biografia · 6 godz. 30 min czytania
Zakręty życia
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
Rozdział pierwszy
Od jakiegoś czasu ciągle mu się śnił ten sam sen, poprzedzielane szachownicą ulic wielkie miasto, po którym biegał chaotycznie, jakby go zwodziło jakieś licho, jakaś siła przeklęta. Za którymś razem w końcu mu się przyśniło, że znalazł w tym mieście tymczasowe schronienie, dom do którego się wdrapywał na piętro po skrzypiących, drewnianych schodach. Gdzieś tam w zakamarkach, chował się przed nim tajemniczy gospodarz. - Co to za miasto? - zastanawiał się niejednokrotnie. Nie potrafił go umiejscowić ani w czasie, ani w przestrzeni i w końcu doszedł do wniosku, że to jakieś kosmiczne miasto, po którym będzie się tułał po śmierci. I przypomniała mu się zapamiętana z dzieciństwa baśń o lekkomyślnej dziewczynie, Karen, której od płochej zabawy przyrosły do nóg tańczące trzewiczki i musiała w nich bez przerwy tańczyć. Klątwa została zdjęta dopiero wtedy, gdy dziewczyna zwróciła się ku Bogu. Po jakimś czasie sny zanikły i zapomniał niefrasobliwie o zawartym w nich ostrzeżeniu, a szkoda, że zapomniał, bo po coś mu się przecież to miasto przyśniło.
Wiza
Na początku lata, płynący środkiem zielonej doliny strumień, zapłonął iskrami kaczeńców. Zapalone zachodzącym słońcem powietrze, drżało, falowało od całodziennego żaru i omdlewające stokrotki, spoglądały z nadzieją w stronę strumienia, a stojący na skraju łąki Kuba, podobnie jak w dzieciństwie, nie mógł się na te zachwycające cuda napatrzyć. No, tak to mniej więcej wyglądało, kiedy za namową kolegi, postanowił się starać o amerykańską wizę. O wizę, która, jak się miało w przyszłości okazać, doprowadziła w jego życiu do wielu niebezpiecznych zakrętów. Wypełnili z kolegą formularze i zapłaciwszy po sto dolarów, wysłali wnioski do amerykańskiego konsulatu i czekali na zawiadomienie o terminie kwalifikacyjnej rozmowy z konsulem. W owych czasach, wizę dostawał co dziesiąty, a reszta odchodziła z kwitkiem za wpłacone sto dolarów, bo pieniędzy nie zwracano. W wyznaczonym terminie, zjawili się obaj pod krakowskim konsulatem i stanęli w długiej kolejce oczekujących. Ludzi kłębiło się tutaj, co niemiara, tłok, ścisk i nerwówka, naelektryzowana atmosfera groziła w każdej chwili wybuchem i lepiej się było w ogóle nie odzywać. Co pewien czas wpuszczano na teren konsulatu po dwadzieścia osób. Wpuszczono w końcu i jego, podszedł do okienka i zaczął rozmowę z miłym, grzecznym panem, któremu od razu na samym początku zaświecił w oczy złotym sygnetem na palcu, a później pokazał mu, wyciągnięte z eleganckiej walizeczki, napisane przez siebie powieści. - Należy pan do jakiegoś związku? - konsul od razu przeszedł do konkretów. - Do Związku Literatów Polskich. - Ma pan legitymację? - Mam - wyciągnął i pokazał legitymację. - Ma pan samochód? - Mam - wyciągnął i pokazał dowód rejestracyjny swojego forda. - Dam panu wizę. - Dziękuję. - Dam panu wizę na dziesięć lat. - Jeszcze raz dziękuję. Uradowany, skinął konsulowi z wdzięcznością głową i wyszedłszy na ulicę, poczekał na kolegę, który wizy nie dostał. Ponieważ na oddanie paszportu z wklejoną wizą należało poczekać kilka godzin, poszedł pospacerować po starym mieście. Czas się tutaj zatrzymał, jak gdyby w miejscu, wracały wspomnienia spędzonych tutaj w młodości kilku lat. Planty i pływające po wodzie łabędzie, barbakan i rozwieszone na obronnych murach obrazy krakowskiej cyganerii.. W Bramie Floriańskiej paliły się świeczki przed obrazem Matki Boskiej Piaskowej, która podczas Konfederacji Barskiej ocaliła Kraków przed Rosjanami. U stóp ołtarza klęczeli pogrążeni w modlitwie ludzie. Ulicą Floriańską doszedł do rynku i wszedłszy do Kościoła Mariackiego, usiadł w ławce przed ołtarzem Wita Stwosza. Największa w Europie, gotycka nastawa ołtarzowa składała się z ponad dwustu postaci, niektóre figury dochodziły do trzech metrów wysokości. Lipowe kloce, z których wyrzeźbiono postacie zostały pozyskane z pięćsetletnich drzew, a więc miały dzisiaj po tysiąc lat. Koszt wykonania ołtarza stanowił w tamtych czasach równowartość rocznego budżetu Krakowa, można było za takie pieniądze kupić kilka kamienic przy głównym rynku miasta. Skrzydła ołtarza były otwarte i w centralnej części widać było scenę przedstawiającą moment Zaśnięcia Najświętszej Marii Panny. Przepełniona uduchowionym mistycyzmem twarz Niepokalanej, emanowała łagodną słodyczą. - Zasnęła Śliczna Mama na ziemi i obudziła się w niebie - zadumał się z nabożnym zachwytem nad cudowną tajemnicą Wniebowzięcia. Skupione wokół Matki Boskiej postacie Apostołów, w jak gdyby pofalowanych wiatrem szatach, pogłębiały ekspresję cudownego Zaśnięcia, odbijały padające na ołtarz światło. Pomodlił się, podziękował za otrzymaną wizę i po wyjściu z kościoła, postanowił zjeść obiad w zapamiętanej ze szkolnych czasów jadłodajni na Siennej. Pamiętał, że serwowano w niej niedrogie, smaczne obiady. Do niewielkiego, jednoizbowego lokaliku schodziło się prosto z ulicy po kilku schodkach, nad ladą znajdowała się figurka świętego Antoniego z Dzieciątkiem. - Ciekawe, czy ciągle tam jeszcze stoi? - pomyślał z nadzieją, wchodząc teraz po latach do środka. Była, ciągle tam była, spoglądał ze wzruszeniem na figurkę, wspominając młodzieńcze lata, bo pomiędzy tamtym wczoraj, a obecnym dzisiaj, minęło kilka dziesiątków lat.
Niebo się chmurzy
Nadszedł listopad i dni stawały się coraz krótsze, pochmurne i smutne. - Masz migotanie przedsionków - powiedział znajomy lekarz, potrzymawszy go przez chwilę za nadgarstek. - Przy takiej nieregularnej pracy, serce ma o wiele mniejszą wydajność, powinieneś iść do szpitala. Poszedł więc do przychodni, skąd został skierowany do szpitala na oddział wewnętrzny, gdzie stwierdzono utrwalone migotanie przedsionków serca. Jakiś młody, niedoświadczony lekarz zasugerował, żeby umiarowić migotanie elektrowstrząsami. - Sadysta - pomyślał pod jego adresem. - Chciałby mnie wykończyć elektrowstrząsami. Już miał powiedzieć, że nie wyraża zgody, ale wyręczył go ordynator, który popatrzył na młodego lekarza z lekkim uśmiechem i pokręcił przecząco głową. Jako doświadczony lekarz wiedział, że utrwalonego migotania nie można wyleczyć elektrowstrząsami, bo generowane przez serce impulsy, wydeptały już w nim sobie dodatkowe ścieżki. - Z powodu nieleczonej nadczynności tarczycy, utrwaliło się u pana migotanie przedsionków - powiedział ordynator podczas prywatnej rozmowy. - Chcąc leczyć pańskie serce, trzeba najpierw wyleczyć tarczycę. - Rozumiem, pierwsze pociągnęło za sobą drugie... A jak pan myśli, panie doktorze, skąd się mogła wziąć u mnie nadczynność tarczycy? - Na przykład z pracoholizmu, jest pan podatny na nałogi, a nałogiem może być wszystko. Wrócił zmartwiony ze szpitala, a miesiąc później zrobiło mu się słabo. Poszedł na pogotowie, gdzie mu dano kroplówkę, po której poczuł się lepiej i wrócił do domu. Kilka dni później, poszedł prywatnie do kardiologa i zrobił sobie echo serca. - Migotanie przedsionków spowodowało niedomykalność zastawek - powiedział lekarz robiący echo serca. - Jeżeli pan nie wyleczy migotania, to będzie coraz gorzej, bo niedomykalność zacznie się powiększać. Wracał od lekarza i przypominał sobie dawne, pijane lata. Walcząc z alkoholizmem, zażywał antikol, po których nie wolno pić alkoholu, ale nie zawsze potrafił po zażyciu powstrzymać się wystarczająco długo od picia i następowało zderzenie alkoholu z antikolem. Na skutek spowodowanego aldehydem octowym wzrostu ciśnienia i paraliżu oddechu, umęczone serce uderzało jak młot kowalski, brakowało mu powietrza i tracił przytomność. Z bożą pomocą, udało mu się to wszystko przetrzymać, ale choroba alkoholowa doprowadziła u niego do częściowej utraty zdrowia.
Rozmowy z kolegą
Stojący przy jego wersalce telefon zaczął dzwonić uporczywie o drugiej w nocy, więc w końcu odebrał. Telefonował kolega mieszkający od kilku lat z Chicago. - Może już skończymy rozmowę - zaproponował koledze po kilkunastu minutach, ale kolega wyjaśnił, że za pięć dolarów może rozmawiać na kartę przez cztery godziny. - No, do rana, Zbyszek, to my raczej rozmawiać nie będziemy. - Ale ze dwie godziny, Kuba, to chyba możemy? Zmilczał w odpowiedzi i tak sobie rozmawiali, i rozmawiali. Opowiedział koledze o wydaniu trzech powieści, a kolega na to, że w Ameryce wszystko jest najlepsze. Wspomniał, że jego powieści są zalecane do czytania przez terapeutów, a kolega znowu, że najlepsze książki są w Ameryce. - Popatrz, Zbyszek - powiedział w końcu ironicznie do młodszego od kilka lat kolegi. - Mam już pięćdziesiąt trzy lata, a do tej pory nie wiedziałem, że w Ameryce wszystko jest najlepsze. Po kilku takich nocnych rozmowach zaproponował koledze, żeby telefonował o ósmej wieczorem, ale kolega wyjaśnił, że w Chicago jest wtedy druga po południu i jeszcze jest wtedy w pracy. - No, to telefonuj w sobotę, kiedy w Chicago jest czwarta po południu, a u nas dziesiąta wieczorem - zaproponował, ale kolega wyjaśnił, że w soboty nie może, bo trzeba gdzieś wyskoczyć, na jakiś dancing, potańcówkę. - Wiesz, Kuba, jak to jest - nawijał kolega. - Przy sobocie po robocie. - Wiem, kolego, cały tydzień haru, haru, a w sobotę myk do baru - zareagował w końcu bardziej zdecydowanie, po miesiącu takich nocnych rozmów. - Rozumiem o co ci chodzi, ale ty nie rozumiesz, że ja się potrzebuję wyspać. - Albo zaczniesz telefonować w soboty, kiedy u nas jest dziesiąta wieczór, albo przestań do mnie dzwonić w ogóle. I od tego czasu kolega, zamiast chodzić w soboty do knajpy, zaczął dzwonić w soboty o dziesiątej wieczorem. Przez całą zimę prowadzili długie rozmowy, podczas których się zorientował, że Zbyszek jest w dołku i pomagał się koledze z tego depresyjnego stanu wykaraskać. - Jak chcesz, Kuba - zaproponował kolega na wiosnę. - To ci przyślę zaproszenie, żebyś dostał wizę i przyjedziesz do mnie w odwiedziny. - Za zaproszenie dziękuję - wyjaśnił. - Ale mam wizę, więc nie potrzebuję zaproszenia. - Masz wizę i ciągle jeszcze siedzisz w Polsce?! - wykrzyknął zdumionym głosem kolega. - A w jaki sposób ją dostałeś?! - No, jak w jaki sposób? Normalnie. Najpierw złożyłem wniosek, a później mi wkleili wizę w paszporcie. - Ty to masz szczęście. - Dlatego, że dostałem wizę? - Nie tylko dlatego... Jak przyjedziesz, to dam ci do dyspozycji całe mieszkanie. I w taki to sposób przyjął zaproszenie kolegi, i powiedział, że przyjedzie na dwa miesiące pod koniec lata.
Dwie tablice
Przez wakacje zorganizował kilka turnusów kolonijnych dla dzieci, zarobił trochę pieniędzy i w sierpniu wykupił za pięćset dolarów bilet lotniczy w obie strony do Chicago. Wylot zaplanował dziewiątego września, a powrót dziewiątego listopada, równo za dwa miesiące. Na podbój Ameryki, zabrał ze sobą sześćset książek, napisaną przez siebie trylogię o życiu Kuby, zapłaciwszy za bagaż kolejne pięćset dolarów. Dziewiątego września wsiadł w Krakowie do samolotu i najpierw kazano zapiąć pasy, a później samolot wzbił się w przestworza. Przebił się przez chmury i po osiągnięciu pułapu dziesięciu tysięcy metrów, poleciał przez Atlantyk do Stanów z szybkością tysiąca kilometrów na godzinę. Z głośników doleciało, że można rozpiąć pasy, stewardesy zaczęły roznosić słodycze, drinki, kawę i posiłki, i tak już miało być przez dziesięć godzin do końca podróży, podczas której samolot miał pokonać ponad osiem tysięcy kilometrów. Temperatura na zewnątrz wynosiła minus pięćdziesiąt stopni Celsjusza, ale w samolocie było ciepło i przytulnie. Starzy bywalcy, którzy już niejednokrotnie latali na tej trasie, wędrowali pomiędzy fotelami w poszukiwaniu znajomych, niektórzy oglądali filmy na znajdującym się z przodu kabiny ekranie, a później stewardessy rozdały koce i można sobie było uciąć drzemkę. Nad Grenlandią kazano zapiąć pasy, bo przedzierającym się przez burzę samolotem zaczęło podrzucać, a później polecieli nad Kanadą, nad którą samolot zaczął już powoli wytracać szybkość i wysokość. W dole, pod nimi, jak trójwymiarowa makieta, rozciągała się porosła roślinnością ziemia. Wyglądała z tej wysokości jak wymarła, poprzecinana lśniącymi w słońcu wstęgami rzek i górskimi łańcuchami, matowo lśniły polodowcowe jeziora. Momentami, samolot leciał krawędzią lądu i morza, lina brzegowa jawiła się i nikła na przemian, i przypomniały mu się dawne pijackie toasty. - Za tych co na lądzie, za tych co na morzu, za tych co powietrzu… Szeptał po cichutku, z pełnym goryczy uśmiechem, przypominając sobie koloryzowanie pijaństwa, żeby upiększyć balangi. I ogarnęło go połączone z wyrzutami sumienia poczucie winy, i żal za ukradzionym przez alkohol czasem, i jednocześnie poczuł ulgę, że tamten upodlony okres alkoholowej choroby przeminął. - Przecież ja już od dawna żyję na darowanym życiu - pomyślał, przypomniawszy sobie jeden ze swoich proroczych snów, drogowskazów. Przyśnił mu się ów sen w pierwszych miesiącach trzeźwości. Zobaczył unoszące się w powietrzu, dwie mosiężne, zapisane tablice. Nie potrafił odczytać, co na nich pisze, ale skądś wiedział, że tablice symbolizują dwie ścieżki losu. Dłuższa przedstawiała lepsze życie, którego nie wybrał, a krótsza obecne. I żal mu się zrobiło, że trzeba wcześniej umierać i zaczął prosić, i targować się z kimś, gdzieś tam ukrytym w górze, niewidzialnym, i wyczuwał na siebie wielkie zagniewanie. I dopiero jak powiedział, że najmłodsza córeczka ma zaledwie kilka miesięcy, coś trąciło niechętnie w krótszą tablicę i ona się przydłużyła, jakby na zawiasach, i stała się dłuższa od tej pierwszej, ale w miejscu przedłużenia widniało pęknięcie. Obudził z żalem za lepszym, nie wybranym życiem bez traumy i jednocześnie z wdzięcznością do Pana Boga za przedłużone obecne, żeby miał czas na cierpienie i poprawę, na dojrzewanie do wieczności. Przypomniał sobie teraz ten sen w samolocie, lecąc nad chmurami granicą lądu i morza, i zasłonił twarz kocem, żeby nie było widać jego wzbierających łzami oczu. Jeszcze wówczas nie wiedział, że Aniołowie zbierają takie łzy do kryształowych wazonów i wysypują je jako perły przed tronem Boga. Nie wiedział również, że właśnie się rozpoczyna amerykański wątek jego życiowej Odysei, pielgrzymki po pełnej niebezpiecznych zakrętów drodze ku wieczności. - Nie płacz, Kubuś, nie płacz - pocieszał w sobie małego, skrzywdzonego chłopca. - Nie płacz, bo tak naprawdę, niewiele jest w życiu rzeczy, których nie można naprawić. - Ale siostra… - Co siostra? - Młodsza siostra mi nie popuści... - No, to ty jej popuść, okrutnicy, zacznij jej unikać, a teraz już przestań płakać, bo przecież wiesz, że chłopaki nie płaczą. - Nieprawda! - odpowiedział mądrze mały chłopiec. Samolot coraz bardziej wytracał wysokość i silniki momentami prawie milkły. Pod nimi znajdowało się jezioro, Michigan, na jego brzegu miasto, Chicago, pocięte ulicami na kwadraty jak ogromna szachownica. Jezioro miało wielkość dwóch polskich województw i razem z czterema innymi tworzyło na granicy Stanów Zjednoczonych i Kanady krainę Wielkich Jezior o powierzchni większej od Morza Bałtyckiego. Wypływająca z jeziora Erie rzeka Niagara, pokonywała wodospadem stumetrową różnicę poziomów i wpadała do jeziora Ontario. Po wylądowaniu, cofnął zegarek, bo w Polsce była w tej chwili dziewiąta wieczorem, a tutaj dopiero trzecia po południu. Polski czas miał tutaj dopiero nadejść, amerykański był młodszy od polskiego o całe sześć godzin. Słońce ślicznie świeciło, w Chicago trwało pogodne, niedzielne, wrześniowe popołudnie. Wielopoziomowe lotnisko o kilku terminalach zajmowało powierzchnię powiatowego miasta i zatrudniało tysiące pracowników. Obsługiwało w ciągu roku miliony pasażerów. Przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, co chwila lądował lub startował samolot, metalowe cygara wznosiły się i opadały w powietrzu jak ogromne wieloryby, wszystko znajdowało się tutaj w ciągłym ruchu. Ruchome schody i przesuwające się po korytarzach pod stopami taśmociągi, kolorowo rozmigotane neony i pełne gwaru restauracje, powiewające flagi i pędzące we wszystkich kierunkach windy. A wszystko to razem lśniące i błyszczące chromoniklem, światło i dźwięk, ogrom i potęga, czyli po amerykańsku, największe i najlepsze.
Spotkanie po latach
Odprawa paszportowa przebiegła bez komplikacji i celnik wbił mu w paszport pieczątkę, zezwalająca na pobyt. Wyszedł przed budynek portu lotniczego i tak jak się ze Zbyszkiem, czekał na niego obok postoju taksówek. - Przepraszam, Pan Kuba? - usłyszał niepewne pytanie. - Jaki tam pan, Zbysiu, ale i ja cię w pierwszej chwili nie poznałem. Z przesadną serdecznością padli sobie w objęcia, bo aż tak wielkimi przyjaciółmi nigdy nie byli. No, ale skoro spotkanie po latach i do tego za wielką wodą, i w ogóle... Kiedy wsiedli do eleganckiego samochodu kolegi, wyczuł, że Zbyszek czeka na pochwały, więc najpierw zaczął się zachwycać przyciemnianymi szybami, później skórzanymi fotelami, a następnie przez kwadrans klimatyzacją. Szczerze mówiąc, eleganckie samochody nigdy mu nie imponowały, bo nie suknia zdobi człowieka, i z politowaniem patrzył nieraz na swojego próżnego szwagra, który na punkcie wypasionych samochodów miał przysłowiowego hysia. - Przecież to tylko samochód - myślał nieraz, widząc chuchającego na swoje auto szwagra. - Na drugi świat go sobie nie weźmie. Po godzinie zaparkowali przy ładnej, zacienionej drzewami alei, przed kamienicą, w której kolega wynajmował mieszkanie. Niewielki, ale nieźle umeblowany apartament składał się z salonu, kuchni, łazienki i sypialni. Siedzieli przy kolacji i rozmawiali przez wiele godzin. Zaraz na samym początku, Zbyszek zapalił na stole świecę, nadmieniając, że zapala ją tylko wtedy, kiedy chce uhonorować szczególnie poważanego gościa. Podziękował więc koledze za miłe słowa, jednocześnie myśląc sobie w skrytości ducha, że chciałby się już położyć, bo nie spał od dwudziestu czterech godzin. No, ale co miał zrobić? Rozmawiał, bo wiedział, że przebywający nielegalnie w Stanach kolega, czekał na tę rozmowę od wielu lat. O czwartej nad ranem Zbyszek wreszcie zauważył, że trzeba się przed pójściem do pracy przespać i poszedł do swojego pokoju, pościeliwszy dla niego w saloniku na kanapie. - Rano pojadę wcześnie do pracy i wrócę dopiero wieczorem - wyjaśnił. - Lodówkę masz zaopatrzoną, na stole zapasowe klucze, więc jak się wyśpisz, to możesz się wybrać na spacer do pobliskiego parku.
