Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

dla-dzieci · 2 godz. 41 min czytania

"ZAKON" POWIEŚĆ DLA MOJEGO SYNA

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Wstęp

Był rok 1160. Działo się to w prowincji Uppland, nad jeziorem Melar. Dowódcą zastępu obronnego w mieście Sigtuna był Gustaw Lejonjerta. Obrona tego miejsca nie była łatwa. Sigtuna bowiem była bogatym portem, do którego przypływały wypełnione towarami statki handlowe z całego basenu Morza Bałtyckiego. Żądni łupów bandyci, najeżdżali prowincję na przemian z dzikimi ludami pogańskimi z Estonii i Litwy. Obrońcy grodu mieli pełne ręce roboty. Czasami nie było tygodnia, w którym dzielny zastęp nie odpierałby nacierających na nich bandytów, próbujących zdobyć i złupić miasto. Jednak znajomość kunsztu wojennego oraz ogromne doświadczenie jakie zdobyli, sprawiły że zastęp mimo niskiej liczebności wojska, był nie do pokonania. Sigtuna zaś w oczach najeźdźców stała się grodem nie do zdobycia. W oczach swoich ludzi, Gustaw był raczej zimnym i małomównym dowódcą, jednak żołnierze szanowali go, bowiem mimo surowej służby jaką im narzucił, wszystkich traktował sprawiedliwie. Pomagał tym którzy potrzebowali pomocy. Nie wywyższał się jako dowódca. Podczas ciężkiego boju walczył tam, gdzie akurat było najtrudniej. Nigdy nie narażał ludzi na niebezpieczeństwo. W wolnych chwilach, gdy w okolicy było spokojnie i miasto wydawało się być bezpieczne, siadał w miejscu z widokiem na port i rozmyślał. Pragnął coś zmienić w swoim życiu, bo w duszy tego zamkniętego w sobie mężczyzny drzemały inne ambicje. Z jednej strony był zadowolony z tego że dowodził zastępem. Z drugiej zaś, czuł że dusi się tym wszystkim. Nie dopuszczał do siebie tej myśli, ale tak naprawdę nie chciał już być w Sigtunie. Gdy patrzył na wypływające statki, czuł tęsknotę za tym, aby wyruszyć razem z nimi. Marzył, aby w odległych krajach sławić swoje imię w wojnach z poganami. Wieść o niepokonanym Gustawie i jego ludziach szybko rozeszła się po królestwie. Sam Król Eric IX, postanowił osobiście przybyć do Sigtuny i sprawdzić gotowość obronną grodu. Długo później opowiadano o tym jak na „STORA TORGET, czyli na głównym miejskim placu, sławny dowódca Gustaw, uklęknął na jednym kolanie przed królem, a Eric rzekł: – Jesteś chlubą Szwecji. Bronisz Grodu przed poganami jak nikt inny. Opowieści o tobie krążą po całym królestwie. Jestem z Ciebie dumny. Jako moje podziękowanie dla twojej ofiarności, nadaję Ci tytuł szlachecki i mianuję rycerzem mojej gwardii. Nadaję Ci również włości SKOKLOSTER wraz z przyległymi wioskami. A teraz wstań. – Król machnął ręką w stronę swojego sługi. Tamten zaś podbiegł do Erica, podając mu ozdobny pas i ostrogi rycerskie. Eric podniósł je do góry i rzekł: – Niech Bóg pobłogosławi ten pas i ostrogi które będą strzegły rycerza Gustawa od wrogów. – opuścił ręce i przekazał znaki rycerskie na dłonie zaskoczonego Gustawa. Od tej chwili życie bohaterskiego żołnierza zmieniło się. Dostał trzy miesiące urlopu. W tym czacie pojechał do Skokloster, po to aby zadomowić się w swojej posiadłości. Później miał rozpocząć swoją misję w gwardii ochronnej króla. Jednak Bóg miał inne plany. Kiedy Król Eric IX słuchał mszy w świątyni Uppsalskiej, podszedł do niego jeden ze strażników. – Wasza Miłość! –zawołał. –W naszym kierunku jadą zbrojni, nie mamy czasu. Jest ich dużo więcej niż nas. Wycofując się teraz, mamy szansę, aby ujść z życiem. Król podniósł dłoń, pokazując żołnierzowi, aby nie przeszkadzał. – Wysłucham mszy do końca – odpowiedział spokojnie. Żołnierz posłusznie wycofał się. Po mszy Eric wyszedł przed świątynie, gdzie czekali na niego zbóje. Ochrona królewska już nie żyła. Król był sam. Wyjął miecz z pochwy i zmierzył się z napastnikami. – Nie weźmiecie mnie żywcem – powiedział rzucając się na wroga. Jednak przy tak wielkiej przewadze napastników, nie miał żadnej szansy. Zabitemu Ericowi odcięto głowę. Ta zaś stoczyła się z góry kościelnej w stronę rzeki Fyris. Jakież było zdziwienie na twarzach królewskich wrogów, kiedy ujrzeli, iż w miejscu, gdzie zatrzymała się ścięta głowa, a było to gdzieś czterdzieści stóp od brzegu rzeki, nagle wytrysnęło źródełko. Woda biła wysoko do góry, wtedy to napastnicy zrozumieli, że napadli na świętego człowieka, i że kara Boża nie ominie ich za ten czyn. Wieści o śmierci króla szybko dotarły do Skokloster. Gustaw był zdruzgotany. Wszystko, co osiągnął, zawdzięczał Ericowi. Młodzieniec miał poczucie winy, wydawało mu się, że gdyby był wtedy w Uppsali, udałoby mu się ochronić króla przed śmiercią. Myśl ta dręczyła Gustawa tak bardzo, że oddał swoje włości w dzierżawę, a sam zapakował wszystkie kosztowności, jakie znalazł w kasztelu. Wziął ze sobą dwudziestu poddanych, uzbroił wszystkich, i wyjechał do Sigtuny. Tam wynajął statek i ze swoimi ludźmi popłynął w świat.

PO SIEDMIU DNIACH

Po siedemnastu dniach żeglugi na horyzoncie pojawił się ląd. – To jest Pomorze. – poinformował kapitan żaglowca. – Jesteśmy w księstwie zachodniopomorskim. Tutaj żyją chrześcijanie. – Ciągnął dalej. – Ale na wschód, idąc brzegiem morza, natrafisz panie na ziemie pogan. A jeszcze dalej, Prusy. Żaden chrześcijanin, który zapuścił się w tamte tereny, nigdy stamtąd nie wrócił. Wszyscy zginęli. Wielce to zatwardziały naród pogański. Zabiją każdego, kto głosi Słowo Boże na ich ziemiach. Gustaw słuchał kapitana aż wreszcie przerwał: – Tutaj wysiadamy. Dopłyń tak, abyśmy mogli bezpiecznie zejść ze statku. – Wysadzę was na Wolinie. – odparł kapitan. – To duży port. Tam kupicie jedzenie, a ja pomogę wam znaleźć tłumacza. Statek zacumował w porcie. Kapitan statku zadbał o to, aby Gustaw kupił jedzenie. Znalazł również tłumacza, który miał pomagać skandynawskim gościom porozumiewać się na tych nieznanych Gustawowi terenach. Tłumaczem był młody chłopak, syn kupca. Kiedyś jeździł ze swoim ojcem wzdłuż brzegu Morza Bałtyckiego. Gdy ojciec robił interesy, on bawił się z dziećmi, ucząc się mimo woli ich języka. Opanował w ten sposób języki skandynawskie, niemiecki oraz kaszubski. – Chętnie wam pomogę tutaj w Wolinie. – powiedział młody tłumacz. - Ale obowiązki, jakie mam tu na miejscu, nie pozwalają mi na to, aby jeździć z wami. Nic, tylko pozostaje wam nauczyć się polskiego. – zażartował. Ale dla Gustawa brzmiało to bardzo realistycznie. Chciał nauczyć się języka. Zakładał, że skoro będzie chciał przez jakiś czas mieszkać w tym kraju , będzie musiał poznać mowę ludzi mieszkających w tych stronach. Rozwiązanie nadeszło szybko. Mieszkał bowiem w pobliżu pewien pustelnik. Nazywał się Benedykt. Gustaw zamieszkał u niego wraz ze swoimi pachołkami. A stary mnich uczył ich nowej mowy. Skandynawowie mieszkali w pustelni przez zimę i wiosnę. Tyle czasu potrzebował Gustaw do opanowania języka polskiego. Mieszkańcy Wolina przyzwyczaili się do Szwedów. A obdarzyli ich prawdziwą sympatią wtedy, kiedy to na ich miasto napadli Duńczycy. Wówczas Gustaw poprowadził swoich ludzi na najeźdźców, a trzeba wiedzieć, że Dania od lat była znienawidzonym wrogiem Szwedów. Ta garstka dobrze uzbrojonych szwedzkich wojowników, pod dowództwem doświadczonego w wojnach Gustawa poszła do boju ramię w ramię z oddziałem obrońców Wolina. Na początku nie ufano Gustawowi i jego zbrojnym, ale kiedy dowódca polskiego zastępu wpadł w pułapkę, wtedy Szwed przyszedł z odsieczą osaczonemu wojownikowi. Później, gdy cały najazd duński został odparty, Adam, któremu Gustaw uratował życie, stał się najlepszym przyjacielem Szweda. Nie dane im było ze sobą rozmawiać, bo Gustaw strasznie kaleczył nowo poznawany język. Ale jednak było widać między nimi nić porozumienia.

RÓD ADAMA DRAGOMIRA

Ród Adama wywodził się od Starego Dragomira. A ten jako wasal, miał pod swoją opieką ziemię urodzajną. Był dobrym gospodarzem, więc wraz z rodziną żył dostatnio. Miał trzech synów. Każdy z nich w kunszcie wojennym doskonale wyszkolony. Kiedy Bolesław Krzywousty szykował się do wojny z Niemcami, Dragomir zabrał swoich synów, by walczyć ze znienawidzonym wrogiem. Wojska spotkały się na Psim Polu. To była ciężka bitwa, ale nasze chorągwie pod dowództwem króla Bolesława zniszczyła siły Henryka V-go. Jednak straty po naszej stronie były bardzo dotkliwe. Odczuł to również Dragomir i jego synowie, bowiem po bitwie, kiedy ojciec odnalazł synów, okazało się , że wszyscy byli ciężko ranni. A najdziwniejszym było to, że wszyscy trzej synowie stracili w walce po jednej nodze. Przeżyli, co z jednej strony bardzo radowało ojcowskie serce. Z drugiej zaś strony, myśl o tym że do końca życia będą kalekami, smuciło niezmiernie starego Dragomira. Wieść o tak dziwnym zbiegu okoliczności obiegła cały obóz. Dotarła również do króla. – Pojadę do nich! – zawołał. A gdy dotarł do ojca siedzącego nad ciężko rannymi synami, rzekł do niego: – Dragomirze! Ty i twoi synowie wykazaliście się ogromnym bohaterstwem. Rany tego zwycięstwa będziecie nosili do końca życia waszego. Za odwagę i poświecenie nadaje wam tytuł szlachecki. Od teraz rozpoznawać was będą po herbie… –I tutaj chwilę zastanowił się. – Niech w waszym herbie będą trzy nogi. To będzie symbolem waszego bohaterstwa w wygranej wojnie. Ziemie, które uprawiałeś jako wasal, od teraz niech będą twoją i twojej rodziny własnością.

