Fantasy · 27 min czytania
Zakochany MetalMistrz: Rozdział I
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
I.
Był koniec maja. Atmosfera radości wynikająca ze zbliżającego się zakończenia roku szkolnego w szkole magicznej w Kestar była niemal namacalna. Oznaczało to bowiem trzymiesięczną przerwę w nauce. Niektórzy wracali na ten czas do odległych domów, inni mieli być odebrani przez rodziców i wyruszyć z nimi w wakacyjną podróż. Jeszcze inni nie opuszczali Kestar. Pozostając przez wakacje w Domu Adepta korzystali z rozrywek dostępnych w mieście, lub próbowali zarabiać wykonując różne dorywcze prace. O zatrudnienie w mieście nie było trudno, szczególnie przed żniwami. Mimo iż Kestar było dużym miastem (choć nie zaliczało się do największych w Goriadzie), wielu ludzi parało się tu typowo wiejskim zajęciem: uprawą ziemi. Rozlegle, różnobarwne pola ciągnęły się aż po horyzont, gdzieniegdzie jedynie przystrojone niewielkimi zagajnikami. Ziemie na których wybudowano miasto zaliczały się do najlepszych pod uprawę w całym państwie. Randwat jednak nie myślał teraz ani o Kestar, ani o żyznych glebach. Siedział przy otwartym oknie swojego pokoju na drugim piętrze Domu Adepta i podziwiał piękny widok. Słońce zachodziło już za horyzont, skrywając różnobarwne pasy pól w cieniu, który szybko nadchodził z zachodu. Niebo także osnute było ciemnością, jedynie chylące się ku zachodowi słońce otaczała jeszcze ciemno pomarańczowa poświata. Na placu przed Domem Adepta stała grupka o rok młodszych adeptów, z przejęciem rozprawiających o tunszy w którą mieli wyruszyć już za tak niedługi okres czasu. Randwat dobrze pamiętał to napięcie, emocje i przyjemny dreszczyk podniecenia towarzyszące oczekiwaniu. Bardzo miło wspominał to uczucie. Tunsza nie zaprzątała już jednak jego myśli. Rand miał to już za sobą. Kolejna, trudniejsza, próba była na tyle odległa by nie musiał się nią jeszcze przejmować. Adepta całkowicie pochłaniały teraz jego wakacyjne plany. Chciał wrócić do Nurhan! Na samą o tym myśl czuł, jak ogarnia go euforia znacznie wybijająca się ponad ogólnopanującą radość jego rówieśników. Miał już wszystko dokładnie zaplanowane i dopięte na ostatni guzik. Rodzice o dziwo wyrazili zgodę bez większych oporów, jego dwóch najmilszych druchów zachęconych opowieściami o nieznanej krainie i jej mieszkańcach zgodziło się mu towarzyszyć. Oni również z mniejszymi lub większymi oporami (w porozumieniu z rodzicami Randwata rzecz jasna) otrzymali „odgórne” przyzwolenia. Mieli wyruszyć od razu po zakończeniu roku szkolnego, zahaczając po drodze o rodzinne miasteczko. Cała trójka pochodziła z tego samego małego miasteczka położonego kilkadziesiąt mil od Kestar. Noftosa i Tetramona (zwanych również Noftem i Tetro) nie było teraz w pokoju. Samotność absolutnie nie leżała w naturze Randwata, ostatnio jednak lubił czasem siąść sobie przy oknie i zatopić się w myślach. Randwat zmienił się przez ostatni rok pod wieloma względami. Młody adept wydoroślał, zmężniał, urósł. Na jego mocno zaakcentowanych, gładkich niegdyś szpiczastej brodzie pojawił się jasny zarost. Randwat z dumą dbał o niego, pilnując by zawsze wyglądał na „jednodniowy”. Nie tylko jednak ciało młodego czarodzieja uległo zmianom. Randwat wciąż był gadatliwy i wesoły. Nauczył się jednak powściągliwości w niektórych kwestiach. Nie lubił rozprawiać o swoim talencie. Nauczył się że nie warto się nim popisywać, odbierany był bowiem z niedowierzaniem lub nawet śmiechem, tak przez uczących go czarodziei jak i przez innych adeptów. Nawet najbliżsi przyjaciele kwitowali jego argumenty pobłażliwym chichotem. - Daj spokój, Rand!