i to tutaj skrywa się wiele tajemnic. Na specyfikę tego miejsca mogło wpływać wiele rzeczy: może pokłady ropy naftowej, anomalie magnetyczne ziemi, uskok tektoniczny, a może jednak nie...? Chciała zignorować narastający w niej strach i szukać tych mieczy. Miała wskazówkę, wiedziała dokąd ma iść. Skierowała się na północ, ale były tylko kamienie i poskręcane drzewa. Nagle obeszła jeden z nich i zobaczyła, że to nie żaden kamień, a obelisk wyciosany w ten sposób, że z tyłu niczym nie różnił się od innych głazów zalegających w tym lesie, a z drugiej był ściosany na pionową skałę. Przed nim czyjeś ręce wyrównały placyk, spod ziemi widoczne były tunele i zarys niegdyś prowadzącej tu dróżki. Podeszła do kamienia. Była na nim wyryta swastyka i jakieś dziwne napisy, w języku, którego nie znała. Swastyka świadczyła o tym, że to mogli być hitlerowcy, którzy przebywali na tych terenach podczas II wojny światowej. Ale przecież tu nie było żadnych walk. Najdziwniejsze było dla niej to, że o tym miejscu nigdzie nie czytała, choć przewodniki są dość dokładne, tym bardziej, że obelisk znajdował się niedaleko drogi. Jak więc to możliwe, że nigdy go nie widziała? Przyjrzała się bliżej. To nie była zwykła swastyka, między ramionami były jeszcze cztery małe swastyki, z których dwie miały po dwa "pazurki na ramionach. Największe ramiona kończyły się czymś na kształt grzebienia z czterema pazurkami.

(tutaj jest rysunek)

Dotknęła rysunku. Zdawało jej się, że na chwilę zajaśniał jakimś blaskiem. - Nie, to niemożliwe – powiedziała sama do siebie. - To zapewne słońce wyszło na moment zza chmur – jednak słońce od miesiąca nie zaglądało w tę część świata. Poczuła jak parzą ją dłonie. Przyjrzała im się. Przez chwilę miała wrażenie, że i one promieniują błękitnym blaskiem. Potrząsnęła głową, jakby chciała zaprzeczyć swoim myślom. - Czas wracać – mruknęła. Robiło się już późno, chciała zdążyć przed nocą. Postanowiła przejść las na skróty. W pewnym momencie wyszła na jakiś stary, bardzo szeroki i porośnięty leśną trawą trakt. Widać, że przez nikogo nieuczęszczany. Nie miała już jednak czasu na szukanie. Przeszła przez niego, starając się utrzymać kierunek. Wokół panowała straszna cisza, tylko atmosfera stawała się coraz bardziej gęsta. Nie wiedziała, która może być godzina, nie wzięła zegarka. Telefon komórkowy całkowicie zwariował, by w końcu pokazać na ekraniku szarą jednolitą plamę. W tym miejscu nigdy nie świeci słońce, zawsze jest tak, jakby był zmierzch. Nagle znowu usłyszała grę na flecie. Tym razem brzmiała jak tęskne nawoływanie. Machinalnie ruszyła w tamtą stronę. Przed sobą zobaczyła drogę. Przeszła kilka kroków i... zdębiała. Znowu była w tym samym miejscu. Zrobiła pełne okrążenie w lesie, by ponownie wyjść na Wieczność. Gra na flecie stawała się coraz bardziej donośna. Dreszcz grozy przeszedł jej po plecach. "Co jest u diabła?" przecież szłam dobrze - jeszcze nigdy się nie zgubiłam. „Nie ma duchów, diabłów ani czarów, to tylko twoja wyobraźnia, nie ma Czuhajstra, Leśnika, ani Vogelhannesa, to tylko legendy” - pocieszyła się. Jednocześnie atmosfera zła stawała się coraz bardziej gęsta. Czuła GO tuż za sobą, czuła jak wzrasta w nim siła i złość. Zaczęła biec. Przed nią pojawiła się polana. Na środku stał głaz, a w niego wbite dwa miecze. Zapanowała cisza. Ale nie była to cisza, jaką znała. To było oczekiwanie. Już nie czuła strachu. Miała wrażenie jakby znalazła się pomiędzy dwoma siłami. Jedna ja ponaglała, inna kazała odejść… Chwyciła jeden miecz w obie dłonie, ten zajaśniał błękitnym światłem. Światło to zaczęło obejmować swoim zasięgiem