Pierwszy dzień
Wstał o trzeciej po południu i policzył, że w Polsce jest w tej chwili dziewiąta wieczorem, przez jakiś czas miał tak odruchowo przeliczać. W mieszkaniu było cicho i przytulnie, stanął przy oknie i zaczął spoglądać przez firankę na biegające pod drzewami po trawie wiewiórki. Szaro popielate, z niezbyt miłymi pyszczkami, nie wyglądały tak przymilnie, jak kochane, polskie rudzielce, ale były bardziej śmiałe, oswojone. Po drugiej stronie ulicy siedział w kucki, oparty o mur niemowa i wpatrywał się w jego okno. Wiedział od kolegi, że bezdomny pilnuje mu w ten sposób mieszkania, za co mu od czasu do czasu dostawał dziesięć dolarów. Przyrządził sobie śniadanie, a potem poszedł na spacer do pobliskiego parku i usiadłszy na ławce, przymknął zrelaksowany oczy i wystawił twarz do słońca. Wijąca się meandrami rzeczka, pluskała obok niego, wyciszającą kołysankę. Chicago ma wiele takich urokliwych parków i to właśnie one miały stanowić w przyszłości jedno z niewielu miłych wspomnień, jakie miał wywieźć z tego chaotycznie zagonionego, emigranckiego miasta. Z początku nie zwracał uwagi, kiedy na sąsiedniej ławce usiadł starszy mężczyzna i dopiero, kiedy zauważył jego zapłakane oczy, poczuł nieodpartą potrzebę, żeby mu pomóc. Uśmiechnął się do mężczyzny przyjaźnie i wtedy tamten coś powiedział po angielsku, na co odpowiedział po polsku, że nie rozumie. - Polak? - zapytał mężczyzna. - Polak - potwierdził ucieszony, że tak szybko spotkał na drugiej półkuli rodaka. Jeszcze wtedy nie wiedział, że Chicago jest po Warszawie drugim największym, polskim miastem na świecie. Wstał z ławki i zapytał, podszedłszy do mężczyzny. - Chce się pan podzielić ze mną swoim smutkiem? Jeżeli pan nie chce, to przepraszam i zaraz sobie stąd pójdę. - Nie ma pan dosyć swoich smutków? - Amerykańskich jeszcze nie za bardzo, bo dopiero wczoraj przyleciałem. - A gdzie pan wsiadał do samolotu? - W Krakowie. - To moje rodzinne miasto, jeszcze sprzed wojny. - Moje prawie tak samo, mieszkam w podkrakowskim miasteczku, a w Krakowie spędziłem młodzieńcze lata. I tak zaczęli rozmowę, podczas której zapytał mężczyznę, dlaczego usiadł w pobliżu niego w prawie pustym parku. - A wie pan, że nie wiem? Tak jakoś podświadomie, odruchowo - mężczyzna wydawał się lekko zaskoczony. - A pan może wie dlaczego? - Też nie wiem - uśmiechnął się lekko do mężczyzny. - Ale myślę, że jak Pan Bóg chce kogoś uratować, to w odpowiednim czasie i miejscu posadzi obok niego odpowiedniego człowieka. - Nie wierzy pan w przypadkowe zbiegi okoliczności? - Nie wierzę, zauważyłem w swoim życiu zbyt wiele zbiegów okoliczności, jak na zbieg okoliczności. - Nieźle - zamyślił się mężczyzna. - Myśli pan, że nasze spotkanie też zostało zaplanowane? - Niekoniecznie, ale myślę, że ktoś nad tym wszystkim czuwa. - Kto? - Myślę, że Wielki Reżyser, Terapeuta. - Pan Bóg? Przytaknął w milczeniu głową. Rozmawiali długo i spokojnie, powoli, z namysłem i bez pośpiechu. Milczeli, kiedy mieli na to ochotę i patrzyli na baraszkujące wiewiórki. Zachodzące słońce prześwitywało czerwono przez drzewa, kiedy postanowili się rozstać, ale zanim każdy poszedł w swoją stronę, umówili się na następne spotkanie. Mężczyzna obiecał, że przyjedzie jutro samochodem i pojedzie z nim na lotnisko odebrać książki. - Mam nadzieję, że je przeczytam - powiedział Smutny, na co odpowiedział, że również ma taką nadzieję. I tak poznał ojca podobnej do anioła jedynaczki, niebiańsko pięknej i piekielnie zepsutej.
Czarny wtorek
Część 22 / 6
Następnego dnia został obudzony przez obładowanego zakupami Zbyszka, który zziajany i spocony, wtarabanił się z hukiem do mieszkania. W obu rękach dźwigał cztery plastikowe baniaki z wodą, razem dwadzieścia litrów, a pod pachą papierową torbę, z której wystawały bagietki. - To ty śpisz?! - alarmował kolega. - To ty nie widzisz, co się dzieje?! - No, nie widzę - ziewnął i przetarł zaspane oczy. Taki już był przekorny, że kiedy ktoś zaczynał panikować, to zachowywał się odwrotnie. - Będzie wojna, skażenie, ubieraj się szybko i wyjeżdżamy do Colorado w Góry Skaliste. - I co tam będziemy robić? - Przeczekamy. - A co będziemy jedli? - Nakupiłem żywności. - A jak nam się te bułki skończą? - To będziemy polować, zabierzemy ze sobą sztucer. Kolega załączył telewizor, a później podbiegł do szafy i wyciągnął z niej sztucer, i paczkę naboi z długimi, ostrymi szpicami. Załadował i rozładował karabin, później go znowu załadował i rozładował, a później jeszcze przez chwilę trzaskał zamkiem karabinu i w końcu odstawił winchestera z powrotem do szafy. Spoglądał zaniepokojony na Zbyszka, wciągając szybko spodnie i patrząc w telewizor. Na ekranie pokazywano wciąż od nowa, płonące w Nowym Jorku dwie szklane wieże. Dwa porwane przez terrorystów samoloty pasażerskie, wbijały się jak tarany w szklane tafle budynków i drapacze chmur pokrywały się kłębami dymu z tysięcy litrów wybuchającego paliwa. Był jedenasty września dwa tysiące pierwszego roku, czarny wtorek, trwała tragedia Światowego Centrum Handlu, World Trade Center. Patrzył na tragedię z dystansu, traktując ją jako Znaki Czasu. Widząc, że lekko ogłupiały kolega znowu spogląda w stronę szafy, zapytał, pokazując na plastikowe baniaki. - Co to, Zbyszek, za woda? - Mineralna. - Gazowana? - Nie gazowana, bo gazowana drażni żołądek i powoduje wzdęcia, ale co cię, Kuba, obchodzi woda? Czy ty nie widzisz, co się dzieje?! - Widzę i dlatego proponuję, żebyś usiadł i żebyś sobie nalał do szklanki wody. I o dziwo, kolega przyniósł z kuchni szklankę, nalał do pełna i wypił. - Nalej sobie jeszcze jedną - zachęcił kolegę, a po drugiej szklance zaproponował mu trzecią i wtedy kolega spojrzał na niego uważniej, i powiedział, że dwie wystarczy. Po godzinie Zbyszek ochłonął na tyle, że pojechał z powrotem do pracy, a on wybrał się do parku na spotkanie ze smutnym panem. Pojechali na lotnisko, gdzie odebrali książki, które bagażowy zawiózł im wózkiem do samochodu, za co dostał od smutnego pana pięćdziesiąt dolarów napiwku. Kiedy podjechali ze Smutnym pod mieszkanie Zbyszka, sprezentował mężczyźnie na pożegnanie swoją trylogię. Do każdej książki wpisał dedykację i wyglądało na to, że obaj byli zadowoleni.
Zimne spojrzenie
Następnego dnia kupił plan miasta i szybko się zorientował, że budynki pomiędzy ulicami są pogrupowane w kwartały o boku dwustu metrów. Policzywszy kwadraty na mapie, mógł w przybliżeniu obliczyć, jak daleką ma drogę do wybranego celu. Nie zdawał sobie jeszcze wówczas sprawy, że właśnie rozpoczyna wyniszczającą wędrówkę po wyśnionym, kosmicznym mieście. Co jakiś czas rozkładał na trawniku mapę i po chwili pędził dalej w swoich tańczących trzewiczkach, nie wiadomo gdzie i za czym, i po co. Zwodzony przez jakieś złe licho, bezwiednie składał ofiarę bezdusznemu molochowi, który nawet nie zauważy, jeżeli go kiedyś pożre. W pierwszym tygodniu odwiedził na piechotę znajdujący się na peryferiach miasta Kongres Polonii Amerykańskiej, którego jedność osłabiały wrogie Polonii siły. Piękny, staroświecki budynek Kongresu wznosił się w parku za żelaznym ogrodzeniem z okazałą bramą. Po wejściu do holu, rzucały się w oczy portrety polskich generałów, Tadeusza Kościuszki i Kazimierza Pułaskiego, którzy w osiemnastym wieku walczyli o amerykańską niepodległość. Prześlizgnął się obok recepcji i dotarł do sekretariatu prezesa Moskala, ale dalej już się nie przedarł. Poprosił więc o rozmowę z naczelnym redaktorem Dziennika Związkowego i sprezentował mu swoje powieści. Odpowiedział odmownie, kiedy redaktor zaproponował mu pracę i wówczas naczelny stracił dla niego całe swoje zainteresowanie. Tyle tylko, że poproszony, podwiózł go samochodem kilka kilometrów na pierwszy przystanek linii autobusowej. Zdecydował się poprosić o podwiezienie, bo nie miał już siły wracać z powrotem na piechotę do odległego o czternaście kilometrów miasta. Przywędrował tutaj, skąpany w lepkim, parnym, upalnym, wilgotnym powietrzu i na stopach porobiły mu się pęcherze. Chicagowski wrzesień był owego roku wyjątkowo gorący, upalny. Jadąc w samochodzie z redaktorem, przeczytał mu swój wiersz, napisany spontanicznie po wtorkowej tragedii w nowojorskim centrum handlu. Przyrównał w nim płonące samoloty do stalowych rumaków Apokalipsy, zakończenie wiersza stanowiło skierowane do Boga wołanie o pomoc. Wiersz docierał intuicyjnie do ukrytej na drugim dnie prawdy o tragedii i chyba dlatego został przez redaktora źle odebrany. Wprawdzie wiersza nie skrytykował, ale kiedy się pożegnał z redaktorem i ruszył w stronę przystanku, to coś mu się kazało odwrócić i wówczas uchwycił jego prawdziwe spojrzenie. To był zimny wzrok, bezwzględnego, wyrachowanego człowieka. I chociaż nie był strachliwy, to ciarki mu przeszły po plecach, kiedy zaglądał do obcej duszy, zanim redaktor na powrót nie przywdział maski. Udał, że niczego nie dostrzegł i jeszcze raz podziękowawszy za podwiezienie, postanowił tego człowieka na przyszłość unikać.
Trójkolorowa kokarda
Przeglądając grubszą i większą od encyklopedii książkę telefoniczną, natknął się na reklamę polskiej gazety i wybrał się odwiedzić redakcję. Jakieś dwa, trzy kilometry długimi, ciągnącymi się w nieskończoność ulicami. Na budynkach, na znak żałoby po niedawnej, nowojorskiej tragedii, powiewały amerykańskie flagi, a ze szkolnych podwórek dochodziły dźwięki narodowego hymnu, na dźwięk którego przechodnie przystawali na chodnikach i ze wzruszeniem kładli rękę na sercu. W nowojorskiej katastrofie zginęło prawie trzy tysiące ludzi, w tym dwustu sześćdziesięciu pięciu strażaków. Na czerwonych światłach podchodziły do samochodów dziewczęta i zbierały pieniądze dla rodzin poległych w Nowym Jorku strażaków. W zamian za datki, przypinały trójkolorowe kokardy w barwach amerykańskiej flagi. Wrzucił do nadstawionego buta dziesięciodolarowy banknot i dziewczyna przypięła mu kokardę. Przytłoczyła banknoty w cholewie buta, obdarzając go na odchodne ślicznym, trochę smutnym uśmiechem. Zaszedłszy do redakcji gazety, szybko nawiązał znajomość z właścicielem, a zarazem redaktorem gazety zostawił mu do sprzedaży kilkadziesiąt swoich powieści. Napisał też do gazety, reklamujący książki felieton. Niedługo potem zorganizowano mu spotkanie autorskie w polskiej księgarni, a jeden z kolegów sfilmował mu je na pamiątkę kamerą wideo. W niedzielę, po kościele, kiedy znowu poszedł do redakcji, zastał w niej kilkunastu dziennikarzy z przypiętymi na znak żałoby kokardami. - Wy, tam w Polsce, to macie dobrze, nie macie takich zamachów - usłyszał. - No, nie wiem, czy tak znowu dobrze - uśmiechnął się z goryczą. - U was nastała pogoda dla terrorystów, a u nas dla oszustów i złodziei. Porozmawiali jeszcze później przez chwilę i rozeszli się do domów. W kolejnym tygodniu poumieszczał swoje powieści do komisowej sprzedaży w kilkunastu polskich księgarniach. Wiedzieli już o nim z artykułów w gazetach i przyjmowali chętnie, bez problemu. - Będziemy płacić w miarę sprzedaży, proszę się dowiadywać – zachęcili, a jemu się wówczas przypomniało, jak wycierał klamki po polskich hurtowniach, ze swoją pierwszą książką. Może mu się zwróciło raptem dziesięć procent kosztów, drukował za własne pieniądze, a o tantiemach autorskich, to już w ogóle nie było mowy. Pracował na drukarnie i hurtownie, kosztem własnych dzieci, bo kiedy zaczął pisać, to przestał zarabiać i w domu zaczęło coraz bardziej brakować. Cierpiał w milczeniu, rozdając książki za darmo, z pięknie wykaligrafowanymi dedykacjami. Nie na darmo się mówi, że jak dasz komuś palec, to ci zechce wyrwać rękę. Znajomi tak się rozwydrzyli, że jeżeli nie dostali książek, to się obrażali. Obcy kupowali, ale swoi sępili, żeby wydrzeć za darmo. Żałowali raz do roku trzydziestu złotych na książkę, chociaż na papierosy, alkohol i słodycze wydawali codziennie drugie tyle. Połóż, dobry Boże, te porozdawane przez niego powieści na szali dobrych uczynków, kiedy będą się po śmierci ważyły jego losy. Płynął czas i ani się obejrzał, jak mu minął trzeci tydzień na wędrówkach po księgarniach. Coraz bardziej był zmęczony upalną, lepką od wilgoci pogodą. Chicago leży w depresyjnej niecce i powietrze ocieka wilgocią, jak pranie rozwieszone na sznurach wiatru. Ponieważ trudno jest w takich warunkach przemierzać na piechotę amerykańskie prerie, od czasu do czasu wsiadał do klimatyzowanych autobusów, którymi za dwa dolary można było jeździć z przesiadkami przez dwie godziny. Na peryferiach, wokół chicagowskiego molocha, rozlokowały się piękne i spokojne miasteczka. Pełne dobrobytu i wyciszającej nastrój, pogodnej zieleni. I dopiero tutaj, po opuszczeniu zgiełkliwego i zagonionego Chicago, usłyszał miarowe, harmonijne bicie amerykańskiego serca. Dzięki tym urokliwym miasteczkom, pokochał Amerykę, jako swoją drugą ojczyznę. Co do samej chicagowskiej metropolii, to nastąpiło w niej odwrócenie pojęć, bo geograficzne centrum składało się z dzielnic zabudowanych wolnostojącymi domkami, a nad jeziorem Michigan wznosiły się na peryferiach baśniowe dzielnice drapaczy chmur. Tutaj, na wschodnim krańcu, w tak zwanym Downton, czyli Dolnym Mieście, znajdowało się właściwie, ekskluzywne i wytworne centrum miasta. Wzdłuż biegnącej brzegiem jeziora Wspaniałej Mili iskrzyło nocą na niebie i na ziemi miliony gwiazd. Bojąc się na co dzień trzymać przy sobie dużo pieniędzy, otworzył w banku konto, na które wpłacił przywiezione z Polski dwa tysiące dolarów, a po jakimś czasie jeszcze tysiąc osiemset, za sprzedane w polskich kościołach powieści. Najwięcej książek sprzedał po niedzielnych nabożeństwach w kościele na Trójcowie, gdzie wcześniej porozmawiał z charyzmatycznym proboszczem, księdzem Władysławem, prosząc go o pozwolenie na sprzedaż. Miał szczęście, że trafił w Chicago na księdza Władysława w tym najstarszym, polskim kościele pod wezwaniem Świętej Trójcy. W innych polskich kościołach było zresztą później podobnie, spotykał się ze strony polskich księży ze zrozumieniem i życzliwym przyjęciem. Podczas pierwszej sprzedaży na Trójcowie, kiedy to ksiądz Władysław wspomniał przy ołtarzu o jego powieściach, poznał terapeutę uzależnień, Jakuba, który kupił trylogię, a później porozmawiali przy kawie i pączkach w przykościelnej kawiarence. Niezbadane są ścieżki ludzkich losów, bo kupiona przez Jakuba książka o przedsionku piekła, trafiła po kilku latach w ręce czeskiego emigranta i, jak sam twierdził, uratowała mu życie. Odjeżdżając z Trójcowa, zostawił kierowniczce kawiarenki w komis trochę powieści, sugerując rozliczenie przy powtórnym przyjeździe do Stanów. - A kiedy pan znowu przyjedzie? - zapytała. - Nie wiem, czy w ogóle przyjadę - odpowiedział z rozbrajającym uśmiechem. Wracając z kościoła, odpiął trójkolorową kokardę, którą mu przypięła dziewczyna, kwestująca na rzecz poległych strażaków. Odpiął, bo już ich prawie nikt nie nosił. Życie biegło do przodu i historia stawała się powoli legendą.
Rozstanie z kolegą
Pod koniec września, kolega zaczął ściemniać, udawać świstaka zawijającego sreberka. - Wiesz, Kuba, jak to jest - rozpoczął pewnego wieczoru pogawędkę. - Teraz, kiedy mieszkamy we dwójkę, to właściciel podniesie mi czynsz i po twoim wyjeździe już nie spuści. - Powinienem się wyprowadzić? - zapytał bez ogródek. - Nooo, wiesz - zaczął stękać kolega. - Ale nic się nie bój, mam znajomego, który wynajmuje pokoje, więc cię z nim zapoznam i wszystko będzie w porządku. Następnego dnia pojechali obejrzeć mieszkanie. Polska dzielnica, do której zajechali nazywała się, Jackowo, a brudna, zaśmiecona kamienica, do której weszli, przypomniała melinę, w której dawniej kupował wódkę. Wydzielony z większego, kawałek pokoju nie posiadał okna, a jedynym meblem w tej śmierdzącej klitce był leżący na podłodze, zbrandzlowany materac. Nawet nie wszedł do środka, spojrzał z odrazą na cuchnący barłóg, coś tam mruknął na odchodne i wyszedłszy na ulicę, powędrował przed siebie, zastanawiając się podczas spaceru, dlaczego kolega chce go tak upokorzyć. Wieczorem wrócił do mieszkania, pościelił sobie w salonie, a kiedy usłyszał, że kolega wrócił z pracy, zamknął oczy i zaczął udawać, że zasnął. - Śpisz? - zapytał stojący w drzwiach kolega. - Jutro się wyprowadzę. - Nic się nie przejmuj - kolega dalej udawał świstaka. - Jak przyjechałem do Stanów, to tak samo tam mieszkałem, płaciłem dwieście pięćdziesiąt dolarów czynszu na miesiąc. Raz się obudziłem w nocy i zobaczyłem nad sobą pijanego współlokatora z nożem w ręce. Tak się wystraszyłem, że nie zasnąłem do rana, ale jak widzisz, jakoś przeżyłem. - Dupek, jeżeli myśli, że ja tam pójdę mieszkać - szepnął w duchu, odwracając się do ściany, żeby się jeszcze bardziej odgrodzić od kolegi. - Jutro, jak wrócę wrócę z pracy - kolega dalej zawijał sreberka. - To ci zawiozę na nowe mieszkanie książki. - O kurczę, to nawet książek nie mogę u niego zostawić - pomyślał, ale znowu nic nie powiedział, żeby nie zaogniać sytuacji. Następnego dnia poszedł do poznanego wcześniej właściciela gazety i uzgodnił, że zamieszka u niego za darmo w redakcji. - Za darmo? - spojrzał na redaktora, chcąc się upewnić. - Jak ci się będzie chciało, to mi czasem pomożesz w drukarni. Skinął w milczeniu głową i kilka godzin później wprowadził się do redakcji. Podczas przeprowadzki, kilometrami ciągnął po chodniku walizkę na kółkach, przenosząc w niej do redakcji swoje książki. W ciągu kilku godzin, zrobił tam i z powrotem cztery kursy. Wieczorem zatelefonował do Zbyszka i kiedy ten podjechał pod redakcję, wyszedł do niego i oddał mu klucze do mieszkania. - Ty to masz szczęście - usłyszał od kolegi, zawiedzionego, że mu się nie udało pognębić zaproszonego do Stanów gościa. - Mam, zezowate - mruknął przez zaciśnięte zęby, - Jakie? Jakie? - dopytywał się kolega, ale w odpowiedzi tylko się do niego ironicznie uśmiechnął. Będąc na obczyźnie, postanowił się odciąć od przeciwnika, nie podejmując wyniszczającej walki.