- Wybuchną pewnego razu swoim donośnym śmiechem Tetro.- Czy gdybyś rzeczywiście był tym... jak TO nazwałeś... MetalMistrzem? Naprawdę uczyłbyś się tu dzisiaj z nami? Nie sądzę by ktoś dopuścił do marnowania takiego talentu. Poza tym nawet nie potrafisz udowodnić swoich umiejętności. Rzeczywiście argumenty Tetra były w obecnej sytuacji były praktycznie nie do odparcia. Randwat musiał się sam przed sobą przyznać- jego moc wyraźnie osłabła po opuszczeniu Nurhan. Gdy próbował dawać pokaz swego talentu, zwyczajnie nie udawało mu się to. Denerwował się i nawet gdy już zdołał coś zdziałać, efekty były zwykle tak marne że i tak nikogo nie przekonywały. Doprowadzało to Randwata do furii. Gdy jednak później w samotności udowadniał samemu sobie, że jednak posiada unikalny talent (momentami sam zaczynał w to wątpić) zawsze szło mu o wiele lepiej. W końcu dał sobie spokój z przekonywaniem innych. Zrozumiał że jest na to po prostu za wcześnie. Bez dobrze prowadzonych treningów jego możliwości osłabły. Z oczywistych powodów nie próbował nawet szukać trenera wśród nauczycieli. Marzył jedynie by ćwiczyć pod okiem Ansilve. Choć nie powszechnie nie wierzono w talent adepta, nikt nie kwestionował jego opowieści o pobycie w Nurhan w gospodzie elfa Ansilve. Gdy zdawał raport ze swej tunszy czarodzieje zasiadający w komisji przesłuchującej go dziwili się nie mniej niż Ansilve, wtedy gdy dowiedział się że Randwat podróżuje po Nurhan samotnie. Został oczywiście surowo zganiony za swą lekkomyślność, mimo to otrzymał maksymalną ocenę za całokształt przebiegu Próby. Na imię elfa czarodzieje twierdząco kiwali głowami. Wieści o nim nie były im najwyraźniej obce. W kwestii maksymalnej oceny jaką otrzymał Rand nie bez znaczenia była zapewne również piękna zbroja i wachlarze, które Randwat przywiózł z podróży. Traktował je z wręcz pedantyczną troską. Starał się nie rozwodzić zbytnio nad sposobem w jaki dostały się w jego ręce. Nałożony był na niego czar magii umysłu kontrolujący prawdziwość wypowiadanych słów, Randwat musiał się więc natrudzić, by poprowadzić całą rozmowę tak, by nie kłamać. Ansilve najwyraźniej przewidując podobną sytuację nauczył Randwata paru sztuczek dzięki którym adeptowi było nieco łatwiej. Czarodzieje znali Randwata z jego talentu do długiego gadania o niczym i w końcu dali sobie spokój ze słuchaniem dziwacznych wywodów. Otrzymał najwyższą możliwą ocenę. Są rzeczy które zawsze pozostają w człowieku takie same. U Randwata z całą pewnością były to śmiech, nieposkromiona gadatliwość i promieniujące permanentną radością i chęcią życia, niebieskie świdrujące oczy. Randwat zmienił nieco fryzurę. Złocista grzywka opadała mu teraz na czoło niczym wodospad. Dojrzalsze niż jeszcze rok temu rysy sprawiły że stał się teraz naprawdę atrakcyjnym młodzieńcem (co zresztą z powodzeniem wykorzystywał w swych krótkich romansach). Ktoś zapukał w drzwi pokoju. - Proszę!