NADESZŁO LATO

Nadeszło lato. Gustaw znał już polski na tyle, że mógł bez większych problemów porozumiewać się z Polakami. Ułatwiało to oczywiście kontakt ze swoim nowym przyjacielem Adamem. Często przesiadywali w gospodzie, pili wino i opowiadali sobie o dzieciństwie, stronach, w których się urodzili. Szczególnie zabawne było, kiedy Szwedowi mówiącemu coś do Adama, nagle zaczęło brakować słów. Wtedy pomagał sobie rękami, używał przedmiotów stojących w pobliżu. Jednak przyjaźń tych dwóch żołnierzy oraz znaczna ilość wina, tylko pomagała im w komunikacji. – Gustawie, za tydzień kończy mi się służba w Wolinie. – oznajmił Adam. – Chciałbym zabrać ciebie ze sobą w moje rodzinne strony. Posiedzimy w domu kilka tygodni, potem zaciągniemy się do oddziałów stacjonujących niedaleko Prus. Będziemy bronić Mazowsza przed najazdami barbarzyńców. – Oj, powalczymy sobie z poganami. Dragomir wyszczerzył zęby. Gustawowi spodobał się ten pomysł, bo swoim łamanym polskim odpowiedział: – Ja pojadę z tobą walczyć z prusaki. – na samą myśl o nowej przygodzie wojennej, pojawił się uśmiech na jego twarzy. – Z prusakami. – Adam szybko poprawił Gustawa. Ten zaś nigdy nie obrażał się kiedy Adam poprawiał jego łamaną polszczyznę, wiedział że tylko w taki sposób nauczy się lepiej języka. Po tygodniu, dwóch dowódców wraz ze swoimi drużynami, wyruszyło w stronę Mazowsza do Bieżunia, rodzinnej posiadłości Dragomirów. Drogę mieli przed sobą bardzo długą, zabrała im bowiem prawie dwa tygodnie. Za dnia starali się przejechać jak najdłuższe odcinki, w nocy zatrzymywali się na odpoczynek w przydrożnych gospodach. Kiedy nie mogli znaleźć noclegu, rozbijali obóz polowy i tak odpoczywali. – Wiesz, Gustawie? - zapytał Adam.- Wydaje mi się, że powinniśmy przemieszczać się w nocy, a spać za dnia. Nie byłoby nam tak strasznie gorąco w podróży. Maszerować w taką spiekotę to tak jakby kłaść sobie żar na głowę. – Nie, nie! Ja nie lubię nocy. U nas w Szwecja to pół roku noc, nie ma wtedy dzień. Jest tylko noc. A w lato nie ma noc, tylko słońce świecić cały dzień – odparł Gustaw łamaną polszczyzną. – Jak to pół roku? – zdziwił się Adam. – Całe pół roku nie ma dnia? – No tak. W zima jest ciemność, a w lato jasność – odparł Szwed. – Oj, Gustawie, chyba od jedzenia tych szwedzkich śledzi w głowach się wam poprzewracało. Przecież jak świat światem w dzień jest jasno, a w nocy ciemno. – Oj, oj, Adamie! – zaśmiał się Skandynaw. – Nie, ja mam od śledzia głowa poprzewracana, ale Ty od bigosa. – Od bigosu? Drogi Szwedzie, pamiętaj! Bigos to najsmaczniejsze danie na świecie. – A ja nie lubię bigosa. – odparł Gustaw. – A w Szwecja jest ciemność w zima, a w lato jasność i ja nie lubić noc, bo jest długi i ciemny. – He, He! Szwedzik boi się ciemności! – Adam zadrwił ze Skandynawa. Po tej rozmowie nic się nie zmieniło, bo dalej przemieszczali się w dzień, a w nocy odpoczywali. Czas płynął, a dwaj dowódcy umilali go sobie rozmawiając , czasami drwiąc z siebie. Obaj byli w tym samym młodzieńczym wieku. Żaden z nich nie miał jeszcze dwudziestu pięciu lat. Ale mimo tego, że urodzili się w różnych krajach i żyli w różnych kulturach, to ich młodzieńcze dusze rozumiały się bez żadnych oporów. Wielka radość nastała w domu Dragomirów, kiedy pod dom w Bieżuniu podjechali jeźdźcy, a w jednym z nich rodzina rozpoznała Adama. Nie widzieli się od ponad roku, czyli od momentu, kiedy objął dowództwo nad obroną Wolina. Od tamtego czasu nie przychodziły również żadne wieści od syna, tak więc rodzina bardzo się martwiła o jego losy. Matka witała swojego chłopca ze łzami szczęścia w oczach. Ojciec zaś, który stanowczo twierdził, że nic Adamowi nie mogło się stać, w duchu niezmiernie bał się o jego życie. Wiedział, że służba, jaką pełnił na krańcach naszego kraju, była bardzo niebezpieczna. – Zmężniałeś synu – powiedział drżącym głosem, silnie obejmując chłopaka . – Dobrze, że już wróciłeś, matka zaczęła się już o ciebie niepokoić. A kim jest ten młodzieniec, który z tobą przyjechał? Adam podszedł do trochę zapomnianego, stojącego z tyłu Szweda. Zaciągnął go na środek izby między wszystkich witających się z Adamem domowników i rzekł: – Przedstawiam wam Gustawa Lejonjertę. To szwedzki rycerz i szlachcic. Pas rycerski dostał od samego króla Erica IX, a wszystko to za zasługi w obronie Sigtuny. Najważniejszym jest to, że to mój wybawiciel. Obronił mnie przed Duńczykami. Gdyby nie on, pełniłbym teraz swoją misję, ale nie tutaj, na ziemi, lecz w niebie. Kiedy już byłem bezpieczny, razem daliśmy Duńczykom takiego łupnia, że uciekali, gdzie pieprz rośnie. – Niech cię uściskam! – zawołał ojciec Adama. – Jesteś najserdeczniejszym gościem w moich progach. Gustaw stał i patrzył na to całe zamieszanie, bo w tym gwarze i jazgocie nie rozumiał ani jednego zdania po polsku. Myślał wtedy: – Jak to możliwe, że wszyscy mówią naraz. Wydawać by się mogło. że przekrzykują się. A jednak wszyscy doskonale się rozumieją. A ja nie rozumiem ani krzty z tego, co się tutaj dzieje. Musiało być głośno, bo radowała się cała rodzina. Stary Drogomir bowiem miał siedmioro dzieci: sześciu synów, wśród których Adam był najstarszy, i jedną siedemnastoletnią córkę. Gdy ją przedstawiono Gustawowi, ten najpierw się zarumienił, a potem nie mógł od niej oderwać oczu. Wydawało mu się, że patrzył na anioła, takiej pięknej dziewczyny nigdy jeszcze nie widział. Był oczarowany Jadwigą, tak miała na imię owa niewiasta. Na wszystkich wieczerzach Gustaw usługiwał Jagodzie, ona zaś czuła się wtedy taka ważna. Jeszcze nikt nigdy nie adorował jej. Mieszkając wśród braci, nie czuła się kobietą. Starała się raczej dorównać starszemu rodzeństwu. Chodziła z nimi na polowania, doskonale strzelała z łuku. Była „CHŁOPCZYCĄ”. I teraz, kiedy Gustaw wyraźnie zabiegał o jej względy, dziewczyna po raz pierwszy w życiu poczuła się tak bardzo kobieco. Szwedowi nie było już w głowie jeździć po świecie i walczyć z poganami. Jedyne, czego teraz pragnął, to zostać w Bieżuniu i nie odstępować Jadwigi na krok. Zakochał się w siostrze Adama. Zresztą i Jagodzie Szwed nie był obojętny. Chciała przebywać w jego bliskości, widzieć go, rozmawiać z nim. Zupełnie nie przeszkadzało jej, że tak dziwnie mówił robiąc przy tym tak dużo błędów. Dla niej mówił pięknie i rozumiała każde jego słowo. Rodzice Adama bardzo byli radzi z tego, że Gustaw i ich córka mają się ku sobie. Któregoś dnia ojciec Adama, będąc z synem na osobności, poruszył nurtujący go temat. – Adamie… – Tak, tatku? – Tak sobie myślę o naszej Jadzi i Gustawie – ciągnął Ojciec. – Gdy tak na nich patrzę, to widzę, że oni mają się ku sobie. Gustaw tak strasznie palił się do wojny z pruskimi poganami, a teraz chodzi za Jagodą z rozmydlonymi oczami i ani mu w głowie wojowanie. – Zauważył tatko? – przerwał Adam. – Co miałem nie zauważyć. – odpowiedział. – Czy ty synu myślisz, że ja nie byłem nigdy zakochany? Och, pamiętam jak dziś, kiedy ją zobaczyłem pierwszy raz. Nigdy nie zapomnę tego dnia. Chodziłem wtedy za twoją matką chyba jeszcze bardziej niż ten nasz Szwed za Jagodą. Wprawdzie matka twoja była mi obiecana i nasze małżeństwo z góry było ukartowane przez jej i mojego ojca. Mogłoby się wydawać, że nie miałem wyjścia i jako człowiek honoru musiałem dopełnić ojcowskiego przyrzeczenia i ożenić się z nią. A i twoja matka, nie mając wyjścia, wyszła za mnie. Ale musisz wiedzieć, że miłością, jaka w nas wstąpiła, można byłoby obdzielić połowę Mazowsza, a i wtedy jeszcze zostałoby jej w nas na tyle dużo, że nie odczuli byśmy jej straty w naszych sercach. Teraz patrzę na moją Jagodę, ona też jest pogrążona w Gustawie. Ja, i matka widzimy to wyraźnie. Naszej Jadzi zależy nim, nie chciałbym, aby on teraz wyjechał na wojnę z poganami. Niechby ją wziął za żonę i wtedy jak będzie chciał jechać, to niech jedzie, ale będzie miał do kogo wrócić. A jak będzie w stanie kawalerskim, to nie wiadomo, co młodemu do głowy strzeli, może się przecież zdarzyć że do twojej siostry nie wróci. Ja, jako ojciec, będę cierpiał razem z nią nad jej rozdartym sercem. Gustaw jest szlachcicem i rycerzem. Uratował ci życie. Oj, nie miałbym ja nic przeciwko temu, gdyby poprosił o rękę mojej jedynej córki. Nie znam ja zwyczajów szwedzkich, ale może porozmawiaj z nim Adamie, tak po przyjacielsku. Jeśli myśli, aby wziąć za żonę Jadwigę, to niech bierze. Ale jeśli chce wojować, to lepiej niech już dzisiaj jedzie i nie rozrywa serca mojej córki. Adam porozmawiał z Gustawem. Wesele odbyło się zaraz po żniwach. Później Gustaw kupił posiadłość. Były to wsie: Dąbrówka i Śniedzanowo niedaleko Sierpca, a wszystko po to, aby rozpocząć swoją nową drogę życia we własnej posiadłości. Na jesień przeniósł się z Jadwigą do nowego miejsca. I tak oto rozpoczęła się historia rodu Lejonjertów w Polsce.

Ponad 200 lat później

BYŁA TO NAJCIEPLEJSZA Była to najcieplejsza wiosna od wielu lat. Jeszcze kilka dni temu poranne łąki bieliły się zimowym szronem, a dzisiaj słońce świeciło tak intensywnie, że nie dało się już nosić zimowych kożuchów. Pozornie życie w Dąbrówce toczyło się tak jak zwykle, jednak nic nie było jak dawniej. Bo właśnie tego dnia, 13 kwietnia 1392, w domu właściciela włości Zygmunta Lejonjerty, urodził się chłopiec. Szczęśliwy ojciec postanowił, że syn będzie miał na imię Antoni. A trzeba dodać, że niemowlę, które właśnie przyszło na świat, było długo oczekiwanym dzieckiem. Mimo, że małżonkowie byli zaślubieni już od wielu lat, nie mogli doczekać się potomstwa. – Po cóż nam te wszystkie bogactwa, skoro nie mamy potomka? Kto będzie naszym następcą i przedłuży żywot naszego rodu? Kto zajmie się tym całym majątkiem po naszej śmierci? – rozpaczliwie pytali Lejonjertowie. Zawsze po mszy, kiedy już inni wierni wyszli z kościoła, oboje klękali przed obrazem Najświętszej Panienki. Modlili się o Jej wstawiennictwo do Boga, wierząc, że Matka Boża, będąc bliżej Syna, na pewno wyprosi łaskę dla pokrzywdzonych rodziców, a Bóg obdarzy ich potomstwem. Prośby zostały wysłuchane. Lejonjertom urodził się duży i silny syn. A i matka po porodzie czuła się wyjątkowo dobrze. Już po kilku dniach nie było po niej widać osłabienia związanego z długim i wyczerpującym porodem. Nie było to jedyne dziecko, jakie urodziło się w Dąbrówce. Bowiem tego samego dnia u kowala urodził się syn. Tak samo jak u Lejonjertów dziecko przy porodzie otrzymało na imię Antoni. I nie było to bynajmniej w jakiś sposób uzgodnione z Zygmuntem, właścicielem wsi. Ani jeden, ani drugi ojciec nigdy wcześniej nie zastanawiali się nad imieniem dla dziecka. Jakoś tak w tym szczęściu, jakie towarzyszyło im w tym momencie, zupełnie nie wiadomo skąd, u obu ojców jedyne imię, jakie przyszło do głowy, to było „ Antoni”. Później, kiedy wieści rozeszły się po wsi, wszyscy uznali to za niesłychany zbieg okoliczności. – To musi być jakiś niezrozumiały znak od Boga – powiedział Zygmunt Lejonjerta. Bowiem dziwne jest, że tego samego dnia o poranku, w tej samej wsi , rodzi się dwóch synów od różnych rodziców i obaj dostają na imię Antoni. Kowal Daniel mieszkał w Dąbrówce od kilku lat. Był doskonałym fachowcem. Potrafił wykuć z metalu miecz, topór, a nawet i całą zbroję rycerską. Trzeba jednak wiedzieć, że samo wykucie broni nie było w tamtych czasach aż tak trudne. Największą sztuką było, aby tak dobrać metal, żeby nie był zbyt miękki. Zbroja zaś musiała być wykuta z takiego metalu, aby grot z łuku, a nawet z kuszy nie przebił jej. I właśnie takie produkował Daniel. Zanim jednak brał się za formowanie samego pancerza, najpierw przygotowywał metal na blachę. Wykuwał wtedy sporą płachtę metalu, po to, aby wypróbować jej twardość. Zapraszał wtedy Zygmunta, bo tylko on posiadał kuszę. Sam wieszał wtedy kawał przygotowanej pod zbroję blachy na drzewie, a Lejonjerta strzelał w nią z kuszy. Bywało tak, że strzały przebijały próbki. Wtedy Daniel przygotowywał jeszcze twardszy materiał. A, gdy groty odbijały się od metalu, wtedy kowal uważał, że stworzył odpowiednią blachę pod zbroję. Mały Antoś. kiedy tylko nauczył się chodzić, ciągle przebywał u ojca w kuźni. To tam po raz pierwszy dowiedział się, że ogień jest gorący a narzędzia kowalskie są ciężkie i ostre. Ale mimo tego, że wiele razy oparzył się, a ręce miał pokaleczone od różnych ostrych przedmiotów, nie zniechęciło go to od przebywania w kuźni, zawsze przybiegał tam z wielką chęcią. MIJAŁY LATA