W redakcji
Redakcja gazety znajdowała się na parterze w jednopiętrowej kamienicy przy jednej z główniejszych ulic miasta. Wchodziło się do niej długim, wąskim korytarzykiem wprost z ulicy, biały, regipsowy sufit szpeciły żółte zacieki z przeciekającego dachu. Zajmująca połowę parteru drukarnia straszyła starymi maszynami, pamiętającymi ubiegłe stulecie, zarośnięte brudem okna sprawiały, że wnętrze ciągle było pogrążone w szarym półmroku. Stojące pod ścianą dwa pluszowe fotele, atakowały żądłami wystających sprężyn, niesprzątane pomieszczenia zawalone były stertami gazet, pomiędzy którymi wiodła ścieżka do znajdującej się w podziemiach toalety. Schodziło się do niej nocą po omacku, po stromych, betonowych schodach, kierując się dochodzącym z niej smrodem, bo od wieków niemyta muszla, śmierdziała zaschniętymi odchodami i stojącą w niej zatęchłą, rdzawą wodą. Można powiedzieć, że panująca tutaj atmosfera horroru, opuszczenia i beznadziei, bardziej, aniżeli na drukarnię, predestynowała te pomieszczenia na atelier do kręcenia filmów grozy o Nosferatu i tym podobnych wampirach. W całym tym rozgardiaszu, jak kępa zielonych drzew na prerii, uchowały się jakimś cudem dwa dosyć przytulne pokoiki, w miarę czyste i umeblowane, i właśnie w jednym z nich zamieszkał. Po męczącym, spędzonym na nogach dniu, rozłożył wieczorem na podłodze wyjęte z foteli poduszki i zasnął na tak przygotowanym posłaniu, przykrywszy się starą, zakurzoną kapą. Z początku poduszki mu się rozjeżdżały i budził się obolały na podłodze, ale później powiązał je sznurkami i jakoś dospał do rana, chociaż co chwila budziły go dobiegające z ciemności, niepokojące odgłosy. Biegnące pod sufitem rury wydawały jakieś niesamowite potępieńcze, jęki, westchnienia, a z pobliskiej remizy, dochodziło wycie strażackich wozów. - Co będzie, to będzie - westchnął w końcu zrezygnowany i wtuliwszy głowę w poduszkę, postarał się na przekór temu wszystkiemu zasnąć. O ósmej, właściciel redakcji zrobił mu pobudkę. Zagotował herbaty na elektrycznej, obkidanej przypalonym mlekiem maszynce i po zjedzeniu kupionej w pobliskim sklepie drożdżówki, wyruszył na swoją całodzienną, bezcelową wędrówkę po mieście. Chodził, zwiedzał, kombinował, przeliczał i marzył, oglądał sklepowe wystawy i planował zakupy, chociaż wiedział, że i tak niczego nie kupi, bo i po co. Na obiad zafundował sobie za dolara puszkę pepsi i dwa ociekające lukrem pączki, po zjedzeniu których zrobiło mu się tak niedobrze, że postanowił sobie, że więcej tego świństwa nie kupi. Wróciwszy wieczorem do redakcji, zastał w jednym z pokoików korpulentną, pyzatą babę pod sześćdziesiątkę i podstarzałego lowelasa w średnim wieku, który pomagał jej pisać książkę. Najpierw się z nimi grzecznie przywitał, a zaraz potem pożegnał i poszedł do swojego pokoiku, w którym do rana wysłuchiwał, budząc się co chwila, dobiegających do niego lubieżnych chichotów. - Po co ja właściwie do tej Ameryki przyjechałem? - rozmyślał. - Przecież za te pieniądze mogłem w komfortowych warunkach spędzić dwa miesiące na francuskiej lub włoskiej riwierze. - No cóż, Kuba - szept cichy, delikatny, ledwie słyszalny jak szmer strumienia. - Muszę ci przyznać, że masz niewątpliwy talent do komplikowania sobie życia - No wiem, Poetycka Bajko, plątam się nie wiadomo za czym po chicagowskich ulicach, po co mi było tutaj w ogóle przyjeżdżać? - Widzę, że zaczynasz mówić do rzeczy. - Ale powiedz mi, Poezjo, czy ja kiedyś w końcu zmądrzeję i przestanę tak ciągle upadać? - Nie jesteś głupi, skoro się z każdego upadku nie podnosisz z pustymi rękami. - To znaczy? - Po powrocie do Ojczyzny, opisz swoje amerykańskie przeżycia, ku przestrodze dla siebie i dla innych. - Bądź pozdrowiona, boska Poezjo. - Pisz dalej, pisz dalej, pisz dalej... - Dobrze. Spędzał drugą noc w umierającej redakcji, powoli docierała do niego prawda o nazywanych przedsionkami piekła, polskich dzielnicach Chicago. Rano wstał niewyspany i zamierzał pójść do miasta. - Masz może dla mnie trochę czasu? - zapytał redaktor, głosem przymilnym jak miauczenie starego kocura. - Mam - odpowiedział bez zastanowienia i otrzymał do składania książkę tej baby, która się przez całą noc migdaliła ze swoim lowelasem. Pracował do czwartej po południu. Postanowił wówczas, że pomieszka w redakcji przez tydzień, żeby zaoszczędzić na czynszu, a później gdzieś wynajmie porządny pokój. Tak to sobie wykoncypował, ogłupiony, zaczadzony Ameryką. On, który bez zmrużenia oka wydawał w Polsce na zagraniczne wczasy z Rodziną po kilka tysięcy dolarów, tutaj w Ameryce zachowywał się jak żebrak. Zasuwał codziennie kilkanaście kilometrów na piechotę, żeby zaoszczędzić na autobusie dwa dolary i sypiał na barłogu, żeby zaoszczędzić przez tydzień na czynszu. Ameryka działała na niego jak rozstrajający, otumaniający narkotyk. Na drugi dzień wyniósł się przed przyjściem redaktora do miasta, a wieczorem zastał na stole w swoim pokoju, przygotowaną do składania kolejną książkę.. - A co on sobie wyobraża?! - myślał o redaktorze. - Że ja mu będę pracował po osiem godzin dziennie za takie marne legowisko? Mieszkanie w tej norze warte miesięcznie sto dolarów, a za moją miesięczną pracę należałoby mi się dwa tysiące. Uznawszy, że przepracowaną na początku dniówką odrobił tygodniowy czynsz z nawiązką, nie ruszył kolejnej roboty, tylko znowu poszedł na drugi dzień z rana do miasta. Dociągnął w ten sposób do końca tygodnia, a w sobotę kupił polską gazetę i aż się zdziwił, że tyle w niej ogłoszeń o wolnych pokojach do wynajęcia. Zatelefonował pod wybrany adres i poszedł obejrzeć oferowany pokój.
Aurora
Pokój posiadał duże, panoramiczne okno, na podłodze leżał duży, puszysty, perski dywan w jego ulubionym, niebieskim kolorze, dom był zadbany, czysty, czego nie dało się powiedzieć o obwieszonej biżuterią kobiecie w średnim wieku, która tak śmierdziała jakimś afrodyzjakiem, że aż zatykało dech w piersiach. Pokój miał kosztować trzysta dolarów, ale kiedy wyraził zgodę, to właścicielka podniosła cenę na trzysta pięćdziesiąt, a kiedy znowu się zgodził bez targowania, to zażądała dodatkowo drugie tyle kaucji. - O, cholera - pomyślał. - To razem będzie siedemset dolarów, bo prawie pewne, że kaucji mi później nie odda. Kiedy skinął głową, że się zgadza, kobieta wyciągnęła rękę po pieniądze. - Zapłacę, ale dopiero, jak się wprowadzę. Kiedy zaproponowała, że pojedzie z nim po bagaże, domyślił się, że nie chcę wypuścić ptaszka i uśmiechnął się do niej uwodzicielsko. Odpowiedziała rozochoconym uśmiechem i powiedziała, że ma na imię Aurora. - Tak się nazywał rosyjski krążownik - zauważył i dodał, widząc jej podejrzliwe spojrzenie. - Aurora, to znaczy, Jutrzenka, bardzo ładne imię. A potem wsiedli do stojącego przed jej domem szewroleta i pojechali po bagaże. Pokierował ją do Downton i kazał stanąć na parkingu przed luksusowym hotelem. Kiedy do niego weszli, Aurora zaniemówiła z wrażenia. - Nie mówiłeś, że jesteś taki bogaty - powiedziała z pretensją w głosie, więc się domyślił, że żałuje, że za tanio wynajęła mieszkanie. Poprosił, żeby poczekała na kanapie w holu, a on się pójdzie do pokoju spakować. - Chwilę potrwa - wyjaśnił, ale chyba nie usłyszała. Patrzyła na drzwi restauracji, oblizując usta językiem, więc zaproponował, żeby przez ten czas coś zjadła. - Obiad? - Może być obiad - starał się nie patrzeć na jej grubo powleczone szminką, zaślinione usta. - A wiesz ile tutaj kosztuje obiad? - Myślę, że nie więcej jak sto, dwieście dolarów - rzucał nonszalancko setkami i to ją uspokoiło. - Tobie też coś zamówić? - Nie, ja się przez ten czas spakuję. - A jak mnie później znajdziesz? - W ogóle cię nie będę szukał - wyjaśnił i dodał, widząc, że Aurora zaczyna się zamieniać w gradową chmurę. - Na sali niewiele ludzi, a ty się świecisz z daleka jak promyk uważaj, żeby ci nie pokradli pierścionków. - No wiesz, w takich ekskluzywnych lokalach nie kradną. Zrobił sceptyczny wyraz twarzy i zmilczał. Odwróciła się jeszcze do niego w drzwiach restauracji więc pomachał jej ręką, a później wyjechał windą na dwudzieste siódme piętro. Chodził po tym hotelu wcześniej, zwiedzał i wiedział, że ma dwa wyjścia. Przeszedł korytarzem na najwyższym piętrze, zjechał inną windą i wyszedł na ulicę, po drugiej stronie budynku. Szedł powoli, bez pośpiechu, a kiedy napotkał automat telefoniczny, zadzwonił pod kolejne ogłoszenie z gazety. Wybrał ulicę o nazwie, Lawrence Avenue, bo wiedział, że przy niej znajduje się polonijny, Kopernikus Center, pałacyk stylizowany na replikę zamku królewskiego w Warszawie. Wiedział, że odbywają się się w nim polonijne imprezy kulturalne, festiwale, recitale, spotkania z polskimi artystami i tym podobne uroczystości. Ulicą Milwaukee doszedł do niebieskiej linii metra i w pobliżu kościoła Świętej Trójcy zszedł na peron podziemnej stacji, Division. Po przejechaniu dziewięciu przystanków, wysiadł przy Jefferson Park i poszedł oglądnąć mieszkanie. Budynek stał przy kasztanowej alei, dzielnica była ładna i spokojna. Czynsz wynosił dwieście pięćdziesiąt dolarów, zapłacił za cały miesiąc i wyciągnął się z przyjemnością na wygodnym łóżku. Odpoczywał, oswajając się z nowym miejscem. Przez cienkie, wewnętrzne ścianki dochodziło z kuchni pobrzękiwanie sztućców i przypomniał mu się dom rodzinny, zapamiętany z wczesnego dzieciństwa, kiedy ojciec jeszcze siedział w więzieniu i nie mógł go bić po twarzy. - Środkiem doliny płynął za domem strumyk -wspominał. - A na jego brzegach kwitły kaczeńce. Coraz luźniej powiązane wspomnienia, jawiły się tęsknymi mirażami na pograniczu snu i jawy, i nie wiadomo kiedy zasnął. Obudził się późnym popołudniem, opromieniony zachodzącym słońcem. Miasto spowalniało w swoim całodziennym, rozgorączkowanym biegu. Podobnie, jak koło redakcji, w przedwieczornej ciszy zawodziły syreny strażackich wozów. Coraz cichsze, coraz bardziej zanikające, w miarę jak się oddalały od zajezdni. Syreny, chicagowskie syreny, stanowiły stały element krajobrazu miasta. Swego czasu wabiły na zatracenie na morzu, wracającego do Itaki Odyseusza. Ocalał, bo się przywiązał do masztu, a marynarzom pozalepiał uszy woskiem. - Ciekawe, co dalej będzie ze mną? - pomyślał. Domownicy gdzieś sobie poszli, w mieszkaniu było cicho, przytulnie i spokojnie. Przyrządził sobie w kuchni kolację, a wieczorem poszedł do redakcji po rzeczy. Znowu zrobił z książkami cztery kursy, ciągnąc po ulicach swoją czarną walizkę na kółkach.
Mamona W poniedziałek poszedł z rana do redakcji, oddać redaktorowi klucze i kiedy je oddawał, stary, wyleniały kocur zamruczał, że został zdradzony. - Masz gdzie mieszkać? - zamiauczał delikatnym głosem. - Mam, wynająłem pokój w hotelu. - Za ile? - Za sto dwadzieścia dolarów. - Za tydzień? - Za dobę. - Drogo. - Były tańsze, ale ten ma ładniejszy widok na jezioro. - To gdzie ty mieszkasz, na Wspaniałej Mili?! - Tak, na Magnificent Mile, a ty chciałeś zrobić ze mnie niewolnika. Redaktor poczerwieniał po kołnierzyk flanelowej, rozpiętej koszuli i właściwie, to na tym zakończyli spotkanie. Po wyjściu z redakcji poszedł do banku i wyjął z konta dwieście dolarów. - O, Kuba! - usłyszał, kiedy zmierzał do wyjścia. W pomieszczeniu stali w roboczych ubraniach Polacy, w jednej z kolejek do kasowego okienka stał Zbyszek. - Witaj Zbyszku - uśmiechnął z udawaną serdecznością. - Przyniosłeś Mamonie swoją comiesięczną ofiarę? - Co zrobiłem? - kolega zaczął go obwąchiwać, czy nie śmierdzi alkoholem. - Co tak, Zbyszku, wąchasz? Sprawdzasz, czy już się stoczyłem na buma? Trafił, bo zmieszany kolega zaczął się tłumaczyć i zaprzeczać. - Eee, nie, tego, tylko widzisz, tutaj puby mają swój własny zapach. - I ty go rozpoznajesz? - Eee, nie, tego, tylko wiem, że kiedyś piłeś... - Ale to było szesnaście lat temu. - No wiem, ale tak zacząłeś o tej Mamonie... - Mamona, to personifikacja pieniądza, pogańska bogini naszych zdeprawowanych czasów. - Eee, tego, bogini? - Okrutna, opętana chciwością ośmiornica, zamiast macek ma lichwiarskie, bankowe okienka, przy których giną wysysane z pieniędzy rzesze ludzi. - E, tego, najpierw mówiłeś, że to Mamona, teraz, że ośmiornica... - Co ci Polacy tacy brudni? - zmienił temat, widząc skołowaną minę kolegi. - Bo widzisz - ożywił się kolega. - Tutaj w Ameryce mają szacunek dla pracy, im kto w banku bardziej brudny, tym go więcej szanują. - Za co, że brudny? - Za to, że pracuje, Ameryka dla byka. - I dla woła woła matoła, Zbyszku... Idę, bo wyjąłem z konta tysiąc dolarów, bo wieczorem lecę na Florydę. - A po co tam lecisz? - Ze znajomą, ma na imię Aurora, to znaczy, Jutrzenka. - I gdzie będziecie mieszkać? - Aurora ma na Key West koło Miami willę z basenem, niedaleko domu Hemingwaya, i jak się spojrzy przez lornetkę na morze, to widać wyspiarską Kubę. - Wyspiarską Kubę… - I właśnie dlatego tam jadę, bo Kuba ciągnie do Kuby. Patrzył na stężałą twarz kolegi i widząc, że kolega bez zastanowienia kupuje wszystko, co słyszy, postanowił go jeszcze bardziej podkręcić. - Obok Aurory mieszka w sąsiedniej willi jej koleżanka, modelka, basen z podgrzewaną wodą, palmy... Urwał, bo mu przyszły na myśl papugi i rajskie ptaki. - A jak ma, Kubuś, ta koleżanka na imię? - Nicole... Teraz mi mówisz, Kubuś, a wcześniej mi proponowałeś zasyfiony pokój. - Eee, nie, tego... Chyba się na mnie nie gniewasz? Zapraszam cię dzisiaj do domu na obiad, specjalnie dla ciebie zrezygnuję z popołudniowej pracy. - I zapalisz na stole zapachową świecę? - No pewnie, że zapalę. - No, to jedziemy. Po drodze Zbyszek nakupił smakołyków, nadmieniając, że wydał sto dolarów, na co mu odpowiedział, że w sobotę wydał w hotelu na obiad z Aurorą dwieście. - A ja sobie, Kuba, wczoraj kupiłem płaski telewizor, jeszcze takiego dużego nie widziałeś na oczy. - Widziałem, Zbyszku, ale u nas się takie wystawia na ulicę, bo jak się zepsują, bo nie można dokupić części. - Żartujesz sobie chyba, co? - Trochę żartuję. Przymknął oczy, wypoczywając po uciążliwej wędrówce. Ocknął się, kiedy kolega zaczął narzekać, bo samochód stał w korku. - Ty tu sobie, Kuba, śpisz, a mnie się chce do toalety. - Powinienem nie spać? - Wiesz? Czasem to ja naprawdę nie wiem, kiedy ty żartujesz, a kiedy mówisz poważnie. - Nie ty pierwszy, bardzo ci się chce do toalety? - Coraz bardziej. - Sikanie, czy to drugie? Dopytywał, ale kolega nie raczył odpowiedzieć. Kiedy podjechali pod mieszkanie, Zbyszek pokazał na niemowę, warującego po drugiej stronie ulicy. - Pilnuje! - obwieścił zadowolony i pomachał siedzącemu ręką. Kiedy weszli do mieszkania, kolega rzucił na wersalkę torbę z zakupami, zapalił na stole świecę i wskoczył do toalety, rozpinając pasek u spodni. - Chwilę mu zejdzie - skojarzył prawidłowo i zaniósłszy do kuchni, porzucone na wersalce zakupy, zaczął gwałtować, nie dopowiadając niczego do końca. - No popatrz, Zbyszek, koleżanka Aurory! Skąd ona się tutaj wzięła? Czyżby nas śledziła? Cześć, muszę już lecieć! - Co??? Co się stało?! Pochylony, podtrzymujący spodnie kolega, uchylił drzwi od toalety, ale zobaczył tylko zamykające się drzwi. Wyszedłszy na ulicę, pomachał niemowie ręką i najpierw poszedł na południe, później skręcił w w prawo, a potem znowu w prawo i poszedł na północ. Wiedział, że jeżeli kolega za nim wybiegnie, to niemowa pokaże mu południowy kierunek. Szedł przez chwilę bez celu, a później postanowił iść do pobliskiego parku.
Rozdział drugi
Siedział w parku na tej samej ławce, co po przyjeździe i zastanawiał się po co tutaj właściwie przyszedł. Zrozumiał, kiedy zobaczył na sąsiedniej ławce smutnego pana. - Nie ma przypadkowych zbiegów okoliczności - pomyślał, a smutny pan skinął mu głową. - Tym razem ja się przysiądę - powiedział, podchodząc i siadając obok niego. - Przychodzę tutaj od tygodnia i już straciłem nadzieję że cię spotkam. - Wyprowadziłem się od kolegi, to zbieg okoliczności, że tutaj dzisiaj przyszedłem. - Ale nieprzypadkowy, pamiętam, co mi powiedziałeś poprzednim razem. - Nieprzypadkowy - potwierdził. - Przeczytałeś może moją trylogię? Skinął głową i zrobił się jeszcze smutniejszy. - Właśnie dlatego chciałem cię spotkać - głos mu się załamał. - Chciałbym ci opowiedzieć o mojej córce, Selene. Zamilkł i spoglądał wyczekująco. - Opowiedz, nigdzie mi się nie spieszy. I smutny pan zaczął opowiadać swoją smutną historię.
