Fantastyka · 1 godz. 56 min czytania
Zaklinacz
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
{i}“Here I sit, alone, At a window The rain falls down On the glass In the cold All my life I’ve been waiting For a moment It never came Maybe never will Ah, Sometimes I don’t know”{/i} Bruce Dickinson “Change Of Heart”
Z zewnątrz Machien sprawiało wrażenie typowego miasteczka położonego w jednej z niewiele znaczących, mniej zaś jeszcze rozpoznawalnych baronii składających się na państwo - federację Turlandii. Podgrodzie o ulicach pełnych błota, brudu i ludzi kręcących się w tę i z powrotem w sobie tylko znanym celu, przypominające pajęczynę nakrapianą rozpadającymi się chałupami, jaskrawo ozdobionymi kramami i rozróżnialnymi na pierwszy rzut oka gospodami. Wewnętrzne miasto otoczone, pokrytym gdzie niegdzie bluszczem, murem, z główną, szeroką ulicą przecinającą je dokładnie w połowie, o mniej lub bardziej zadbanych kamienicach oraz rynkiem oświetlonym w nocy światłem latarni. Ratusz, jakkolwiek utrzymany w doskonałej kondycji, ustępował wielkością dwóm największym karczmom: “Łasicy” i “Powiewowi Wiosny” - potężnym, czteropiętrowym, murowanym budynkom, o szczytach okraszonych idealnie czerwoną dachówką i grubymi smugami ciemnoszarego dymu unoszącymi się z kominów. Była późna jesień, a deszcz spadał z nieba i spływał rynsztokiem do kratowanych studzienek. Znikał w rozciągającej się pod miastem sieci kanałów, podziemi i piwnic. Pod Machien nie było ludzi, poza może paroma z gatunku takich, których nikt nie pamięta, nikt nie zna i za którymi nikt nie będzie tęsknić. Były natomiast szczury. Przemykały wąskimi i szerokimi tunelami, gromadnie i w pojedynkę, z celem lub bez. Były wszędzie, a nawet jeśli gdzieś akurat ich nie było, wyczulone, szczurze zmysły dawały im dość dokładne informacje na temat tego, co tam się działo. Pod Machien królowały szczury. A tego konkretnego wieczora, te spośród nich, które znajdowałyby się najbliżej południowej bramy poczułyby gwałtowną chęć zaszycia się gdzieś bardzo głęboko. Szczury potrafią wyczuć swego wroga. I tego konkretnego wieczora wyczułyby go, gdy w przesiąkniętym deszczem płaszczu i z umysłem pełnym ponurych myśli przekraczał bramy miasta. Jednakże tego wieczora, gdy Zaklinacz zjawił się w Machien, szczury już były ukryte głęboko, głęboko pod ulicami i budynkami, a ich szczurze umysły nieustannie zalewały fale panicznego, bliskiego szaleństwu, strachu.
* * *
Grube krople spływały po grubym, ciemnym, lśniącym od oliwy, płaszczu, którego barwa, kiedyś bliska czerni, teraz pod natłokiem brązowych, zielonych i ciemnoszarych łat w naturalny sposób kojarzyła się z jesienią, deszczem i ginącą w stęchliźnie naturą. Mężczyźnie, który go nosił, sięgał do kolan, niżej zaś zaczynały się skórzane buty, oklejone grubą warstwą błota. Spod kaptura rozglądał się uważnie wokół, badając z jednakowym zainteresowaniem otaczających go ludzi, skryte w ciemności zaułki, jak i pokrytą grząskim kuzynem piasku ulicę. W lewej dłoni ściskał blisko dwumetrowy kij z jasnego, mocnego drewna, prawą zaś przytrzymywał przepasane przez plecy sakwy. Zza jego pasa wystawał myśliwski nóż w skórzanej pochwie, o rękojeści nabijanej stalowymi guzami. Bez trudu przekroczył bramę - w taką pogodę strażnicy uznawali pilnowanie raczej wnętrza niźli zewnętrza przydrożnej rogatki za swój priorytet - i ruszył główną uliczką, która, jako że pnąca się nieco w górę, ku usytuowanemu na niewielkim wzniesieniu ryneczkowi, przypominała płytki strumień. Minął szczodrze oświetlony budynek oberży, o zapraszającym, suchym ganku i dobywającej się z wnętrza atmosferze gwaru, pijaństwa i beztroski. Skupił myśli, mimo zmęczenia długotrwałą, pełną niewygód podróżą, starając się znaleźć drogę wśród mglistych wspomnień pochodzących z czasu jego ostatniej wizyty w Machien - czyli sprzed blisko trzech lat. Zdawało mu się, że rozpoznał narożny budynek, piętrową kamienicę z eleganckim wykuszem okraszonym z boku wyrzeźbionym z przerażającą precyzją rzygaczem. Za domem skręcił w prostopadłą uliczkę, ta przynajmniej wolna była od spływającej, zdawać by się mogło, z zewsząd wody. Ruszył alejką, próbując na oślep odnaleźć drogę wśród napotykanych co kawałek głębokich kałuż, sporadycznie zaś dobywające się przez okna światło z wnętrz mijanych budynków stanowiło niewielką pomoc. Skręcił jeszcze trzykrotnie, z czego dwa razy musiał zawrócić, natrafiwszy na ślepy zaułek, bądź na lepiej oświetloną ulicę, jedną z pół tuzina wiodących do rynku, niczym promienie do słońca. W końcu, gdy trafił na tę, której poszukiwał od początku, nawet uśmiech satysfakcji nie wypełzł na strudzone, jakkolwiek nie stare bynajmniej, oblicze. Ostatecznie znalazł się przed drzwiami, których poszukiwał, drzwiami, należącymi do niskiego, zadbanego domu składającego się z parteru i poddasza, tak niskiego, że właściwie nie zasługującego na tę nazwę. Wokół pełno było podobnych budowli, ta zaś wyróżniała się starą, obtłuczoną do stopnia uniemożliwiającego rozpoznanie rzeźbą ludzkiego wzrostu i budowy, oraz ujściem rynny w kształcie paszczy węża ze złowrogo wystającymi kłami i rozdwojonym językiem. Mężczyzna uśmiechnął się mimo woli, coś bowiem, mimo iż całe życie spędził kołacząc się z miejsca na miejsce, kazało mu się czuć, jakby wrócił do dawno nie odwiedzanego domu. Chciał już ruszyć ku drzwiom opatrzonym wymyślną, żelazną kołatką w kształcie wieńca splecionych kwiatów, gdy z cienia dzielącego ten i kolejny w rzędzie budynek wyłoniły się dwie postacie. Musieli to być mężczyźni potężnej budowy, w dłoniach dzierżyli pałki, a głosem powstrzymali przybysza przed postąpieniem dalej choćby o krok. - Odejdź stąd, przybłędo. To dobry dom, zostaw go w spokoju - nakazał basem pierwszy z nich. Nieznajomy pokręcił głową i spróbował się odezwać, ale ubiegł go drugi: - Wynoś się stąd, człowieku. - Ledwie przybyłem. - Nie moja sprawa ani kiedyś przybył, ani coś za jeden, ale won mi stąd. Jak zaraz nie pójdziesz, to popamiętasz nas na długi czas. - Przybyłem zobaczyć się z Eleanor. - Nie łżyj. Psia jucha warta więcej od ciebie, a Eleanor to dobra kobieta jest. Nic ci do niej, zrozumiano? - Chyba będziesz musiał mnie przekonać - oznajmił nieznajomy stając w rozkroku z obydwiema dłońmi na kiju. - Dość tego. Idę zawołać straże, oni się tobą zajmą - jeden z nich ruszył, ale mężczyzna w płaszczu jednym susem znalazł się przy nim. Pierwszy cios kostura trafił pod żebra, zginając osiłka w pół, drugi, wymierzony pod kolano, powalił go z głośnym pluskiem w kałużę. Jego towarzysz był gotów ruszyć kompanowi na odsiecz, gdy powstrzymał go kobiecy głos dobiegający z progu: - Stój. Wszystko w porządku, Olber. Wszystko w porządku. Zabierz swojego kuzyna. Idźcie do domu. Nie będę was już dzisiaj potrzebować. Dziękuję, chłopcy. Dziękuję. Na widok kobiety w prostej, acz gustownej, czarnej sukni, o długich, splecionych w warkocz, jasnych włosach, chłopak podszedł bez słowa do podnoszącego się z ziemi towarzysza i skinąwszy jej głową, a nieznajomego obdarzywszy wrogim spojrzeniem, ruszył powoli w ciemność, podtrzymując słaniającego się kompana. Eleanor odczekała moment, aż tamci zniknęli jej z oczu w okalających wszystko ciemnościach, po czym zwróciła wzrok ku przybyszowi, stojącemu bez słowa na deszczu. - Spóźniłeś się, Adrian - oznajmiła beznamiętnym tonem, w którym nie czuć było nic z oskarżenia. Skinął skrytą pod kapturem głową - Wejdź. Czekałam na ciebie.