- Krzykną Randwat odwracając się od okna. Grube, dębowe drzwi otworzyły się z lekkim, charakterystycznym trzeszczeniem. Wychyliła się zza nich głowa Ery Nimas. Era była rodem w klasie Randwata. Rod był co roku wybieranym przedstawicielem i swoistym przywódcą klasy. Była to funkcja oficjalnie uznawana przez mistrzów magii i regulamin, korzenie jej jednak sięgają dawnych zwyczajów i tradycji przekazywanych z pokolenia na pokolenie przez adeptów (a tych było naprawdę wiele). Era podchodziła do swej roli z wielką powagą i gorliwie wykonywała wszystkie powierzone jej zadania. Był to z pewnością główny powód, dla którego na funkcję tą wybierano ją od początku istnienia klasy (czyli od trzech lat). - Rand! Pora kolacji!- Dziewczyna rozejrzała po pokoju. Panował półmrok i nie od razu zorientowała się gdzie siedzi Randwat. - Dzięki Ero, właśnie miałem schodzić do jadalni. Widziałaś Nofta, Tetro, Derona albo Aftasa? - Wszyscy z twojego pokoju są już w jadalni.- Dziewczyna zamrugała swymi wielkimi, czarnymi oczyma.- Pośpiesz się bo kolacja stygnie.- Dodała łagodnym głosem i drzwi zamknęły się. Randwat lubił Erę. Przez krótki czas w pierwszej klasie byli nawet ze sobą. Nasz adept jednak ,jak dotychczas, szybko nudził się związkami. Były one raczej krótkie i burzliwe. Opierały się na co najwyżej na zauroczeniu. Rand nigdy jeszcze naprawdę się nie zakochał. Ostatnio nie wiązał się z nikim. Pochłaniały go inne zajęcia. Teraz już wszystkie oceny były wystawione i aby je zmienić (na lepsze czy gorsze) adept musiałby poruszyć niebem i ziemią. Wcześniej, w roku szkolnym jednak naprawdę przykładał się do nauki. Adept jeszcze raz spojrzał w okno. Na horyzoncie widać było jedynie czerwoną poświatę. Zapaliły się magiczne lampy na placu przed Domem Adepta. Randwat zamkną okno i wyszedł z pokoju na kolację. Korytarz w którym się znalazł był długi i całkiem szeroki. Miał śnieżnobiałe ściany i sufit, na którym wisiały magiczne lampy świecące bardzo jasno. Podłoga wyłożona był puszystym, szarym dywanem. Między drzwiami kolejnych pokoi rozwieszone były ozdobne arrasy przedstawiające różne sceny mniej lub bardziej związane z magią. Niektóre przedstawiały wielkie bitwy, inne portrety wybitnych czarodziejów. Rand miną arras z bliżej nie znanym sobie magiem bez brody, z długimi czarnymi wąsami. Miał na sobie starodawną szatę z ogromnym, barwnym kołnierzem ozdobionym fantazyjnymi wzorami, oraz niską czapkę magów umysłu. Zawsze zdawało mu się że ów mag uśmiecha się do niego, choć wszyscy inni sądzili że ma on śmiertelnie poważną minę. Adept spojrzał na arras. Znów zdawało mu się że czarodziej się uśmiechną. Korytarz zakończony był szerokimi, ślimakowatymi schodami. Prowadziły zarówno w górę jak i w dół. Można było je minąć, po drugiej stronie znajdował się drugi identyczny korytarz o białych ścianach, z szarym dywanem lampami i arrasami. Była to część Domu Adepta przeznaczona dla uczniów Białych Szat. Na niższym piętrze mieściły się korytarze przeznaczone dla Szat Czerwonych, zaś piętro wyżej Czarnych Szat. Wszystkie różniły się jedynie kolorami ścian- odpowiednio- białymi, czerwonymi lub czarnymi. Adept zbiegł po spiralnych schodach wymijając przy tym pierwsze piętro. Zszedł na parter. Tu układ budynku był nieco inny: znalazł się na środku wielkiego holu. Wyłożony był on drewnianym, błyszczącym parkietem. Stały tu liczne skórzane sofy, na