kamień i drugi miecz, a nawet polanę i Radunię. Zza drzew słychać było złowieszczy syk. Radunia wpadła w wir, który ją zaczął wciągać coraz szybciej i szybciej. Nagle zobaczyła, że ziemia zbliża się do niej z bardzo wielką szybkością i zanim zorientowała się o co chodzi z wielką siłą uderzyła o poszycie leśne. - Ała! - wrzasnęła - starając się podnieść. Miała wrażenie, że ma połamane wszystkie kości. Zaczęła się rozglądać. Nadal była na polanie. Nad światem zapanował zmierzch. Wstała. Weszła w las. - Do diaska, co ja dzisiaj jadłam? - mruknęła pod nosem. Nagle zobaczyła przed sobą coś na kształt igloo. Podeszła bliżej. To był namiot. - Co jest? Przegapiłam coś? Halo! - zawołała - Jest tu ktoś? Halo! Ale nadal panowała absolutna cisza. Nawet echo zamarło w oczekiwaniu. Weszła do środka - Przynajmniej się prześpię i wrócę rano, nie będę musiała chodzić w nocy po lesie. Namiot był pusty. Ale po drugiej stronie zauważyła zarys kolejnych drzwi. „Dobrze że widzę w nocy” - pomyślała – „Może tam jest właściciel namiotu?” Odpięła drzwi i to, co ujrzała przeszło nawet jej wyobraźnię. „Ja chyba śnię”. Stała na szczycie góry okalającej jakąś kotlinę. Na jej środku było jezioro, w którym kąpały się dziwne stwory. Wzlatywały w górę z przepięknym trelem i zanurzały się w wodzie. Ich błyszczące tęczowo łuski odbijały niezwykły blask słońca. Wokół jeziora stały dziwne chatki a ona miała wrażenie, że znalazła się w krainie baśni. Był słoneczny dzień. Zaczęła powoli schodzić na dół. Z jej przeciwdeszczowego płaszcza nadal spływały krople deszczu... Była w lesie, ale to nie był żaden z lasów jaki znała. Wokół niej były ogromne drzewa, tak wielkie, że w ich pniu spokojnie mogłaby zamieszkać cała rodzina i tak wysokie, że trudno było dostrzec ich szczyty. Nie wiedziała też co to za drzewa. Czuła na sobie zaciekawione spojrzenia. Nie wiedziała jednak kto ją obserwuje, bo to coś zawsze zdążyło schować się przed jej wzrokiem. W końcu znalazła się w kotlinie. Weszła do jakieś osady. Rozejrzała się wokół, było tu bardzo dziwnie, postanowiła zapytać się pierwszą osobę z brzegu o to, gdzie jest. Zobaczyła, że przy najbliższych zabudowaniach ktoś się krząta. Ściany domu, to było nic innego jak wydrążony pień drzewa, dach zrobiony był z trawy. Człowiek odwrócony był do niej tyłem. Podeszła więc bliżej. Stał z jakimś dziwnym toporkiem w ręku. Do niego podeszła kura, ale zamiast dziobu miała szerokie usta. Wskoczyła na pieniek, przechyliła głowę i powiedziała cieniutkim głosikiem: - Prooooszę, proooooszę.... - Co ja z wami mam - popatrzył na kurkę, potem na drugą stojącą tuż pod pieńkiem. Obie błagająco patrzyły na niego. Ich właściciel był bardzo niski jak na mężczyznę. Miał może 130 cm wzrostu. Skośne oczy, do tego nos zdumiewająco duży jak na tak małego osobnika, krzaczaste brwi i duże szpiczaste uszy. No dobrze - odparł. Kurki wskoczyły na niego i zaczęły mu dziękować.... Następnie w szalonym pędzie skoczyły w stronę kurnika trzepocząc przy tym zawadiacko skrzydełkami i głośno nawołując koleżanki. Po chwili z kurnika wytoczyły jajo, za nimi wytoczył się ogromnych rozmiarów kogut i przysiadł na drabinie. W mgnieniu oka na podwórzu zaroiło się od kurek szerokoustnych. Podzieliły się na dwie drużyny, kogut zapiał kurki zagdakały i... rozpoczął się mecz. Pozostałe kurki siedziały na gałęziach, płocie i pniaczkach głośno kibicując swoim drużynom. Zawodniczek nie można było pomylić, bowiem jedna drużyna składała się z białych kurek, druga z brązoworudych, a każda z nich miała wyskubany numer na grzbiecie. Po chwili jedna z nich (biała z numerem