* * *
Izba była nieco zaniedbana, ale ani gość, ani gospodyni nie przywiązywali do tego większej wagi. Adrian spoczął na prostej dębowej ławie przy równie prostym stole, kobieta zaś krzątała się przy palenisku, z grubym, wełnianym szalem zarzuconym na plecy i ramiona. Skuliła się parokrotnie w nagłych atakach kaszlu, ale prostowała się zaraz z energią bliską złości. W domu było zimno, obok przybysza na ławie stało wiadro, do którego skapywała woda dostająca się do środka przez szparę w dachu. Adrian zrzucił przemoczony płaszcz i rozłożył go nad paleniskiem, które niespiesznie zaczęło wydzielać przyjemne ciepło. Usiadł, a zmęczone powieki zaczęły mu nieznośnie ciążyć. Dopiero zapach gorącej strawy - gulaszu z paroma dorzuconymi dla smaku warzywami - zmusił go do powrotu do rzeczywistości. Jadł szybko, a kobieta usiadła naprzeciwko niego i przyglądała mu się uważnie. Dała mu skończyć, nim wreszcie się odezwała. - Spóźniłeś się. Pogrzeb był wczoraj - oznajmiła ze smutkiem nie dostrzegalnym na twarzy, tkwiącym jednakże gdzieś w głębi zielonych oczu. - Byłem daleko. - Wiem. Od dawna byłeś daleko. Zamilkli na chwilę, zapatrzeni nie w siebie, ale w coś tkwiące gdzieś pomiędzy, w jakiś nieistniejący, wyimaginowany byt. - Jak to się stało? - Nagle. Helbert był, jak zapewne i ty go wspominasz, niezwykłym entuzjastą wszystkiego, co robił, kipiał wręcz energią. Od pewnego czasu przygotowywał się do nowej sztuki - miała być jego życiową rolą i, w istocie, taką się okazała. Wszyscy krytycy w stolicy ogłupieli, publiczność nie znajdowała innych tematów do rozmów, niźli aktorzy i ich dzieło. Aż do premiery, Helbert przeżywał niezwykłe wahania nastroju - od skrajnego podniecenia i entuzjazmu do napadów apatii i czegoś bliskiego depresyjnej rozpaczy. Po pierwszym pokazie opadł z sił. Wrócił wcześniej niż zamierzał, wróciła cała trupa. W ciągu dwóch dni gorączka strawiła go niemiłosiernie, spał przez większość czasu, ale nawiedzające go koszmary nie przynosiły ukojenia. Starał się mnie uspokoić, ale wiedziałam, że coś jest nie tak. Dwa dni później, wieczorem polecił mi dokładnie co mam zrobić, gdy umrze. Szlochałam słuchając go, gdy z niewzruszonym spokojem mówił o tym, co nastąpiło dnia następnego. Rano się już nie obudził. Zgodnie z życzeniem wystawiłam jego ciało już w trumnie, w świątyni Darveny, bogini mądrości i sprawiedliwość, aby przyjaciele mogli złożyć mu przed pogrzebem ostateczny hołd. Wczoraj, czyli dwa dni później, odbył się pogrzeb. - Przykro mi. Był mi drogim przyjacielem. - Wiem. Helbert wspominał o tobie parokrotnie w tych ostatnich dniach. Żałował, że nie może cię już zobaczyć. Powiedział, że jak on odejdzie, tylko rzeźba Fleannhen przed naszym domem… - nie dokończyła, łzy uwięziły jej głos w gardle. Adrian spojrzał na nią ze współczuciem, ale nic nie powiedział. Po chwili otarła policzki i westchnąwszy dodała już z irytacją: - Umierał! Umierał, do cholery, a jedyne o czym myślał to ta diabelna rzeźba, którą przywieźliście bóg wie skąd. Rzeźba jakiejś lafiryndy, która jest już tak zniszczona, że ledwie przypomina ludzki kształt. Rzeźba! Kiedy ja łkałam z bólu i tęsknoty za kimś, kogo jeszcze nie straciłam, on uśmiechał się do mnie i mówił o tym, jak cudnie piękna była ta rzeźba, i jak cudnie piękna jest dla niego nadal. Pieprzony artysta. Bogowie, jak mi go brakuje… Zamilkła na chwilę, z trudem powstrzymując się przed kolejnym wybuchem płaczu, zaczęła natomiast gwałtownie kaszleć. - Dobrze się czujesz? - zapytał Adrian spoglądając na nią z niepokojem - Byłaś u medyka? - U tego naszego konowała? Żartujesz chyba, prędzej bym zaufała mojej macosze, a tej dziwki nigdy nie lubiłam. Poradzę sobie. Z resztą, co mnie obchodzi byle kaszel. To minie. Ale potrzebuję twojej pomocy. - Mojej? - Tak. - Obawiam się, że potrafię niewiele, ale mów. - Chcę, żebyś się dowiedział, co naprawdę stało się z moim mężem. Co naprawdę stało się z Helbertem. Znałeś go. Byle choroba by go nie zmogła w ten sposób. Znałeś go, więc wiesz, że nawet jego najukochańsze aktorstwo nie mogło wprawić go w taki stan podniecenia, bądź apatii. Chcę wiedzieć, co naprawdę się stało i co oznacza ten list - to powiedziawszy podała mu leżącą na stole kartę grubego papieru. Zdobiło go równe pismo Helberta.
{i}Droga, słodka Eli, Odszedłem, ale wiedz, że zawsze będę przy Tobie. Żałuję teraz, że nie powtarzałem Ci tych słów tak często, jak wtedy gdy się poznaliśmy, tak często, jak na to zasługujesz: Kocham Cię. Nie obawiaj się przyszłości i nie smuć się na myśl o mnie. Wiedz, że nie miałem innego wyjścia. Dziękuję za wszystkie lata, za wspólne troski i radości, dzielone tylko z Tobą tajemnice, łzy szczęścia i bólu, za Twoją wyrozumiałość i czułość. Za siłę jaką mi dawałaś, bym mógł urzeczywistnić moje plany. Dziękuję za wspomnienia minionych chwil i marzenia, które już nigdy się nie spełnią. Kocham Cię. Zawsze będę przy tobie. Twój Helbert{/i}
Adrian dwukrotnie przeczytał list, nim odłożył go ponownie na stół. Eleanor zwinęła papier i schowała do ledwie widocznej kieszonki okalającego jej szczupłą talię pasa lśniącego atłasu. Westchnęła cicho, otarła policzki wierzchem dłoni, niby poirytowana swoimi łzami. Następnie podniosła oczy ku przybyszowi. Oblicza obojga okraszone były jasną cerą, nie pomarszczoną jeszcze przesadnie postępującym czasem. Doświadczenie oraz upór dostrzegalny w ich oczach, u niego zaprawiony był czymś pomiędzy niechęcią, rezygnacją i zmęczeniem, u niej zaś smutkiem i żalem. Mimo, iż, jak wiedział, Eleanor była od niego starsza, to jego ciemno brązowe włosy, przeplatane były pierwszymi pasmami siwizny, podczas gdy jej długi, blond warkocz utracił jedynie cząstkę swego młodzieńczego blasku i piękna. Pamiętał, że pięknie się uśmiechała. - Nie widzę w nim nic niepokojącego - skwitował wiadomość Adrian. - Może to dlatego, że nie czytałeś go tyle razy co ja. A może ja już wariuję od tego wszystkiego. Ale co oznacza: nie miałem innego wyjścia? Zupełnie jakby to była jego decyzja, a nie jakaś choroba. To idiotyczne. - Nie wariujesz. Faktycznie, zwróciłem na to uwagę. Ale pomyśl, Eleanor, on to pisał, gdy już był chory, mocno chory. Pewnie ledwie świadom, jakie słowa wychodzą spod jego pióra, tak mocno gorączka nadwątliła jego zmysły. Poza tym on przez całe życie grał. Deklamował, recytował, mówił, krzyczał, chrapał nawet tak, żeby ludziom dać do myślenia. - Dlatego właśnie sądzę, że to nie są ot po prostu tak, a nie inaczej dobrane słowa. On chciał nam dać do myślenia - zadumała się na moment, zamilkła i zapatrzyła w blat stołu. Otworzyła delikatnie usta, po czym je zamknęła, zerknęła nerwowo na Adriana i natychmiast spuściła wzrok. Mężczyzna pochwycił jednak jej spojrzenie. - Eleanor, czy jest coś, o czym jeszcze chcesz mi powiedzieć? - Ja…nie…tak. To było wczoraj, po pogrzebie. Źle spałam w nocy, ciągle nawiedzały mnie koszmary. Ocknęłam się po jednym z nich i zapaliłam świeczkę, bo chciałam znaleźć dzban z wodą i się lekko ochlapać, zmyć z siebie chłodny pot. Zobaczyłam to jedynie kątem oka, ale przeraziło mnie zupełnie, zaczęłam krzyczeć i zaraz