Mijały lata. Nadeszła wiosna roku 1404-go. Daniel jak zwykle pracował w kuźni. Antek jako dwunastolatek pomagał ojcu. Uczył się przy tym trudnej sztuki tworzenia różnych rodzajów broni. – No, Antku, na dzisiaj koniec! – zawołał Daniel. Dokładnie posprzątali kuźnię po całodziennej pracy , potem poszli do sąsiedniego budynku, który był ich domem. Ale tam nikt ich nie przywitał. Zwykle mama czekała na nich z posiłkiem i, witając ich, mówiła: – Dobrze, że jesteście, właśnie skończyłam przyrządzać strawę dla was. Weszli głębiej do środka domu, a tam, na łożu rodziców, leżała na wznak mama Antka. –Mamo, jesteśmy! – zawołał synek, podchodząc do niej. Ale ona nie odpowiadała. Leżała bez ruchu w poprzek łoża z otwartymi oczyma. Wydawać by się mogło, że wpatrywała się w sufit. – Mamusiu! Mamusiu! – wołał Antek, lekko trącając matkę, myśląc że śpi… …że na pewno się obudzi … Ojciec Daniel podbiegł do łoża, odepchnął Antka, złapał żonę za ramiona i potrząsał, mówiąc głośno: – Ireno, obudź się! Proszę obudź się już! To nie tak miało być! W jednej chwili twarz Daniela zmieniła się. Pojawiły się w jego oczach łzy. Antek nigdy nie widział takiego ojca, stał z boku i czuł, że stało się coś strasznego. Mama nigdy nie obudziła się. Umarła nagle, zostawiając, małego jeszcze syna na tym świecie. Od tego czasu wszystko zmieniło się w życiu chłopca. Stał się bardziej dorosły. Bardziej skryty w sobie, mniej uśmiechnięty. Tęsknił za mamą. Ona zaś przychodziła do niego, nie widział jej, ale czuł jej bliskość. Często, gdy był sam w domu, słyszał jakieś dźwięki, które dochodziły z różnych miejsc w izbie. A to ława zaskrzypiała dokładnie tak samo jakby ktoś na niej usiadł. Lub puste łoże wydało dźwięk tak, jakby ktoś na nim w tym momencie leżał. Antek słyszał to wszystko, wiedział, że to jego kochana mamusia. Nie widział jej, ale czuł jej obecność. Wtedy jeszcze bardziej chciał się do niej przytulić. Opowiedzieć o swojej tęsknocie. Siadał sobie wtedy w kącie izby i mówił do niej, popłakując cichutko. Łkając, opowiadał jej o tym jak mu mijały dni. Że jest mu bardzo smutno. – Mamusiu. Tak bardzo tęsknię za tobą. Dlaczego nas zostawiłaś? Żebyś chociaż pobyła z nami choć jeden dzień dłużej. Przytuliłbym się do ciebie i cały czas byśmy rozmawiali. A ja powtarzałbym tobie jak bardzo Ciebie kocham, Mamusiu. Pamiętam czas, kiedy byłem chory. Usiadłaś koło mnie, położyłaś rękę na moim czole i powiedziałaś, że jestem rozpalony. Podawałaś mi wtedy wywar z ziół i gładziłaś mnie po policzku. Mamusiu, jak bardzo tęsknię za tym, abyś jeszcze raz pogłaskała mnie po buzi… Mamo, nawet nie wiesz jak bardzo chciałbym być chory, wtedy może pogłaskałabyś mnie jeszcze raz. Antek siedział w kącie i mówił do swojej mamy, której nie widział. Ale Ona tam była. Słuchała synka i była dumna z niego, że jest taki dzielny. Nie była dla niego widoczna, ale siedziała tam w tamtej izbie i płakała razem z synem. On tam w kąciku, a ona niewidzialna, z innego świata, patrzyła na niego, nie mogąc go przytulić ani nawet dotknąć. Oboje cierpieli.

Antoni Lejonjerta i Antek, syn kowala, przyjaźnili się. Chłopcy bawili się codziennie, a przy tym niezmiernie zżyli się. A trzeba wiedzieć, że w tamtych czasach rzadkością było, aby szlacheckie dziecko bawiło się razem z wiejskimi dzieciakami. Jednak fakt, że urodzili się tego samego dnia, i że obydwom dano na imię Antek, zbliżył ich niezmiernie. Zygmuntowi Lejonjercie zupełnie nie przeszkadzał fakt, że jego syn bawił się z Antkiem od kowala. – Pamiętaj, synu, szanuj wszystkich ludzi, niezależnie od tego, z jakiego stanu pochodzą. – mówił często. – Będziesz dla podwładnych panem sprawiedliwym, każdego będziesz szanował jak człowieka równego tobie. Tylko wtedy ludzie będą kochali ciebie i poważali. Twoi pachołkowie mają ciebie słuchać przez szacunek, a nie przez zastraszenie. Zresztą sam Zygmunt z żoną wzorowo dawali przykład, jak traktować poddanych. Do każdego odnosili się z należytym szacunkiem. Ci zaś kochali swoich dobrodziei. Antek Lejonjerta nie myślał o synu kowala jako podwładnym. Byli najlepszymi kolegami i przyjaciółmi. Spotykali się niemal codziennie. Gdy dwunastoletni Antek kończył pracę w kuźni, wychodził na majdan i tam spotykał się z Antonim. Chłopaki zrobili sobie drewniane tarcze, wystrugali miecze i bawili się ze sobą w walczących rycerzy. Tata Daniel, aby nauczyć syna zawodu kowala, dawał mu różne zadania do wykonania. Zbroje, które chłopacy mieli na sobie, były własnoręcznie zbudowane przez Antka kowala. Nie były aż tak piękne i doskonale dopracowane jak te, które wychodziły z pod reki jego tatusia. Ale dla Antoniego były to najwspanialsze zabawki, jakie sobie kiedykolwiek sam zrobił. Wykonywał również i miecze, ale Daniel zabronił mu ich używania w zabawach z innymi dziećmi. Uważał że zabawy z prawdziwą bronią są zbyt niebezpieczne. Chłopaki okładali się drewnianymi mieczami, ucząc się przy tym sztuki walki. Od czasu do czasu robili sobie turnieje rycerskie, do którego stawały inne chłopskie dzieci. Trzeba przyznać, że komicznie to wyglądało jak zgraja bosych, niechlujnie ubranych chłopaków, a wśród nich dwóch w blaszanych zbrojach. Tłukli się bezładnie najróżniejszymi patykami. Patrząc z zewnątrz nie można było odgadnąć zasad, które tam obowiązywały, wszyscy bili się ze wszystkimi, a wybrany przed turniejem sędzia decydował o tym, który uczestnik odpadał, a który przeszedł do następnej tury. Jednak pod koniec zawsze okazywało się, że wybranymi zwycięzcami był albo jeden, albo drugi Antek. Chłopcy byli najlepsi ze wszystkich.

MIJAŁY LATA, PRZYJAŹŃ MIĘDZY

Mijały lata. Przyjaźń miedzy chłopcami była coraz silniejsza. Teraz ich zabawy były już bardzo dorosłe. Na ich piętnaste urodziny ojciec Daniel wykuł dla obu Antków doskonale utwardzone miecze. Ten prezent był dla nich wejściem w dorosłe życie. Od tego czasu chłopcy mieli pozwolenie nosić przy sobie, zamiast drewnianej atrapy, prawdziwą metalową broń. Mogli już chodzić sami na nocne polowania. A walki, jakie od zawsze ze sobą prowadzili, teraz już wyglądały jak prawdziwe turnieje rycerskie. Mieli wtedy na sobie nowe zbroje, jakie Antek kowal wykuł dla nich w ramach nauk do zawodu. Tym razem były to już doskonale wykute blachy wojenne. Nie brakowało w nich żadnego szczegółu. W niektórych częściach rycerskiego stroju, Daniel dostrzegał takie rozwiązania, których sam nie znał, bowiem były to bardzo nowatorskie pomysły syna. Zygmunt Lejonjerta podarował swojemu synowi na piętnaste urodziny prawdziwą kuszę. Antek, syn kowala, traktowany był przez Lejonjertów prawie jak ich własny syn, również dostał kuszę w prezencie. Trudno opisać szczęście chłopaka, który dostaje takie prezenty, o jakich nie śnili jego rówieśnicy. Chłopcy stali się dorosłymi mężczyznami. Oczywiście piętnaście lat to jeszcze bardzo młody wiek i rodzice bali się o swoje dzieci, jednak mieli do Antków ogromne zaufanie, dlatego pozwalali im na dużo więcej niż rodzice innych dzieci. – Wiesz. – powiedział Antek Lejonjerta. – W mojej rodzinie mężczyzna staje się dorosłym nie wtedy, kiedy dostaje zbroje, miecz i kuszę, lecz w swoje siedemnaste urodziny. Gdy mój przodek Gustaw ponad dwieście lat temu przypłynął i na Mazowszu założył rodzinę, swojemu synowi w jego siedemnaste urodziny wypalił tatuaż na przedramieniu. Był to znak lwa z sercem na boku. Dokładnie taki jak nasz herb. Tatuaż nazywa się LWIE SERCE. A musisz wiedzieć, że słowo Lejonjerta w języku Skandynawów, to po naszemu właśnie LWIE SERCE. Od tamtego czasu leży w naszym domu żelazo. Jest to matryca do tatuażu. Każdy chłopak z naszej rodziny w swoje siedemnaste urodziny ma wypalane znamię za pomocą tego żelaza. Jest to lew z sercem na boku. To znak przynależności do naszego rodu. – Wypalą ci lwa na przedramieniu? – zapytał syn kowala. – Ale będziesz piszczał jak ci to gorące żelastwo przystawią do skóry. – Ja, piszczał? – zaprotestował Lwie Serce. – Nie pisnę . To zaszczyt dla mnie nosić nasz herb na ciele. – Zaszczyt zaszczytem – przerwał Antek od kowala. – Będziesz jęczał jak wtedy, kiedy oberwałeś ode mnie mieczem w rękę. – Oj, Antek. Nie przypominaj mi tego. Ja wtedy miałem tylko dziewięć lat! – tłumaczył się Lejonjerta. I tak upływały dni. Jeden chłopiec doskonalił się w rzemiośle kowalskim, drugi zaś uczył się zarządzać posiadłością, którą odziedziczyć miał w przyszłości po rodzicach. Nadszedł ten dzień, na który Lejonjertowie czekali od dawna, bowiem to właśnie teraz, trzynastego kwietnia 1409 roku, ich syn Antoni miał się stać prawdziwym, dorosłym członkiem rodziny. Szykowało się prawdziwe święto w ich domu. Na początku miało się odbyć wieczorem, przy wieczerzy. Jednak Antkowi tak bardzo śpieszyło się do pełnoletniości, że namówił rodziców, aby wszystko odbyło się rano. Było to ich rodzinne święto. Zaproszono Drogomirów, którzy już od trzech niedziel gościli we dworze u Lejonjertów. Antoni zaś zadbał o to, aby w tym ważnym momencie, wśród gości, nie zabrakło jego najlepszego przyjaciela, Antoniego, syna kowala. Rozgrzane żelazo leżało na rozżarzonym palenisku. Antek nie wyglądał na wystraszonego. Chciał to już mieć za sobą i pomimo, że jego wyraz twarzy nie zdradzał niepokoju, jednak w duszy bał się okrutnie. Robienie tatuażu było przecież bardzo bolesną czynnością. A był to jedyny sposób, jaki stosowano w ich rodzinie. Jednak powaga chwili nie pozwalała Antoniemu na okazywanie strachu. Zresztą miejscowy medyk obłożył chłopcu jeszcze zdrowe miejsce, ziołami, po których ponoć miał nie czuć bólu. Tak przygotowany jubilat stanął przed paleniskiem, w duchu wystraszony, ale gotowy na dobrowolne okaleczenie. Medyk chwycił za rękojeść rozgrzanego żelaza. To właśnie on miał wypalić młodemu dziedzicowi znamię. Mógł to zrobić ojciec, ale obawiano się, że zadrży mu ręka. Żaden tata nie chce sprawiać przecież swojemu synowi bólu. A medyk, przyzwyczajony do wykonywania różnych bolesnych zabiegów, przystawił Antoniemu do skóry gorący przedmiot, wypełniając przy tym tradycję rodzinną Lejonjertów. Młody dziedzic, w tym momencie starał się nie okazywać cierpienia. Przez twarz jego przeszedł lekki grymas bólu. Wszystko trwało bardzo krótko. Zaraz po ceremonii rana została zasmarowana różnymi medykamentami, które uśmierzały wszelkie dolegliwości związane z poparzeniami.