Część 33 / 6
Smutna historia
Matka Selene miała na imię Helena, to imię pochodzi od greckiego słowa oznaczającego księżyc, pochodnię. Kiedy ją poznałem była piękną, młodą kobietą, a Selene jest jej wiernym odbiciem, pięknym, romantycznym i dalekim. I tylko czasem, kiedy się złości, to płonie jak pochodnia i wtedy lepiej się do niej nie zbliżać. Helena umarła, kiedy Selene miała siedem lat, dziecko zapamiętało, że mamusia ciągle była smutna, a kiedy dorosło, zrozumiało, że ten smutek brał się z tęsknoty za ukochanym. Selene dowiedziała się o tym za sprawą pamiętnika, który żona pisała przez całe życie i kiedy umierała, to wymogła na mnie obietnicę, że po jej śmierci nie otworzę pamiętnika i że go przekażę Selene, kiedy skończy dwadzieścia lat. I tak się też stało, przekazałem jej zapieczętowany pamiętnik i wtedy się zaczęło. Smutny pan umilkł i siedział ze spuszczoną głową. - Nikomu tego nie mówiłem - powiedział cicho. - Ale czuję, że tobie muszę powiedzieć – szepnął i popłynęła dalsza opowieść. Ożeniłem się dosyć późno, byłem już wtedy bardzo bogaty. Widzę, że na mnie spojrzałeś... Mam sześćdziesiąt siedem lat, chociaż wyglądam i czuję się o wiele młodziej. Pamiętam w Polsce drugą wojnę światową, spędziłem ją z rodzicami w rodzinnym Krakowie. Później wyjechaliśmy do Stanów, nie mam rodzeństwa. Widziałem cię w sobotę w jednym ze swoich hoteli, byłem mocno zdziwiony, że jesteś w takim towarzystwie. Zrozumiałem, kiedy się ulotniłeś, a na sali doszło do awantury, bo kobieta nie chciała zapłacić za obiad. Sprawdziłem monitoring i widziałem, że wyszedłeś z drugiej strony budynku. - Wyszedłem, opowiadaj dalej o Helenie. Skinął głową. - Odwlekam, ale muszę dokończyć. W Helenie zakochałem się na przyjęciu, była ze swoim świeżo poślubionym mężem, przystojnym, młodym, polskim dyplomatą. Kiedy ją zobaczyłem, to jakby piorun we mnie uderzył. Podszedłem do niej i poprosiłem o chwilę rozmowy, podczas której powiedziała, że i przez nią na mój widok, jakby prąd przeszedł, ale że ona już wcześniej wybrała i żebym ją zostawił w spokoju. - Nie masz u mnie żadnych szans - wyjaśniła z życzliwym, ciepłym uśmiechem. - Mówię ci o tym od razu, bo człowiek jest odpowiedzialny nie tylko za te uczucia, które ma dla innych, ale i za te, które w innych budzi. Odpowiedziałem, że zrobię wszystko, co potrafię, żeby zdobyć jej miłość. - Nie można nikogo zmusić do miłości - odpowiedziała. - Czy słyszałeś o kimś, kto by kogoś zmusił do miłości? Nawet Pan Bóg tego nie próbuje, bo pozostawił ludziom wolną wolę. Zaślepiony szatańską pychą, dałem jej wówczas słowo, że porwę się nawet na to czego nie potrafię i od tej chwili wszystkie swoje siły skierowałem na osiągnięcie celu. Zaprzyjaźniłem się z jej mężem i zatrudniłem go u siebie na znakomitych warunkach. A kiedy się dowiedziałem się, że oboje uwielbiają powieści Conrada, to zaprosiłem ich na egzotyczny rejs swoim jachtem po wyspach i archipelagach Oceanu Indyjskiego. Na tym rejsie zrozumiałem, że naprawdę nie mam u niej szans. Myślę, że oprócz logicznego myślenia, mam również dobrze rozwiniętą intuicję, ale tym razem mnie zawiodła. Może nie tyle zawiodła, co w zaślepieniu, odrzuciłem podsuwane przez nią, właściwe rozwiązanie. Należało ich oboje zostawić w spokoju, bo to byli ludzie z gatunku tych, których wprawdzie można zniszczyć, ale nie pokonać. Najpierw zniszczyłem jego, a później Helenę. Jemu podsuwałem na jachcie piękne kobiety, a kiedy nie reagował, to uzależniłem go od heroiny. Pierwsze dawki wstrzykiwali mu moi ludzie. Przed wstrzyknięciem podawali mu w drinkach środki nasenne. Z początku nie wiedział, co się z nim dzieje, a później to już poszło w piorunującym tempie. Był podatny na uzależnienia i bardzo szybko wpadł w nałóg. Narkomania jest sto razy silniejsza od alkoholizmu i od heroiny można się uzależnić już po pierwszej dawce. W ciągu pół roku doprowadziłem go do kompletnej ruiny i śmierci. Zmarł z przedawkowania w zakładzie dla obłąkanych, gdzie również dostawał heroinę. Właściwie to było morderstwo. Miesiąc później wziąłem z Heleną ślub. Była w ciąży, groziła jej deportacja i nie miała środków do życia. Przed ślubem musiałem jej dać słowo, że się do niej nie zbliżę do końca życia. Wiedziała, że dotrzymuję słowa, zresztą myślę, że wiedziała o wszystkim. Domyśliła się i przypuszczam, że opisała to w swoim pamiętniku. Dwa miesiące po ślubie urodziła się Selene. - Wiesz, co znaczy Selene? - smutny pan patrzył wyczekująco. - Selene, to grecka bogini księżyca. - Tak, taka jest Selene i taka była Helena. Zawsze widziałem tylko jej ciemną, zimną stronę. Helena nie była moją żoną, a Selene nie jest moją córką, uratuj mi córkę! - Dokończysz opowieść? - To koniec. - Myślę, że nie. - Koniec! - Myślę, że jeszcze nie. - Takie to wszystko bolesne… - Terapia boli. - I poplątane... - Pan Bóg potrafi rozplątać. - Jak zechce. - Oczywiście, myślę, że powinieneś Go o to poprosić. Ukrył twarz w dłoniach i opowiadał dalej stłumionym głosem. Żyliśmy obok siebie z Heleną przez siedem lat, jako białe małżeństwo. Nie brakowało jej niczego, ale ona prawie niczego nie chciała. Zajmowała się córeczką, lubiła z nią chodzić do polskiego kościoła na Trójcowie. Zachwycone dziecko opowiadało później o ślicznym niebie na sklepieniu kościoła. Stąd wiem, gdzie chodzili, bo Helena się do mnie prawie w ogóle nie odzywała. Nie podźwignęła się po tragedii z mężem i często miała zaczerwienione od płaczu oczy. Tęskniła za swoim ukochanym i czekała na ponowne z nim spotkanie w innym, lepszym świecie. Co roku w rocznicę urodzin Selene, kupowałem dwa bukiety kwiatów i jeden zanosiłem córeczce, a drugi Helenie i prosiłem ją o wybaczenie, ale ani razu nie usłyszałem odpowiedzi. Umarła młodo na raka. Miała chorą duszę i to zabiło jej ciało. Po raz ostatni prosiłem ją o wybaczenie na łożu śmierci, ale nie wiem, czy mi przebaczyła. Powiedziała tylko przed śmiercią, żebym spełnił, to co przyrzekłem. - Daj Selene pamiętnik - to były jej ostatnie słowa. Pamiętam dokładnie dzień, kiedy na dwudzieste urodziny dałem córce pamiętnik. Zamknęła się w swoim pokoju, a później na dwa dni znikła z domu. Wróciła pijana, sponiewierana, w potarganym ubraniu. Dobijała się do drzwi nad ranem. Kiedy jej otworzyłem, runęła na podłogę. Doczołgała się do swojego pokoju i upadłszy w poprzek na łóżko, leżała nieprzytomna, rozebrana do połowy. Była taka podobna do Heleny... Urwał i zapatrzył się na czerwono zachodzące słońce. - Dokończ, Dawid. - Już mi drugi raz mówisz po imieniu... - Dokończ. - Nie mówiłem, jak mam na imię. - Dokończ. Przez chwilę zbierał myśli, a później zaczął dalej opowiadać. Patrzyłem na leżącą Selene i chyba diabeł we mnie wstąpił. Rozpiąłem spodnie i nagle poczułem przenikliwe zimno. Wionęło od wiszącego nad łóżkiem portretu Heleny. Spojrzałem na portret i jakby mnie przytuliła śmierć. Upadłem na łóżko i straciłem przytomność. Ocknąłem się po kilku godzinach, Selene gdzieś znikła i wróciła dopiero po kilku latach. Od kiedy przeczytała pamiętnik, nie odezwała się do mnie ani słowem. Przerwała studia medyczne, jest alkoholiczką i seksoholiczką, i tak to już trwa od dziewięciu lat, ale nic się nie odzywam, bo znowu gdzieś pójdzie, przepadnie. Zniszczyłem jej rodziców, ale może jest szansa na ocalenie dla niej. - Teraz, to już naprawdę koniec. - Albo początek nowego, Dawid. - Uratuj mi córkę! - Nie wiem, czy potrafię. - Potrafisz, czuję, że potrafisz. - A ja nie czuję, ale spróbuję. Nad Chicago zapadał wieczór, słońce chyliło się ku ziemi nad jednym z największych miast Ameryki, prześwitywało czerwono przez drzewa, podobnie jak miesiąc temu, kiedy się tutaj spotkali po raz pierwszy. Do smutnego pana podbiegła wiewiórka, stanęła słupka na tylnych łapkach, a później podbiegła bliżej i znowu stanęła, z uniesionymi w gardę łapkami, jakby go wyzywała na pojedynek, ale udawał, że nie widzi. Włożył rękę do tylnej kieszeni spodni i wyciągnął portfel. - Weźmiesz ode mnie pięćset dolarów? - Nie wezmę. - Nie chcesz mieć długów wdzięczności? - To również. - A co jeszcze? - Pieniądze by tutaj wszystko zepsuły. - Nic mnie nie cieszy - smutny pan schował portfel do kieszeni. - Czasami myślę, że po śmierci Heleny, cały jej smutek przeszedł na mnie. - Zapominasz o Selene, myślę, że ona cierpi bardziej od ciebie. - Wiem, tak mi się tylko powiedziało. - No, to niech ci się już tak więcej nie mówi. Tak długo będziesz cierpiał, dopóki nie zmienisz samolubnego myślenia. W usłyszanej historii widzę podobieństwo do losów walecznego Hetyty, Uriasza, którego król Dawid posłał do boju na pewną śmierć, żeby posiąść jego żonę. Królowi popełnioną zbrodnię wypomnieli Prorocy, a tobie za pomocą portretu wypomniało sumienie. Jesteś gorszy od króla, boś się nie ukorzył przed Bogiem, a nawet jeszcze gorzej. Chcąc posiąść Selene, chciałeś popełnić kolejną zbrodnię, a to żeś jej nie popełnił, to nie twoja zasługa, tylko Heleny. Wydaje mi się, że przebaczenie może przyjść dla ciebie zza grobu. Zostawisz jakiś adres? Telefon? Do ławki, na której siedzieli podbiegła kolejna wiewiórka. Biegało ich coraz więcej, wraz z nadciągającym zmierzchem. Zatrzymywały się przed nimi i patrzyły z przyganą. - Wypraszają nas z parku - powiedział żartobliwie, biorąc od smutnego pana wizytówkę. Była wykonana ze złota i dosyć ciężka. Na awersie wygrawerowano ciemnoniebieskie litery i cyfry, a na rewersie widniał hrabiowski herb, chip i hologram. - To w depozyt, nie zgub, nie mam przy sobie innej. Chcesz może, żeby cię gdzieś podwieźć? - Dziękuję, ale wolę się przespacerować. Pożegnał smutnego pana i w powrotnej drodze wstąpił coś przekąsić do fast fooda, a później długo spacerował po ulicach wietrznego miasta, to co przykre i smutne, przemijało z wiejącym od jeziora wiatrem. Nie potrafił się wyciszyć i pojechał kolejką nad jezioro, żeby być bliżej wiatru. Po niedawnym ataku na Word Trade Center, po nadbrzeżnym bulwarze przejeżdżały policyjne patrole, ale to nie one obserwowały go bez przerwy. Uniósł głowę i spoglądał na kamery monitoringu, zamontowane wzdłuż wysokiego, żelaznego ogrodzenia. - Po co ja tutaj właściwie przyjechałem? - pomyślał, patrząc na obracające się za nim kamery. Nie wiedział, że żelazny parkan odgradza od reszty świata rezydencję smutnego pana. Gdzieś tam, w ukrytym za wzgórzem zamku, stała w otwartym oknie wieży Selene i spoglądała nieobecnym wzrokiem na jezioro, szarpane porywistym wiatrem za białe, spienione grzywy fal.
Przyjaciel
We wtorek poszedł na spotkanie Wspólnoty, na którym poznał przyjaciela. Chyba mógł tak o nim powiedzieć, skoro prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Za pośrednictwem przyjaciela poznał jego przyjaciółkę i umówił się z nimi na czwartek, obiecali, że mu pokażą miasto. Zabrali go samochodem na całodzienną wycieczkę do centrum, gdzie wyjechali windą kilkadziesiąt pięter w górę i weszli do sklepu z trzeźwościowymi pamiątkami. Kupił sobie okolicznościowy breloczek do kluczyków na szesnastą rocznicę trzeźwości, a od sympatycznego sprzedawcy otrzymał w prezencie naklejkę na szybę samochodu. Później poszli nad jezioro i spacerowali po bulwarze, owiewani przenikliwym krzykiem mew, pluskiem fal i szumem wiatru. Na wodzie kołysały się białe żagle jachtów, a daleko przed nimi po krawędzi horyzontu pasażerskie statki. Nadbrzeżnymi bulwarami przejeżdżały w radiowozach, policyjne patrole. Od wrześniowego zamachu na nowojorskie, szklane wieże, w Stanach trwały wzmożone patrole. Szczególną ochroną otaczano jeden z najwyższych budynków świata, stu ośmiopiętrowy Sears Tower, wyróżniający się ciemną sylwetką na tle błękitnego nieba, gdyż był pokryty barwionym na czarno aluminium. - Pilnują - powiedział przyjaciel, pokazując na radiowóz i pomachał policjantom życzliwie ręką. Na pożegnanie, przyjaciel obdarował go trefnym upominkiem, wsuwając mu go dyskretnie do ręki. - Nie pokazuj tego policji - powiedział. - To znak rozpoznawczy chicagowskich gangów, który może ci się kiedyś przydać, ale oby nie było takiej potrzeby. Skądinąd wiedział, że przyjaciel w dawnych czasach, kiedy jeszcze pił, miał powiązania ze światem przestępczym.
Spotkanie z Selene
W sobotę, trzynastego października zatelefonował do smutnego pana i umówili się na piątą popołudniu. Smutny przyjechał samochodem i pojechali do jego domu, mieszkał w rezydencji nad jeziorem, obok przystani jachtów. Malowniczy las masztów i białych żagli, kojarzył się z pełnymi światła, impresjonistycznymi obrazami Moneta. Stylizowana na średniowieczny zameczek willa, stała w zarosłym bujną zielenią ogrodzie, otoczonym żelazną balustradą. - Nie wiedziałem, że tutaj mieszkasz - spojrzał na smutnego pana. - Spacerowałem tutaj po naszym ostatnim spotkaniu w parku. - Do drugiej po północy - uzupełnił Smutny. Przy wjeździe do rezydencji, automatycznie otworzyła się przed nimi brama, a później się za nimi zamknęła. Jechali aleją czerwonych klonów, a za samochodem obracały się kamery. Na trawniku przed budynkiem biła fontanna w kształcie prostokąta, składająca się z bijących niewysoko w górę, niezliczonych strumieni wody. Wokół fontanny biegały dwa duże, czarne psy, dobermany, o bojowo stojących, szpiczastych uszach. - Selene wie, że przyjadę? - zapytał smutnego pana. - Mówiłem jej o tobie, myślę, że widziała cię również nocą na monitoringu, podczas twojego spaceru. - O drugiej w nocy? - O drugiej po północy, przypuszczam też, że przeczytała twoje książki. - Ciekawe... - Myślimy o tym samym, Kuba? - Ja w tej chwili myślę o zbiegach okoliczności. - Ja tak samo. Uśmiechnęli się jednocześnie, a później wyszli na pierwsze piętro, Selene mieszkała na końcu korytarza. - Tam mieszka - smutny pan pokazał na narożną wieżyczkę. - Jak uwięziona królewna. - Uwięziona, bo pozwala, żeby jej przeszłość dyktowała warunki, to samo dotyczy ciebie. - Pomożesz nam? - Nie wiem. - Masz jakiś plan? - Nie mam, za dużo niewiadomych. - Goo luk - smutny pan został w tyle, a on poszedł dalej do końca korytarza. Zapukał, odczekał i wszedł, chociaż nie usłyszał zaproszenia. - Ale ładna - pomyślał, kiedy się nagle obróciła w jego stronę. Stała obok okna i chyba go wcześniej obserwowała. Serce zaczęło mu coraz mocniej uderzać i wciągnął powietrze, żeby mu dać więcej tlenu. Poczuł lekkie ssanie w żołądku i bezwiednie przełknął ślinę, pobudzony potężną dawką adrenaliny. Już dawno nie odczuwał tak silnego głodu miłości. Patrzył jej przez długą chwilę w oczy, przestał, bo się przestraszył, że za chwilę nie dogoni wzroku. Miała w sobie jakiś wrodzony smutek i wiedział, że zrobi wszystko, co potrafi, żeby jej pomóc. Wiedział również, że nie wolno mu się w niej zakochać, bo wtedy Selene go zniszczy. Rozerwie, pochłonie i rozmieni nad drobne. Przypomniało mu się dwóch samozwańczych terapeutów z Tarnowa, do których swego czasu zawiózł potrzebującą pomocy, młodą kobietę. Jeden, spasiony erotoman, usiłował ją przelecieć już za pierwszym razem, a drugi, nieopierzony gówniarz, o mało się na jej widok nie zsikał z niezdrowego podniecenia. Patrzył na Selene w bezdźwięcznej ciszy. - Wiesz, że dzisiaj trzynasty? - zapytała. Skinął głową, dodając, że jedenasty i trzynasty, to dla niego szczęśliwe liczby. Uniosła w lekkim zdziwieniu brwi, więc dojaśnił . - Moją liczbą urodzenia jest srebrna jedenastka, a dniem urodzin, przypadający w niedzielę trzynasty, więc niedziela neutralizuje trzynastkę. - A ile wynosi twoja liczba osobista? - Nie wiem o co chodzi. - Sumuje się litery podpisu, w twoim przypadku imienia i nazwiska, bo zauważyłam w dedykacjach, że podpisujesz się całym imieniem i nazwiskiem. - Nie znam tej tabelki. - Już ci obliczyłam, też ci wychodzi mistrzowska jedenastka. - No, więc sama widzisz, że dla mnie, to szczęśliwe liczby, ale ta cała numerologia, to takie same bzdury, jak przebiegające drogę czarne koty. - Jesteś pewien? - Nie jestem. - Nie jesteś pewien, nie znasz tabelki, nie wiesz o co chodzi... To co ty właściwie wiesz? - Wiem, że dzisiaj jest rocznica cudu słońca. - Nie wiem o co chodzi - uśmiechnęła się lekko. - Trzynastego października w portugalskiej Fatimie ponad siedemdziesiąt tysięcy ludzi widziało przez dziesięć minut wirujące na niebie słońce. - Nie znam tej historii. - Trochę wcześniej zmoczyła ludzi ulewa i pod wpływem wirującego słońca wyschły na nich ubrania. - Jesteś pewien? - Jestem, cud słońca był wydarzeniem, które nigdy wcześniej nie miało miejsca w historii ludzkości. Po raz pierwszy od momentu Zmartwychwstania Chrystusa, dla potwierdzenia prawdziwości fatimskich objawień Maryi, Pan Bóg dokonał tak spektakularnego cudu, w zapowiedzianym wcześniej czasie i miejscu. Patrzyła na niego, zastanawiając się, jak zareagować. - Wierzysz w cuda? - zapytała po chwili. - Jak mam nie wierzyć, skoro istnieją? - Wierzysz? - A jak myślisz? - Czemu odpowiadasz pytaniem na pytanie? - A czemu nie? - Podoba ci się ten dom? - zmieniła temat. - Podoba, ale ty bardziej. - Możesz mnie nie przyrównywać do domu? - A do fontanny? Skinęła przyzwalająco. - To moja fontanna - powiedziała z dumą. - Za pomocą świetlnych sygnałów, przekazuję z jej pomocą staremu płaczkowi proste informacje, jest żeglarzem i rozumie kod flagowy - uśmiechnęła się smutno i dodała z pochmurnym wyrazem twarzy. - Nie rozmawiam z nim od dziewięciu lat. - Nazywam go smutnym panem - popatrzył przelotnie na dziewczynę i szybko przestał, żeby zbierać rozpierzchnięte myśli. - Mam nadzieję, że się w tobie nie zakocham - dodał ze smutkiem. - Już się pan zakochał, panie Kuba - patrzyła na niego z lekkim uśmiechem. - I proszę mi nie mówić na ty. - Ja ci będę mówił na ty, a ty mi mów na pan. - Dostałeś kiedyś po pysku? - Po twarzy. - Kiedy najwięcej? - W dzieciństwie od ojca, przeważnie bił znienacka, otwartą ręką. - I c? Widziałeś wtedy gwiazdy? - Raczej ogień w kącikach oczu. - A gwiazdy? - W gwiazdy się wpatrywałem w ogrodzie. - Liczyłeś? - Czasami, jeżeli nie były rozmazane od płaczu. - A ja je widziałam, kiedy leżałam zgwałcona na brzegu jeziora. - Liczyłaś? - Nie liczyłam, bo wszystkie były rozmazane. - To było po przeczytaniu pamiętnika? - Po przeczytaniu, doczołgałam się do domu, a później z niego na kilka lat uciekłam. - Chciałem cię zapytać, Selene, czy przebaczyłaś temu, który cię zgwałcił? - Gwałcili mnie we dwóch na zmianę. - Ale czy im przebaczyłaś? - Tak, ale dopiero po śmierci. - Jak umarli? - Jak Akteon. - Akteon podglądał w kąpieli boginię Artemidę i został przez nią za karę zamieniony w rozszarpanego przez psy jelenia - przyglądał jej się uważnie. - No, właśnie - zmrużyła oczy i zacisnęła usta. - Ale oni cię nie podglądali. - Nie, tylko zgwałcili - patrzyła na niego ironiczne. - I dlatego ich zamieniłaś w jelenie? - Nie, zaprosiłam ich do siebie, może pan mówić, panie Kuba, po angielsku? - Nie umiem. - Dlaczego się nie nauczyłeś? - Nie wiem, może dlatego, że piłem, raz mi mówisz na pan, raz na ty... - Nie podoba ci się? - Podoba. - Jak ci się nie podoba, to możesz się zabierać. - Wiem co mogę, powiedziałem, że mi się podoba, pójdę, jak minie półtorej godziny. - Dopiero wtedy? - Cieszę się, że przyjechałem, wcześniej się bałem. - Nie ciesz się za wcześnie. - Dobrze. Rozmawiali przez półtorej godziny, właściwie, to ona mówiła co chciała, starał się za nią podążać, pytała ile w jego powieściach prawdy, ale tego jej nie powiedział. O dziewiątej oznajmił, że wychodzi i dodał, że jest głodny i następnym razem przywiezie ze sobą kanapki i termos z herbatą. - Bardzo dobrze - pochwaliła i zapytała, czy ma termos. Kiedy powiedział, że sobie kupi, to wyszła i przyniosła mu piękny, litrowy termos. - Bardzo ładny - pochwalił, bo termos był naprawdę ładny, ozdobiony pejzażami namalowanymi na japońskiej lace. - Możesz go sobie zatrzymać. Skinął głową, że dobrze, a potem zrobił zmartwioną minę, że jednak niedobrze, ale że weźmie. - Przyjadę we wtorek kolejką, wstąpię po drodze do kościoła na Trójcowie - powiedział na pożegnanie, wychodząc. Na dworze, w zapadającym zmierzchu, kolorowo migotała fontanna, podświetlone strumienie wody, powtarzały układ czterech obrazów. Biało-czerwony, czerwono-niebieski, żółto-czarny i biało-niebieski, a później znów to samo od nowa. - Jakby ktoś krzyczał - pomyślał zaniepokojony. Spojrzał w kierunku stojącej na podjeździe limuzyny i poszedł w jej stronę, kiedy zobaczył, że stojący obok samochodu mężczyzna, zaprasza go ręką do środka, otwierając drzwi. Usiadł na tylnym siedzeniu i kierowca odwiózł go do domu, znał adres, przez całą drogę milczeli.