zbiegli się ludzie i… - jej głos nabrał nerwowego tempa i barwy świadczącej o emocjach, które stały się jej udziałem. - Eleanor, spokojnie. Już wszystko dobrze. Powiedz mi, co to było. - To było jakieś stworzenie! Zaraz za oknem, nie widziałam dokładnie, bo mgła osadziła się na szybie. Ale to coś było duże. Słyszałam jak zaskrzeczało, może zasyczało, jestem tego pewna, jak tego, że siedzisz teraz naprzeciw mnie. Zniknęło błyskawicznie, gdy zapaliłam świecę. Bogowie, jak ja się bałam… - Ktoś poza tobą widział to coś? Pokręciła głową. Potarła ramiona, jakby nagle zrobiło jej się zimno, po czym kontynuowała. - Przybiegli ludzie z sąsiednich domów. Powiedziałam, co się stało. Patrzyli na mnie z litością, jakby od śmierci męża miały mi się wszystkie zmysły pomieszać. Nasz sąsiad, pan Augustin, dobry człowiek, kazał swojemu synowi i jego kuzynowi by pilnowali mojego domu przez parę najbliższych dni. Teraz, jak już tu jesteś, nie będą chyba potrzebni, prawda? Oni…ale ty mi wierzysz prawda? Nie pomieszało mi się w głowie? Nie zwariowałam, prawda? - Eleanor, jeśli twoje zmysły nie ucierpiały przez siedemnaście lat znajomości z artystą pokroju Helberta, to jego odejście też im nie mogło zanadto zaszkodzić. Nie zwariowałaś. Ale to jeszcze nie dowodzi, że tam faktycznie coś było - prychnęła z irytacją w odpowiedzi na jego wątpliwości. Dobrze, pomyślał sobie, lepiej niech się denerwuje, niż rozczula. Przynajmniej wtedy przypomina starą, dobrą Eli. - Dobrze, Adrian, powiem wprost. Nie wierzę, że mój mąż zmarł śmiercią naturalną, myślę też, że zostawił po sobie jakąś paskudną tajemnicę. A ciebie, jako jego, a także, o ile dobrze pamiętam twoje zapewnienia, mojego przyjaciela proszę o poznanie prawdy. - Czemu ja? - Bo byliście, jak już zauważyłam przyjaciółmi. Bo, jak również zauważyłam, jesteśmy przyjaciółmi. Bo nikt kogo znam nie ma połowy z oleju, jaki chlupocze w tej twojej łepetynie, niezależnie od tego, co na ten temat uważasz. Bo nie jesteś stąd i może dowiesz się czegoś, czego nikt inny by się nie dowiedział. Bo nie mam do kogo innego się zwrócić, by nie posądzili mnie o szaleństwo. Milczał przez pewien czas, wstał od stołu i rozłożył sobie posłanie obok paleniska. Okrył się kocem i przymknął oczy, nim wreszcie się odezwał. - Jestem twoim przyjacielem, Eli. I zajmę się tym. Na razie jednak idź spać. Porozmawiamy rano, muszę dowiedzieć się tego i owego. Ale na razie śpij. Musisz odpocząć. - Ja… dziękuję, Adrian, to… wiesz…naprawdę, dziękuję… ja… - Dobranoc, Eleanor. - Dobranoc. Zakrzątnęła się jeszcze przez moment przy naczyniach, dorzuciła parę drewnianych szczap do paleniska, po czym zgasiła świece i położyła się. Ciszę naruszał tylko monotonny stukot deszczu o szyby i dach oraz regularne kapanie wody do stojącego na ławie wiadra. Mężczyzna czuł, iż czegoś mu brakuje w tym domu, który znał tak dobrze, tłumaczył to sobie jednak pustką jaka została po odejściu przyjaciela. - Adrian? - Tak? - zapytał sennym głosem przybysz. - Chciałam go zawsze o to zapytać - głos wiązł jej w gardle od emocji - Czemu kupił tę rzeźbę? - Naprawdę nie wiesz? Nie przypomina ci kogoś? Ten długi warkocz i gładkie lico? - Naprawdę. Mówił, że to wizerunek jakiejś elfickiej śpiewaczki. - Owszem. Divy Fleannhen. Jak mówili najpiękniejszej kobiety po tej stronie Archen. Rzeźba zaś była piekielnie droga, więc, no wiesz, nie kupiliśmy jej, tylko… pożyczyliśmy na okres bliżej niesprecyzowany. - UKRADLIŚCIE RZEŹBĘ?! Z Tarrenweim? Z miasta odległego o pół tysiąca mil? Teraz już rozumiem. To pomnik głupoty i brawury mojego męża. - Ukradliśmy ją, bo była tak podobna do ciebie - ostro odparł Adrian - Zgadza się. To pomnik jego głupoty. Ale i twojego piękna. Kobieta umilkła, deszcz zaś zaczął słabnąć. Przez chwilę w izbie panowała absolutna cisza. - Pieprzony artysta. Pieprzony głupek - wyszeptała do siebie Eleanor, czując łzy spływające jej po policzkach - Bogowie, Helbert, mój kochany wariacie, jak mi ciebie brak… Kiedy Adrian zasypiał, z łóżka kobiety wciąż dobiegały ciche pojękiwania i łkanie kogoś, kto czuł, że już nigdy nie będzie naprawdę szczęśliwy.
Część 22 / 3
* * *
Adrian ocknął się nagle, w środku nocy. Ogień na palenisku dogasał, jedynie parę węgielków jarzyło się na przytulny pomarańcz. Było cicho, do jego uszu docierał tylko spokojny oddech Eleanor. Nie padało już, jedynie wiatr buszujący po wąskich uliczkach zdawał się sporadycznie jęczeć. Mężczyzna odegnał myśl o nocnej marze, która przed momentem go nawiedziła, niezwykłym, jak sam to abstrakcyjnie nazwał w myślach “pełnym pustki” obrazie. Z każdą sekundą dzielącą go od przebudzenia detale zanikały z pamięci, po chwili był już tylko pewien, iż we śnie dramatycznie czegoś lub kogoś poszukiwał, ilekroć zaś był tuż tuż, cel jego starań znikał, rozpływał się, okazywał się być czymś innym. Przewrócił się na bok, okrywając dokładniej grubym, ciepłym kocem. Przymknął oczy w nadziei, że ponownie szybko zaśnie. Nie chciał myśleć ani o Helbercie, ani o Eleanor, ani o tym, co czeka go w ciągu najbliższych dni, a jedyną ucieczką od ponurych rozmyślań był sen, niezależnie od tego, czy miał nieść ze sobą więcej koszmarów, czy tylko błogi stan niepamięci. Rozległ się delikatny, ledwie słyszalny odgłos stąpania, dochodzący nie wiadomo skąd. Adrian otworzył oczy i zaczął uważnie nasłuchiwać. Odgłos zamilkł, jednakże zaraz zaskrzypiała jedna z desek gdzieś w górze. Mężczyzna podniósł się i wymacał po ciemku swój pas i nóż, które wcześniej położył obok posłania, w zasięgu ręki. Obnażył ostrze i powoli, ostrożnie stawiając każdy krok, ruszył w kierunku drabiny wiodącej na poddasze. Jeszcze raz jedna z desek zaskrzypiała cicho, teraz jednak był pewien, że to jedna ze stropowych belek podtrzymujących dach. Wspiął się na górę i rozglądnął wokół, jednakże poza konturami skrzyń, starych mebli i dziesiątkami różnych szpargałów nic tu nie było. Dokładnie jednak słyszał następujące urywanymi seriami stąpnięcia, dochodzące z dachu. Kolejna deska zaskrzypiała złowrogo, a parę kropli, które zamarudziły w wędrówce w dół spadzistego poszycia, wdarło się przez powstałą szparę do środka. Ktoś lub coś poruszające się na górze zatrzymało się niespodziewanie i pochyliło nad szczeliną między gontami. Adrian nie odważył się poruszyć czy nawet odetchnąć, jego serce zdawało się dudnić ogłuszająco, oczy miał szeroko otwarte. Dreszcze przebiegł mu po plecach gdy usłyszał wyraźne pociągnięcie nosem, jedno, później następne. To coś węszyło uparcie, ale nie jak pies. Pociągnięcia były wolniejsze, bardziej regularne, jakby zapach, już odnaleziony pośród plątaniny rozmaitych woni, poddawany był gruntownej analizie. Niespodziewanie istota na dachu poderwała się do biegu i po serii błyskawicznych, jakkolwiek ledwie słyszalnych stąpnięć prawdopodobnie zeskoczyła z dachu. Lądowanie okraszone było pluskiem wody w kałuży i pośpiesznym szuraniem w żwirze. Adrian nie czekając dłużej zszedł na dół i chwycił w dłoń swój kij, opończę zaś zarzucił na ramiona. Obudzona zamieszaniem Eleanor usiadła pół przytomna na łóżku i przecierając sklejone snem