siedem) szybko i sprawnie odebrała podanie od swojej koleżanki, zamachnęła się nóżką i zdawało się, że już, już zdobędzie gola, gdy... trafiła prosto w Radunię. Na boisku podniósł się alarm, wrzask i krzyk nad straconym jajkiem i golem. Wszystkie kurki i kogut groźnie spojrzały na Radunię. Po chwili młody kurczak pobiegł do kurnika i wytoczył nowe jajo. Mecz rozpoczął się na nowo. Radunia jednak wolała odejść szukać pomocy u kogoś innego. Szła ścieżką wydeptaną w piachu, wśród domków wydrążonych w pniach drzew. Po lewej stronie majaczył ogromny las, po prawej jezioro, które widziała z góry. Postanowiła, że pójdzie tam i sprawdzi, cóż to za dziwne stworzenia widziała z daleka. Z każdym metrem ścieżka nad jezioro stawała się szersza, w miarę jak dołączały do niej kolejne z poszczególnych domków. Dopiero teraz zobaczyła, że ukryte w krzewach i drzewach domki rozciągają się wokół jeziora. Widok, jaki zobaczyła na miejscu zaparł jej dech w piersiach. Tafla wody skrzyła się różowo złotym blaskiem, który nadawały dwa słońca. Jedno właśnie zachodziło, drugie było na środku nieba. Nie wiedziała więc czy jest południe, czy wieczór, ale to nie miało teraz najmniejszego znaczenia. Na środku jeziora była wysepka. To tam gromadziły się stworzenia o groźnie wyglądających dziobach błękitnym ubarwieniu łuskowatego ciała i skrzydłach ogromnego nietoperza. Po chwili usłyszała przepiękny śpiew wydobywający się z ich gardeł. Był niczym dźwięk kryształowych dzwoneczków przeplatany nostalgicznym nawoływaniem. Stała tak zapatrzona i zasłuchana zapominając o całym świecie. Dziwiło ją tylko jedno – że nie dziwi się temu wszystkiemu. Nagle tuż przed nią przepłynęła jakaś wydłużona postać. Odniosła wrażenie jakby była z powietrza. Radunia postanowiła odejść kawałek. Zakapturzona zjawa zatrzymała się, okrążyła ją i zaczęła płynąć tuż za nią w ten sposób, że wprawdzie nogi i część tułowia była z tyłu, jednak głowa i szyja wdzięcznie zaglądały Raduni przez ramię, bacznie się jej przyglądając. - No tak- zaskrzeczała istota. Spod kaptura widać było haczykowaty nos, małe złośliwe oczka i grymas wiecznego niezadowolenia. A przy tym jak i cała postać był nienaturalnie wydłużony. - Znowu do naszej krainy przedarli się jacyś ludzie. Niedługo wszędzie będziecie. Całkiem zaludnicie nasz świat. Mało wam waszego? Już wam ciasno? Wszędzie was pełno. Myślicie, że świat jest wyłącznie dla was? Nawet tutaj musicie przyłazić? Nikt was tutaj nie chce. - Dlaczego? Gdzie ja jestem? - spytała - Tak, Zawsze to samo. Niby nie wiecie gdzie jesteście, a wciąż przyłazicie. Dość tego! Jesteście źli. Myślicie tylko o tym, żeby wszystkim zawładnąć, rządzić, nakazywać, zakazywać, niszczyć, zdeptać słabszych, innych, nie takich jak wy. Wynoś się stąd, Nikt ciebie tu nie chce! - Dokąd mam iść? - A co mnie to obchodzi? Jak najdalej stąd. - Jak mam wrócić do domu? - Gdybym wiedział jak, to wszystkich bym was tam wysłał! Poszła przed siebie. Miała nadzieje, że jeszcze z kimś porozmawia, ale na drodze nikogo nie było. Przez okna zaglądały nieufne oczy. Wszystko nagle ucichło. Wszyscy mieszkańcy osady czekali. Po drugiej stronie osady majaczył las. Postanowiła tam pójść, tutaj nikt jej nie chciał. Dróżka łagodnie wznosiła się. Las był już niedaleko. Chciała przejść na skróty, przez polanę. Na drzewie zobaczyła jednak koło wycięte z pnia drzewa, a na nim napis: "STOP. ŁONKOM PRZEJŚCIA NIE MA" Pod napisem namalowany był hak. Postanowiła nie ryzykować. Uśmiechnęła się krzywo. Ta "łonka" to był kawałek polany, na której rosła wysoka trawa i jeszcze wyższe krzaki. Widać było, że nikt jej nie