Wędrówka z Selene
We wtorek pojechał do Selene kolejką i stanąwszy przed bramą rezydencji, uniósł twarz do kamery i czekał. Po chwili brama się otworzyła i poszedł aleją, licząc po drodze, czerwono rozpłomienione drzewa. Naliczył czterdzieści, a później policzył schody na piętro i kroki przez korytarz, i zapukał do drzwi Selene. Podobnie, jak poprzednio, stała obok okna, na stole stały przygotowane dwie kryształowe szklanki, więc pokazał na nie ręką i zapytał. - Z takich szklanek pijesz do lustra drinki? - Z takich. - To nie będę z nich pił herbaty - powiedział, wyciągając z plecaka termos. - Ale ja będę. - Ale nie moją. Patrzyła na niego spokojnie i powiedziała beznamiętnie, jakby mówiła o pogodzie. - Jeżeli będziesz na mnie za słaby, to cię zniszczę. - A jak będę silniejszy? - To cię tym bardziej zniszczę. - Jak? - Stary płaczek to za mnie zrobi. - A jak nie zechce? - To was obu zniszczę - uciekła spojrzeniem, jakby żałowała, że powiedziała za dużo. Patrzył na nią i wiedział, że ona nie żartuje. Przypomniało mu się, jak za pierwszym razem powiedziała, żeby się za wcześnie nie cieszył i zrozumiał, że jest gorzej, niż myślał. Naznaczona dziedziczną traumą, była jak diament z ukrytą skazą i czuł, że jeżeli jej ulegnie, to zginie. - Dlaczego niszczysz mężczyzn? - zapytał. - Niszczysz wszystkich, zamiast przebaczyć jednemu. - Zniszczył tatę i mamę... Urwała, widać było, że za chwilę wybuchnie. - Ale twoja mama mu w pamiętniku przebaczyła. Poderwała głowę i cała była zdziwionym spojrzeniem. - Nie czytałem pamiętnika - zapewnił. - Nikt go nie czytał oprócz ciebie. Uspokoiło ją to zapewnienie. - Tak, mama mu przebaczyła, ale... - Ale co? - Pozostawia mi decyzję, czy mu o tym powiedzieć - głos jej się załamał. - A on mnie... - Nie dotknął cię Selene, chciał, ale zemdlał. - Tak ci powiedział? - Tak było, od portretu twojej mamy wionęło na niego zimno, twoja mama mu przeszkodziła, a ciebie ocaliła, żebyś mu mogła przebaczyć. Poderwała do góry głowę i spojrzała po swojemu z ukosa. - Możliwe, że z portretu - powtórzyła w zamyśleniu. - Kiedy spoglądam zapłakana na portret, to czuję płynące ku mnie ciepło. - Twoja mama bardzo cię kocha, razem z tatą, czuwają nad tobą z drugiego świata. - Tak mi napisała w pamiętniku, że będą nade mną oboje czuwać... Płaczę. - Przebaczasz. - Przebaczam? - Zaczynasz. Patrzył na łzy wzbierające w jej aksamitnych, orzechowych oczach i podszedł do okna, żeby razem z nią nie zapłakać. - Syntonia, ekstremalna forma współodczuwania, empatii - pomyślał. - Jeszcze trochę i to ona mnie będzie pocieszać, w co wątpię, bo powiedziała, że jak będę za słaby, to mnie zniszczy. Na dworze jeszcze było widno i fontanna nie świeciła, zastanawiał się jakie będzie dzisiaj przekazywać treści. - Widziałem wczoraj fontannę, jaki sygnał nadawałaś? - Zapytaj płaczka, lubisz kobiety? - zmieniała temat. - Platonicznie. - A platany? - Co platany? - Jak lubisz platany? - Jak placki ziemniaczane. - Jesteś głupszy od Jasia Fasoli - uśmiechnęła się lekko. Wzruszył ramionami, bo wiedział, że Jasiu, to człowiek o nieprzeciętnej inteligencji. - Akceptuję samego siebie - wyjaśnił. - Nie porównuję z innymi, bo wtedy stałbym się próżny lub zgorzkniały, bo zawsze będą gorsi i lepsi ode mnie. Nalał sobie herbaty do nakrętki termosu i popijał powoli, a później dolał sobie znowu i rozmawiali dalej. Kiedy minęło półtorej godziny, skinął głową na pożegnanie i wyszedł. Na podjeździe nie było samochodu, więc postanowił chwilę poczekać, a jeżeli dalej nie będzie, to wrócić kolejką. Stanął przy fontannie i patrzył. - Jakby równo przycięta trawa - pomyślał, spoglądając na wodny prostokąt, podzielony po przekątnej na dwa trójkąty, żółty i czerwony. - Przeprogramowała - pomyślał i powędrował aleją w stronę bramy. Na poboczach, świeciły pomiędzy drzewami latarnie, ale dopiero teraz je zauważył, za pierwszym razem ich nie dostrzegł. Przystanął zaniepokojony na wzniesieniu, kiedy zobaczył biegnące w jego stronę dwa psy. Przystanęły nagle jak wryte i podbiegły do wychodzącego spomiędzy drzew smutnego pana. - Reagują na ten gwizdek - pokazał trzymany w ręku gwizdek. - Ultradźwięki, dlatego nie słyszałeś, ale psy słyszą. Stali obok siebie i spoglądali na fontannę. Willa znajdowała się w dolinie, zasłonięta wzgórzem od wiejących znad jeziora wiatrów i fontanna prezentowała się z tego miejsca w całej swej okazałości. - Co znaczy, Dawid, ten obraz? - pokazał na dwa kolorowe trójkąty. - To kod flagowy, sygnalizuje człowieka za burtą. - A w sobotę co było, naliczyłem cztery różne obrazy? - Wołanie o ratunek, cztery flagi, jako cztery litery. - Help? - Tak, to było to słowo, Selene przekazuje mi w ten sposób proste informacje. Stoję czasem na wzgórzu i widzę, jak Selene wzywa pomocy i nie wiem, czy faktycznie jej potrzebuje, czy nadaje te sygnały po to, żeby mnie dręczyć. - Myślę, Dawid, że potrzebuje. - Można jej jakoś pomóc?! - prawie krzyknął, patrzył wyczekująco. - Płaci, Dawid, za twoje grzechy, Dawid. - Mogę za nie oddać wszystkie swoje pieniądze. - Niektóre grzechy, Dawid, mogą być odkupione tylko przez Boga. - Wiem... Mówiłeś, że przebaczenie może przyjść dla mnie za pośrednictwem żywych, miałeś na myśli Selene? - Oby tak było, jeżeli ci nie przebaczy, to nie odzyska wolności. Zwiesił smutno głowę i wyszeptał. - Ja już naprawdę nie mam na to wszystko siły. - Myślę, Dawid, że oboje jesteście u kresu wytrzymałości i niedługo nastąpi przesilenie. Czas został dany czasowi do czasu i obecnie dobiega końca. Selene też to czuje i dlatego nie pije, bo się obawia, że po alkoholu byłoby jeszcze gorzej. - A byłoby? - Byłoby, zalewanie chandry alkoholem, to dolewanie oliwy do ognia, od kiedy Selene nie pije? - Od miesiąca, od kiedy zaczęła czytać twoje książki, przeczytała i czyta od nowa, prawie nie wychodzi z domu. - To dobrze, że nie wychodzi, bo w ten sposób unika pokus, ale to dobre na krótką metę. - To co się z nią stanie? - Musi przewartościować mapę swojego świata, udoskonalić system wartości. - Coraz bardziej się tego wszystkiego boję - jakby bezwiednie, podniósł do góry gwizdek. - Ja również, po co chcesz, Dawid, gwizdać. Smutny pan, jakby się ocknął i opuścił rękę, dochodzili do stojącego przy bramie samochodu. - Chciałem z tobą porozmawiać i dlatego samochód czeka przy bramie - wyjaśnił już innym, spokojniejszym głosem, na co odpowiedział, że w porządku. Skinął Smutnemu głową i wsiadł do samochodu. Jeździł do Selene kolejką przez trzy tygodnie, we wtorki i w soboty, kierowca go później odwoził. Po każdej kolejnej wizycie, czuł się coraz bardziej wypalony i smutny. Potrzebował coraz więcej czasu, żeby regenerować ubytki energii. A ona cały czas była taka piękna, że więcej już nie można, bo więcej już nie ma, bo nie trzeba. I patrzył na to piękno, i wędrowali po przeszłości, i płynął czas jak rzeka, a słowa jak fale i co jakiś wzbierały uczuciami, i ulatywały z wiatrem emocji.
Przesilenie
Niedawno minął Halloween i miasto było zeszpecone pełną kościotrupów scenografią. Jechał kolejką do Selene, starając się nie patrzeć na przesuwające się za oknami straszydła. Kojarzyły mu się z upodobaniem życia demonów, gdyż sięgały swoją upiorną tradycją do okrutnych, celtyckich kapłanów, którzy w ostatnią noc października biegali po domach, złorzecząc i przeklinając ludzi. Wrócił myślami do ostatniego spotkania z Selene, milcząca i podminowana, z ledwością nad sobą panowała. Chciał jej jakoś pomóc, uderzyć podwójnie w oba narastające głody, alkoholowy i pożądania, ale nie było okazji i czekał na właściwy moment. - Miesiąc - powiedziała, w pewnym momencie, jakby do swoich myśli. - Dziewiąta - spojrzał na zegarek i skierował się do wyjścia. - Wiesz, co teraz zrobię? - zapytała i wtedy smagnął jak batem. - Wypijesz kilka drinków, żeby znieczulić sumienie i pójdziesz w tango z jakimś ogierem. - Wynocha! - Z jednym albo z kilkoma. - Wynochaaa stąd!!! - zawyła. - Myślę, że nie spoczniesz, dopóki nie zaliczysz kilku piekielnych orgazmów. - Raaausssss!!! - No proszę, znasz niemiecki, ty, albo ta sycząca w tobie gadzina. Patrzyła na niego wściekłym wzrokiem i nagle zacytował, tak to do niego samo, nie wiadomo skąd przyszło. - Piękna jesteś, przyjaciółko moja, jak Tirsa, wdzięczna jak Jeruzalem, groźna jak zbrojne zastępy, odwróć ode mnie twe oczy, bo niepokoją mnie. - Pieśń nad Pieśniami - powiedziała spokojniej i zaczęła łagodnieć. - Umiem ten fragment Starego Testamentu na pamięć - dodała i pochyliła głowę. Jedna łezka, druga łezka, zapłakane oczy, jeśli padną psy nieżywe, światło mrok odmroczy. Spoglądał na zapłakaną dziewczynę i wyczuwał, że trafił na właściwą strunę i zaczyna melodyjnie dźwięczeć. Zmieniając trochę słowa, zacytował kolejny fragment Pieśni. - Nawróć się, Sulamitko, nawróć, abyśmy wszyscy na ciebie patrzyli. Poderwała głowę, a jej bursztynowe oczy zalśniły błyskawicami ognia. - To zakończenie szóstego rozdziału - powiedziała. - Umiesz na pamięć królewskie pieśni?! - Nie wszystkie, pamiętam niektóre fragmenty. - A zakończenie ósmego rozdziału pamiętasz? - Nie pamiętam. I wówczas jej oczy zapłonęły jak pochodnie, i zacytowała. - Uciekaj, miły mój! A bądź podobny sarnie i jelonkowi na górach ziół wonnych. - Nawiązujesz do rozszarpanego przez psy Akteona? Trafił. Zanim przymknęła oczy, zauważył w nich wściekły błysk podrażnionej bestii i wówczas poczuł w ustach metaliczny smak opiłków, który go zawsze mobilizował do ostatecznej, bezpardonowej walki. - Jakbym zaglądał w oczy śmierci - powiedział po chwili. - No, właśnie - potwierdziła nieswoim głosem. - Czy to ty, Selene? - Wróciłam. Uniosła powieki i tym razem zobaczył w jej oczach smutek wołającego o pomoc dziecka. - Jeszcze raz cię dzisiaj ostrzegę - powiedziała zmęczonym głosem. - A później już tu nie przyjeżdżaj, bo zginiesz. - Możesz mi coś obiecać, Selene? - Mogę, po raz pierwszy o coś prosisz. - Obiecaj, że dzisiaj przed zaśnięciem przeczytasz całą Pieśń nad Pieśniami, wszystkie osiem rozdziałów. - Umiem na pamięć. - Ale obiecaj, że je przeczytasz i że położysz sobie potem Biblię przy łóżku. - Jako talizman? - Pismo Święte, to coś więcej, należy do sakramentaliów, za pomocą których spływa na nas uświęcająca moc Kościoła. - Mam się pomodlić? - Modlitwa jest najważniejszą rzeczą w życiu, a kto się modli pieśnią i poezją, ten się modli stokrotnie, to metafizyczny kontakt ze Stwórcą, dlatego tak nam szatan przeszkadza w modlitwie. Podeszła do okna i zapatrzyła się na jezioro. - Odmówię - powiedziała w zamyśleniu. - To pieśń o miłości Boga do ludzi. - Do odkupionych ludzi - dopowiedział. - Do odkupionych ludzi, którzy są powołani do zjednoczenia się z Bogiem w wiekuistym szczęściu. Pan Bóg czeka, na nasze nawrócenie, żeby nas mógł zbawić, bo nie można nikogo zmusić do miłości. - Dlaczego nas nie może zmusić, skoro jest wszechmocny? - Bo tak nas umiłował, że nas obdarował wolną wolą i to my wybieramy, czy Go chcemy przyjąć, czy odrzucić. - Wolna wola... Niebezpieczny podarunek. - I owszem, Selene, niebezpieczny, bo wodzi na pokuszenie, ale przede wszystkim bezcenny, bo pozwala nam się zjednoczyć z bożą miłością. Pan Bóg nie chce, żebyśmy byli Jego niewolnikami, chce nas podnieść do swojej chwały. - Idź już - powiedziała znużonym głosem i wstrząsnęła ramionami, jakby z nich chciała zrzucić niewidoczny ciężar. Wyszedł i powędrował do bramy, bo na podjeździe nie było samochodu. Smutny pan czekał na niego w towarzystwie psów na wzniesieniu, pokazał na biało czerwoną szachownicę fontanny i powiedział, że Selene ostrzega. - Co tym razem, Dawid, sygnalizuje? - Że się kierujemy ku niebezpieczeństwu, dlaczego dzisiaj krzyczała? - Bo terapia boli, a ona nie znosi bólu. - No, nie znosi, w dzieciństwie ugryzła w palec dentystę - smutny pan podniósł gwizdek i psy zastygły w oczekiwaniu. - Boisz się psów? - Boję, kiedyś je po pijanemu atakowałem, bo sobie ubzdurałem, że pies pijanego nie ugryzie. - I co? - Dwa razy mnie pogryzły i nie mam zamiaru próbować po raz trzeci. - Mówi się, że do trzech razy sztuka. - No właśnie, do trzech razy... Ta fontanna, to trzecie, ostatnie ostrzeżenie. - Ostrzegała cię wcześniej? - Dwa razy, na początku powiedziała, że jak jestem na nią za słaby, to mnie zniszczy, a dzisiaj, że jak jeszcze raz tutaj przyjadę, to zginę. - I co, nie przyjedziesz? - Nie wiem... Czy te psy kiedyś kogo zagryzły? - Zagryzły, ukradła mi wtedy gwizdek, chcesz wiedzieć kogo zagryzły? - Nie chcę. Nie interesowało go, kiedy i kogo zagryzły. Nie chciał posiadać takich śmiercionośnych wiadomości, tym bardziej, że już się trochę domyślał. Zaczynał mieć tego wszystkiego dosyć i postanowił, że jeżeli Selene zapije i zacznie się na powrót szlajać, to już do niej więcej nie przyjedzie. - I co, przyjedziesz? - smutny pan, jakby wyczuł jego myśli. - Zadzwonię do ciebie w sobotę po południu i od tej rozmowy będzie zależało czy przyjadę, jeżeli mi skłamiesz, to zaszkodzisz nam wszystkim. - Nie skłamię. - Mogę znowu zadzwonić na numer ze złotej karty? - Tylko ty i tylko na ten, nikt inny nie może z tej wizytówki korzystać. - A jak mi ją ktoś ukradnie. - Szkoda by go było. Pożegnał się wtedy ze smutnym panem i właśnie dzisiaj, w sobotę, zatelefonował do niego i zapytał, czy Selene wychodziła do miasta od ich ostatniego spotkania. - A jak ci powiem, że wychodziła, to nie przyjedziesz? - To zależy, Dawid, ale tylko prawda może nas wszystkich uratować. - Prawda? - Prawda, cała prawda i tylko prawda, nawet najmniejsze kłamstwo skazi ją wiodącym ku zatraceniu wyłomem. - No, to wychodziła we wtorek, zaraz po twoim wyjeździe, ale po godzinie wróciła trzeźwa i przez całą noc spacerowała po parku, z oburącz przytuloną do piersi Biblią. Dochodziła do bramy i szarpała za kraty, a później zawracała i czytała Biblię przy świetle latarni. Czy to było, to przesilenie? - Myślę, że jeszcze nie. - Przyjedziesz? - Przyjadę. No i właśnie teraz jechał kolejką do Selene, i starał się nie patrzeć na przesuwające się za oknami straszydła, w ustach czuł metaliczny smak opiłków. Stanął przed bramą, unosząc twarz do kamery, a później powędrował szpalerem czerwonych klonów. Koło fontanny coś mu kazało spojrzeć do góry i dostrzegł w oknie wieżyczki grożącą mu pięścią Selene. - Czemu mi groziłaś? - zapytał, kiedy wszedł do mieszkania. - Przez ciebie omal we wtorek nie umarłam. - Nie przeze mnie, tylko z powodu swoich uzależnień, dobrze, że przetrzymałaś. - Dzięki pieśni nad pieśniami. - Tak, dzięki Bogu. Poderwała po swojemu głowę, spojrzała na niego z ukosa i zapytała. - Chciałbyś zamieszkać w tym domu? - Przy drodze życia znam już tysiąc domów. - A ja tysiąc jeden. - A ja znam baśnie Andersena, jedna jest o żołnierzu, trzech psach i krzesiwie. Uśmiechnęła się i powiedziała, że stary płaczek na dwa psy, dobermany. - Atakują? - Tylko wtedy, kiedy je poszczuje gwizdkiem. - Wiem, ultradźwięki… - Nie odpowiedziałeś na moje pytane, czy chciałbyś zamieszkać w tym domu? Pokręcił przecząco głową i odpowiedział z powagą, z namysłem. - Ulegając tobie, straciłbym wolność, a ty byś jej nie odzyskała. Spochmurniała i spojrzała z ukosa, później jeszcze porozmawiali, a kiedy minęło półtorej godziny, wstał i skierował się do wyjścia. - Możesz jeszcze zostać - zaproponowała. Pokręcił przecząco głową i wtedy powiedziała, żeby chwilę poczekał. - Coś ci chciałam pokazać - dodała i wyszła do łazienki. - To mi chciałaś pokazać? - zapytał, pokazując na złoty trójkąt, kiedy wróciła całkiem naga. Wzruszył lekko ramionami, uśmiechnął się przepraszająco i wyszedł. Schodząc po schodach, nie wiedział, co się z nim dzieje, coś go coraz mocniej ponaglało. Na podjeździe nie było samochodu, więc z duszą na ramieniu, ruszył w stronę bramy. - Szybciej, musisz iść jeszcze szybciej - powtarzał bezwiednie, a nogi same go niosły. Prawie biegł aleją, z trudem panując nad zalewająca go paniką. Doświadczył kiedyś podobnego uczucia w samochodzie, na krawędzi przepaści. Chwilę później urwało mu się wtedy koło u przyczepki, ale nic mu się nie stało, bo wcześniej już prawie stanął, bo coś go hamowało. Teraz dla odmiany coś go ponaglało. Odetchnął z ulgą, kiedy zobaczył na wzniesieniu smutnego pana i pobiegł w jego stronę, nie potrafiąc się powstrzymać. - Gdzie masz gwizdek?! - zawołał, nie dostrzegając w jego ręku gwizdka. - Do samochodu! - zawołał, kiedy zobaczył na jego twarzy przestrach. Nie pamiętał, jak dobiegli do auta, chyba czas się dla nich zatrzymał, żeby zdążyli. Smutny pan coś krzyczał po angielsku i kierowca otworzył w samochodzie na oścież tylne drzwi, a później się zamknął na przednim siedzeniu. Dobiegli jednocześnie z obu stron do samochodu i wskoczywszy do środka, zatrzasnęli za sobą drzwi. Nie usłyszeli gwizdka, bo nie mogli usłyszeć, ale widzieli dobiegające psy. Zdawało się, że oszalałe, blachę przegryzą, słychać je było nawet na dachu. To nie były normalne zwierzęta, ale rozwścieczone bestie. - Co się, Dawid, z nimi dzieje?! - Szaleją, bo bez przerwy na nie gwiżdże, były szkolone, w specjalnym ośrodku koło Brukseli. - Nie możesz, Dawid, teraz otworzyć bramy! Skinął głową, a później coś powiedział po angielsku do telefonu i po chwili coś do kierowcy. Kierowca wycofał samochód na podjazd i wtedy z okien willi rozległy się strzały, i oba psy padły martwe. Zamilkły karabiny, ustało ujadanie i skowyt, i tylko rozświetlona fontanna powtarzała bezgłośnie zmieniającą się cyklicznie sekwencję trzech obrazów. Czerwono niebieska flaga, biało niebieska szachownica i dwa żółte pasy z niebieskim pośrodku. - Co tym razem, Dawid, sygnalizuje? - Że to koniec. - I początek nowego, przypuszczam, że nastąpiło przesilenie. Spomiędzy drzew wyszła zapłakana Selene. Szła, otulona we frotowy szlafrok, rzuciła gwizdek obok martwych psów i weszła do domu. Po chwili zgasła fontanna i na niebie z cała mocą rozbłysła jasna strona księżyca. Tak jasna, że więcej już nie można, bo więcej już nie ma, bo nie trzeba. - Skąd wiedziałeś, że Selene będzie nas chciała... Smutny pan urwał, nie dokończywszy zdania. - Odrzuciłem jej zaloty, no i ostrzegała wcześniej, że się kierujemy ku niebezpieczeństwu, a poza tym przeczucie. - No, tak... - Nie będę już tutaj więcej przyjeżdżał, za tydzień, Dawid, wracam do kraju. - Ty tutaj musisz zostać z nami na stałe. - Muszę? - Ty już jesteś na orbicie, teraz będziesz tylko odcinał kupony, mam prywatny jacht, Karaiby, Hawaje... - A jak nie zostanę, to mnie jak Helenę? Smutny pan ukrył twarz w dłoniach. - Sorry, Dawid, dlatego tak ostro powiedziałem, bo za mało w tobie pokory. Żal mi Karaibów i że nie będę stąpał po Tahiti śladami Gauguina, ale straciłbym w twojej złotej klatce wolność i mój talent nie mógłby się rozwijać. - Mógłby... - Nie mógłby, człowiek może dojrzewać tylko w pełnej wolności, kiedy ma możliwość dokonywania wyborów. Owszem, zaszczyty, sława, pieniądze... To wszystko ważne, ale tylko wtedy, kiedy można je komuś podarować za uśmiech. - Za uśmiech? - Tak, za będący pocałunkiem duszy uśmiech, lubię go wywoływać na ludzkich twarzach. I dlatego, Dawid, rezygnuję z oferowanej mi orbity, a w zamian chciałbym, żebyś się do mnie uśmiechnął. - Chyba już nie potrafię... - Myślę, że teraz po przesileniu sobie przypomnisz, czy ja naprawdę, aż tak dużo wymagam? Ostatnie pytanie zadał tak zrozpaczonym głosem, że zaskoczony Dawid spojrzał na niego z osłupieniem, a później jego twarz opromienił uśmiech. Kiedy wsiadał do samochodu, coś mu kazało spojrzeć w górę. W oknie wieżyczki stała osrebrzona światłem księżyca Selene i słuchała, oparta o parapet okna. Jechał z kierowcą aleją i liczył przesuwające się drzewa... Jedno drzewo drugie drzewo, przesilenia pora, księżyc światłem złoci chmury, lśnią fale jeziora.