oczy próbowała dojrzeć wśród panującego mroku postać mężczyzny. - Adrian? - odezwała się. W jej głosie pobrzmiewała niepewność granicząca z przestrachem. - Jestem tu. Muszę wyjść. Zamknij za mną. Nikogo nie wpuszczaj. - Co się stało? Co się dzieje? - Nie wiem, idę się dowiedzieć. - ruszył do drzwi. Gdy chwycił za klamkę, w wypełniające nocną aurę zawodzenie wiatru wdarł się wrzask przerażenia. Mężczyzna zatrzasnął za sobą drzwi i pognał ciemną uliczką w kierunku blasku latarni i dochodzącego z tamtej okolicy wrzasku ustępującego stopniowo miejsca żałosnemu skowytowi. Z oddali widać było jedynie dwie ludzkie sylwetki na granicy światła dobywającego się z ulicznej latarni. Pierwsza pochylała się nad drugą, targaną konwulsjami po żwirowanej nawierzchni, niemożliwym jednak było stwierdzić, czy jej celem było ukojenie bólu czy jego zadanie, pomoc czy przemoc. Adrian biegł w kierunku postaci, gdy drzwi domostwa stojącego najbliżej niecodziennej sceny rozwarły się, a strumień słabego światła przybranego świecami lichtarza rozlał się po ziemi dosięgając swym zasięgiem i ofiarę i oprawcę - stojąca bowiem postać pochyliła się nad leżącym i potężnym ciosem ukróciła jego męki. Skowyt zamilkł, lepiej słyszalny natomiast stał się dziwny, nienaturalny skrzek. Postać w progu krzyknęła z przerażenia i z trzaskiem zamknęła odrzwia, promień światła pozwolił jednak na ułamek sekundy dokładnie dostrzec zgarbione, pokryte szorstką i gęstą sierścią ciało oprawcy, poruszające się ze zwierzęcą zwinnością i gwałtownością. Jasne ślepia posłały krótkie spojrzenie w kierunku Adriana, ten zaś błyskawicznie zwolnił, a postać zniknęła z pola widzenia wraz ze zniknięciem światła lichtarza. Mężczyzna zbliżał się teraz już powoli, ostrożnie stawiając każdy krok, czuł specyficzny zwierzęcy zapach, woń przelanej ledwo co krwi. Czuł obecność postaci, której obraz wyobraźnia mu podsuwała, jako skradającej się na czworaka gdzieś za jego plecami. Obejrzał się jedynie na mignięcie oka, ale to wystarczyło. Bestia z nienaturalną prędkością wyskoczyła z mroku i nim Adrian miał szansę zareagować, jednym ciosem rozbiła latarnię, skrywając długi odcinek alei w absolutnej ciemności. Zewsząd dookoła dobiegały krzyki domagające się strażników, medyków i kapłanów, były to jednakże krzyki dobywające się z gardeł bezpiecznie usytuowanych po drugiej stronie zaryglowanych drzwi. Adrian starał się maksymalnie skupić na odgłosach otoczenia. W końcu z ogółu powstającego harmideru wyłowił oddalające się kroki na żwirowej powierzchni, znacznie jednak cichsze niż, gdyby poruszał się w ten sposób prosty człowiek. - Co za gówniana noc. Co za gówniane miasto - mruknął pod nosem i pomknął za cichnącym szuraniem kroków, nie chcąc stracić słuchowego kontaktu - jedynej wskazówki w panujących ciemnościach. Był niewiele za ściganym oprawcą, gdy kroki ustały. Wokół panowała niemalże idealna cisza, jedyne głosy zamieszania dochodziły z odległego o ponad sto kroków miejsca zbrodni. Przyjął obronną postawę, kij trzymał oburącz przed sobą, osłaniając się przed ciosem, którego oczekiwał. Ruch niespodziewanie dał się usłyszeć za jego plecami. Zbyt blisko by zareagować, okręcił się tylko do połowy, gdy potężna łapa uderzyła go w głowę i automatycznie przygniotła do ziemi. Wypuścił kij z rąk, próbował się podnieść, ale błędnik mu wariował, wewnątrz czaszki coś huczało, syczało i łomotało na przemian. Gdy spróbował przykucnąć, nie dość dokładnie podparł się ręką i padł na bok. Przez dobrą chwilę nie był pewien niczego - ani tego czy żyje, ani tego, czy chce żyć. Po momencie, który równie dobrze mógł się okazać trzecią częścią nocy ktoś pochylił się nad nim, trzymając w dłoni pochodnię. Adrian rozpoznał prostą, białą szatę kapłana i dostrzegł młodzieńczą twarz o bystrym spojrzeniu i jasnych włosach. - Spokojnie - odezwał się młodzieniec i pomógł Adrianowi przejść do siadu - Wszystko będzie w porządku. - Człowiek - wykrztusił mężczyzna, głowa pękała mu od tępego bólu, z trudnością przychodziło skoncentrowanie wzroku - Ranny, albo... tam. - wskazał ręką mniej więcej w kierunku z którego przybiegł - Zajmijcie się nim, tam… - Wiem, spokojnie - odparł opanowanym głosem kapłan - Dla niego już nic nie zrobię. Pomoc przyda się raczej tobie. Spokojnie. Odpręż się. Jakkolwiek wydawało się to ponad jego siły, Adrian postarał się nie myśleć o niczym konkretnym, oczyścić umysł z setek bezładnych myśli, wizji rodzących się tam, gdzie wzrok i słuch uroniły parę szczegółów. Ból ustąpił, a miejsce przejmującego chłodu, na który dopiero co zwrócił uwagę zajęła niesprecyzowane poczucie przytulnego ciepła. Nie był do końca świadomy tego, co się wokół niego dzieje. Zasnął w rytmie modlitewnych szeptów dochodzących z ust młodego kapłana. Gdy się obudził, krótko przed nadejściem świtu i zapadnięciem w kolejną senną marę, leżał bezpiecznie w domu Eleanor, przy łóżku paliła się wąskim, niewzruszonym płomieniem pojedyncza świeca, a delikatna, jakby matczyna dłoń poprawiała chłodny okład na jego czole.
* * *
Świątynia Darveny okazałą się niepozorną budowlą z jasnego kamienia, o nadzwyczaj kunsztownie zdobionym portalu, niepozorną, w porównaniu z usytuowanym naprzeciw, trzypiętrowym budynkiem ratusza ozdobionym wysokimi pilastrami i wysuniętym balkonem, opatrzonym finezyjną balustradą. Podobnie piętrowe kamienice zamieszkane przez najznamienitsze postaci Machien, jako najlepiej utrzymane od czasów świetności miasteczka, przykuwały uwagę wielokroć efektywniej, niźli niska kaplica. Wnętrze utrzymane było w czystości, jedynie posadzkę przy wejściu znaczyły ślady nanoszonego błota. Niewielki ołtarz o barwie grafitu znajdował się naprzeciw wejścia, przed nim stała marmurowa kadź wypełniona wodą. Po bokach stało parę wcale ładnych alabastrowych figur, zaś same ściany ozdobione były płaskorzeźbami w ciemnym drewnie i grubymi gobelinami, prostymi wizerunkami Darveny. Jeden przedstawiał ją jako kobietę o oczach zasłoniętych przepaską, z szalkową wagą w dłoni - jako sprawiedliwość, drugi z sową na ramieniu i księgą w dłoni - jako mądrość. Trzeci, znacznie mniejszy arras, przetykany sporadycznie srebrnymi nićmi, zawieszony natomiast nad wejściem, reprezentował kobietę z mieczem. Sprawiedliwość, mądrość i kara. Adrian usiadł w ostatniej ławie w prawym rzędzie - pomiędzy dwoma rzędami istniało przejście prowadzące od wejścia do samego ołtarza. Trzech niepozornych, młodych mężczyzn w szarych szatach nowicjuszy i starszy, siwy, przygarbiony kapłan kroczyli szepcząc modlitwy pod ścianami budynku. Prowadził ich młodzieniec o ogorzałej karnacji i jasno brązowych włosach, którego Adrian poznał w nocy. On nadawał ton kolejnym modlitwom, starzec zaś odpowiadał tylko na jego pytające spojrzenia łagodnym uśmiechem i przyjacielskim skinieniem głowy. Pięcioosobowa procesja zatrzymała się przed kadzią, każdy zaś od nowicjuszy poczynając przemył wodą z kadzi wpierw dłonie, później usta, na końcu zaś skropił czoło. Gdy skończyli, starzec pokiwał z zadowoleniem głową w stronę młodzieńca i ruszył wraz z nowicjuszami ku niewielkim drzwiczkom za