NAGLE ZACZĘŁY DOBIEGAĆ

Nagle do ich uszu zaczęły dobiegać dźwięki jazdy konnej. Brzmiało to tak jak by kilkudziesięciu jeźdźców jechało w ich stronę. Niemal w tej samej chwili rozległy się na majdanie krzyki ludzkie. – Krzyżacy! – Napadli na nas! – Mordują wszystkich napotkanych na swojej drodze! – Jadą tutaj! –Są blisko! I rzeczywiście, z oddali słychać było coraz to bardziej wyraźny koński galop. – Do broni! –zawołał Zygmunt Lejonjerta. –Ktoś na nas napadł, i w tej chwili zaczął rozdawać broń wszystkim domownikom. Ale było już za późno na szykowanie obrony. Krzyżacy byli już wszędzie. Palili i mordowali. Ci którzy nie zdążyli uciec do pobliskiego lasu, ginęli od krzyżackiego miecza. Dom Lejonjertów płonął. Trzeba było się z niego szybko wydostać. Na szczęście zapobiegliwi gospodarze, oprócz głównego wyjścia, przy którym czekali już Krzyżacy, zbudowali jeszcze inne wyjścia dzięki którymi można było niezauważalnie wyjść. Zygmunt wybrał te, które prowadziło do pobliskiej ziemianki. Wyszli z tyłu palącego się domu, wszyscy skromnie uzbrojeni, zupełnie nie przygotowani do walki. Mogli teraz wycofać się do lasu, lub podjąć nierówna walkę w której ich szanse były znikome. Ale nie dano im czasu na podjęcie decyzji, bowiem kilku krzyżaków wypatrzyło ich i od razu ruszyło w stronę przerażonej rodziny. Antek Lejonjerta ścisnął w ręku miecz i ruszył biegiem do najbliższego jeźdźca. Syn kowala również ruszył do ataku na innego rycerza krzyżackiego. Ale trzeba pamiętać że chłopcy nie mieli żadnego doświadczenia w walce. Syn kowala zanim zdążył się zamachnąć w stronę wroga, wpadł na konia i odbił się od niego, tracąc przy tym przytomność. Jednak zanim to wszystko się wydarzyło, kontem oka widział, jak jego przyjaciel padał raniony od miecza krzyżaka. – Czy tak ma się zakończyć nasze życie? – Zapytał siebie samego kowal Poczuł że jest mu bardzo gorąco. Gdy otworzył oczy, dom Lejonjertów płonął. Wtem przypomniał sobie wszystko co zaszło. Rozejrzał się, nie było już krzyżaków. Jednak widok w koło był przerażający. Płonęły domostwa. Wszędzie leżały zakrwawione zwłoki. Zerwał się, i pobiegł w stronę przyjaciela, który był raniony przez jeźdźca z krzyżem na piersiach. Po drodze mijał zwłoki Zygmunta Lejonjerty. Rozpoznawał wśród zabitych, zasiekane ciała członków rodziny Dragomirów. Krzyżacy nie oszczędzili nawet kobiet. Matka Antoniego Lejonjerty leżała bez ruchu. Podszedł do przyjaciela, ten leżał na plecach, miał rozbitą głowę. Syn kowala usiadł koło niego. Położył głowę Antoniego Lejonjerty na swoich kolanach i zaczął płakać. W jego duszy zaczęła się rodzić jakaś olbrzymia złość. – Dlaczego? Mamo dlaczego tak się dzieje? To byli dobrzy ludzie? Dlaczego Bóg zabrał ich do siebie? Czy w niebie brakuje dobrych ludzi? Czy Pan Bóg nie mógł zabrać kogoś złego? Nie było odpowiedzi… Nagle ciało Lejonjerty podskoczyło. – Antek, obudź się. – zawołał syn kowala. – Obudź się proszę. – oczy Antoniego otworzyły się. – Antek, ja umieram. – wyszeptał zmęczonym głosem Lejonjerta. – Zrób mi ostatnią przysługę. – kontynuował. – Co mam zrobić? – zapytał kowal. –Jak uciekaliśmy z płonącego domu. – zaczął opowiadać Lejonjerta. – Zabrałem ze sobą żelazo do tatuażu. Idź do ziemianki z której wyszliśmy, tam tuż przed wyjściem zostawiłem je na ziemi. Znajdź je i przynieś tutaj. Syn kowala nie czekając zerwał się i pobiegł do wskazanego miejsca. Gryzący dym utrudniał poszukiwania, ale żelazo leżało prawie przy samym wejściu. Więc znalezienie nie potrwało długo. Antek kowal przybiegł z powrotem do rannego Lejonjerty i zawołał. – Mam! Znalazłem, patrz jeszcze ciepłe. A Lejonjerta popatrzył na metalowy przedmiot i powiedział. – Rozgrzej je do czerwoności w płonących zgliszczach naszego domu, a potem przynieś do mnie. Syn kowala nie czkając, pobiegł do ogarniętego ogniem domu i wrzucił żelazo do ognia. Gdy już było czerwone od gorąca, wziął za rękojeść i pobiegł z powrotem do młodego dziedzica. – Zdejmij koszulę i odwróć się plecami do mnie. – nakazał Antoni, a syn kowala wykonał polecenie. Ranny, zupełnie bez zastanowienia, zaskakując przy tym Antka kowala. Przystawił rozpalone żelazo do jego odkrytego przedramienia, wypalając przy tym herb rodu. Zaskoczony kowal tylko syknął z bólu. A młody dziedzic swoim zmęczonym tonem mówił dalej. – Od teraz jesteś członkiem rodziny Lejonjertów, nosisz nasz herb. A teraz patrz tam. I wskazał na pobliski las. Pamiętasz ten głaz na którym się bawiliśmy jak byliśmy jeszcze dziećmi? – Tak pamiętam. – odpowiedział bardzo zdziwiony kowal. – A pamiętasz te dwie brzozy koło tego kamienia, na której zawiesiliśmy sobie lnianą linę, na której się huśtaliśmy? – No, to też pamiętam. – odpowiedział gładząc się po piekącej ranie od wypalonego przed chwilą tatuażu. – Pod tymi drzewami zakopaliśmy nasze kosztowności. Cały nasz majątek. Mój tata ukrył tam wszystkie nasze najcenniejsze rzeczy w obawie przed zbójcami. – A teraz słuchaj mnie uważnie. – nakazał coraz słabszym głosem. – Ja umieram, i teraz ty jesteś członkiem naszego rodu. Musisz nas pomścić. Od teraz nazwisko Lejonjerta jest również twoim nazwiskiem. Wszystkie kosztowności należą teraz do ciebie. –Żelazo do tatuażu nie służy tylko do wypalania znaków na skórze, ale jest kluczem do naszego skarbu rodzinnego. Kiedy go odkopiesz, będzie ci potrzebny aby dostać się do kosztowności. I tu przerwał z grymasem bólu na twarzy, a ciało rannego Lejonjerty zesztywniało, potem opadło bez życia na kolana przyjaciela. – Antek! – zawołał syn kowala, szarpiąc go przy tym za ramiona. – Ty nie możesz umrzeć! – wołał. – Powiedz coś, nie odchodź. Zostałeś sam na tym świecie! Ty musisz żyć… Ale jego przyjaciel milczał. W oddali słychać było tylko płacz, i gdzieniegdzie jęki wijących się z bólu rannych. Antek zapłakał nad przyjacielem. Właśnie stracił na tym świecie kogoś, kto był mu tak bliski jak brat. I tutaj, teraz w dzień ich urodzin, w tak wielkie święto dla Antka dziedzica spotkało ich takie nieszczęście. Największa tragedia w ich życiu. Do wioski zaczęli wracać ludzie, którym udało się uciec. Po ich domach pozostały tylko dymiące zgliszcza. Antek szedł przez wieś z żelazem w reku, i nagle przypomniał sobie o swoim ojcu. Zaczął biec przez płonącą jeszcze wieś, po drodze zobaczył że kuźnia z jego domem również spłonęła. – Tato! Tatusiu! Zapomniałem o tobie! Nie broniłem Ciebie! – tak wołając biegł w stronę swojego domu. Po chwili jednak zatrzymał się. Opadł na kolana i zaczął płakać bowiem przypomniał sobie że od kilku dni jego ojca nie było w domu. Wyjechał do Sierpca by zakupić materiały do kuźni. – Jak dobrze tatusiu że ciebie tutaj nie było. Stracił bym wtedy wszystkich których kochałem. To co teraz czuł, to olbrzymia radość płynąca ze świadomości iż jago tatko na pewno żyje. Jednak radość przemieszana była z nienawiścią do krzyżaków. A była ona tak wielka że ten opanowany i spokojny młodzieniec, teraz nabity był chęcią zemsty. Będąc całkowicie opętany tym szałem. Nie myślał o niczym innym jak tylko iść i pomścić swojego przyjaciela, jego rodzinę i wszystkich niewinnie zabitych. Był w szoku, a przy tym wezbrała w nim taka nienawiść do krzyżaków, oprawców którzy zniszczyli prawie wszystko co miał najważniejsze. Zabili najbliższego przyjaciela i całą jego rodzinę, spalili wieś a wraz z nią, dzieciństwo. Teraz w tej jednej chwili stał się dorosłym, mocno zranionym przez życie mężczyzną. Nie było już tego szczęśliwego i beztroskiego miejsca w którym wychowywali się chłopcy. Każdy spalony dom, każde drzewo które rosło wraz z Antkami, owiane były wspomnieniami i tajemnicami znane tylko tym dwom chłopcom. Na świecie, został mu tylko jego tatuś, który jeszcze w tym momencie nie wiedział o nieszczęściu jakie miało miejsce w Dąbrówce. Krzyżacy przeszli przez wieś jak trąba powietrzna, paląc przy tym wszystko i zabijając wszystkich kto stanął im na drodze. Wydawać by się mogło że przybyli do wioski po to aby ją zniszczyć. Nic nie zrabowali. Przefrunęli ze swoim rydwanem ognia i śmierci, pozostawiając po sobie tylko ból i płacz tych co przeżyli. Nie plądrowali domostw, nie brali jeńców. Nie wzięli nawet koni, pewno bali się pościgu a zrabowane łupy przeszkadzały by im w ucieczce.