Ostatnie rozmowy
Cieszył się, że jego dwumiesięczny pobyt w Chicago dobiega końca i liczył dni do odlotu. To było nieprzychylne ludziom, emigranckie miasto, w którym Polak Polakowi był wilkiem. Z powodu zawiści i skłócenia, osłabieni wewnętrznie Polacy, sprzątali kible, a lepsza praca, była dla bardziej dojrzałych nacji. Na starość, większość tych wyrobników wracała z uciułanymi dolarami do Polski, dosyć szybko umierając, z wyczerpania amerykańskim stresem i pracą. Do końca życia nie opowiadali jednak o doznanych w Ameryce upokorzeniach, szpanując swoim pobytem za oceanem i podtrzymując w ten sposób oszukańczy mit o amerykańskim Eldorado. Oczywiście, zdarzały się pozytywne wyjątki, ale one tylko potwierdzały smutną regułę. Zmęczony sobotnimi przejściami, odpoczywał przed odlotem do kraju i tak było, aż do wtorku, kiedy to właścicielka domu, w którym wynajmował pokój, zapukała do do niego i powiedziała, że przed domem stoi od dłuższego czasu biały, długi samochód z przyciemnionymi szybami. - Czy to czasem nie na ciebie czeka? - zapytała. Wyglądnął przez okno i powiedział, że na to wygląda. Wyszedł i pojechał z kierowcą do willi nad jeziorem, ale nie wszedł na górę, tylko usiadł przy fontannie, a kiedy zeszła Selene, spacerowali po parku. Zaraz na na samym początku powiedziała, że od soboty ciągle płacze, na co jej odpowiedział, że to dobrze, bo cesarz z baśni Andersena wyzdrowiał dopiero wtedy, kiedy zapłakał. - Ale jemu śpiewał szary słowik - zauważyła. - Zaśpiewać? - uśmiechnął się przekornie, a ona poderwała po swojemu głowę i spojrzała z ukosa. I wtedy jej powiedział fragment swojego niebieskiego wiersza. - W baśni, szary słowik cesarzowi nucił, są szare słowiki, co chorym śpiewają, cesarz słuchał, płakał i do zdrowia wrócił, ludzie, zamiast słuchać, cudów wyglądają. Szarym słowik, śpiewam o wieczornej ciszy, wyzdrowieje chory, co słysząc, usłyszy. Znowu spojrzała na niego z ukosa, ależ miała śliczny ten sposób patrzenia, ale tym razem na jej twarzy, jak słońce przez chmury, prześwitywał figlarny uśmiech. Patrzył na tę przebijającą się przez smutek radość i powiedział, że w końcu wszystko będzie dobrze. I że chociaż teraz jest jesień, a po niej nadejdzie zima, to później znowu przyjdzie wiosna i zakwitną przebiśniegi i narcyzy, i krokusy na górskich halach... - I przylecą bociany, i przyniosą małe dzieci - wpadła mu w słowo. Rozpromieniła się cała i aż drżała od wypełniającej ją po brzegi radości, patrzyła na niego z uśmiechem. - Pocałowałam twoją duszę - powiedziała figlarnie. - Ach, że niby uśmiech jest jej niewymówionym pocałunkiem... Podsłuchiwałaś wtedy w nocy po tym wszystkim, osrebrzona w oknie księżycowym światłem. - No pewnie, mogłeś orbitować i odcinać kupony. - To nie była, Selene, moja orbita, tu na ziemi każdy orbituje po własnej, a poza tym, uznaję nad sobą tylko jednego pana - pokazał na niebo i zacytował kolejny urywek swojego niebieskiego wiersza. - Przemijają lata i za dalą dala, w ciemnościach, gwiaździsty rząd latarni błyska, każdą boży Anioł o zmierzchu zapala, boskich drogowskazów palą się ogniska. Jest gdzieś kraj szczęśliwy, raj z biblijnych mitów, szuka go wędrowiec i zdobywca szczytów. - To kim ty w końcu jesteś? - zapytała. - Szarym słowikiem, zdobywcą szczytów, czy wędrowcem? Nagły podmuch wiatru rzucił mu w twarz jej długie, rozpuszczone włosy i zachwycony wciągnął powietrze. - Tu, na ziemi, wszyscy jesteśmy wędrowcami, Selene. Wędrujemy przez góry i doliny, od schroniska do schroniska, krawędzią morza i przez piaski pustyni, a boski wiatr ciągle wieje i wieje, i odwiewa plewy od ziarna, czujesz? Przymknęła oczy, wystawiła twarz do wiatru i skinęła głową, że czuje. - W tej chwili wieje od Wielkich Jezior - szepnęła. I wtedy ją pocałował w policzek. Potrząsnęła głową, rozsypując po ramionach swoje lśniące, kasztanowe loki i roześmiała się ślicznie. - To już się na mnie nie gniewasz? - zapytała. - A o co, Selene? - No, o tamto. - Uwierz mi, że ja się naprawdę nigdy na ciebie nie gniewałem. - Naprawdę? - Naprawdę, ty jesteś taka śliczna... - I co? - I nic, Selene, i tylko tyle. - Tylko tyle? - I może jeszcze wiejący od Wielkich Jezior wiatr. - No, to niech wieje - powiedziała pogodnie, pogodzona z niezmiennym. - Ja na rok lecę do tybetańskiego klasztoru. - No, to leć. Leć i nie zawracaj, bo warto żyć na wietrze. Z jego pomocą dzikie gęsi przelatują nad szczytami Himalajów. - Mam lecieć z wiatrem? - Masz go osiodłać i szybować na swoich orlich skrzydłach w stronę kolejnych szczytów życia. - Jestem orlicą? - Myślę, że jesteś, twoja mama nią w każdym razie była, a niedaleko pada niedaleko od jabłoni. Chciałem cię zapytać, Selene... - Zapytaj. - Powiesz smutnemu panu, że twoja mama mu przebaczyła? - Już mu powiedziałam. - Czy to znaczy, że i ty mu przebaczyłaś? - Przebaczyłam, skserowałam i dałam mu tę stronę pamiętnika, na której mama mu przebacza. Patrzył na nią i miał ją ochotę przytulić. - No cóż - powiedziała, jakby wiedziała. - Mamy wolną wolę i dokonujemy wyborów, to my decydujemy, kiedy i kogo chcemy przytulić. - Wiem, ciągle byłem atakowany i dlatego ciągle się bronię. - Przed czym? - Najpierw się broniłem przed ojcem, który przystawał pijany na ulicy i wyzywał mnie od znajduchów, później się broniłem przed młodszą, zawistną siostrą, a później do siostry dołączyła mściwa żona i obie stworzyły szatański tandem. Cud boski, że z tego wyszedłem, że jestem w tej chwili w tym miejscu, w którym jestem. - Myślę, Kuba, że dotarłeś już w swoim życiu do niejednej szklanej góry. Myślę, że twoja droga do domu wiedzie szczytami wielu szklanych gór, a za nimi znajduje się zielona, zalana słońcem dolina, w której nad modrym potokiem stoi przygotowane dla ciebie schronisko. - Po raz drugi powiedziałaś do mnie po imieniu, myślałem, że już się nie doczekam. - No, to powiem, Kuba, po raz trzeci, skoro do trzech razy sztuka, a teraz pozwól mi coś jeszcze dodać. - Pozwalam, skoro powiedziałaś mi trzy razy po imieniu. - Wędrujesz przez życie w poszukiwaniu idealnej miłości i nie widzisz, jak z okien mijanych zamków spadają za tobą białe lilie. - Widzę, Selene, ale ja się nie zatrzymuję, bo wierzę, że istnieje inny, lepszy świat, który znajduje się w zasięgu ludzkich możliwości. Człowiek dorósł do niego, kiedy otrzymał nieśmiertelną duszę. - Pamiętam, nawiązujesz do swoich powieści... Szklane góry, są jak oazy na pustyni, to wyspy szczęśliwe zamglonego, wypalającego się wszechświata, a kontakt z nimi jest trudniejszy jak w bajce. - No, tak napisałem, ale skoro życie jest śnioną na jawie bajką, to w takiej baśni wszystko jest jest możliwe. W osiąganiu celów, pomaga nam cały rozbity kosmos. - Rozbity? - Dawno temu, cały kosmos stanowił jedno wielkie lustro, które rozbił zły czarownik i od tego czasu każdy szuka pasującego do niego okrucha. - Ktoś znalazł? - Twoja mama znalazła i to dwukrotnie. Pasowały do niej dwa różne okruchy, ale ona drugiego nie chciała, żeby nie otworzyć trójkąta. Była jak orlica na wysokiej skale, której nie dosięgają brudy życia. - Liczysz, że znajdziesz taki okruch? - Kiedyś w młodości znalazłem, ale moja młodsza, zawistna siostra wytrąciła mi go z ręki, posunęła mi na wabika swoją szkolną koleżankę. - Może ja jestem twoim drugim okruchem? Pokręcił powątpiewająco głową. - Znaleźć taki pasujący okruch po raz drugi, to tak, jak dwa razy trafić szóstkę w totolotka. - Ale skoro życie jest śnioną na jawie bajką... - No tak, ale ja już jestem żonaty. - Mógłbyś wziąć rozwód... - To byłby tylko świstek papieru, Pan Bóg takich nie honoruje. Po rozwodzie będzie mnie nadal obowiązywało życie w czystości. - Hmm... - Non ho l'eta. - Co to znaczy? - To tytuł ślicznej, włoskiej piosenki, opowiadającej o tym, że nie jesteśmy wystarczająco dorośli, żeby się kochać. Piosenka zdobyła w ubiegłym wieku pierwszą nagrodę na festiwalu w San Remo. Zaśpiewała ją szesnastoletnia dziewczyna z Werony, z miasta Romea i Julii. Ja miałem wtedy siedemnaście lat, a ty miałaś się dopiero narodzić za osiem. - Smutno ci tak samemu, prawda? - Smutno i nie smutno... Pisanie powieści, spotkania z Aniołami, Impresją i Poetycką Bajką, są dla mnie bożym błogosławieństwem, czasem łaski. A oprócz tego jeżdżę po świecie i zachwycam się jego pięknem. Modlitwa, zachwyt... Świat, to prześliczny, cudowny, boski fraktal. Tak doskonały, że niemożliwy do ogarnięcia przez człowieka w całości i dlatego, tym, co dojrzeją do wieczności, nie będzie się nigdy nudzić i zawsze będą szczęśliwi. - Dlatego, Kuba, że Bóg jest doskonałą miłością? - Brawo... Powiedziałaś mi po raz czwarty po imieniu. - Dzisiaj po raz trzeci, przestań liczyć, bo stracisz rachubę. - Dobrze. - Modlitwa, zachwyt... I to ci, Kuba wystarcza? - A czegóż chcieć więcej, skoro zachwyt jest najdoskonalszą formą modlitwy? A do tego marzenia, uniesienia, medytacja, kontemplacja... Takie stany są sensem życia. Dostrajamy się do sfer niebieskich i dźwięczymy boską muzyką. - Nawiązujesz do teorii strun? - I owszem, ale jeszcze bardziej do teorii kwantów, która dowiodła doświadczalnie, że obserwator może tylko przewidywać w mikrokosmosie zdarzenia, ale niekoniecznie muszą one nastąpić. Pomiędzy przyczyną a skutkiem istnieje osobliwa zwłoka, która potwierdza istnienie Boga. Wszechmocny musi najpierw dać przyzwolenie, żeby przewidywane przez obserwatora zdarzenie mogło nastąpić. - Jeżeli nie Pan Bóg nie da przyzwolenia, to nie nastąpi? - Nie nastąpi i trzeba się z tym pogodzić, bo nie można tego zmienić. - I z czym jeszcze, Kuba? - Z czym jeszcze trzeba się pogodzić? - Tak. - Och, z upływem czasu, Selene, z przeszłością. Z tym, że dzieci dorastają i wyfruwają z gniazda i tylko cisza w nas krzyczy, zrodzona z rozpaczy, żeśmy kochali za mało i stale za późno. Tyle rzeczy rzeczy chciałoby się dzisiaj zrobić lepiej, ale już nie można, ale na szczęście można prosić Pana Boga... - Mówisz jak ksiądz Twardowski. - To melodia słów jego wiersza. - Spieszmy się kochać ludzi? - Znasz? - Znam, nauczyłam się na pamięć. - I ten umiesz, i Pieśń nad Pieśniami Salomona... Myślę, Selene, że ty również tęsknisz za miłością doskonałą. - Dokończ, Kuba, o co trzeba prosić Pana Boga. - O naprawienie tego, cośmy w przeszłości zepsuli. Pan Bóg to może, może nas wszystkich uzdrowić. Może sięgnąć w przeszłość, do traumatycznych źródeł bólu, i uwolnić nasze ofiary od ciężaru zemsty, a nas krzywdzicieli od poczucia winy. - Myślę, Kuba, że może to zrobić na przykład za pomocą Poezji. - I owszem, Selene... Przez czas codzienny, czas łaski płynie, o rozgrzeszeniu, karze i winie. Szczęśliwe tchnienie winy rozmiata, dając nadzieję lepszego świata, ciągle o szczęściu na jawie śnimy i że się w lepszym świecie zbudzimy. - Katharsis - wyszeptała w zamyśleniu. - Oczyszczenie poprzez sztukę. - I owszem, Selene, być może napiszę kolejną powieść, w której opowiem tę historię, ale tak ją opiszę, że nikt cię nie rozpozna, bo ty, Selene, istniejesz tylko w mojej wyobraźni. - Potrafisz mylić - roześmiała się perliście. - Jeszcze trochę i nawet ja nie będę wiedziała, czy jestem. Przez chwilę słuchał, jak w powietrzu dźwięczą kryształowe dzwoneczki, a później nawiązał do jej ostatniego zdania. - Istniejesz, Selenie, istniejesz. Cogito ego sum. Myślisz, więc jesteś, jakby powiedział Kartezjusz. Nie wiadomo, czy naprawdę jesteś królewną, czy tylko przemykającym po ścianie mglistym cieniem, jakby powiedział Platon, ale coś istnieje co myśli. - No, jeżeli aż tak potrafisz zamylić, to napisz i przyślij mi do przeczytania tę opowieść. Spojrzał na nią po raz ostatni i poszedł w stronę bramy, nie oglądając się za siebie, bo warto żyć na wietrze, z pomocą którego dzikie gęsi przelatują nad szczytami Himalajów. Smutny pan czekał na niego wzniesieniu, tam gdzie poprzednio. - W sobotę uciekaliśmy stąd przed psami - powiedział. - Nie mogę uwierzyć, że to wszystko działo się zaledwie trzy dni temu. - Bo to było, Dawid, w innym starym świecie. W sobotę o zmierzchu, Pan Bóg zawiesił na chwilę prawa czasu i przestrzeni, żebyśmy się zdążyli schronić do samochodu. Dla mnie, dla ciebie i dla Selene zaczął się wówczas pierwszy dzień nowego świata. Sięgnął do kieszeni, wyjął złotą wizytówkę i wyciągnął ją w stronę smutnego pana. - Oddaję depozyt - powiedział i dorzucił żartobliwie. - Jest dosyć ciężka i jeszcze by mi kazali w samolocie zapłacić za nadbagaż. - Jest twoja - smutny pan nie przyjął wizytówki. - Chcesz wiedzieć, jaka jest jej prawdziwa wartość? Spojrzał z namysłem na smutnego pana i przez chwilę ważył wizytówkę na dłoni, a później powiedział, że waży ze dwie uncje, a więc jest warta około tysiąca dolarów. - Pomnóż ten tysiąc przez tysiąc. - To by było milion... - Co najmniej, istnieje niewielka liczba takich wizytówek, a każda ma zakodowany swój własny, indywidualny numer. Okaziciel tej wizytówki może mieszkać za darmo we wszystkich moich hotelach na całym świecie. Gdzie chce i jak długo chce. - Jeść też można, Dawid, za darmo? - zapytał, bo przypomniała mu się Aurora w restauracji. - Jeść, otrzymać bezzwrotny kredyt i osobistą ochronę w razie potrzeby. - No, to mam już z Chicago trzy upominki - wyliczył, odginając palce. - Trefny upominek od przyjaciela, termos od Selene i złotą wizytówkę od ciebie. Smutny pan przyglądał mu się w milczeniu, wyciszony, rozluźniony, spokojny i jakby trochę nieobecny. - Ciekawe, że ci dała ten termos - odezwał się po chwili. - To pamiątka po jej ojcu, trzyma ciepło przez czterdzieści osiem godzin. - Myślę, że utożsamiła mnie podświadomie ze swoim ojcem. Skinął w milczeniu głową, spoglądając w stronę kołysanej wiatrem alei czerwonych klonów. - Fontanna nie świeci - zauważył z nostalgicznym smutkiem. - Myślę, Dawid, że już nie będzie, spełniła swoją rolę i zgasła wraz ze starym światem. Selene wyjeżdża i nie wiadomo, kiedy wróci. - O ile w ogóle wróci, wspomniała, że może poleci z Tybetu do klasztoru na Sycylię. - Niech szuka... - Skąd wiedziałeś w parku, że mam na imię, Dawid? - Nie wiedziałem, tak cię nazwałem, kiedy opowiadałeś smutną historię. Nasunęło mi się skojarzenie do losów króla Dawida i Uriasza, i jak się okazało, trafiłem. - A skąd wiedziałeś, że przebaczenie przyjdzie dla mnie zza grobu? - Też nie wiedziałem, słuchając twojej opowieści, zwróciłem uwagę, że kiedy ostatni raz prosiłeś Helenę o wybaczenie, to powiedziała, żebyś dał Selene pamiętnik, to były jej ostatnie słowa. - Odprowadzę cię do samochodu, czeka przy bramie. - Dzięki, ale wrócę do siebie kolejką, po drodze wstąpię do kościoła na Trójcowie. - Czas się ukorzyć - odezwał się Smutny cicho, kiedy szli powoli w stronę bramy i dodał po chwili zdławionym głosem. - Czas się ukorzyć przed własną nicością i podziękować Helenie za przebaczenie. Myślę, że gdyby mi nie przebaczyła, to nie mógłbym zostać zbawiony. - Ona również, Dawid, bez przebaczenia, nie mogłaby się oderwać od ziemi. - I Selene mi przebaczyła - dopowiedział na granicy szlochu. - Myślę, Dawid, że przede wszystkim powinieneś podziękować Bogu. Siłował się przez chwilę ze sobą, a później powiedział z pewnością siebie, silnym zdecydowanym głosem. - Tak, przede wszystkim Bogu, bo bez Jego przyzwolenia nic się nie dzieje. I wtedy zaczął się zrywać Wiatr. Wiał coraz mocniej, a kiedy doszli do bramy, otworzyła się, jakby szarpnięta podmuchem, i wyszedł na zewnątrz, a smutny pan pozostał po drugiej stronie. A Boski Wiatr, co się zerwał od Wielkich Jezior, poniósł jego słowa, aż po najdalsze krańce ziemi. I krążyły po świecie, słowa pełne skruchy i pokory, i udzielał Pan Bóg zadłużonym ludziom bezzwrotnego kredytu miłości. A im więcej udzielał, tym więcej miał do zaoferowania, bo boska miłość się mnoży przez rozdawanie i dlatego może nas ocalić przed diabelską nienawiścią.
Trzy prośby
Spacerując po mieście, przystanął przed hinduskim sklepem, zauważył na wystawie ruchomy obraz, spadający ze skały wodospad. Takie ruchome, podświetlane obrazy były wówczas w Polsce rzadkością, więc postanowił go kupić i zabrać do domu na pamiątkę. Miał wykupiony bilet lotniczy na dziewiątego listopada i poznany w w Chicago przyjaciel obiecał przyjechać samochodem i zawieźć go na lotnisko. - No cóż, kolega przyjacielowi nierówny - rozmyślał. - Ten kolega, który mnie zaprosił do Stanów, odwrócił się do mnie plecami, a poznany na obczyźnie przyjaciel dał mi trefny upominek i odwozi mnie na lotnisko, bo prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Doceniał ten gest Przyjaciela, który chcąc go odwieźć wziął wolne w pracy, rezygnując z wysokiego zarobku. Zarabiał czterdzieści pięć dolarów na godzinę, myjąc okna w chicagowskich drapaczach chmur. Ze względu na ciągłe, stresujące obcowanie z niebezpieczeństwem, można było wykonywać tę pracę najwyżej przez okres dziesięciu lat, a kto pracował dłużej, ten ginął. Obudził się w piątek rano i zaczął liczyć godziny do odlotu, bo coraz trudniej mu było powstrzymywać zaloty starszej właścicielki domu. Zaraz po tym, jak u niej zamieszkał, powiedział, że ma chore serce i to ją z początku trochę przyhamowało, ale chodziła po mieszkaniu, jak naładowana piorunami chmura gradowa. Trzy dni przed jego odlotem przyniosła ciśnieniomierz, żeby sobie zmierzył ciśnienie i po zmierzeniu powiedziała, że ma o wiele lepsze ciśnienie od niej, bo miał sto dwadzieścia na osiemdziesiąt. - Ale puls mam przyspieszony do setki - pokazał na wyświetlacz aparatu. - I do tego mam arytmię, bo przy mierzeniu nierównomiernie piszczało. Skwitowała jego uwagę niezadowolonym milczeniem. Od tego czasu, zaczęła go coraz natarczywiej atakować, więc starał się jej schodzić z oczu, rozpoznając niebezpieczeństwo, po sygnałach ostrzegawczych. Przed każdym atakiem przystawała przed lustrem i poprawiała zalotnie włosy. Obserwował ją spod oka i przypominała mu się żona Sokratesa, Ksantypa, która tylko była dobra dla męża, kiedy ją wychędożył, a jeżeli tego nie zrobił, to musiał głodny uciekać z domu. W czwartek wieczorem zaprosiła go do kuchni na pożegnalną kolację. Całkiem smaczną, pomimo, że przyrządzoną z okrajków. Kupowała w wędliniarskim sklepie tanie zrzynki wędlin. Przerażenie ogarniało,, jakiego ci amerykańscy Polonusi mieli fiksa na punkcie dolara. I co najgorsze, ten bałwochwalczy kult pieniądza był zaraźliwy. Ludzie, którzy po przylocie do Stanów nie podjęli od razu pracy, po kilku dniach czuli się jak winowajcy. Działo się tak na skutek odwrócenia pojęć. W Ameryce nie praca była dla ludzi, ale ludzie dla pracy, stawali się jej podmiotem. Tak, jakby pieniądze dawały szczęście, a przecież nie dają, bo każdemu na coś brakuje. Nie pasował do tych marionetek, pociąganych za sznurki instynktów, którzy sobie uroili, że lepsi od rodaków kraju i żyli iluzjami w swoim wyimaginowanym, amerykańskim raju. Oczywiście, można było pośród nich spotkać uczciwych, wartościowych ludzi, którzy jak skupiska drzew na pustyni, tworzyli wokół polskich kościołów życiodajne oazy. Ojcze Nasz, który jesteś w niebie, spraw, żeby ci dobrowolni banici w końcu zmądrzeli i żeby wrócili do Polski, i pomogli ją posprzątać, bo zagnojona nasza ojczyzna grzechami jak stajnia Augiasza. Spełnij, dobry Panie Boże tę prośbę, jeżeli taka Twoja wola i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom i nie wódź nas już więcej na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego. Amen. Przed wyjazdem na lotnisko poprosił właścicielkę domu, żeby się zgodziła na przechowanie książek. - A kiedy po nie przyjedziesz? - Nie wiem, może kiedyś w przyszłości. Kiedy się z nią żegnał, weszła do jego pokoju i nagłym, inkwizycyjnym ruchem zerwała z łóżka prześcieradło, i oglądała pod światło. - Czyste, czyste - mruknął ironicznie, zabierając walizkę. Wsiadł do samochodu czekającego przed domem przyjaciela i pojechali na lotnisko. Pożegnali się na parkingu, bo przyjaciel przebywał w Stanach nielegalnie i obawiając się deportacji, nie wszedł na teren lotniczego portu. Dwie godziny później wsiadł w transkontynentalny samolot polskich linii lotniczych i po dziesięciu godzinach lotu wylądował w Krakowie. Tym razem leciał zgodnie z obrotem ziemi, czas jej obrotu dodał się do czasu lotu, i po wylądowaniu, krakowskie zegary pokazywały o sześć godzin więcej. W Chicago jeszcze trwała piątkowa noc, a w Polsce był już sobotni poranek. Przesunął zegarek do przodu i kilka razy stąpnął mocniej po ziemi, żeby się upewnić, że powrócił do domu, do ojczyzny, do matki. I tak się zakończył kolejny etap jego ziemskiej wędrówki po pełnej niebezpiecznych zakrętów drodze życia. Gdzieś tam za ostatnim ziemskim zakrętem, czekała na niego ostatnia szklana góra, ostatni szczyt do zdobycia, który trzeba przeskoczyć na drugą stronę o zachodzie słońca.