ołtarzem. Gdy podwoje ponownie się zamknęły, młodzieniec podszedł do Adriana. - Pokój tobie. - I tobie pokój, kapłanie. Przyszedłem podziękować za pomoc. - Żałuję, że nie mogłem pomóc temu drugiemu nieszczęśnikowi. Właśnie kończyliśmy obrządek jego odejścia. Niemiła konieczność, a tym bardziej okoliczność do rozmowy. Nastąpił moment milczenia, gdy kapłan lustrował łagodnym wzrokiem Adriana, potem jednak podążył za wzrokiem mężczyzny utkwionym w wypełnionej wodą kadzi. - Kadź oczyszczenia - wyjaśnił - wszyscy wierni na zakończenie obrzędu myją dłonie, usta i czoło. Na znak skruchy za złe czyny, słowa i myśli. - Nie znam złych słów. Jedynie prawdę i kłamstwo. - Kłamstwa są złe. Prawda jest dobra. - Nawet jeśli rodzi ból i żal? Młodzieniec nie odpowiedział. Zmierzył Adriana spojrzeniem, ten zaś zrewanżował się tym samym, mrużąc oczy. - Jestem Allesandro di Morfeo. - Adrian Esscox. - Nietypowe nazwisko jak na te rejony. - Wzajemnie. - Fakt. Ponownie milczeli przez chwilę, w końcu Morfeo usiadł obok mężczyzny i odezwał się szeptem: - Pamiętasz coś z wczorajszej nocy? - Niewiele. Ofiarę. I zabójcę. Cokolwiek to było. - Cokolwiek? Czy raczej ktokolwiek? - Żaden ktokolwiek nie chadza okryty takim futrem, nie ma takich pazurów i nie jest tak szybki. - Więc to były pazury? - Oczekiwałeś grabi ogrodowych? - Kastetu. Haków. Rzemienia niefortunnie opatrzonego ćwiekami. - Imponująca wiedza o broni ulicznej, jak na kapłana bogini miłującej pokój. - Imponujący wzrok i odwaga, jak na prostego zaklinacza szczurów - Adrian odpowiedział pytającym uniesieniem brwi, więc Allesandro westchnął cicho i wyjaśnił - parę osób wczoraj poznało cię z czasu twojej ostatniej wizyty. No i zamieniłem słówko lub dwa z Eleanor. - Znałeś Helberta? - Tak. Zaprzyjaźniliśmy się krótko przed jego śmiercią. Przybyłem tu niedawno. Znowu moment milczenia, obaj jednakże przyglądali się sobie z nową uwagą. - Jesteś zaklinaczem szczurów? - Jeśli rozmawiałeś z Eleanor, to pewnie wiesz. Rozmawiałeś? - Tak. - Po co więc pytasz? - Z ciekawości. - Dobrze więc. Szczury. Tak, zajmuję się szczurami. Z nimi jest łatwo. Wystarczy odpowiednia melodia, czasem odpowiedni dźwięk i wszystkie idą twoim śladem. Węże. Też są bardzo czułe na dźwięki. - Coś jeszcze? - W zasadzie wszystko co ma uszy. Poza kotami, z kotami jest najtrudniej. One zawsze chodzą swoimi ścieżkami. - Wszystko? A ludzie? - Ludzie? - parsknął cicho i pokręcił głową z łagodnym uśmiechem - Nasłuchałeś się opowieści o zaklinaczach porywających dzieci z miast, gdzie nie chciano płacić? - W zasadzie… tak. Co nie znaczy, że w nie wierzę. - Słusznie. Co prosty zaklinacz miałby zrobić na trakcie z bandą trajkoczących małolatów? - Szczury, węże i dzieci? I to wszystko? - Nie. Zaklinanie to nie tylko dźwięki. To wonie, barwy, znaki i bogowie sami wiedzą co jeszcze. - Interesujące. Kiedyś będziesz musiał mi o tym dokładnie opowiedzieć. - Raczej nie. Po cóż wtedy byłbym ja potrzebny? - Fakt. Do świątyni weszła, czy raczej wdreptała babuleńka o odzieży spływającej deszczem i twarzy przypominającej jedną wielką zmarszczkę. Znużone mimo wczesnej pory oblicze staruszki rozjaśniło się natrafiwszy na uśmiech, którym przywitał ją Morfeo. Wybąknęła ciche dziękuję, gdy pomógł jej zdjąć płaszcz i powiesił go z boku, przy wejściu. Kobieta potarła chłodne dłonie i ruszyła do jednej z pierwszych ław. Po krótkiej chwili pogrążyła się w modlitwie. Adrian odprowadził ją wzrokiem i ponownie utkwił spojrzenie w Allesandrze. - Myślisz, że Eleanor ma rację? Że coś się przydarzyło Helbertowi? Że to nie był przypadek? - Obawiam się, że to prawdopodobne. - Skąd ta obawa? - Ofiara wczorajszego wieczora to jeden z jego znajomych. Również aktor. Niejaki Herman Schultz. Inny członek trupy, Richard Schennetbaum popełnił samobójstwo na dzień przed pogrzebem Helberta. A Caroline Garreth zniknęła zaraz po pogrzebie, nie zamieniając z nikim nawet słowa. - Domyślam się, że ona też raczej nie prowadziła kramu. - Nie. Była postacią numer jeden obok Helberta w ostatniej sztuce. Młoda, piękna, bardzo utalentowana. Ponoć z charakterkiem. - Ciekawe. - Istotnie. - Jesteś może, Allesandro, amatorem teatru? - Miewam inne rozrywki, ale nie pogardzę dobrym przedstawieniem. Czemu pytasz? - Bo odnoszę wrażenie, iż coś się tu dzieje. I że jeśli się w to wplączemy, to właśnie my będziemy aktorami na deskach teatru. A mi już się nie podoba scenariusz. - Cóż więc teraz? - Powęszę trochę tu i ówdzie. Zobaczę, czego się dowiem. Do zobaczenia, kapłanie. Adrian okrył się szczelnie płaszczem i nakrywszy głowę kapturem wyszedł na zewnątrz. Krocząc żwawo, wiódł uważnym wzrokiem po skąpanych w strugach deszczu szaro burych szczytach domów i kamienic. Coś mówiło mu, że gdzieś tam, potężne cielsko ściśle okleja grube, mokre futro, a natrętne krople zalewają w nieskończoność oczy nienawistnie zwrócone w jego stronę i śledzące każdy jego krok.
* * *
- Mówiłem ci już, że nie mamy teraz żadnych problemów ze szczurami - odkrzyknął gruby karczmarz o czaszce obdarzonej olbrzymimi zakolami łysiny. W izbie panował taki hałas, iż Adrian na wpół jedynie słyszał słowa oberżysty, na wpół zaś domyślał się ich sensu. Pokręcił zrezygnowany głową, otrzymawszy odpowiedź zupełnie nie związaną z zadanym pytaniem, i utkwił znużony wzrok w kuflu mętnego piwa. Gwar otaczających go rozmów i pijackich wrzasków przytłaczał, ale z drugiej strony swą monotonią kołysał zmęczone zmysły do snu. Adrian pociągnął łyk i poszukał wzrokiem kogoś chętnego do rozmowy, a mogącego posiadać interesujące go informacje. Ponad pół dnia spędził szlajając się od gospody do karczmy, od oberży do tawerny zwiedzając wszystkie niemalże lokale i dzielnice Machien, wszystko jednak czego się dowiedział można było streścić w paru zdaniach. Helberta znali prawie wszyscy w miasteczku, wrogów nie miał, przyjaciół, zdawać by się mogło, też nie, o jednych jak i drugich zresztą nigdy nie zabiegał. W ostatnich dniach przed śmiercią, zanim jeszcze zaniemógł, temperament jego przypominał niezwykły eliksir, miksturę paradoksalnie odmiennych pasji i emocji. Spokój i naturalna łagodność nieraz ustępowała miejsca napastliwej melancholii czy nagłym wybuchom złości. Zmarł nagle, nikt jednak nie poczytywał tego za zjawisko godne większej uwagi, ot, raczej za naturalną, aczkolwiek przykrą kolej rzeczy. Parę osób wyraziło życzliwe zainteresowanie losem pozostawionej samej sobie Eleanor. Co się tyczy zniknięcia panny Garreth czy samobójstwa Schennetbauma, większość indagowanych nie zdawała sobie nawet sprawy z istnienia tych osób, cóż dopiero z dotykających ich wydarzeń. Śmierć Hermana Schultza natomiast znajdowała się na ustach wszystkich, niektórzy rozpoznali nawet Adriana, jednakże większość z historii krążących na temat wydarzeń poprzedniej nocy zdawała się być wyssana z palca, nie miała więc większej wartości. Dziwnym trafem chyba nikt nie skojarzył związku Hermana Schultza z Helbertem, więcej uwagi poświęcano bestii, która dokonała ulicznej rzezi. Znienacka nieznajomy o zadbanym wyglądzie, ubrany w kosztowne, niezbyt jednak gustownie dobrane