Pomszczę was

– Pomszczę was. Pomszczę. – powtarzał sobie w duchu Antek. I z takim nastawieniem zaczął pakować się do podróży. Nie chciał nawet czekać na powrót ojca. Żądza zemsty była silna. Na ogrodzonym ostrokołem pastwisku na skraju wsi, pasly się konie Lejonjertów. Antek wybrał sobie trzy. Jednego przygotował do jazdy wierzchem, a dwa pozostałe zaprzągł do wozu który stał obok budynków gospodarczych właścicieli. Podprowadził je do lasku w którym leżał olbrzymi głaz, ten o którym Antek Lejonjerta mówił w swoich ostatnich słowach przed śmiercią. Znalezienie kryjówki z kosztownościami nie zajęło mu zbyt dużo czasu. Wskazówki przyjaciela doprowadziły go do właściwego miejsca. Kryjówką okazała piwnica wykopana w ziemi. Metalowy właz do niej przykryty był ściółką leśną. – Nigdy bym się nie domyślił że może tu być coś ukryte. – pomyślał Antek. – Bawiliśmy się tutaj tyle razy, mimo to nie zauważyłem niczego co by mogło wskazywać na to, że pod ziemią wybudowana jest kryjówka. Gdy kowal oczyścił wejście z liści, mchu i igliwia, jego oczom ukazał się wyryty w metalu herb rodu Lejonjertów, lew z sercem na boku. Dokładnie taki sam jaki wypalono Antkowi dziedzicowi. I w tym momencie kowal przypomniał sobie, że i jemu wypalono ten sam symbol rodowy. Niemal od razu poczuł ból w miejscu wypalonej rany. Jednak wśród wszystkich nieszczęść jakie dotknęły Antka tego dnia, rana jaką od niedawna nosił, była tylko lekką nic nie znaczącą przypadłością. – Jak to otworzyć? – zastanawiał się kowal, klęcząc nad zamkniętym wejściem do skarbca. – Antek mówił że potrzebne mi będzie żelazo do otwarcia włazu. Wtem zaświtało coś w jego głowie, zauważył bowiem że znak wyryty na włazie, jest dokładnie tej samej wielkości jak ten na żelazie. I tu zadziałał jego zmysł techniczny. Przystawił żelazo do lwa z sercem tak że lew na włazie dokładnie pasował do lwa na żelazie. W pierwszej chwili wejście ani drgnęlo, ale gdy Antek nacisnął z całej siły na przystawione do stalowych drzwi żelazo, usłyszał jakiś metaliczny dźwięk i coś przeskoczyło pod pokrywą. A wtedy właz zapadł się i wejście do skarbca stało przed nim otworem. Była to ciasna studnia w której zmieścić mogła się tylko jedna osoba. W środku była drabina przez którą Antek wszedł do środka. W zalanej mrokiem piwnicy, lekko oświetlonej światłem dziennym dochodzącym przez otwarty luk, dostrzec można było skrzynie, zbroje i inną broń. Kowal otworzył jedną ze skrzyń, były w niej srebrne monety. Takiej ilości Antek jeszcze nigdy nie widział. Potem otworzył następną skrzynię, i w tej również znajdowały się pieniądze. – W tej piwnicy ukryto przed zbójcami ogromną fortunę. Zapewne był to majątek jaki cały ród Lejonjertów nagromadził przez wieki. – pomyślał Antek. Potem wziął jedną skrzynię z monetami wyniósł ją na zewnątrz. Następnie zbroje miecze, kolczugi. A gdy wóz był już pełny pociągnął za sobą właz zatrzaskując go i zamykając przy tym skarbiec. Ponownie zasypał wejście do piwnicy igliwiem i mchem. I gdy już wszystko było niemal doskonale zamaskowane. Wsiadł na wóz i ruszył przed siebie. Jechał obrzeżami wsi, jednocześnie obserwując tych którzy uszli z życiem a teraz wracali do swoich spalonych domostw. Ci zaś opatrywali rannych, a martwe ciała gromadzili w jednym miejscu po to, aby ich pochować przed nocą. Trzeba było ich szybko pochować, aby ptaki i dzikie zwierzęta nie zaczęły rozszarpywać zwłok. Antek przejechał przez wieś i zatrzymał się przy cmentarzysku. Podszedł do grobu swojej mamy, uklęknął przy nim i zaczął płakać. Mówił przez łzy. –Mamusiu, widziałaś wszystko, wiem że to Ty pomogłaś mi przeżyć. Może lepiej było by, gdybyś pozwoliła mi przejść do Ciebie. – Mamo… co ja teraz mam robić? W tej bezsilności przyłożył policzek do grobu mamy i płakał. Liczył na to że jej i jego myśli przenikną się wzajemnie dając natchnienie jego duszy. A potrzebował tego bardzo, bowiem ostatnie kilka godzin, całkowicie zdemolowało jego dotychczasowe życie. Dopiero teraz wolno odpuszczały go nerwy, płakał i zastanawiał się nad swoja przyszłością. Czuł się taki bezsilny… Postanowił że pojedzie w stronę Sierpca. Chciał spotkać się ze swoim ojcem, jedyną osobą która mu jeszcze została na tym świecie. Tata Antka powinien już wracać do domu. Tak wiec prawdopodobieństwo tego że się spotkają gdzieś po drodze było bardzo duże. Antek nie chciał czekać na niego we wsi. Nie mógł tam dłużej przebywać, z tą żałobą wypełniającą jego serce, z tymi zgliszczami w koło, z tym żałosnym płaczem który gdzie niegdzie słychać był po wsi. Chciał być jak najdalej od tego miejsca. Po tym jak pożegnał się ze swoją mamą przy grobie nieboszczki, wyruszył w drogę. Zostawił za sobą tylko łzy i cierpienie. Teraz siedział na wozie wypełnionym bronią i innym bogactwem, szedł pomścić swojego przyjaciela, Antka Lejonjertę.

ANTEK JECHAŁ CAŁY DZIEŃ

Antek jechał cały dzień, w tym zamyśleniu jakie mu teraz towarzyszyło, czas płynął szybko , tak szybko że nie zauważył nawet jak zaczęło robić się szaro. Zaczął myśleć o noclegu. Mógł by przenocować pod gołym niebem, ale bał się, miał ze sobą wielkie bogactwo. Noc pod gołym niebem mogła być bardzo niebezpieczna. I chociaż cały wóz przykryty był słomą, tak że nie było widać tego, czym tak naprawdę był wypełniony. Jednak w tamtych czasach unikano podróżowania w pojedynkę. Można było łatwo paść ofiarą napadu zbójeckiego. Grasowały bowiem w tych okolicach bandy zbójów którzy napadali na wędrowców, grabiąc wszystko, a czasami nawet zabijając swoje ofiary. Antek wiedział że jadąc główna drogą natrafi niebawem na gospodę która ochroni go przed nocą. Jeździł wcześniej tą drogą ze swoim tatą, tak więc znał drogę dosyć dobrze. Po niedługim czasie, tak jak przewidywał, zobaczył w oddali światła pochodni. Łatwo rozpoznał miejsce w którym zawsze zatrzymywał się ze swoim ojcem. Bardzo go ten widok uradował, bowiem nie tylko jego konie, ale i on sam był już zmęczony. Podjechał bliżej i trochę był zaskoczony, jeszcze nigdy nie widział tak dużego ruchu wokół tego miejsca. Na zewnątrz stało chyba z pięćdziesiąt koni. Nigdy nie widział tu takiego tłoku. Ludzie którzy mieli wartę i pilnowali zwierząt, odziani byli w skórzane kubraki, a przy boku przewieszone mieli miecze. Mówili w innym języku. Antek szybko zorientował się że jest to język Litwinów. Końskie kulbaki również wyglądały inaczej niż polskie. Wszystko wskazywało na to że w gospodzie wypoczywa cała chorągiew litewskiego wojska. Nie mylił się. Gdy wszedł do środka, izba niemal po brzegi wypełniona była żołnierzami. Nie było słychać polskiej mowy. Antkowi wydawało się przez chwilę że zamiast do Sierpca wyjechał do innego kraju. Rozejrzał się po gospodzie, i mimo woli jego wzrok skierował na te miejsce w którym kiedyś siadywał wraz ze swoim tatusiem, podczas ich wcześniejszych wspólnych podróży. I nagle, jego serce wypełniło się radością. Po tym strasznym dniu jaki dzisiaj przeżył. Zmęczony, osamotniony, zobaczył że właśnie tam, siedzi uśmiechnięty, pogrążony w rozmowie z jakimś litewskim żołnierzem, jego ukochany tatuś. Niczego tak bardzo nie potrzebował w tym momencie jak tego widoku. Postał jeszcze chwileczkę niedowierzając temu co widzi, oczy napełniły mu się łzami, aż wreszcie szybkim krokiem ruszył w stronę ojca. Daniel siedział bokiem do Antka wiec nie widział podążającego w jego kierunku syna. Jakiż był zdziwiony, nie spodziewał się przecież, że tutaj, daleko od domu, rzuci się na niego, jego własny syn. Objęli się natychmiast, ojciec całował syna po czole, tak jak to robił kiedy Antek był jeszcze dzieckiem. Chłopiec zaś starał się ze wszystkich sił przytulić swoją głowę do piersi ojca. Chciał poczuć ojcowskie ciepło, tak jak wtedy, kiedy miał dwanaście lat, tuż po śmierci mamy. Tak bardzo potrzebował wtedy ciepła kogoś bliskiego. Daniel witał się z synem, ale przeczuwał że coś złego musiało się stać w Dąbrówce, skoro jego syn wyszedł mu na spotkanie, i to aż tak daleko do domu. Znał swoje dziecko, i doskonale wyczytał na twarzy jego jakiś ogromny wewnętrzny ból, wskazujący na to że stało się cos bardzo strasznego. – Tatusiu! Oni nie żyją! Dąbrówka spalona! – wykrzykiwał Antoni. Na te słowa, litewski żołnierz który wcześniej rozmawiał z ojcem Antoniego, wstał i chodząc po izbie i krzyczał. – TYLUS!, TYLUS!. Na te słowa nagle zrobiło się w koło tak cicho że słychać było tylko ojca Antoniego. – Już dobrze, jesteśmy razem, uspokój się. – Daniel uspokajał syna tuląc jego głowę do swojej piersi. A gdy Antek mógł już mówić nieco spokojniejszym tonem, opowiedział ojcu o tym co wydarzyło się tego dnia. Twarz Daniela pociemniała ze zdenerwowania a i siedzący obok żołnierz litewski również był poruszony tą opowieścią. Coś mruczał pod nosem, z tonu wywnioskować można było że przeklina po litewsku. – Tatusiu! Dobrze że Ciebie tam nie było! Chyba bym tego nie zniósł jak bym stracił was wszystkich. Znowu objął swojego ojca i przytulił głowę do jego piersi. – Mówisz że Lejonjertowie wszyscy zabici? – ciszę przerwał Litwin pytając czystą polszczyzną. – Tak, widziałem ich martwe ciała porozrzucane w koło ich domu. – Odpowiedział Antek – No to nie zdążyliśmy! – wyszeptał sam do siebie Litwin. – Widzisz synu. – powiedział Daniel. – Zygmunt Lejonjerta uratował kiedyś życie pewnemu szlachcicowi litewskiemu. Świdrygiełło mówiono na niego. Na wojnie stracił wszystko, ale dzięki Zygmuntowi, udało mu się ujść z życiem. W zamian za to obiecał swojemu wybawicielowi, że jak tylko stanie na nogi to odwdzięczy się za ten szlachetny czyn Zygmunta. Ci ludzie których tu widzisz, to sto pięćdziesięciu zbrojnych którzy są podarkiem dla Zygmunta Lejonjerty od Świdrygiełły, jako dowód wdzięczności za uratowane życie. Ja miałem rozkaz od Zygmunta aby ich przyprowadzić z Sierpca do naszej wsi. – Nie ma już Zygmunta, nie ma Lejonjertów. Przyjechaliście za późno! – Antek wykrzyczał nerwowo w stronę siedzącego przy ich stole żołnierza. – W nerwach mówisz młodzieńcze. – odparł Litwin. – Nie wiń nas że przyjechaliśmy za późno, bowiem planowo zmierzamy. A nie naszą winą jest, że zostali zabici. Zrobili to Krzyżacy, o czym sam tutaj przed chwila zaświadczyłeś. – Prawdą jest że jak byśmy byli na miejscu, to bronili byśmy Lejonjertów nie szczędząc krwi. Taki mamy rozkaz od Świdrygiełły. – I tu zamilkł urażony Litwin. Antoni lekko się zawstydził, bowiem nie powinien obwiniać Litwina za śmierć ludzi w Dąbrówce. – Macie rację, to nie wasza wina. – odpowiedział skruszonym głosem Antek. – Gdybyś nie był moim panem. – ponownie odezwał się Litwin. – Kazał bym ci wypłacić sto batów za tą zniewagę. – Antek z ojcem słuchali żołnierza i nie bardzo wiedzieli o czym mówi. – Ale ja nie jestem twoim panem. Jestem synem tego tu Daniela kowala i jeśli chcesz to możesz mnie związać i wypłacić te swoje baty. Ja wszystko zniosę! – odpadł Antek. – Młodzieńcze! – przerwał Litwin, stanowczym ale za to bez tonu nerwowości. – Mówiłeś tutaj, przy świadkach, że Antoni Lejonjerta przed tym jak wyzionął ducha, wypalił na twoim przedramieniu herb Lejonjertów. – Bóg mi świadkiem że tak było. – i mówiąc te słowa stanął na równe nogi, jednym ruchem zerwał koszulę i obnażył miejsce z wypalonym na skórze tatuażem. Litwin popatrzył na świeża ranę i powiedział. – Świdrygiełło nakazał mi służyć Lejonjertom z wypalonym lwem i sercem na przedramieniu. Tobie przekazał tatuaż Antoni Lejonjerta, więc jesteś jednym z nich. Dla mnie jesteś moim panem. Teraz Tobie będziemy służyli i Ciebie będziemy chronić od złego. – tutaj wstał i pokłonił się Antkowi oddając przy tym hołd swojemu nowemu panu. – Usiądź i nie kłaniaj mi się. – przerwał Litwinowi Antek. – Czy na pewno zrobicie dla mnie wszystko? – zapytał. – Tak! – odpowiedział stanowczo żołnierz. – Pójdziemy za Toba panie nawet w sam ogień piekielny. – W takim razie poprowadzę was w ogień piekielny! – odparł Antek. –A teraz rozkaż swoim ludziom aby pilnowali mojego wozu którym tutaj przyjechałem. Niech do niego nie zaglądają, ale niech strzegą jak źrenicy w oku. – To już teraz nie są moi ludzie. – rzekł Litwin. – Teraz są to Twoi ludzie Antoni Lejonjerto. – i po tych słowach obrócił się na pięcie i poszedł rozesłać żołnierzy do wykonania pierwszego rozkazu Antka. Nikt nie wiedział co kryło się na wozie którym przyjechał syn kowala. Gdy Antek opowiadał o tym co się stało we wsi, przemilczał o bogactwie jakie znalazł pod brzozą przy olbrzymim głazie. Nie powiedział również że wóz którym przyjechał wypełniony był po brzegi bronią i srebrem. Nie chciał o tym mówić wśród obcych ludzi w gospodzie, chroniąc się przy tym od złodziei. W nocy gdy już wszyscy spali, opowiedział ojcu o skarbach Lejonjertów które znalazł. – Synu, co planujesz teraz robić? – Obiecałem że się zemszczę za śmierć przyjaciela i innych którzy tam zginęli. Zrobię to! – odpowiedział stanowczo Antek. – Mam ze sobą taki majątek że mógł bym utrzymać ze trzy razy większą jazdę niż tą którą teraz mam. – Nie zabrałem ze sobą całego majątku. Zostało tam jeszcze bardzo dużo srebra i broni. Dam ci żelazo które służy jako klucz do skarbca. – Synu, wiem. – przerwał mu Daniel. – Przecież ja sam zbudowałem ten mechanizm. Wiem jak go otworzyć. I doskonale wiedziałem gdzie jest skarbiec. Miałem olbrzymie zaufanie u Zygmunta. – Zabierzesz ze sobą żelazo. – kontynuował Antek. –Jak będzie trzeba to sięgniesz do skarbca i za fortunę jaka tam jest schowana odbudujesz wieś. Zadbaj również o porządną ochronę. Musicie nauczyć się walczyć i bronić przed najeźdźcami. – Tato, dam ci dwudziestu ludzi z mojej litewskiej chorągwi. Oni nauczą was walczyć. Uzbroisz ich, bo z takim uzbrojeniem jakie mają, nie dacie rady krzyżakom. Uzbroisz też chłopów we wsi. Musicie umieć stawić czoła najeźdźcy. Ja pojadę na Żmudź, w sam ogień piekielny toczącej się tam wojny. Będę kąsał zakon tak że mnie popamięta na wieki. – Czy to znaczy synu że nie wracasz ze mną do Dąbrówki? – zapytał Daniel? – Nie tato. Nie wrócę teraz. Zobaczymy się dopiero jak pomszczę Antka Lejonjertę. Do wsi wrócisz beze mnie. Następnego dnia, Daniel dostał od syna dwudziestu ludzi. Pożegnali się i wyruszyli każdy w swoja stronę.