niektórych siedziały grupki rozmawiających adeptów. Wysoko, pod sufitem jarzyły się trzy ogromne magiczne lamy, oświetlające doskonale cały hol. Po zejściu schodami Rand staną naprzeciw głównego wyjścia, które otaczały dwa rzędy podłużnych, łukowatych okien. Po przeciwnej stornie znajdywały się niezbyt duże, podwójne drzwi do jadalni. Po bokach mieściły się różne inne pomieszczenia, jak biblioteka, sala gimnastyczna czy korytarz prowadzący do części przeznaczonej dla wychowawców. Adepci do większości z tych pomieszczeń mieli wolny wstęp, choć Dom Adepta miał swoje tajemnice i zakazane miejsca, które pobudzały wyobraźnię. Większość tych pomieszczeń mieściła się jednak na najwyższym, czwartym piętrze Domu Adepta. Adepci mieli całkowity zakaz przebywania w większości z nich (oczywiście byli tacy, którzy przez swą nieposkromioną ciekawość z pasją próbowali łamali te zakazy i niekiedy udawało im się nawet odkryć choć cząstkę tajemnic, nie o tym jest jednak ta historia). Randwat odwrócił się i skierował do jadalni. Była drugim co do wielkości pomieszczeniem w Domu Adepta, zaraz po wielkim holu. Na pewno zaś była najwyższa. Okna, identyczne jak w holu, znajdowały się wysoko ponad głowami adeptów. Dla trzech rodzajów szat ustawione były trzy długie rzędy stołów. Oprócz tego przy ścianie po przeciwnej stronie wejścia, prostopadle do stołów uczniów stał stół opiekunów oraz mieszkających w Domu Adepta nauczycieli. W sali było dość tłoczno. Randwat skierował się do stołów Białych Szat i usiadł ze swoimi przyjaciółmi. Po kolacji cała trójka wróciła do pokoju i rozmawiała o różnych aktualnych sprawach. Randwat oczywiście cały czas wracał do sprawy Nurhan, co powoli zaczynało już denerwować jego kompanów. Znosili to jednak z milczeniem.
Następnego dnia po zajęciach Randwat siadł znów przy oknie spędzał tak coraz więcej czasu. Przenosił się myślami do Nurhan. Noft i Tetro spacerowali po ogrodach Domu Adepta. Dwóch pozostałych chłopców z którymi Randwat dzielił pokój również nie było. Rand był sam. Zastanawiał się co może robić teraz Ansilve. - Ansilve...- Myślał Randwat z roztargnieniem rzucając się na swoje na swoje łóżko.- Ciekawe jak się miewa kochany elf. Randwat rozejrzał się po pokoju. Daleko mu było do tego w gospodzie „Pod Kopytem Centaura” w którym spał podczas tunszy. Mimo to nie można było powiedzieć że był obskurny, czy nawet skromny. Ściany były czyste, śnieżnobiałe. Podłogę wyścielała miękka wykładzina. Choć może była nieco stara i przetarta, również była czysta. Także meble wyglądały nienagannie. Oprócz pięciu łóżek znajdywały się tu dwa biurka, nieduży regał na książki, szafa oraz stół z pięcioma krzesłami. Daleko im było bogato zdobionych pięknymi ornamentami, wykonanych ze szlachetnego drewna mebli z gospody, nie można było im zarzucić szpetności. Randwat leżał już dobrych kilkanaście minut. Choć było po południu przez okno po jego lewej stronie wesoło wlewały się promienie zawieszonego jeszcze wysoko na niebie słońca. Niebo było niemal krystalicznie czyste, jedynie kilka małych chmurek tu i tam sunęło z wolna przed siebie. Piękny krajobraz zieleniejących drzew i różnobarwnych pól otaczających Kestar napawał radością. Słychać było ćwierkanie ptaków i gwar adeptów na podwórzu Domu. Choć pokój Randwata znajdował się na drugim…