odzienie usiadł naprzeciwko Adriana. Uśmiechnął się otwarcie, szczypiąc palcami w rękawiczce starannie ufryzowany wąsik. Był w średnim wieku, a smoliście czarne włosy zaczesane miał na bok z wyraźnym przedziałkiem. Błysk w oczach zdradzał niezdrową ekscytację, Adrian nie mógł jednak określić czy to oznaka strachu, radości czy czegoś jeszcze innego. - Nie przeszkadzam? - spytał, uśmiech zaś niezmiennie gościł na jego upudrowanym obliczu. - Bynajmniej. - Świetnie. Obskurny lokal, musi pan przyznać, nic ciekawego, w rzeczy samej. A ten zapach, doprawdy, nie wiem jak ci wszyscy ludzie tu ze sobą wytrzymują. Odrażające, w rzeczy samej. - Chciałeś czegoś, panie? - Ach, nienawykliśmy do życzliwych pogawędek? - zapytał nieznajomy z dobrodusznym uśmieszkiem - Dobrze więc, przejdę do sedna. Zadajecie pytania, które się niektórym nie podobają, panie Esscox. Bardzo nie podobają. - Smutek wypełnia me serce. - Proszę nie kpić. Mówię o tym dla pańskiego dobra. - Od razu mi ulżyło. - Sęk w tym, że wy, panie Esscox, nie jesteście stąd. W rzeczy samej, nie stąd. My w Machien mamy wiele innych zmartwień. I radzimy sobie z nimi własnymi siłami. Nikogo nie zaprząta los biednego Schennetbauma, a za parę dni także po Schultzu pozostanie jedynie mgliste wspomnienie. - Pragmatyzm godny podziwu. - Jeśli pan tak stawia sprawę… - zaczął nieznajomy i wyciągnął na stół sakiewkę, która sprawiała wrażenie całkiem ciężkiej. Znacząco zważył ją w dłoni, nim kontynuował - Życie prostego zaklinacza na pewno jest ciężkie. Na traktach, od miasteczka do miasteczka, w pogoni za niepewnym groszem. Nadchodzi zima, miło byłoby się zaszyć w jakimś przytulnym zajeździe póki śniegi nie stopnieją, czyż nie? Gdzieś z dala od Machien i od naszych problemów… - Pannie Garreth też zaproponowałeś taką sakiewkę? - zapytał niby mimochodem Adrian, nieznajomy jednak wyraźnie wzburzył się na te słowa, poczerwieniał na twarzy, a wzrok jego przybrał nienawistną ostrość spojrzenia drapieżnika szykującego się do ataku. - Dość! Ostrzegam po raz ostatni. Proszę zapomnieć o naszych sprawach. Proszę zapomnieć o Shultzu, Schennetbaumie i Caroline Garreth. Oni nic dla pana nie znaczą, zrozumiano? Proszę zapomnieć o nich albo… - obcy ściszył głos i przechylił się przez stół ku Adrianowi - …albo zawiążę na strychu konopny sznur, i jak ten młokos Schennetbaum będziesz tam dyndać radośnie, aż ktoś cię nie znajdzie. - Schennetbaum powiesił się tutaj? - zainteresował się mężczyzna - Mieszkał tutaj? - Dość tego - oznajmił nieznajomy wyraźnie zdenerwowany, iż wyrwało mu się coś, o czym wolałby nie wspominać - Wychodzę. I lepiej, żeby poszedł pan jak najszybciej moim śladem. Bywam niecierpliwy. Nie chciałbym stawać przed koniecznością wprowadzania moich słów w czyn. - Zapamiętam - odparł nieobecnym tonem Adrian, patrząc przed siebie niewidzącym wzrokiem. Gdy nieznajomy posłał mu ostatnie spojrzenie, Esscox podniósł się z miejsca i ruszył do kontuaru. Krótka rozmowa z karczmarzem zaowocowała zdobyciem kluczy do pokoju, który istotnie zajmował Richard Schennetbaum przez swoje ostatnie dni. Pomieszczenie przypominało wystrojem więzienną celę - łóżko musiało być niewiele wygodniejsze niż wmontowana w ścianę prycza, jedyna szafa była pusta, jeśli nie liczyć odrobiny sfatygowanej odzieży. Adrian uchylił okiennice, gdyż wewnątrz było niemożliwie duszno. W koncie obok łóżka leżały dwie zadymione flaszki, jedna do połowy pełna. Adrian odkorkował i rozpoznał zapach młodego wina z tutejszych okolic, niezbyt drogiego i naturalnie adekwatnej do ceny jakości. Na pozbawionym jakiejkolwiek serwety stoliku walały się bliżej nie określone szpargały, para piór, w tym jedno złamane, do połowy pełny inkaust. Łojowa świeczka wypalona była niemalże do cna, wątły knot musiał mieć nie więcej niż cal, półtorej. Adrian postawił na stoliku ogarek, który przyniósł ze sobą z głównej izby i zaczął w nikłym świetle chyboczącego się płomienia przeglądać rozrzucone w nieładzie papiery. Większość stanowiły pozbawione większego sensu i wartości zapiski, krótkie liściki od anonimowych fanek młodego aktora, weksel na śmieszną sumę dwudziestu miedziaków, wystawiony niestarannym pismem, pewnie po pijaku, dla zgrywy. A czego oczekiwałem, przeklął sam siebie Adrian, pamiętnika, z rozwiązaniem tajemnicy podanym jak na tacy? Gotów był rzucić wszystkie papiery prosto na stół, gdy pomiędzy szpargałami dostrzegł małą złożoną kartkę z nieco innego niż pozostałe papieru - cieńszego, gładszego, pokrytego drukowanym pismem. Podsunął zwitek do światła świecy by móc zapoznać się z jego treścią. Był to niewątpliwie wiersz bądź jego fragment - karteczka sprawiała wrażenie jakby została starannie wydarta z arkusza większego formatu. Treść zaś przedstawiała się następująco:
{b}“Strzeż się! Zapadnie wnet zmrok, a cienie, złe duchy, słudzy zbrukanej miłości, zniszczonego życia i serca przeszytego odnajdą cię i osądzą w swym cierpieniu i złości. A ja przybędę na ich zgubnym czele, jak sługa ciemności z serca nicości, wyciągnę swą dłoń i wydrę serce twe, oddech twój nie skale więcej cudzej radości. Strzeż się, powiadam! Strzeż się… bo nadchodzę”{/b}
Część 33 / 3
Było w tym krótkim tekście coś, co kazało mu przywiązać doń większą uwagę. Wyglądało to jak groźba, napisana w sposób, który do kogo jak do kogo, ale do młodego aktora mógł przemówić bardziej, niźli cokolwiek innego. Schował karteczkę do sakiewki, raczej ot tak na wszelki wypadek, niż z jakiegoś konkretnego powodu. Rzucił ostatnie spojrzenie na stos papierów i zdmuchnąwszy płomień świecy wyszedł z pomieszczenia. Zamknął drzwi na klucz i obrócił się w kierunku prowadzących na dół schodów, gdy z ciemności korytarza wyłoniła się zwalista sylwetka. Cios pięści wielkiej jak pół bochenka zgięło Adrian w pół i rzuciło na kolana, kolejny dobił go do ziemi, a trzy następne kopnięcia trafiły w żebra, biodro i w brzuch. Mężczyzna skulił się na zakurzonej podłodze, bał się, że kolejny cios rozbije jego głowę z łatwością, z jaką młotek poradziłby sobie z jajkiem. Kolejne uderzenie jednak nie nadeszło, Adrian z trudem złapał oddech, czuł pulsujący ból tętniący w każdym calu swego ciała, zdający się rozprzestrzeniać wraz z krwią w żyłach. Zakrztusił się, gdy zbyt szybko chciał ponownie odetchnąć. - Prosiłem, żeby sobie pan darował, ale pan jest uparty, nieprawdaż panie Esscox? - odezwał się nad jego uchem szepczący głos należący do trefnisia z głównej izby - Uparty. Niech pan to potraktuje jako ostatnie ostrzeżenie. Nie chciałbym, żeby musiało się panu stać coś naprawdę, naprawdę strasznego. Niech pan zapomni o tym wszystkim. Zapomni i stąd wyjedzie, póki jeszcze może. Adrian chciał się unieść na łokciu i coś odpowiedzieć, ale potężna postać stojąca obok przerwała ich rozmowę potężnym kopniakiem wymierzonym w twarz zaklinacza. Esscox zasłonił oblicze dłonią, którą przeszył nieznośny ból, a w czoło oberwał tak czy owak. Wraz z głuchym grzmotem, który odezwał się gdzieś za jego oczyma, świadomość Adriana uleciała, pozostawiając go samego na korytarzu, otulonego ciemnością, niczym pogrzebowym całunem.