ŻMUDŹ GRANICZYŁA

Żmudź graniczyła z państwem krzyżackim. Wcześniej była częścią Litwy, ale książę Litewski Witold, ciągle nękany najazdami krzyżackimi w zamian za pokój, oddał tą krainę zakonowi. Trzeba pamiętać że żmudzini w tamtych czasach nie byli jeszcze chrześcijanami. Był to pogański naród, zatwardziały w swoich przekonaniach. Nie chcieli się zgodzić ani na przyjęcie religii chrześcijańskiej, ani na zwierzchnictwo zakonu krzyżackiego. Rozpoczęły się liczne wojny na żmudzi. Zakon za pomocą miecza starał się narzucić nową religię. Żmudzini z całych sił bronili się przed najeźdźcą. Jednak czym była słabo zorganizowana i źle uzbrojona grupa wojowników żmudzkich w starciu z doskonale wyszkoloną maszyna wojenną jaką był zakon? Krzyżacy dość szybko uporali się tym ludem. Wybudowali tam liczne twierdze z których zarządzali nowo podbitymi terenami. Jednak szybko okazało się że zakonnicy nie byli wcale potulnymi mnichami, którzy w imię Boga Najwyższego szerzyli wiarę chrześcijańską. Bowiem porządki zakonne jakie zapanowały na żmudzi nie miały nic wspólnego z miłosierdziem nowej religii. Żmudzini zrozumieli że krzyżakom chodzi tak naprawdę nie tyle o zbawienie pogańskich dusz, co o ziemie na której mieszkali. Zakon najeżdżał na wsie paląc je i zabijając ich mieszkańców. Ci którym udało się zbiec, ukrywali się po bezkresnych lasach. Nienawiść do zakonu była tak wielka że doprowadziła do powstania żmudzkiego. Niestety, dużo silniejsi Krzyżacy pokonali buntowników. Zgasła wtedy ostatnia nadzieja jaka jeszcze iskrzyła w tym bohaterskim narodzie. Wiedzieli że nie obronią się sami przed potężnym najeźdźcą. Wysłano wtedy posłańców do biskupów polskich i litewskich, przesyłając im pisma z prośbą o pomoc. Wiedzieli bowiem że zakon jest również wrogiem polski i litwy, że wcześniej czy później, miedzy tymi krajami dojdzie do decydującej wojny. Tekst tego pisma czytany był na kazaniach we wszystkich wspólnotach chrześcijańskich w Polsce i na Litwie. A brzmiało ono następująco: My Żmudzini! Którzy od wieków jesteśmy właścicielami tej ziemi, naszej ziemi! Prosimy was, drodzy bracia Słowianie! Zwróćcie oczy na nasz umęczony wojną naród! Na nasze zabijane dzieci i kobiety! Na nas wszystkich, od lat wyniszczanych przez Zakon Krzyżacki! Który to w imię waszego Boga zabija nas! Pali nasze miasta i wsie! Dostrzeżcie tą niesprawiedliwość jaka spłynęła na nas wraz z nadejściem krzyżaków! My nie bronimy się przed chrześcijaństwem, nie boimy się nowej religii! My Żmudzini chcemy być ochrzczeni, przyjmiemy wiarę Boga jedynego! Jednak nie za pomocą krzyżackiego miecza! Nie za pomocą ognia i tysięcy zabitych! Chcemy być chrzczeni tak jak wasza religia nakazuje! Aby to woda święcona oczyściła nasze dusze a nie jak dotychczas, krew naszych dzieci. Antek był na tej mszy, słuchał tych słów w skupieniu. To właśnie wtedy dowiedział się pierwszy raz o Żmudzi i uciemiężonym przez krzyżaków narodzie. Czuł w sercu jak wzbiera w nim ogromny żal. I pomimo że był wtedy jeszcze małym chłopcem, doskonale rozumiał kazanie. Jego dziecinna dusza nie mogła pojąć tej całej przemocy jaka miała miejsce w tym dalekim kraju. Postanowił sobie wtedy, że będzie walczył z niesprawiedliwością w otaczającym go świecie. I teraz, po wielu latach od tamtego wzruszającego kazania, kiedy przyszło mu wybierać sposób zemsty za Lejonjertów. Postanowił że wojna na żmudzi będzie dobrym do tego miejscem. I teraz stu trzydziestu zbrojnych Litwinów z Antkiem na czele zmierzało w stronę tamtej zapomnianej krainy, pozostawionej na pastwę złowrogich krzyżaków. – Opowiedz coś o sobie. – zaproponował Antek litewskiemu dowódcy, który wczoraj oddał mu hołd wierności i stał się jego poddanym. – Nazywam się Adamkus. – odpowiedział. – Jak to się stało że mówisz naszym językiem? – pytał dalej Antek. – Mieszkaliśmy przy granicy z polską. – odpowiedział Litwin. Moja mama mówiła po polsku, tata zaś po Litewsku. Z mamą rozmawiałem w języku Lachów a z tatą w jego języku. Jestem w połowie Litwinem i w połowie Polakiem. Gdy rodzice umarli, mój brat zajął się gospodarstwem, a ja na początku zaciągnąłem się do piechoty. Ale gdy nasze wojska przegrały bitwę z tatarami, zostałem przydzielony pod dowództwo Świdrygiełły.

OJ NIE MIAŁ ON SZCZĘSCIA

- Oj nie miał on szczęścia do wojowania. Kiedy Witold urządzał wyprawę na tatarów, Świdrygiełło sprzedał cały swój majątek, za który to wystawił do boju dwustu konnych i dwa tysiące piechoty. Liczył że łupy jakie zdobędzie w boju, pozwolą mu wielokrotnie wzbogacić się. Jednak wojsko Litewskie poniosło klęskę ze złotą hordą tatarską. Świdrygiełło stracił dosłownie wszystkich ludzi a sam cudem uszedł z życiem. Pomógł mu wtedy Lejonjerta. Świdrygiełło wpadł w ręce tatarów. Nie miał żadnych szans, bił się jednak bo nie chciał być wzięty do niewoli. Tatarzy zaś nie chcieli go zabić, woleli pojmać go żywego, i zażądać okupu. Ale Świdrygiełło który wszystko stracił, nie miał już majątku którym mógł się wykupić, a wtedy został by sprzedany na jakimś azjatyckim targu niewolników. Lejonjerta widząc zaciekle broniącego się Litwina, który sam jeden stał okrążony przez dwunastu tatarów. Nie wiele myśląc poderwał konia i rzucił się na pomoc broniącemu się ostatkiem sił Litwinowi. Za nim galopem poszło ze dwudziestu jego jeźdźców. Stary Lejonjerta wpadł między tatarów, dwóch powalił jednym zamachnięciem miecza. Wpadł do zacieśniającego się kręgu, chwycił za rękę Świdrygiełłę i wciągnął go na konia. Potem zamachnął się mieczem obcinając jednemu Tatarowi rękę, i z całym impetem wyrwał się z okrążenia. W tym samym czasie przybyli z pomocą ludzie Lejonjerty, uniemożliwiając przy tym pościg tatarów. Świdrygiełło był wolny. Przysiągł wtedy że odwdzięczy się Lejonjercie. Mój nowy dowódca, nie mógł się pogodzić ze stratą jaką poniósł na wojnie. Postanowił że zdobędzie cały utracony majątek. A że był dalekim krewniakiem samego Witolda, dostał od niego dwustu piechurów. – Weź sobie tych ludzi i rozporządzaj nimi wedle swojej woli. – rozkazał Witold. Wśród tych którzy stali się podwładnymi Świdrygiełły, byłem i ja. Tak stałem się piechurem pod jego dowództwem. Szybko okazało się jakie plany miał nasz dowódca. Nie byliśmy już regularną armią Witolda, ale grupą ścigającą tatarów. I nie chodziło o to aby gnębić armię tatarską. Świdrygiełło napadał na małe oddziały tatarskie rabując ich całkowicie. To były bogate oddziały. Mieli przecież przy sobie wszystko to co udało im się zdobyć na wrogu. Oh! Ale myśmy się wtedy nauczyli sztuki walki. Zdobyliśmy konie, tak że nie byliśmy już piechotą, ale sporą grupą szybkiej jazdy. Byliśmy tak zaprawieni w boju, że napadaliśmy nawet na bardziej liczne grupy, nie ponosząc przy tym żadnych większych strat. Wypadaliśmy na wroga z nikąd, a gdy było już po wszystkim, znikaliśmy, zapadaliśmy się pod ziemię tak że żaden pościg tatarski nie był w stanie nas odszukać. Mieliśmy swoją kryjówkę na bagnach. Po napadzie rozdzielaliśmy się i wracaliśmy małymi grupkami. Raz jazda tatarska wypatrzyła nas, ale gdy rozdzieliliśmy się, a nasze małe grupki rozbiegły się po lesie, zdezorientowani Tatarzy nie znający szlaków, potopili się w podstępnych bagnach. W kilka miesięcy Świdrygiełło stał się jeszcze bogatszym człowiekiem niż był przed utratą majątku. Po pewnym czasie nie było już kogo łupić, bowiem Tatarzy wycofali się na wschód, wtedy dowódca postanowił że nadszedł już czas aby wracać na Litwę. Było nas wtedy stu pięćdziesięciu, oprócz olbrzymiego bogactwa, prowadziliśmy ze sobą około setki więźniów tatarskich. Świdrygiełło planował wykorzystać ich do pracy w swoim majątku który planował kupić. I tak też się stało. Kupił dużo ziemi a na niej piętnaście wsi. Szybko się zadomowił na swoich nowych włościach. Któregoś dnia zebrał nas wszystkich na majdanie i przemówił. – Żołdacy! – wołał donośnym głosem. – Na wojnie, zaprzysiągłem sobie, że odzyskam majątek i spłacę dług mojemu wybawicielowi, Lejonjercie. Majątek odzyskałem, teraz czas na spłatę długu wobec tego, który wyciągnął mnie z rąk tatarów. Postanowiłem że oddam mu to co jest teraz dla mnie najcenniejsze. Tym cennym darem, jesteście WY! Walczyliśmy razem przez kilka miesięcy. Teraz będziecie służyli innemu dowódcy. Adamkusie! – I tu wskazał palcem na mnie. Od teraz przejmujesz dowództwo nad drużyną. Pod Twoimi rozkazami udacie się do Sierpca. Tam oddacie się pod dowództwo rodu Lejonjertow. Jutro rano macie być gotowi do drogi. Dostaniecie ode mnie list który oddacie Zygmuntowi, i dokładne wskazówki na drogę.