używa. Weszła do lasu. Od głównej drogi odchodziła mała ścieżka w bok. Postanowiła nią pójść. Ścieżka zbliżała się do małego wąwozu, w nim szumiał strumień. Po lewej stronie stała samotna skała. Radunia przystanęła. Zawsze fascynowały ją kamienie i kształty jakie natura w nich drąży. Lubiła wyobrażać sobie, że są to zaklęte postaci z bajek. Ta przypominała jej śpiącego potwora. - Tak. Ta skała będzie moim punktem orientacyjnym – powiedziała półgłosem i odwróciła się do skały plecami. Nagle... - A psik! - usłyszała za sobą - Na zdrowie - odparła mechanicznie. Odwróciła się, żeby zobaczyć komu życzyła zdrowia, ale nikogo nie widziała. - Jest tu ktoś? - spytała. - Jest, jest - głos dochodził ze skały. - Gdzie? -Tu - Tu, to gdzie? - Tu, to tu - Czy jesteś w skale? - Jestem w skale? A co to jest skała? - To duży kamień - To nie jestem w skale - A gdzie jesteś? - Przed tobą. Nagle skała podniosła się. Przed Radunią stała ogromna postać. - Myślałam, że to skała, kim jesteś? - Jestem Maadruk. Jestem tym, kim chcę być. - Możesz mi powiedzieć, gdzie ja jestem? -Ty w przedsionku swojego świata i swojego czasu. - Nie rozumiem. - Każdy ma swoje miejsce i swój czas. Czasami zdarza się, że nie trafiamy w swój czas i wtedy musimy go szukać. - Gdzie go szukać? - Jest tu wiele alternatywnych światów. Skoro tu jesteś, świat, z którego pochodzisz nie był dla ciebie, ani ty nie byłaś dla niego. Jest tu wiele dróg i wiele możliwości. - Jak do nich trafić? - Prowadzą tam ścieżki, które są w tym lesie. - Ale tu można zabłądzić! - Nie można, każda ścieżka zawsze gdzieś prowadzi... - Ty też szukałeś? - Ja jestem poza czasem. A to jest najlepszy ze wszystkich światów. - Skąd wiesz? - Bo innego nie znam - Więc jak możesz tak mówić? Nie masz porównania. Ciągle jesteś w przedsionku. - Skoro mi tu dobrze, to znaczy, że mam rację. Idę już. Nie chce mi się już rozmawiać. - Zaczekaj, mam jeszcze mnóstwo pytań... Skała zniknęła, i tylko lekki podmuch wiatru świadczył o tym, że Maadruk jest już w innej postaci. - No i po punkcie orientacyjnym... – mruknęła pod nosem Radunia. Ruszyła dalej przed siebie. Po chwili stanęła na rozdrożu. Tam znajdował się drogowskaz. Był to zwykły słupek, na którym ktoś nieco koślawo przybił trzy tabliczki. Najwyższa, kierująca w lewo głosiła: ŚWIATY REALISTYCZNE, druga w prawo: ŚWIATY BAJKOWE, trzecia - prosto: INNE.

- Hmmm. Będę trzymać się cały czas lewej strony. Wtedy nie zabłądzę. Jak mam już wybierać, to ŚWIATY REALISTYCZNE. Po chwili droga znowu się rozdzielała, i znowu, aż w końcu Radunia dotarła do skrzyżowania. Poszła zgodnie z drogowskazem, mówiącym, że zmierza do NAJBARDZIEJ REALISTYCZNEGO ŚWIATA Z REALISTYCZNYCH. Przed nią wspinało się bardzo wysokie wzgórze. Ścieżka nagle skręciła w bok i wiodła łukiem bardzo stromą skarpą. Gdy okrążyła już górę zobaczyła przed sobą iskrzące w słońcu srebrne miasto. Wysoko nad ziemią wznosiły się metalowe obiekty w kształcie wydłużonych jaj, ostrych iglic i gigantycznych grzybów. Miasto wydawało się nieskończenie wielkie, pocięte w regularne kwadraty. Zeszła na dół. W mieście panował straszny ruch na ulicach. Pojazdy jednak poruszały się bezgłośnie, tuż nad powierzchnią ziemi. Na niebie widać było wytyczone szlaki dróg powietrznych. Stała na Głównej Ulicy Wielkiego Miasta i poczuła się nagle Strasznie Zagubiona i Osamotniona. Nikt nie zwracał na nią uwagi. Nagle poczuła, że ktoś się jej jednak przypatruje. Popatrzyła w bok. Za szybą siedział jakiś jegomość. Weszła do środka. Okazało się, że jest w barze. Usiadła przy stoliku obcego, który nie spuszczał z niej oka. Chciała zapytać się gdzie jest. Nagle do stolika podpłynął bezszelestnie robot i podał jej metalowy kubek z jakimś napojem. - Ale ja niczego nie zamawiałam - powiedziała zmieszana Radunia. - Pppij- wyjąkał obcy. - Ale ja nie mam pieniędzy – powiedziała, czując jak się czerwieni. - Ten sok jeest za darmo. Bez niego zginiesz, on ochrania. Jeesteeś noowa?