* * *
- Spuszczam cię na chwilę z oczu, a ty już szukasz guza. Wpada ci to w nawyk, nie sądzisz? - głos Morfeo wypełniał malutką izdebkę na najwyższym piętrze kamienicy stojącej obok świątyni Darveny. Adrian przymknął oczy i obmacał delikatnie świeży okład i nowy opatrunek. Głowa bolała go niemiłosiernie, skupienie przychodziło z trudem. - Nie posądzałem cię o poczucie humoru - odpowiedział mężczyzna siadając powoli. Gdy wzrok odzyskał ostrość, rozejrzał się po skąpo urządzonym pokoju, oświetlanym przez parę zatkniętych na lichtarzu świec. Na jednej z półek leżało parę książek, z których połowy tytułów nie był nawet w stanie przeczytać. - Teologia. Filozofia, medycyna. I jedna z zakresu alchemii - stwierdził kapłan jakby czytając myśli Adriana. Uśmiechnął się radośnie i dorzucił - za tę ostatnią pewnie mogliby mnie powiesić albo spalić na stosie. Sęk w tym, że jest napisana w qulle’the, języku Kwizydrynów z południa. Pewnie nikt w promieniu stu mil nawet by nie poznał, co to za alfabet - Adrian zaprzestał oglądania oprawionych w skórę grzbietów i przyjrzał się uważniej kapłanowi. Gotów był jego ostatnie słowa poczytać za zarozumialstwo, gdyby tylko oczy Morfea nie wyrażały tak absolutnej, dziecięco niewinnej pogody. Był młody, teraz zaś, w tym nastrojowym półmroku z deszczem bijącym nieubłaganie o okiennicę cała jego postać w idealnie białej szacie zdawała się pławić w aurze mistycyzmu i czegoś nienazwanego, nieskończenie dalekiego codzienności. Był młody - ta myśl nie dawała Adrianowi spokoju - ale z łagodnego spojrzenia biła mądrość i doświadczenie tworzące z gładkim obliczem niezwykłą kombinację. - Dowiem się w końcu, co się stało? - zapytał Morfeo, siadając obok zaklinacza na twardym łóżku i podając mu do picia ciepły napar o mocnej woni mięty, lawendy, rozmarynu i słabszej szałwi. Napój był gorzki, ale otumanienie stopniowo ustępowało i wracała trzeźwość umysłu. - Zadałem chyba o jedno pytanie za dużo - oznajmił Adrian utkwiwszy beznamiętny wzrok w podłodze - komuś się to najwyraźniej nie spodobało. Pojawił się tam w gospodzie taki jeden gość. Trefniś, upudrowany, wypachniony. Klasyczny nowobogacki wygląd i maniery. Kazał mi się wynosić z miasta. Ale przy okazji się wygadał, że w tym lokalu mieszkał młody Shennetbaum. Poszedłem się rozejrzeć i to mu się jeszcze mniej spodobało. - On cię tak urządził? - Kpisz, Morfeo? Jedną ręką bym go za wszarz i z gospody, od stołu nawet nie wstając… Miał ze sobą jakiegoś olbrzyma. Postawne chłopisko, jak sam diabeł. - Ktoś się boi, że możesz dowiedzieć się za dużo. - Sam się zaczynam tego obawiać. - A może już się dowiedziałeś za dużo? Znalazłeś coś u Schennetbauma? - Wino, jakieś szpargały, ubrania, dużo kurzu. Nic co by mogło skłonić do samobójstwa. Acha, no i ta karteczka - stwierdził, podając zwitek kapłanowi. Ten spojrzał na niego i od razu zaczął gwałtownie czytać. Z każdym pochłanianym słowem jego oczy rozwierały się szerzej, twarz zbladła. Gdy skończył, utkwił znaczące spojrzenie w Adrianie, po czym otworzył kieszonkowy modlitewnik, który nosił zazwyczaj przy sobie. Ze środka wyciągnął karteczkę z identycznego papieru, pokrytą tym samym drukiem, podobnie wydartą z niezwykłą ostrożnością z większego arkusza Słowa układały się na niej następująco:
{b}“Słyszę twój głos, błagający litości, lecz czyś ty słuchał, gdy ona szlochała? Gdy prosiła, klękała, o łaskę błagała? Czyś wstrzymał dłoń okrutną na tej chłodnej stali, co tak szybko cienką nić życia przecięła, czyś żałował chociaż, gdy śmierć ją objęła? Zamilknij, nie błagaj, głos twój nic nie zdziała! Jam ją kochał, ona mnie kochała! Zabiłeś, więc wiesz, co i ciebie nie minie, Całun w któryś zawijał i ciebie owinie! Giń więc!”{/b}
- Znalazłem ten fragment u Schultza. Byłem u niego w mieszkaniu. Nic ciekawego, poza tą właśnie wiadomością. - To jakiś wiersz? Poemat? - To fragmenty sztuki. Dramatu “Camilla”, autorstwa Roberto di Giovanniego. To ostatnia sztuka Helberta. Ostatnia sztuka Helberta, Hermana Schultza i Richarda Schennetbauma. A może i Caroline Garreth. - Po co ktoś wysyła fragmenty sztuki aktorom? Nie pamiętali swoich kwestii? - Kiepski żart. Myślę, że to groźba, ostrzeżenie… albo… wyrok. - Wyrok? - Coś tu się dzieje, Adrian, i my na to coś trafiliśmy. Trzeba się tylko dowiedzieć, co. Ktoś bardzo chce, żeby sprawa umierających aktorów szybko ucichła i odeszła w zapomnienie. Ktoś znaczny… - Znasz tę sztukę? - Helbert dał mi ją przeczytać. Tutejsze obowiązki nie pozwoliły mi towarzyszyć mu w drodze do stolicy, żeby ujrzeć spektakl na własne oczy. - O czym to jest? - To…hm…to historia mężczyzny, Alberta, starszego, pracującego jako guwernant. Bardzo mądrego, doświadczonego, ale już słabego i steranego życiem - zupełnie jak Helbert ostatnimi czasy. Rola więc idealna dla niego. Mężczyzna ów, mający oddaną, miłującą go żonę, zakochuje się ze wzajemnością w swej podopiecznej, tytułowej Camilli, pięknej, nastoletniej córce bogatego kupca, o której edukację winien dbać. W tej roli występowała Caroline. Starzec przeżywa drugą młodość, niesiony miłością chadza po lesie i wycina na korze drzew serca z ich imionami. Ten nienaturalny romans starca i młodej panienki zostaje nagle przerwany przez trzech braci dziewczyny, którzy poznają prawdę - mordują oni swoją siostrę w przypływie szału i nienawiści. Alberto przysięga im zemstę, jest jednak zbyt słaby, by dokonać odwetu. Decyduje się poświęcić duszę pani podziemia, Hester, i jej demonicznym sługom, w zamian za siłę by przelać znienawidzoną krew. Wspomagany przez złe siły zabija braci, ale sumienie nie daje mu spokoju, mężczyzna stopniowo pogrąża się w szaleństwie. W końcu morduje swoją żonę, gdy ta chce mu pomóc, a zrozumiawszy wszystkie swoje postępki, rzuca się ze skały. - Wszystko pięknie. Tylko gdzie tu szczęśliwe zakończenie? - Nie ma szczęśliwego zakończenia. To dramat. - Ale co to zmienia w naszej sytuacji? Nadal nic nie wiemy. - Wiemy. Ci dwaj w coś się wplątali i ktoś chciał im dać do zrozumienia, że cokolwiek zrobili, odpowiedzą za swoje czyny. Schennetbaum i Schultz mieli na sumieniu coś, za co czekała ich śmierć. Richard wybrał swoją drogę, ścieżkę konopnego sznura. Hermana dopadła ta bestia, czy, co bądź to było. Poza tym te teksty mogły zostać wybrane także ze względu na analogię względem rzeczywistej sytuacji… - A aktor grający trzeciego z braci? Bo domyślam się, że ci dwaj grali dwóch pozostałych. - Faktycznie. Ale trzeci odpada, został po spektaklu w stolicy. Jednakże ktoś bardzo się wzburzył, gdy rozpytywałeś o związek tych dwojga i Caroline Garreth. Warto pamiętać, że ona też zniknęła. - Morfeo, to wszystko jest za bardzo poplątane. Musimy się dowiedzieć czegoś więcej, by móc wyciągać wnioski i snuć hipotezy. Póki co, to po prostu nie ma sensu. - Masz rację - zgodził się Allesandro i zaczął ubierać się w płaszcz z kapturem - Chodź. - Dokąd? - Do budynku starego teatru. Może tam znajdziemy coś, co rzuci nowe światło na całą sprawę.