DALSZY CIĄG WYDARZEŃ

– Dalszy ciąg wydarzeń już znasz. – Adamkus zwrócił się do Antka, przerywając przy tym zamyślenie zasłuchanego w jego opowieść chłopaka. – A może teraz ty Antoni Lejonjerto opowiesz mi coś o sobie? – zapytał Adamkus. – Nie jestem Lejonjerą. –odpowiedział Antek. – Jestem Antonim, synem Daniela którego poznałeś. – Tak wiem. – odparł Litwin. – Ale jesteś Lejonjertą bo nosisz ich znamię z lwem i sercem. A znak, ten dostałeś z woli rodowitego Antoniego Lejonjerty, tak więc jesteś Lejonjertą czy tego chcesz czy nie. Syn kowala patrzył z zaskoczeniem w oczach na Adamkusa i odparł. – Jeden był tylko Antoni Lejonjerta, ja jestem prostym kowalem i na nazwisku ani tytułach szlacheckich mi nie zależy. Będę mścił się za mojego przyjaciela bo sobie zaprzysiągłem że to zrobię. Ale dobrze. Jeśli wam nie odpowiada że jestem synem kowala, to mów do mnie Lwie Serce. Od teraz jestem dla wszystkich Antonim Lwim Sercem. Litwin popatrzył się na chłopaka lekko pogardliwym wzrokiem, jak by chciał się zapytać: – Co też tobie chłopaku znowu przyszło do głowy? Ale nie zdążył zapytać bo Antek sam zaczął. – Ród Lejonjertów pochodzi ze Skandynawii, a nazwisko te w tłumaczeniu na nasz język to nic innego jak lwie serce. I stąd ich herb rodowy z sercem na boku lwa. Litwin wzruszył ramionami. – A niech ci tam będzie Lwie Serce. – powiedział. – Mam rozkaz służyć tobie, czy jesteś synem kowala, czy też młodzieńcem ze szlacheckiego dworu. A teraz powiedz mi, jak planujesz dojechać do celu? Bo to że jedziemy na Żmudź, to już zdążyłem się dowiedzieć. Ale jak chcesz się tam dostać? Którędy? Antek nie odpowiedział na żadne pytanie. – Widzę że nie za bardzo jesteś przygotowany do tej drogi. – A kiedy miałem się przygotować? – Zapytał Antek. – Tak wiem. – odparł Litwin. – Żmudź graniczy z zakonem. – ciągnął Adamkus. – Właściwie już dawno została wcielona do zakonu. Aby tam dojechać to najłatwiej będzie ominąć państwo krzyżackie i dostać się tam przez Litwę. – A jak będzie najtrudniej? – zapytał Lwie Serce. – Możemy jechać przez ziemie krzyżaków, ale tego bym nie polecał. – odpowiedział Adamkus. – Mamy słabe uzbrojenie, jest nas mało, dlatego proponuję pójść na Litwę. – Broń mamy, a jak zabraknie to dokupimy. – odparł Antek. – Wóz który ciągniemy jest wypełniony bronią i srebrnymi monetami. Można by za to kupić ze dwadzieścia wsi. Na twarzy Adamkusa pojawiło się olbrzymie zdumienie. – Chcę jechać przez ziemie zakonu. – kontynuował Antoni. – Chcę kąsać krzyżaków, niech wiedzą że Lwie Serce w swojej zemście będzie ich nękał wszędzie, nawet na ich własnych ziemiach. Adamkus obojętnie popatrzył na Antka i rzekł. ¬– Obiecałem Ci Antku że pojadę za tobą nawet do samego piekła, i tak zrobię. –Jeśli trzeba iść przez ziemie zakonu to przejdziemy. A na żmudzi połączymy się z powstańcami żmudzkimi. O ile jeszcze ktoś z powstańców pozostał, bo powstanie padło już jakiś czas temu. – Antku, a właściwie to czemu chcesz jechać na żmudź skoro Król polski przygotowuje się na wojnę z krzyżakami? – zapytał Adamkus. – A skąd wiesz że będzie wojna? – zdziwił się Antoni? – Jak Polska i Litwa długa i szeroka, wyczuć można w lasach zapach wędzonego mięsa. – odparł Litwin. – To znak że poluje się w borach na wszelaką zwierzynę, po to aby mięso uwędzone szykować na wojnę. A skoro będzie wojna, to po co jechać na żmudź, czy nie lepiej poczekać tutaj i wyruszyć do boju z wielką armią Polsko Litewską? – A kiedy ta wojna będzie. – zapytał chłopak. – No tego to nikt jeszcze nie wie. – odpowiedział Adamkus. – Ale jak się szykuje mięso dla wojska, to nie później niż za rok. – Nie będę czekał roku. – odpowiedział Antek. – Przez ten czas będę mścił się za Lejonjertów, a i na wojnę zdążymy wrócić. Krzyżacy zabijają Żmudzinów tak jak zabili Lejonjertów, dlatego teraz pojadę i będę ich niszczył.

Gdy Daniel kowal

Gdy Daniel kowal wjechał do Dąbrówki, był przerażony tym co zobaczył. Antek ostrzegał go przed tym widokiem, więc wydawało mu się że nic nie jest w stanie go zaskoczyć. Jednak ujrzawszy to na własne oczy zaparło mu dech w piersiach. – Wszystko zniszczone. – Jak oni mogli? – mówił cicho sam do siebie. Był wzruszony, nie było już kuźni ani jego domu. Ludzie wybudowali liche szałasy po to aby nie spać pod gołym niebem, i aby choć trochę chronić się przed dziką zwierzyną. Daniel nie wierzył własnym oczom. Szedł przez wieś na czele dwudziestu litewskich żołnierzy i zupełnie nie mógł poznać wsi, którą jeszcze kilka dni temu zostawił. A wtedy, była to tętniąca życiem, bogata, dobrze gospodarzona wieś. Teraz zostały po niej tylko zgliszcza które na sam widok wprowadzały żal w duszy kowala. Gdy tak szli przez wieś, Daniel zobaczył znajome twarze sąsiadów którzy mieszkali blisko kuźni. Stali obok zgliszczy swojego domu i coś tam szukali. Wyglądało na to że wygrzebują rzeczy które nadawały się jeszcze do użytku. Maciej i jego żona Hanka mieli trójkę dzieci. Wszyscy przeżyli, cała trójka stała koło rodziców i razem grzebali w zgliszczach. Daniel zeskoczył z konia i podbiegł do rodziny. – Na rany Chrystusa, żyjecie? Żyjecie wszyscy? – zawołał. Na widok kowala widać było że rodzina rozweseliła się, dzieci podbiegły do Daniela, bowiem bardzo go lubiły. Często przesiadywały w kuźni, i razem z Antkiem bawiły się. – Żyjemy. – Dzięki Bogu żyjemy. – odpowiedział Maciej. Byliśmy wtedy w polu z dzieciakami. Jak zobaczyliśmy krzyżaków to ukryliśmy się w lesie. Dzięki temu żyjemy, Ale ci co zostali we wsi w większości zginęli. – Domy popalone. – wtrąciła jego żona Hanka. – Jak my teraz będziemy żyć? – zapytała. – Domy się odbuduje. – odpowiedział Daniel. – Najważniejsze że wszyscy żyjecie. – I my za to dziękujemy bogu ze przeżyliśmy. – kontynuowała Hanka. – Ale kto nas odbuduje jak z Lejonjertów został tylko Antek. Nie wiadomo czy jutra dożyje. ¬– To Antek Lejonjerta żyje? ¬– zapytał kowal. – A gdzie on teraz jest. – Jest u Zbyszków. – odparł Maciej. ¬ – Ich chałupa jako jedyna nie została spalona. A że Zbyszki to dobre ludzie, zabrali rannych do swojej chałupy. Skromne to progi jak dla takiego pana, ale nie było go gdzie dać, bo to jedyna chałupa z całym dachem jaka została. Daniel zerwał się w jednej chwili, wskoczył na konia, i pogalopował w stronę domu Zbyszków, a za nim dwudziestu litewskich żołnierzy którzy z nim przyjechali. W małej izbie.leżało chyba ze dwudziestu rannych. Było tak ciasno że rodzina Zbyszków sama nie mogąc się pomieścić, mieszkała w szałasie na zewnątrz. Za Danielem wszedł do izby jeden z wojowników litewskich. Patrzał na rannych, i oglądał ich obrażenia. Potem wyszedł z budynku i poszedł w stronę swojego konia. Tam przy kulbace, otworzył sakwę z wyciągnął z niej nieduży pakunek szczelnie owinięty białym materiałem. Potem poszedł z powrotem do izby z chorymi. – Jestem medyk. – powiedział do Daniela z akcentem Rusina. – Mogę spróbować im pomóc jeśli pozwolisz. Oczywiście Daniel nie miał nic przeciwko temu. Myślał bowiem że lepsza jakaś pomoc, niż żadna. ¬– Nie bój się. – ciągnął medyk. – Ja opatrywałem rany naszym wojownikom. Wielu z nich uszło z życiem od kostuchy tyko dlatego, że miałem odpowiednie zioła które dostali ode mnie. Medyk zaczął od Antoniego Lejonjerty. – Babka moja nauczyła mnie sztuki zielarskiej. A na wojnie taka wiedza jak znalazł. Mówiąc to położył na ranioną głowę Antoniego jakiś proszek wyglądający jak zmielone liście. Następnie pokrył wszystko jakąś mazią i powiedział. – Dzięki temu nie będzie mu ropiała rana. A i gorączka powinna odpuścić. Później wziął się za innych rannych. Sprawdzał ręką na czole czy aby nie mają gorączki, a potem dobierał odpowiednie zioła i opatrywał nimi ich rany. Gdy skończył swoją pracę rzekł. – Teraz tym co leżą bez świadomości, trzeba nawilżać usta. Innym niech dużo piją. Więcej już dzisiaj dla nich zrobić nie mogę. Jutro obejrzę wszystkich jeszcze raz. Nazajutrz Lejonjerta był ciągle nieprzytomny, ale nie był już tak rozpalony jak poprzedniego wieczoru. Litwin medyk, przypisywał ten stan rzeczy swoim medykamentom. Musiało coś w tym być, bo wszyscy ranni czuli się dzisiaj dużo lepiej. – Czy on wyzdrowieje? – zapytał Daniel wskazując na Lejonjertę. – Ciało wyzdrowieje, rany się zagoją. – odparł medyk. – Ale głowy nie potrafię uleczyć, nie wiem czy odzyska świadomość. Tutaj już tylko Bóg może pomóc… Na trzeci dzień okazało się że Bóg pomógł. Antek Lejonjerta odzyskał przytomność.