Część 44 / 6
Rozdział trzeci
Wrócił z Ameryki rozczarowany, ale nie przyznawał się do tego nawet przed samym sobą i szpanował pobytem w Stanach, jakby co najmniej zdobył Koronę Himalajów. No cóż, taki już był łatwowierny i naiwny, a jednoczenie przenikliwy i ostrożny, jak dziecko z baśni Andersena, które potrafiło dostrzec i wykrzyczeć prawdę o nagim królu, ubranym w nieistniejące szaty. Miejmy nadzieję, że będzie go stać go będzie w przyszłości na taki szczery okrzyk, że polonijni królowie są nadzy, a ich amerykańskie szaty, to iluzja.
Fale czasu
Po powrocie do domu, powiesił obraz w swoim biurze turystycznym i relaksował się przy nim w długie jesienne wieczory. Spoglądał na rozjaśniony światłem wodospad i marzył o dalekich podróżach, a tymczasem dni były coraz krótsze, coraz bardziej ponure i przygnębiające. Najgorzej było do zimowego przesilenia, bo w styczniu już zaczynało dnia przybywać i coraz bliżej było do wiosny. Pod koniec listopada, z pomocą innych abstynentów i za zgodą proboszcza, zorganizował trzeźwościowe spotkanie w przykościelnej auli. Zjechało się z dwieście osób i po kościelnym nabożeństwie, rozpoczął się miting, a po nim bezalkoholowa zabawa do rana. Poszukali wcześniej sponsorów i pieniędzy starczyło zarówno na orkiestrę, jak i na poczęstunek. Mijały zimowe dni, w styczniu pojechał na pogrzeb kolegi, który umarł nagle na serce. - Jeszcze nie tak dawno pomagał w zorganizowaniu spotkania - rozmyślał zasmucony, stojąc na cmentarzu pośród ludzi. Obok niego stała koleżanka, którą zmarły pomógł mu swego czasu uratować od śmierci, nastąpił u niej wówczas nawrót choroby. Zapiła po kilku latach abstynencji, sięgnąwszy w złą godzinę po kieliszek, i nie trzeźwiała przez kilka tygodni.. - Przyjedzie pan do nas, panie Kuba? - zatelefonowała do niego ośmioletnia córeczka koleżanki. - Może w przyszłym tygodniu. - Niech pan dzisiaj przyjedzie, bo moja mama umiera. Kiedy zajechał, zapłakana dziewczynka siedziała przy pijanej mamie na skraju tapczanu. - Nie pij, mamusiu - prosiła, ale chorej niewiele można było pomóc, nie sięgnęła jeszcze swojego dnia i nie miała się od czego odbić. Zaczął do nich jeździć co drugi dzień, obserwując u koleżanki, coraz bardziej się nasilający atak alkoholowej choroby. Pamiętała o urodzinach córeczki i dała mu pieniądze, żeby jej kupił jakiś prezent. Kupił lalkę, którą mama wręczyła dziecku, rozpłakawszy się przy składaniu życzeń. - Nie pij, mamusiu - prosiło zapłakane dziecko i tuliło się wystraszone do ciężko chorej mamy, obejmowało umierającą obu rączkami za szyję. Kilka dni później matka zaczęła majaczyć, ostrzegać wchodzących do pokoju, żeby nie wpadli do studni, i wówczas zatelefonował po tego kolegę, którego teraz żegnali na cmentarzu i zawieźli koleżankę samochodem na detoks, na odtrucie. - To już był dla mnie ostatni dzwonek - opowiadała uratowana koleżanka po powrocie ze szpitala. - Przez kilka pierwszych dni, nawet się nie potrafiłam napić wody, podawały mi ją, leżące ze mną na sali, zdrowsze współtowarzyszki niedoli. Stał teraz zimową porą na cmentarzu i przypominał sobie to wszystko, patrząc na stojącą obok koleżankę, którą zmarły pomógł mu uratować od śmierci. Stał, wspominając przeszłość, zanurzony w strumieniu czasu, który przepływał z cichym pluskiem wspomnień, unosząc w przeszłość, bezpowrotnie przemijające fale. Tak bliska przeszłość, tak daleka, odbita w fal spękanym lustrze, chwil niepowrotnych płynie rzeka, fala o falę cicho pluszcze pluszcze...
Manipulant
Po nowym roku zachciało mu się pomagać alkoholikowi, który zaczął nim manipulować, bo jak niewłaściwej osobie podasz nieopatrznie palec, to cię złapie za rękę. - Jestem na głodzie alkoholowym - gwałtował Janusz do telefonu, budząc go po nocach. - Mam flaszkę wódki i jeżeli zaraz nie przyjedziesz, to za chwilę wszystko wypiję. Wsiadał więc w samochód i jechał po nocy do sąsiedniego miasta, żeby podtrzymywać chorego na duchu, a później chodził przez cały dzień niewyspany. Namówił w końcu Janusza, żeby poszedł do przychodni odwykowej i dopiero wtedy się zaczęło, kiedy Janusz zaczął zażywać antikol. Pewnego razu zadzwonił w nocy, że mu zabrakło antikolu, więc pojechał po receptę do znajomego lekarza, wykupił antikol w nocnej aptece i zawiózł go Januszowi o czwartej nad ranem. - Masz tutaj dwadzieścia tabletek - podał szklaną, długą fiolkę Januszowi. - Zażywaj co drugi dzień tabletkę i mam nadzieję, że przez czterdzieści dni, nie będzie potrzeby do ciebie przyjeżdżać. - Czterdzieści dni - zaczął lamentować. - Czy ty sobie, Kuba, wyobrażasz, co to znaczy czterdziestodniowa posucha?! - Wyobrażam sobie, bo od siedemnastu lat nie piję. - Ale jak ty to zrobiłeś?! - Najpierw wytrzymałem jeden dzień, a potem drugi, a potem czterdzieści i kolejne czterdzieści, i w końcu po kilku latach przestało mnie ciągnąć do wódki. - Nie nadążam… - Epicentrum trzęsienia ziemi znajdowało się w ostatnim wypitym przeze mnie kieliszku. To było jak rzucony w wodę kamień, od którego rozchodziły się coraz słabsze fale alkoholowego głodu, aż w końcu zanikły zupełnie i po kilku latach przestało mnie ciągnąć do wódki. - Po kilku latach?! - Zażywaj tabletki. - Po zażyciu, śmierdzi mi w ustach denaturatem. - To dobrze, bo to ci przypomina, że nie możesz się napić. - Ale śmierdzi... - Śmierdzisz, jak się opijesz. Wykorzystał dawne niemieckie znajomości i nagrał znającemu się na rzeźbiarstwie Januszowi pracę u swojego byłego wspólnika. Miał wyrzeźbić do niemieckiej posiadłości trzy posągi, dwa kamienne, strzegące bramy lwy i stojącą w fontannie nimfę. Zażywający antikol Janusz, przez czterdzieści dni wymachiwał młotkiem i pod koniec lutego posągi były gotowe. I wówczas wynajął Januszowi tira, żeby zwiózł i postawiła rzeźby u niemieckiego nabywcy, po powrocie od którego, Janusz kupił sobie za zarobione pieniądze... samochód. Starego, podpicowanego grata, którym jeździł przez miesiąc bez prawa jazdy. Przez miesiąc, bo po miesiącu przerdzewiały rupieć rozleciał się na dwie połowy. I taki był koniec krótkiej hossy Janusza, po której Kuba dostał z firmy transportowej do zapłaty rachunek za przewóz posągów. Pojechał z rachunkiem do Janusza, ale nie za bardzo mógł się z nim dogadać, bo spał pijany z prostytutką. - To jak, Janusz, będzie z zapłatą? - zapytał, starając się nie patrzeć na pijaną kobietę. - A ile tego? - Cztery tysiące złotych. - Zapłacimy po połowie. - Dlaczego po połowie, skoro wziąłeś wszystkie pieniądze? - No, bo jak spółka, to spółka. - To znaczy, że teraz mi dasz połowę za transport? - Dopiero wtedy, jak zarobię, jak mi nagrasz kolejną robotę. - Ja ci już, Janusz, nie nagram, bo to koniec naszej spółki. - Od jutra zaczynam zażywać antikol. - To mi już nie interesuje. I taki był koniec nie istniejącej spółki, na której wyszedł jak Zabłocki na mydle, zaślepiony wyrzeźbioną przez Janusza nimfą.
Femme fatale
Nie chciał całkowicie zrywać z Januszem kontaktów, bo ciągle się łudził, że wyrwie od niego pieniądze za transport. I dlatego nadstawił ucha, kiedy Janusz przywiózł z Niemiec formy do odlewania gipsowych figurek i zaproponował produkcję szopek. - Popatrz, Kuba, jakie piękne figurki - zachwalał po odlaniu pierwszego kompletu, dwunastu postaci. - Po wymalowaniu będą jeszcze ładniejsze i będziemy je sprzedawać po całym świecie. - Na razie, to ty, Janusz, będziesz odlewał, a ja będę sprzedawał i dopiero, jak mi pospłacasz długi, to pomyślimy o dalszej współpracy. - No, ale przecież muszę mieć jakieś pieniądze. - Na kolejny samochód? - No nie, ale w ogóle... - Ode mnie możesz dostać najwyżej na antikol. I w taki to sposób, nie przemyślawszy należycie sprawy, rozpoczął z Januszem produkcję bożonarodzeniowych szopek. Sfotografował na zielonym aksamicie, wymalowany komplet i zamówił w drukarni za tysiąc złotych, tysiąc kolorowych obrazków na pudełka. Na początek kupił sto pudełek na komplety i czterysta kilo chirurgicznego gipsu, z którego Janusz zaczął odlewać figurki. Po tygodniu, kiedy dostał tylko dziesięć złotych na antikol, strzelił robotą i wszelki słuch o nim na jakiś czas zaginął. Po zniknięciu Janusza, zatrudnił do odlewania figurek znajomego, który skończył odlewać pierwsze sto kompletów. Załadował gotowe figurki do samochodu i zawiózł je do malarki obrazów, z którą uzgodnił łączną cenę trzy tysiące złotych za wymalowanie stu kompletów, czyli tysiąca dwustu figurek. W cenę wchodziło również otulenie każdej figurki gąbką i ułożenie gotowych kompletów w pudełkach. Śliczne były te figurki, naprawdę śliczne. Trzej Królowie w złoconych sztach oddawali pokłon Dzieciątku, a Matka Boska stała nad Nim pochylona w niebieskim, gwiaździstym płaszczu. Obok Niej klęczał święty Józef, a do żłóbka spieszyli pasterze, jeden z nich trzymał na ramionach owieczkę. A później, pięknie zapakowane w pudełka komplety przeleżały w magazynie kilka lat, nie było ich komu sprzedać. Spoglądał na nie od czasu do czasu, plując sobie w brodę, bo kosztowały go te szopki osiem tysięcy złotych, nie licząc włożonego w ich produkcję własnego czasu i trudu. Kilka kompletów rozdał, a dziesięć zabrał na rozeznanie rynku samochodem osobowym do Włoch i najpierw zapłacił słowackiemu celnikowi karę, a później sprzedał w Italii, a konkretnie w Republice San Marino... jeden komplet. Dostał za niego dwadzieścia euro, czyli mniej więcej tyle, ile go kosztowała produkcja. Pozostałe dziewięć kompletów zostawił na przechowanie u znajomych koło Neapolu i już ich później nie odzyskał. W domu pozostało jeszcze ponad osiemdziesiąt szopek, które udało mu się w końcu sprzedać na Allegro, dzięki pomocy syna. Niestety, ale to nie były wszystkie koszty, na jakie go naraziła znajomość z Januszem. Firma, w której najął tira, zaskarżyła go do sądu o niezapłaconą fakturę za transport posągów do Niemiec. Musiał wziąć adwokata i jechać do Kolonii, do dawnego wspólnika, żeby skompletować dokumenty do obrony. Sfinansował wtedy również z konieczności podróż dla Janusza i zapłacił na granicy niemieckiej pięćset marek kary za brak zielonej karty. Łącznie, znajomość z Januszem kosztowała go ponad dziesięć tysięcy złotych, nie licząc swoich cierpień psychicznych i duchowych, związanych z wyrzutami sumienia, że stracił pieniądze na bezsensowne fanaberie, zamiast je przeznaczyć na pomoc dla własnych dzieci. Chcąc pomóc alkoholikowi, zapominał, że tonącemu zamiast ręki należy podawać kija, bo kij ratujący może puścić, jeżeli nie może utrzymać, a podanej ręki tonącemu nie wyrwie i zostanie przez niego wciągnięty pod wodę. Minęło kilka miesięcy i na początku jesieni obudził go nad ranem telefon. - Śpisz? - usłyszał w słuchawce głos Janusza. - No, teraz to już nie śpię. - Przyjedź, czeka na ciebie najpiękniejsza nimfa świata. - Jeszcze nie zapłaciłeś za transport tej wywiezionej do Niemiec. - Ale ta jest o wiele piękniejsza, bo żywa, przyjedź, bo jeszcze takiej pięknej nie widziałeś. - I mam nadzieję, że nie zobaczę. - Przyjedź, nie pożałujesz. Odłożył słuchawkę, ale o zaśnięciu już nie było mowy, wstał, ubrał się i pojechał samochodem do pobliskiego miasta - Ja mu dam nimfę - rozmyślał po drodze, wkurzony. - Ta do Niemiec kosztowała mnie dziesięć tysięcy złotych. Odszukał na domofonie numer mieszkania i zablokował agrafką przycisk, żeby domofon alarmował bez przerwy, a później pogroził Januszowi do okna pięścią i dopiero wtedy mu ulżyło i odjechał spokojniejszy do domu. Nie rozmawiał już z Januszem od tego czasu, sporadycznie dochodziły go o nim wieści, że się szlaja po knajpach ze swoją nimfą, aż w końcu ktoś mu doniósł, że oboje wylądowali w szpitalu. Podobno leżeli nieprzytomni na klatce schodowej w bloku i sąsiedzi wezwali karetkę. Po kilku tygodniach powtórzyła się podobna historia. Leżeli pijani na trawniku przed blokiem, bełkocząc półprzytomnie, żeby zadzwonić po pogotowie. Janusz trzymał w ręku kartkę, na której było napisane, co zmieszali z alkoholem, jakie psychotropy, lekarstwa. Lekarz z wezwanej karetki nie za bardzo miał ich ochotę zabrać, ale w końcu powiedział, że spróbują ich uratować, bo oboje są jeszcze młodzi. - Femme fatale - dobiegało pod adresem nimfy, z tłumu zgromadzonych przed blokiem gapiów, kiedy ją prowadzono do karetki. - To fatalna kobieta, która rozbija rodziny, sprowadza na ludzi nieszczęście. I to były ostatnie wieści, jakie do niego dotarły o Januszu, który po kilku dniach uciekł w piżamie ze szpitala i wszelki słuch o nim zaginął. Być może, to go uratowało przed nimfą, która doprowadzała swoich kochanków do zguby.
Mamiące mamidła
Od kilku lat coraz częściej buszował w internecie po czatowych pokojach, coraz bardziej uzależniając się od czata. Stukał w klawiaturę komputera z szybkością karabinu maszynowego, wystrzeliwując w wirtualną przestrzeń błyskotliwe fajerwerki. Nawiązywał znajomości z wrażliwymi na piękne słówka kobietami, brylując po kilkanaście godzin dziennie na czacie, w poszukiwaniu swojej wymarzonej królewny. Omamiony zwodniczym blaskiem wirtualnej rzeczywistości, nie do końca zdawał sobie sprawę, że grzęźnie w internetowym szaleństwie, czatoholizmie... Zamiast iść przez życie, w ponad chmurne strony, grzązł w czatowym bagnie, mamidłem zmamiony, spadający Ikar, zmamiony mamidłem, z jednym złamanym, potem z drugim skrzydłem. - Ej, Kuba, Kuba - zamigotało. - Czego ty szukasz na tym cholernym czacie? - Czy to na pewno Ty, Aniele? - No, przecież nie twoja kolejna czatowa królewna. - Pytam, bo Anioły nie przeklinają. - A, daj mi spokój, słów mi czasami do ciebie brakuje. Ślęczysz nad klawiaturą komputera jak potępieniec i rozmieniasz swoje talenty na drobne. - Do śmierci jakoś dociągnę. - Nie dociągniesz, bo ludzka dusza jest nieśmiertelna. - No, to mam bądź ile czasu. - Nie masz, bo tam, po drugiej stronie, już wszystko jest niezmienne. Jak daleko zajdziesz na tym świecie, tak daleko będziesz na tamtym. - Powinienem przyspieszyć? - Niekoniecznie, co nagle, to po diable. - Ale Ty się dzisiaj wyrażasz, Aniele... - Już ci mówiłem, że słów mi czasami do ciebie brakuje. - Aniołowi?! - Uspokoisz się, przekoro, czy się nie uspokoisz? Coraz bardziej zaczynam się zastanawiać, czy ci znowu nie przygrzać w pychol. - Nie macie prawa bić ludzi po twarzy. - Chcesz się przekonać? - Nie, nie, tak mi się tylko powiedziało, to co trzeba zrobić, Aniele, żeby znowu było dobrze? - Przestań kombinować, jak koń z pełnym wozem pod górę, bo nie jesteś koniem. - Możesz mnie nie przyrównywać do konia? - Przecież powiedziałem, że nim nie jesteś. - A kim jestem? - Urodziłeś się pod znakiem Barana. - Możesz mnie nie przyrównywać do barana? - Na owieczkę, to ty nie wyglądasz, więc przestań się czepiać. - Dobrze, ale czuwaj nade mną, Aniele. - No czuwam, ale przestań kombinować, bo jak nie, to batem. - I znowu mnie przyrównujesz... - Streszczaj się, Kuba, opowiedz o tej dziewczynie z Olsztyna. - I o kilku innych czatowych królewnach? - No, opowiedz. - Dobrze. Zapatrzył się w nie tak znowu odległą przeszłość i zaczęły się pojawiać przed jego oczami, uwięzione w czatowych komnatach królewny. Zaczęło się te jego zapoczątkowywane na czacie spotkania od dziewczyny z Olsztyna. Szczerze mówiąc, to dziewczyna nie pochodziła z Olsztyna, ale czyż to, aż takie istotne, skoro takie nieszczęśliwe, zagubione dziewczyny mogą mieszkać wszędzie? Po wielokrotnych i wielogodzinnych rozmowach na czacie, umówił się z nią w końcu Krakowie, ale nie pojechał na spotkanie i dopiero po jakimś czasie przeprosił ją za to na czacie. Odpisała, że godzinami chodziła zapłakana po ulicach i nawet zawędrowała do Parku Jordana, o którym tak jej wcześniej pięknie opowiadał. - Ale w parku - wyznała. - Było mi bez ciebie jeszcze smutniej. - Mam nadzieję, że los ci to w przyszłości wynagrodzi - pocieszał ją i przepraszał, pełen poczucia winy. - Nie szukaj miłości na czacie - przestrzegł ją na koniec. - Bo pełno tutaj wszelakiej maści grymaśników i frustratów, a nawet przestępców, którzy wciągają swoje ofiary w otchłań cierpienia i bankructwa. Czat, to nie miejsce dla takich delikatnych, wrażliwych kobiet jak ty. Starał się naprawić to, co wcześniej zepsuł, bo człowiek jest odpowiedzialny nie tylko za te uczucia, które ma dla innych, ale i za te, które w innych budzi.