* * *
Wejście do miejskiego teatru nie wyróżniało się znacząco spośród fasad otaczających go, piętrowych kamieniczek. Dopiero przy dokładniejszych oględzinach, dostrzec można było dwie maski - jedną wyrażającą smutek, drugą symbolizującą uśmiech. Solidne, dwuskrzydłowe drzwi prowadzące do środka zaskrzypiały pod naciskiem Morfea i rozwarły się jedynie na moment, by wpuścić dwie postacie do swego wnętrza, nim zamknęły się ponownie z cichym szczęknięciem. W środku było ciemno, mrok rozpraszały jedynie sporadycznie ustawione świeczki ciągnące się wzdłuż wąskiego korytarza. Gdzieś z głębi dochodziły przytłumione głosy, słów nie dało się rozróżnić, ale ton wskazywał na wydawanie rozkazów lub instruktaż. - Dzieci mają w tym budynku kursy tańca, dziewczynki uczą się garncarstwa i ceramiki - powiedział Morfeo uprzedzając pytanie Adriana - Zazwyczaj ktoś tu jest. Ruszyli w górę prostych, skrzypiących jak i drzwi schodów, opatrzonych masywną balustradą z ciemnego drewna. Morfeo zabrał jedną ze świec i po krótkim zastanowieniu wybrał jedne z sześciu drzwi na piętrze. Już chciał przekroczyć próg, gdy zatrzymał się gwałtownie i nakazał Adrianowi by pozostał, gdzie jest. Zaczął wodzić wzrokiem po pokoju, ale światło świecy było zbyt nikłe, by zarysy przedmiotów nabrały choćby odrobinę wyraźniejszych konturów. - Co się stało? - zapytał Adrian, Morfeo jednak zbył go milczeniem i machnięciem dłoni. Oddał zaklinaczowi świecę, po czym zdjął z szyi medalion z malutką sową - symbolem Darveny. Wymamrotał cicho parę słów, a medalion nagle rozjarzył się nienaturalnym, błękitnawym, chłodnym światłem. Moment później świecił już na tyle mocno, by z progu oglądnąć dokładnie cały pokój. Pomieszczenie było malutkie, ot, na tyle duże, by pomieścić biurko z krzesłem i zawieszoną nad nimi półkę pełną książek i luźnych papierów. Na pierwszy rzut oka nie było w nim nic niezwykłego. Na pierwszy rzut oka. - Co się stało? - zapytał ponownie Adrian. - Magia. Ślad magii. Słaby, ale jeszcze wyczuwalny. - Pułapka? - Może. Ale nie sądzę. Wyparowuje stopniowo. Czujesz coś? - pociągnął nosem. Adrian poszedł śladem kapłana. Naszła go myśl, jak absurdalnie muszą wyglądać, stojąc w budynku starego teatru, na progu malutkiego pokoiku, oświetlani przez magiczny blask wydobywający się z medalionu i pociągający nosami jak dzieci próbujące wywęszyć jaki placek robi sąsiadka. Wtedy dotarły do niego wonie, słabo wyczuwalne, mocno wymieszane, ale jednak wciąż obecne. - Czarnolistek. Orchidea. Ptasi mór. I coś jeszcze, ale za słabe… - Świetnie. Możemy wejść. Weszli do środka. Adrian zaczął dokładnie badać komnatę. Morfeo przypadł do podłogi i z medalionem w dłoni zdawał się studiować każdy, pokryty warstwą kurzu cal. - Szukasz czegoś? - zapytał z uśmieszkiem politowania Adrian, przeglądając książki i papiery z biurka i półki. Dziesiątki wersowanych strof tłoczyły się na mniej lub bardziej wyblakłych kartach. - Tak. Tego - odparł krótko wskazując na zatarty ślad na podłodze. Powiódł palcem po ledwie wyróżniającej się w świetle desek jaśniejszej linii. Adrian przyglądał się spokojnie poczynaniom kapłana do czasu, gdy zrozumiał jaką figurę tworzy parę prostych linii, po których Morfeo wiódł palcami. Pięcioramienna gwiazda. - Pentagram! - niemalże wykrzyknął. - Tak - odrzekł spokojnie Allesandro - na rogach są pozostałości wosku. - Ktoś tutaj się bawił w czarowanie. - Nie nazwałbym tego zabawą, ale tak, tak właśnie to się przedstawia. Ciekawe połączenie… - Potrafisz stwierdzić jak dawno… no wiesz… - Tak. Jakiś tydzień temu…trudno dokładnie określić. Mniej więcej wtedy, gdy aktorzy wrócili ze stolicy. - A co jeśli to była pułapka? I Helbert w nią wpadł? - Nie sądzę. - Czemu? - Po prostu… po prostu coś mi mówi, że to nie to… że to nie o to chodzi. Poza tym ta kombinacja… czarnolistek, orchidea, ptasi mór… pentagram… Znasz się na czarach, Adrian? - O tyle, o ile trzeba czarować młode damy. Psia mać, pojęcia o magii nie mam. Zaklinanie to dziecinne sztuczki przy tym - wskazał na światło dobywające się z medalionu Morfea. Błękitnawy blask układał się w chorobliwe plamy cieni na jego twarzy. - Nie jest to łatwe, nawet jeśli się ma dar. Magowie czy kapłani nie są tak niepodobni do ciebie, jak ci się wydaje. My też stosujemy zioła, znaki, dźwięki… tylko w roli stymulatorów… Rozumiesz, póki co? - Staram się. - Dobrze. Przypuśćmy, że masz do czynienia z takim prostym zaklęciem jak to - wskazał na swój medalion - przeciętnie zdolna, początkująca w magicznym fachu postać będzie musiała skupiać się przez dobre parę minut, nieustannie wypowiadając długie inkantacje i układając dłonie w skomplikowane figury. Komuś z większym darem wystarczy parę minut skupienia i parę odpowiednich strof. Amator będzie musiał oprócz słów i gestów dodać jeszcze wypicie naparu wspomagającego koncentrację i skropienia takiego przykładowego medalionu eliksirem z odpowiednich ziół. Kompletne beztalencie posłuży się jeszcze paroma znakami wyrysowanymi kredą na podłodze, a medalion zanurzy w świeżej zwierzęcej krwi wymieszanej z octem. - Ocet! Właśnie, to jest to. Ten zapach, tutaj, poza ziołami. - Allesandro skinął zgodnie głową - Czyli mamy tu do czynienia z wioskowym głupkiem próbującym zapalić światło? - Daj mi dokończyć - odparł Morfeo - Im trudniejsze zaklęcie, tym więcej stymulatorów jest potrzebne. Bądź tym mocniejsze muszą być. Trudniejsze w zdobyciu zioła. Krew… nie tylko zwierzęca. Więcej skupienia, więcej inkantacji. Przeciętny czarodziej ześle kulisty piorun w czasie burzy, gdy porządnie się skupi i wykona odpowiednie połączenie gestów i słów. Doświadczony mag, z mocnym darem dokona tego poprzez parę krótkich fraz przy niebie zaciągniętym chmurami. Sztukmistrzowi wystarczy krótki gest, dwa, trzy słowa, a na niebie mały cirrusik. - Czyli, podsumowując, dalej nic nie wiemy? - Może niekoniecznie - Morfeo zaczął przeglądać znajdujące się na półce książki - Jak dobrze znałeś Helberta, Adrian? - Lepiej niż dobrze. Poznaliśmy się blisko dwadzieścia lat temu. On był w sile wieku, doświadczony, lecz o młodzieńczej duszy, pełnej zwariowanych pomysłów. Ja byłem jeszcze młokosem. Miałem wtedy trochę problemów. Pomógł mi. Przez pewien czas podróżowaliśmy razem. Później się regularnie widywaliśmy. Czemu pytasz? - Helbert miał dar. Niezbyt mocny, ale jednak. Potrafię wyczuć coś takiego. - Chwila, chyba nie chcesz mi powie… - Na razie tylko stwierdzam fakt. Nie możemy wykluczyć żadnej możliwości. Wszystko może… Chwila! Spójrz na to - wykrzyknął Morfeo podając Adrianowi oprawiony na czerwono wolumin, który moment wcześniej beznamiętnie przeglądał. - “Daleko od domu. Sztuka w aktach trzech, autorstwa Daniela Auberville” - Esscox przeczytał napis znajdujący się na wierzchu - No i co? - Zajrzyj do środka. Na pierwszą stronę, gdzie wymienieni są aktorzy i przynależne im role. - “Roderick Smallett - Helbert Moellmak”. Jeśli chodziło ci o to, że grał w tej sztuce, to żaden z ciebie odkrywca. Grał we wszystkich, których teksty są na tej półce. - Wiem. Ale lepiej spójrz na główną rolę kobiecą. - “Veronika Abstell - Amanda Garreth”. Garreth! Do diabła, jak mogłem to przeoczyć?! - Nie istotne, jak to przeoczyłeś. Istotne, co to dla nas znaczy. Osoba Caroline Garreth nabiera pierwszorzędnego znaczenia. - Im bardziej się w to zagłębiamy, tym więcej powstaje znaków zapytania, a odpowiedzi za grosz. Adrian skierował się ku wyjściu z pokoju. Rozejrzał się po korytarzu, po czym ruszył do pierwszych z brzegu drzwi. - Co robisz? - Morfeo na moment zaprzestał dokładnego egzaminowania pomieszczenia i zainteresował się Adrianem. - Może w pokojach Schultza i Schennetbauma też będzie coś ciekawego. Coś co naprowadzi nas na… - urwał nagle i przystanął w pół kroku, nasłuchując. - Co się stało? - zapytał Allesandro, ale Adrian uciszył go tylko ostrym syknięciem. Przez moment panowała idealna cisza, Morfeo nie odważyłby się nawet poruszyć, oddychał jak najciszej, choć zdawało mu się, że każdy wdech to złowrogi, burzący zasłonę ciszy, gruźliczy charkot. To co panowało w całym budynku nie sposób było nawet nazwać ciszą. Był to raczej doskonały brak jakichkolwiek dźwięków. - Głosy z głębi domu zniknęły - mruknął cicho Adrian, kapłan usłyszał go jednak dość wyraźnie. - Może wszyscy wyszli - odpowiedział szeptem. - Świeczniki na korytarzu dalej się palą - Adrian ruszył bezszelestnie ku schodom,…