POJEDŹMY TERAZ DO MŁAWY

– Pojedźmy teraz do Mławy. – zaproponował Adamkus. – Tam zaopatrzymy się w broń i żywność, a następnie przez ziemie zakonu, udamy się na Żmudź. – Róbmy tak jak uważasz. – odparł Antek. – Dla mnie najważniejsze jest abyśmy szybko dotarli do celu. Na najbliższym postoju syn kowala i Adamkus przejrzeli wóz na którym chłopak miał spakowaną broń i srebro. Litwin rozłożywszy całą zawartość na ziemi. Uważnie sprawdzał twardość mieczy i toporów. – Dobry twardy metal, widzę że sporo tego masz. ¬– rzekł Litwin. – Czy to robota twojego ojca? ¬– Tak. – odpowiedział Lwie Serce. – To kucie mojego taty. Ale są wśród mieczy takie które ja sam wykułem. – No to pokaż te, które spod Twojej ręki wyszły. – poprosił Adamkus. – Ten topór. – Antek podał ciężki przedmiot Litwinowi. – Zrobiłem też tamte cztery miecze co leżą koło siebie, i tamtą halabardę. Adamkus klęczał przed porozkładaną na ziemi bronią i porównywał sztuki broni wykutej przez chłopaka z tą którą wykonał jego ojciec. – Świetna robota. ¬– odparł po chwili. – Zupełnie nie widzę różnicy. Jesteś w tym tak dobry jak twój ojciec. – Dużo nam jeszcze brakuje. Trzeba kupić zbroje i kolczugi dla wojska. Krzyżacy są dobrze uzbrojeni, jeśli chcemy z nimi walczyć, musimy mieć przynajmniej tak dobrą broń jak oni. – Kupimy wszystko co każesz. Liczę na twoje wojenne doświadczenie. – zgodził się Antek. Adamkus spojrzał na chłopaka. Podobało mu się bowiem to, że młodzieniec który w jednej chwili stał się dowódcą, nie podejmuje samemu bezmyślnych decyzji. Liczy się ze zdaniem swojego podwładnego, który w sztuce wojennej ma nieporównywalnie więcej wiedzy od Antka. Do Mławy dojechali kiedy słońce było jeszcze wysoko. Mieli dużo czasu, aby jeszcze tego samego dnia rozpocząć poszukiwania broni i pożywienia. Adamkus porozdzielał ludzi tak, że pięciu jego żołnierzy miło iść z nim i Antkiem , reszcie rozkazał zorganizowanie noclegu. A nie było to wcale łatwe zadanie, bowiem znalezienie miejsca dla stu trzydziestu ludzi w małej Mławie musiało kosztować sporo wysiłku. Również zakup dobrej broni, był nie lada problemem. Oczywiście miejscowi kupcy zachwalali swój towar, mówiąc że jest to najlepszy metal jaki się w dzisiejszych czasach wykuwa. Ale tak nie było, bowiem sprzedawana przez nich broń była miękka i mało trwała. Dla osoby która nie zna się na metalu, zachwalane miecze, topory i halabardy mogły wydawać się bronią doskonałą. Ale nie dla Antka kowala znającego się na metalu, ani dla Adamkusa który na pierwszy rzut oka widział że przedmioty sprzedawane, bardziej nadają się do ozdobnego powieszenia na ścianie niż do walki. – Mówisz że to najlepszy metal? –Antek zapytał trzymając w reku masywny topór na sprzedaż. – Tak. – odpowiedział kupiec. ¬– Najznakomitsi panowie używają tylko broni ode mnie. Sam Zawisza Czarny z domu Sulima kupił ode mnie chyba tuzin takich toporów. – Nie sądzę aby taki rycerz jak Zawisza Czarny używał tej broni. – odparł Antek. – On używa prawdziwych toporów, a nie czegoś co trwałością nie dorównuje nawet drewnianej pałce. Na te słowa kupiec obruszył się nerwowo i zaczął wykrzykiwać. – Drewniana pałka? Nawet Król ma przy sobie miecz kupiony ode mnie, i powiem ci młodziku że jest to jego ulubiona broń z którą się nie rozstaje nawet na krok. – Chyba mu służy jako packa na muchy. – z uśmiechem na twarzy odparł Antek. Ludzie przyglądający się ich rozmowie zaczęli się śmiać. Twarz kupca jeszcze bardziej zaczerwieniła się ze złości. ¬– Popatrz na ten twój wyśmienity topór. ¬– i w tej chwili podniósł żelastwo, złapał silnie za ostrze, i zaczął je skręcać. Ten masywnie wyglądający kawał metalu zaczął się wyginać w rękach Antoniego, tak jak by to była cienka blaszka, a nie gruby topór wojenny. – Patrz! I nie kłam już nigdy! Żaden wielki rycerz, i żaden Król nie dał by się oszukać, i nie wziął by tego od Ciebie nawet za darmo. Adamkus patrzył na Antoniego z niedowierzaniem, wziął od niego pogięty przedmiot złapał go w swoje ręce, ale ten pod naciskiem jego palców ani drgnął. Nie giął się ani w jedną ani w drugą stronę. Lwie Serce zauważył zmagania Adamkusa, wziął z powrotem topór w swoje ręce i bez większego wysiłku naprostował ostrze. – A niech cie! – wycedził Adamkus. – To trzeba mieć końska siłę żeby tak wyginać w ręku grube żelastwo. – Przecież jestem kowalem. – odparł Antek. –W moim fachu trzeba mieć silne ręce. Ale jedno jest pewne , gdyby ten topór wykuty był z dobrego metalu, na pewno nie ugiął by się pod siłą moich palców. W tym momencie jakaś ręka chwyciła Antka za ramię. Chłopak obrócił głowę i ujrzał nie wysokiego mężczyznę. Bardzo bogaty strój tego osobnika wskazywał na jego wysokie urodzenie. Wokół jego bioder przewieszony był bogato zdobiony pas rycerski. – Kim jesteś młodzieńcze? –zapytał nieznajomy. – Jestem Antoni Lwie Serce z Dabrówki. – A ja Zawisza Czarny herbu Sulima. W tym momencie spojrzał na twarz handlarza, następnie zmierzył go od stóp do głów i rzekł: – Nie znam cię, nigdy nie kupiłem od ciebie broni. – A ty Antoni, muszę przyznać że nie widziałem aby ktoś zgiął w dłoniach topór, nawet gdyby był zrobiony ze słabego metalu, jesteś bardzo silny. – Dokąd się udajecie? – zapytał Antka. A Lwie Serce onieśmielony tym że rozmawia z najpotężniejszym rycerzem na świecie, odpowiedział drżącym głosem. – Jedziemy na wojnę. – odparł. Będziemy pomagali Żmudzinom. Zawisza popatrzył na Antoniego i powiedział: – Ja, ze swoimi ludźmi mieszkamy u Bogdana Zacimskiego. Będę wdzięczny jeśli i wy, zamieszkacie pod dachem tego zacnego człowieka. –Ale nas jest stu trzydziestu. – przerwał Antek. – Nie chcemy być ciężarem dla gospodarza. – Obiecuję ci że moi goście będą dla Zacimskiego najważniejszymi gośćmi. Przyjeżdżaj ze swoimi ludźmi a będziecie mile widziani.

GDY STU TRZYDZIESTU

Gdy stu trzydziestu zbrojnych z Lwim Sercem na czele podjeżdżali pod Bogdanowy dwór. Gospodarz witał ich na majdanie osobiście. – Witam miłych gości. – wykrzykiwał swoim piskliwym głosikiem. Antek zszedł z konia i pokłonił się przed panem Zacimskim. – Nazywam się Antoni Lwie Serce, a to jest Adamkus, dowódca mojego oddziału który to w całej okazałości stoi przed tobą panie. – Wiem wszystko. – odparł Bogdan. – Rycerz Zawisza wszystko mi opowiedział. Jestem niezmiernie rad gościć was na swoich włościach. Później gospodarz pokazał ludziom Antoniego miejsca w których będą spali. A były to stodoły w których mieszkali już ludzie Zawiszy Czarnego. Antoni i Adamkus jako dostojni goście oczywiście zamieszkali we dworze z właścicielem i innymi przybyłymi dostojnikami. Dla młodego syna kowala, ta nowa sytuacja bardzo onieśmieliła go. W końcu jedynym dworem na którym mógł przebywać, był dom Lejonjertów, do którego z racji przyjaźni ze swoim imiennikiem zawsze miał drzwi otwarte. Jednak jego tata Daniel powtarzał mu. – Pamiętaj synu! Nie jesteś wysoko urodzonym. W twoich żyłach nie płynie szlachecka krew. Jesteś tylko synem kowala. Ale jeśli już przebywasz w gronie państwa Lejonjertów, nie mów nigdy nieproszony. Zawsze grzecznie odpowiadaj na pytania. A i na jedzenie nie rzucaj się jak dziki zwierz, nakładaj sobie tylko wtedy, kiedy będziesz o to poproszony. Ten krótki podręcznik dobrego wychowania, dzisiaj bardziej niż zwykle przenikał myśli chłopaka. W końcu miał dziś przy wieczerzy spotkać samego wielkiego rycerza Zawiszę Czarnego. Gdy Antek i Adamkus weszli do izby w której odbywała się wieczerza, wszyscy goście siedzieli już za stołem. Na ich widok Zawisza wstał i wyręczając głowę domu który akurat w tej chwili zajęty był rozmową z mężczyzną, jak się później okazało, młodszym bratem Zawiszy, Farurejem. Podszedł do drzwi w których stali i przywitał ich tymi słowami. – Cieszę się że przyjąłeś moje zaproszenie i że mogę ciebie bliżej poznać Antku. Lwie Serce i Adamkus niemal jednocześnie ukłonili się wielkiemu rycerzowi. – To dla nas jest zaszczytem wielkim aby móc byś goszczonym przez tak znakomitego wojownika jakim jesteś panie. – odpowiedział Antek. – Chodź Antku, usiądziesz przy mnie, i wskazał miejsce przygotowane dla chłopaka. Rozpoczęto wieczerzę. Antek wziął olbrzymią pajdę suchego chleba. Położył ją na stole. Potem tak jak inni, rwał rękami mięso leżące na drewnianych tacach, kładł je na chlebie z którego jadł. Zwyczaj wtedy był taki, że chleb przy stole służył jedynie jako taca na której jadano. Po skończonej wieczerzy zbierano przemoczone od tłuszczu kromki chleba, i rozdawano je biednym. – Tak jak i ty, ja również jestem tutaj przejazdem. – zaczął Zawisza. – Byłem w Szczytnie z poselstwem od Księcia Mazowieckiego. Jutro o świcie jadę z odpowiedzią od krzyżaków na zamek książęcy w Płocku. – Mówiłeś chłopcze że pochodzisz z Dąbrówki, ale to chyba inna Dąbrówka niż ta którą ja znam. Ty jesteś Lwie Serce, a ja poznałem Zygmunta Lejonjertę z Dąbrówki. Oj odważny to jest rycerz. – Znałeś panie Lejonjertę? – przerwał Antek? – No tak. Poznałem go jak wracał z wojny z tatarami. Mówi się że uratował życie Świdrygielle, krewnemu księcia litewskiego. Wszedł wtedy z kilkoma pomocnikami w sam środek wojsk wroga i wydarł im z rąk uwiezionego Świdrygiełłę. – Znam Lejonjertów, a właściwie znałem. – odpowiedział Antek z rezygnacją w głosie, a potem opowiedział swoją tragiczną historię. Wszyscy słuchali nie przerywając chłopakowi. Tylko Farurej mruczał pod nosem. – Psubraty krzyżackie! Na ustach chwalą Boga, a czynami swoimi czczą szatana! Gdy Lwie Serce skończył, w izbie było tak cicho że można było usłyszeć latającą muchę. Na twarzach słuchaczy wyrysowane były grymasy złości i zafrasowania. Zawisza przerwał milczenie. – Jakiś czas temu…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%