- wyjąkał ponownie Wiecznie Rozdrażniony. - Przed czym ochrania? Tak, jestem nowa. - To musisz natychmiast zgłosić się do Urzędu Rejestracyjnego, tam ci nadadzą numer indentyfikacyjny, potem z tym numerem zgłosisz się do Urzędu Nadzoru Nad Bezrobociem, wpiszesz swoje kwalifikacje, otrzymasz pracę i numer podatkowy, skarbowy, zdrowotny oraz listę opłat. Potem zgłosisz się do Urzędu do Spraw Mieszkaniowych, dostaniesz mieszkanie zgodne z twoimi zarobkami i kwalifikacjami, im niższe kwalifikacje, tym niższy standard, dostaniesz numer mieszkaniowy, na koniec zgłosisz się do oddziału swojego banku i otrzymasz numer punktowy. - A czy ja mogę się tylko rozejrzeć i w razie czego po prostu sobie iść? - Dokąd? O! Już o Tobie wiedzą. - Ale... W tym momencie do baru weszły dwa błękitne roboty. Zlustrowały salę. Podpłynęły do Raduni i zabrały ją do pojazdu. W środku nie było okien. Nie wiedziała dokąd ją wiozą. Nagle pojazd zatrzymał się i roboty wskazały jej drogę do jakiegoś ogromnego budynku. Nad wejściem wisiał napis: URZĄD REJESTRACYJNY. Weszła do holu. Lśnił czystością. Od metalowych części odbijało się światło. Nagle weszła tam urzędniczka i jakąś pałeczką dziwnie migocącą zaczęła sprawdzać wszystkie poręcze, półki i podłogę. Zatrzymała się przy wejściu na schody . Jej twarz do tej pory bez wyrazu, zmarszczyła się i wrzasnęła: - Brud! Tu jest brud! Zza rogu pojawiła się dziewczyna z białą szmatką i zaczęła froterować podłogę. - Potrącę ci 20 proc. punktów z wypłaty. - Aale ja wyczyściłam.... - i 20 proc. za brak pokory. Dziewczyna spuściła oczy i pracowała dalej. Radunia zaczęła się rozglądać wokół. Chciała spytać się o drogę, ale kobieta już zniknęła a dziewczyna wydawała się być całkiem zajęta swoją pracą. W holu nie było żadnych biur, ani sprzętów. Tylko metalowe rury, które były tu niewiadomo po co. - Bez sensu - mruknęła do siebie. - Szkoda marnotrawić tyle miejsca tylko po to, by lśniło czystością. Ruszyła przed siebie prosto na schody. To wydawało się jedyną drogą. Na półpiętrze zobaczyła napis: REJESTRACJA. Weszła tam. Zapukała, by zapytać się co ma robić. Za biurkiem siedziała urzędniczka ubrana w szary kostium. Była obcięta na łyso. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że wszyscy, których spotkała do tej pory są łysi. Stała w drzwiach. Chrząknęła. Urzędniczka nawet nie zwróciła na nią uwagi. Zamknęła za sobą drzwi. Urzędniczka nadal zajęta była jakimiś Bardzo Ważnymi Sprawami. Radunia postanowiła wyjść. Odwróciła się. - A pani dokąd?! - krzyknęła urzędniczka. - Nie widzi pani, że nie skończyłam? Proszę czekać. Radunia posłusznie stała nadal przy drzwiach. W końcu pracownica urzędu skończyła przerzucać papiery z jednego końca biurka na drugi koniec i z powrotem. - Słucham - podniosła łaskawie oczy na intruza. - Chciałam się zarejestrować. - Proszę napisać podanie o rejestrację – 5 zdjęć, życiorys, zainteresowania i wymienić przebyte choroby. - Dobrze - Nie tutaj!! – wrzasnęła urzędniczka – W POKOJU PODAŃ Radunia wyszła na długi korytarz. Po obu stronach był szereg identycznych drzwi. Ostre światło odbijało wypolerowany metal rażąc w oczy. W końcu znalazła odpowiednia tabliczkę na drzwiach z napisem: POKÓJ PODAŃ. Była to…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%