Kobieta w złotych pantofelkach
Pochodziła z Krakowa i spotkali się pewnej słotnej, jesiennej soboty przy sadzawce, obok krakowskich sukiennic w Rynku Głównym. Kiedy ją zobaczył z daleka, od razu miał ochotę czmychnąć, ale przypomniał sobie dziewczynę z Olsztyna i został. Na nogach miała złote pantofelki, które tak jej pasowały do dżinsów jak kwiatek do kożucha, ale ona tego nie dostrzegała. Ostrożnie omijała kałuże, traktując złote buciki, jako przepustkę do lepszego świata, bo podczas rozmowy na czacie, zaprosił na spotkanie literackie do Jamy Michalika. Mżyło i w zapadającym zmierzchu, powietrze było przesiąknięte wilgocią. Szedł z kobietą w stronę ulicy Floriańskiej i kombinował, jakby się tu niepostrzeżenie ulotnić. Przewidywał, że to nie będzie to łatwe, bo kobieta jakby się do niego przyssała niewidzialnymi mackami. Jednocześnie budziła współczucie i denerwowała natrętną zaborczością. W pewnym momencie wysforował się z lekka do przodu i nagle skoczył w boczną uliczkę. Puścił się pędem do przodu, że ino mu wiatr w uszach zagwizdał i wpadłszy do napotkanego kościoła, ukląkł na klęczniku w mrocznym przedsionku. - Chyba ją zgubiłem - pomyślał z ulgą i rozejrzał się wokoło przytomniej. Ogarnęło go niedobre przeczucie, kiedy usłyszał z sąsiedniego klęcznika dyszenie. Puścił w tamtą stronę ostrożnego zeza i najpierw dostrzegł w półmroku złote pantofelki, a później ich zziajaną właścicielkę i wówczas zrozumiał, że w ten sposób z nią nie wygra i zabrał ją na obiecane spotkanie. Kiedy weszli do Jamy Michalika, najpierw zobaczył w rzęsiście oświetlonych salach kawiarni, koronkowe żaboty, fraki i surduty, a później jego wzrok powędrował ku stukającym po posadzce, złotym pantofelkom na wysokich obcasach. Zestresowany, zauważył jakby mimochodem, że po ich wejściu na sali zapadła chwilowa cisza, a później zaczęto go z przesadną serdecznością witać i zapraszać do mijanych stolików. Machinalnie odpowiadał na powitania, udając, że nikogo nie dostrzega i po dotarciu ze swoją znajomą do stojącej w kącie, pustej kanapy, zapadli się oboje w aksamitne, zielone poduszki. Co było do przewidzenia, kobieta natychmiast wyciągnęła do przodu nogi, żeby wszyscy mogli zobaczyć jej złote pantofle. Uniósł głowę do góry głowę, żeby na nie nie patrzeć i zaczął oglądać wiszące na ścianach rysunki, karykatury i obrazki z okresu Młodej Polski. Czytał umieszczone na nich sentencje, ale nie pojmował ich sensu, z doświetlonego lampą witraża na suficie, padało łagodne, kolorowe, stonowane światło i zdało mu się, że słyszy prześmiewczy chichot literackiej socjety Zielonego Balonika. - A to ci dopiero kabaret - młodopolscy birbanci pokazywali na niego palcami i zamruczał z tego wszystkiego pod nosem, żeby sobie dodać otuchy. - Czemu ty się, zła godzino, z niepotrzebnym mieszasz lękiem? Jesteś, a więc musisz minąć, miniesz, a więc to jest piękne. - Co mówisz? - kobieta, spojrzała na niego pytająco. - Nic. - Ale przed chwilą coś mówiłeś. - To były słowa Szymborskiej. - A gdzie ona jest? - rozglądała się wokoło. - Ale nie, przecież słyszałam, że to ty mówiłeś. Zmilczał, dostrzegłszy pewne podobieństwo swojej sytuacji z mezaliansem Wyspiańskiego. Oczywiście, niewielkie podobieństwo, bo gdzieżby śmiał się porównywać z tak wielkim artystą, nazywanym czwartym wieszczem, istniało pomiędzy nimi zbyt wiele istotnych różnic. - A jakież to różnice? - szept cichy, delikatny, ledwie słyszalny, ledwie słyszalny jak szmer strumienia. - Po pierwsze, Poetycka Bajko, nie napisałem charyzmatycznego poematu o zagubionym przez chama złotym rogu, po drugie, nie namalowałem, jak Wyspiański, prześlicznego Macierzyństwa, po trzecie, nie zaprojektowałem przepięknych witraży, po czwarte, nie jestem chory na syfilis... - Wystarczy. - Są jeszcze między nami inne różnice... - Powiedziałam, że wystarczy, opowiadaj już lepiej dalej o swoim życiu. - Dobrze. Kelnerki zaczęły roznosić kawę, ciastka i lampki z czerwonym winem. Z początku na widok wina pokręcił odmownie głową, ale widząc zawiedzioną minę kobiety, wziął przynależne kawom dwie lampki wina i dwa tortowe ciastka. - Nie piję alkoholu - wyjaśnił i kobieta chętnie wypiła obie lampki. Przy drugiej stwierdziła rozluźniona, że tutaj jest całkiem fajnie. Mniej więcej po godzinie uznał, że wystarczy i zaczął się zbierać do wyjścia, a później na ulicy chciał się pożegnać, ale kobieta powiedziała, że go odprowadzi na dworzec. Poszli obok siebie jak para narzeczonych, po drodze próbowała go wziąć za rękę, ale udało mu się zrobić skuteczny unik. Zanim wtopili się oboje w zasnuwającą ulicę, jesienną mgłę, kątem oka dostrzegł wybiegającego z kawiarni literata, który spoglądał za nimi ze złośliwą uciechą. W pierwszej chwili miał zamiar pomachać mu przekornie ręką, ale później pomyślał zrezygnowany, że szkoda na miernotę czasu i atłasu. Pożegnał się z kobietą na dworcu bez zbędnych czułości i wsiadłszy do wagonu, stanął na korytarzu przy oknie, a ona stała na peronie, czekając na odjazd pociągu. Biegła później po peronie i machała na pożegnanie kapeluszem. Stojąc w oknie, czekał na całkowite opadnięcie kurtyny i odmachał jej ręką, kiedy peron zaczął znikać za zakrętem. Chciał, żeby zachowała o nim dobre wspomnienia, skoro człowiek jest odpowiedzialny za budzone w innych uczucia.
Czatoholiczka z Ratuszowej
Umówił się z nią w kawiarni mieszczącej się w podziemiach krakowskiego ratusza, wchodziło się do niej z płyty rynku przez żelazną furtę u podnóża wieży, schodząc na dół po kamiennych, stromych schodkach. Opowiadała wcześniej na czacie, że ma trzydzieści cztery lata i na tyle mniej więcej wyglądała. Spod grubej warstwy pudru i makijażu, prześwitywały na jej twarzy resztki dawnej urody. Po zejściu do podziemi, minęli kilka lochów przerobionych na kawiarniane sale i usiedli w jednym z bocznych pomieszczeń. Palące się na stolikach w lichtarzach świece, tworzyły specyficzny, kameralny klimat, podkreślany przez kelnerki, ubrane w średniowieczne stroje krakowskich mieszczek. Kręciły głowami, przystrojonymi w wysokie czepce i zamiatały po ziemi trenami długich, powłóczystych sukni. Nie czuł sympatii do tej masywnie zbudowanej kobiety, przypominającej utajony huragan i dlatego obserwował ją uważnie, utrzymując ostrożny dystans. Próbowała go skrócić, opowiadając o swoim uzależnieniu od internetu. Powiedziała, że codzienne spędza na czacie po szesnaście godzin, umawiając się na randki z poznanymi mężczyznami. Mąż ją zostawił, a sąd jej odebrał prawa rodzicielskie i umieścił dwójkę dzieci w rodzinie zastępczej. - Kazali mi na rozprawie sądowej sprzedać komputer - wyjaśniła zachmurzona. - A kiedy nie sprzedałam, to mi odebrali dzieci. Powiedziała, że nie jadła od rana, więc jej zamówił herbatę i szynkę z sałatką, dla siebie biorąc tylko herbatę. Jadła szybko i zachłannie, po skończonym posiłku poprosiła, żeby jej zamówił jeszcze jedną porcję. - Mogę przez całą dobę nic nie jeść - powiedziała. - Ale kiedy już zacznę, to nie mogę się powstrzymać. - A kiedy zaczniesz pić? - To to też się nie mogę powstrzymać. Poprosiła o piwo, kiedy kelnerka przyniosła drugą porcję szynki, i wówczas powiedział, że piwa nie postawi. - Takie mam zasady - wyjaśnił. - Nie piję, nie kupuję i nie częstuję alkoholem. Odpowiedziała, że reguły posiadają wyjątki, ale zripostował, że tym razem wyjątku nie będzie. - Gdybyś wypiła piwo, tobyś się nie mogła powstrzymać, a ja nie jestem milionerem, żeby przepłacać za alkohole w takim drogim lokalu. - Palisz? - zapytała, a kiedy zaprzeczył, zaczęła tracić humor. - A możesz mi zamówić kawę? - Mogę, a można wiedzieć, czemu nosisz przeciwsłoneczne okulary? Zdjęła je, pokazując nienaturalnie przekrwione oczy. - Mam chroniczne zapalenie spojówek, od komputera. Spojrzała na niego tak jakoś dziwnie, że ogarnęło go uczucie zagrożenia, kiedy to zauważyła, ubrała z powrotem okulary. Chwilę później zadzwonił jej w torebce telefon. - Jest zawiedziona ze swoim gachem - pomyślał, przysłuchując się jej rozmowie. - Że sprawy nie idą tak jak sobie zaplanowali. I właśnie wtedy podjął decyzję, że trzeba się stąd wynosić. Cierpiała jednocześnie na anoreksję i bulimię, przerzucała się ze skrajności w skrajność, uzależnienia lgnęły do niej jak komornicy do bankrutującego dłużnika. - Zapłać i wychodzimy - powiedziała, chowając do torebki telefon. - Nie pijesz i nie kupujesz alkoholu, więc odwiedzimy mojego znajomego bez wódki. - Nie odwiedzimy - pokręcił przecząco głową. - I wychodzimy osobno. - Czujesz do mnie pogardę? - A niby dlaczego miałbym czuć, skoro sam się swego czasu szlajałem po knajpach połowy Europy? - No, to nie jesteś lepszy ode mnie. - To nieistotne, bo nie porównuję się z innymi. - Jeszcze trochę tych twoich mądrości - syknęła. - I ten talerzyk ci wyląduje na głowie - położyła rękę na talerzyku. - Jak zdążysz - spoglądał na nią z ledwo widocznym uśmiechem. - Jesteś policjantem? Nie odpowiedział. - Kuratorem? Dalej nie odpowiadał. - Dlaczego nic nie mówisz? Zawołał kelnerkę i zapłaciwszy rachunek, zabierał się do wyjścia i wtedy powiedziała, że nie ma na tramwaj. Wyciągnął dwa złote i położył na stoliku, a kiedy dodała, że chciałaby na papierosy, dołożył jeszcze dziesiątkę i zniknął w labiryncie podziemnych korytarzy. Rozglądnął się bacznie po wyjściu na płytę rynku i szybko ruszył do stacji kolejowej, a później wrócił pociągiem do domu. Zaczepiała go jeszcze przez jakiś czas na czacie, więc w końcu ją zignorował i dopiero wtedy zostawiła go w spokoju.
Część 55 / 6
Słomkowy kapelusz
Nie musicie wierzyć, że ta kobieta pochodziła z Rzeszowa, ale uwierzcie, że istniała naprawdę. Po kilku rozmowach na czacie, poprosiła żeby jej posłał swoje trzy powieści, zapewniając, że prześle należność pocztą po otrzymaniu książek. Zaryzykował i posłał jej trylogię, i od tego czasu, wszelki słuch o kobiecie zaginął. Rozpoznał ją po jakimś czasie, kiedy zaczęła się z nim kontaktować na czacie pod innym nickiem, ale nie dał po sobie poznać, że się zorientował, z kim ma do czynienia. Nalegała na spotkanie, więc w końcu do niej pojechał pociągiem, nie za bardzo wiedząc, po co jedzie, bo się niczego po tym spotkaniu nie spodziewał. Wyszła po niego na dworzec, miała koło trzydziestki, powiedziała, że mieszka w pobliżu i zaprosiła go do mieszkania. Zawahał się przez moment, ale na dworze było zimno, więc przyjął zaproszenie i poszli do niej do domu na piechotę spacerkiem. Wynajmowała pokój z kuchnią w oficynie niedaleko dworca. Zaplanowała wcześniej spotkanie, bo na stole w kuchni leżały na talerzyku herbatniki. Zrobiła dwie słabe, słomkowe herbaty i kiedy usiedli oboje przy stole, bez przerwy zagadywała, jakby się bała milczenia i ciszy. Siedzieli w kuchni, bo powiedział, że w kuchni czuje się lepiej, wokoło stołu biegała piątka dorastających dzieciaków. Mamusiu, już można? - dopytywały i co chwila któreś podbiegało do stołu, chwytało herbatnika i zjadało go w kącie ukradkiem. Kobieta przyglądała mu się z przebiegłym uśmiechem i w końcu powiedziała z przechwałką w głosie, że to ona wyłudziła książki. Domyślił się tego od dawna, dla niego była zwykłą złodziejką, ale nic nie powiedział, bo żal mu było spoglądających na niego z ciekawością dzieciaków. Najbardziej mu się przypatrywał najmłodszy, może pięcioletni chłopczyk, który ciągle do niego podchodził, jakby się chciał przytulić. Kiedy się do dziecka uśmiechnął, ośmielony malec podszedł i wziął go za rękę. - Chodź, prześpij się z mamusią - pokazał na widoczną w pokoju kanapę. Wziął malca na kolana, przygarnął i przytulił do siebie, a później wyciągnął z kieszeni dwa złote i dał dziecku na czekoladę. Chłopczyk szybko porwał pieniążek i zacisnął w drobnej piąstce, co jakiś czas wstrząsały nim ataki suchego kaszlu. Dziecko przytulało się wtedy mocniej, jakby szukało u niego pomocy i wówczas czuł, jak ten przeraźliwy, dziecięcy kaszel przenika go do głębi serca. - Jak ci, maluszku, na imię? - zapytał. - Janek, ale możesz mi mówić, Jasiu. - Chcesz się, Jasiu, napić herbaty? - Gorąca? - Gorąca, uważaj, żebyś się nie poparzył, nabieraj powoli na łyżeczkę i dmuchaj. - To dobrze, że gorąca, bo mi zimno - powiedział zadowolony chłopczyk, z zadowoleniem siorbiąc herbatę z łyżeczki. Obejmował szklankę zziębniętymi rączkami, a kiedy już mu się nagrzały paluszki, to przykładał je szybko do zmarzniętych policzków i na jego buzi pojawiał się szczęśliwy uśmiech. Patrzył na uradowane dziecko i pomyślał, że czasami do szczęścia wystarczy szklanka gorącej herbaty. Dopiero teraz zauważył, że w mieszkaniu jest bardzo zimno, z początku tego nie zauważył. Trójka starszych dzieciaków spoglądała zazdrośnie na Jasia, a najstarsza, może dziesięcioletnia dziewczynka, patrzyła raz na braciszka, a raz na niego z ukrytą pretensją. Wyczuwał, że coś przegapił, ale nie potrafił zaskoczyć i dopiero kobieta mu pomogła. - Tak się nie robi - powiedziała z przyganą. - Jak dałeś najmłodszemu na czekoladę, to należało dać wszystkim. - No, masz ci los - pomyślał. - Najpierw wyłudziła ode mnie książki, a teraz wychodzi na to, że to ja jestem głównym winowajcą, ale co do dzieci, to ma rację. Sięgnął do kieszeni, ale nie miał więcej dwuzłotówek. - Możesz im dać papierowe - kobieta obserwowała go uważnie. - Na pewno, jako powieściopisarz, zarabiasz grube pieniądze, tantiemy, nagrody, honoraria... Przyznaj się od razu, ile masz w portfelu? - udawała, że żartuje. - Ano, walą do mnie pieniądze drzwiami i oknami - uśmiechnął się z gorzką ironią. - Wszyscy byście chcieli książki za darmo i jeszcze byście mi liczyli, ile utargowałem. - No, ile? - Ano tyle, co na tobie, napal w piecu i zrób dzieciom herbaty. - Muszę oszczędzać na węglu. Zsadził malca z kolan i kierując się do wyjścia, powiedział, że za chwilę wróci. Kupił w sklepie pięć czekolad i poprosiwszy przy wydawaniu reszty o cztery dwuzłotówki, wrócił do mieszkania i dał całej piątce po czekoladzie, a pozostałej czwórce po dwuzłotówce. Zbierając się do wyjścia, zauważył, że kobieta zaczyna się ubierać, żeby go odprowadzić i przypomniała mu się kumpela w złotych pantofelkach. - Nie będzie żadnego odprowadzania - powiedział i dodał, widząc, że kobieta dalej się ubiera. - No, chyba, że masz kapelusz. - Kapelusz? - zastygła z ubranym do połowy płaszczem. - Do powiewania na peronie, przy odjeździe pociągu. I wtedy chłopiec podbiegł do szafy i wyciągnął z niej duży, słomkowy kapelusz z różową wstążką. - Ja tylko tak, Jasiu, żartowałem - pogłaskał chłopca po głowie i zablefował, zwracając się do kobiety. - Nie idę jeszcze do pociągu, bo oprócz ciebie, umówiłem się z dwiema innymi. - Od razu wiedziałam, co z ciebie za ziółko! - wykrzyknęła ze złością. - Że też musiałam akurat na ciebie trafić. - No właśnie, masz pecha, że trafiłaś akurat na mnie - przytaknął i dodał, kładąc na stole pieniądze. - A to na węgiel i na syrop dla Jasia, nie mogę dać więcej, bo by mi brakło na powrotny bilet. Uśmiechnął się do dzieci i wyszedł z mieszkania, zamykając szybko drzwi, żeby nie wpuszczać zimna. Wracał do domu, stojąc w pociągu na korytarzu przy oknie, zamyślony nad swoim kolejnym uzależnieniem, tym razem od czata. I pomyślał, że droga do wieczności wiedzie poprzez ciągłe wyzbywanie się uzależnień i że jest to proces trwający do śmierci. - A czasem nawet po śmierci - szept cichy, delikatny, ledwie słyszalny... - Masz na myśli czyściec, Poetycka Bajko? - Tak, czyściec, który jest darem miłosiernego Boga, bo gdyby nie było czyśćca, to dusze w nim cierpiące, musiałyby iść do piekła. - Dzięki, że się o mnie troszczysz, Poezjo, nie wiem, jak Ci dziękować za wszystko. - Pisz dalej, pisz dalej, pisz dalej… - Dobrze. Dwa tygodnie później umówił się na kolejną randkę i pojechał samochodem do Świnoujścia, ponad tysiąc kilometrów.
Syrena
Przegadali na czacie wiele nocy i w końcu się zdecydował, że do niej pojedzie, na drugi koniec kraju. Miała wdzięczny nick, syrena, zachwalała nadmorski ośrodek wypoczynkowy i to przeważyło, że pojechał go zobaczyć, planując zorganizowanie nad morzem kolonii dla dzieci. Jechał i jechał, coraz bardziej głodny, kilkakrotnie próbował po drodze stanąć na posiłek, ale rezygnował, widząc, że przydrożne gospody są obstawione przez tirówki. Oferowały swoje usługi, podbiegając do samochodów,, dyskretnie asekurowane przez alfonsów. Dochodziła dziesiąta wieczorem, kiedy stanął przed restauracją, stylizowaną na zbudowany z kamienia zameczek. Jeszcze nawet na dobre nie wysiadł z samochodu, a już podbiegły do niego dwie młode, roześmiane dziewczyny w czerwonych kostiumach i zaczęły go prowadzić do restauracji, ująwszy z obu stron za ręce. Nie za bardzo mógł zrozumieć, co mówiły, bo aż mu się z głodu kręciło w głowie. - No, moje panie, drinków, to ja wam stawiał nie będę - pomyślał, kiedy wyłowił słowo, drink, ze śpiewnej, ukraińskiej mowy. Wyswobodził się delikatnie z ich objęć i zawróciwszy, wsiadł do samochodu i pojechał w dalszą drogę. Dochodziła druga po północy, kiedy za Gorzowem Wielkopolskim, po przejechaniu ponad sześciuset kilometrów, zjechał półprzytomny do jakiegoś motelu. Zjadł spóźniony obiad i zapłaciwszy sto złotych za pokój, przytulił z westchnieniem ulgi, przytulił głowę do poduszki. Zasypiając, przypomniał sobie, jak dziesięć lat wcześniej w podobny sposób jeździł samochodem do Kolonii. W jedną stronę ponad tysiąc tysiąc dwieście kilometrów. Kiedy zasypiał w domu, po powrocie z takiej dalekiej podróży, to po przebudzeniu nie potrafił rozewrzeć zaropiałych oczu. - Jeszcze wcześniej - rozmyślał. - W podobny sposób, bez umiaru, samobójczo piłem, aż do wyczerpania sił witalnych organizmu. Westchnął ciężko, przypominając sobie tamte czasy, kiedy zarabiał grube miliony, które przeminęły z wiatrem. W dużej mierze z powodu zawiści jego siostry, która go pilnowała, żeby się czasem nie wzbogacił. Od osiemnastu lat zachowywał trzeźwość, ale jego myślenie było ciągle pijane. Ciągle popełniał te same błędy, jakby coś rzucało na niego uroki, przeszkadzając mu w odnajdywaniu właściwej drogi. I właśnie teraz znowu mu odbiło i jechał nad morze, na drugi koniec kraju, na spotkanie z czatową syreną. Zajechał i zamiast wdzięcznej syreny, zobaczył drapieżną ośmiornicę i postanowił jak najszybciej wracać z powrotem, i wtedy mruknęła z pretensją w głosie. - Powiedziałam w domu, że nie będzie mnie do jutra. Milczał przez chwilę, rozmyślając, że do jutra, to by go ta ośmiornica wyssała do szczętu, a później zaproponował, żeby pojechali zobaczyć zachwalany przez nią wcześniej ośrodek kolonijny. Kiedy zajechali na miejsce, okazało się, że do roli ośrodka pretendują dawne, poradzieckie koszary. Przy bramie czekał na nich właściciel, uwłaszczona nomenklatura, który przedstawił się jako pułkownik, ale ani razu go tak później nie nazwał. Rozległy, zadrzewiony teren otoczony był ogrodzeniem, zwieńczonym u góry kolczastym drutem. Przygnębiająco wyglądające budynki z czerwonej cegły stały w sosnowym lesie, na krańcach którego prześwitywało morze. Na plaży straszyły wystającymi z piasku lufami dwa zardzewiałe czołgi. - Amunicja w pobliżu? - pokazał na przysypane piaskiem tankietki. - Wciągnij powietrze, to poczujesz zapach jodu - powiedziała syrena. Ujęła go poufale pod rękę i pociągnęła po wydmach, po chwili miał w butach pełno mokrego piasku. Kiedy zawrócili do ośrodka, zaproponowała, żeby się w nim przespał, a rano zobaczy, jakie tutaj nad morzem piękne wschody słońca. Weszli do głównego budynku i zawołany dozorca, otworzył jeden z pokoi na parterze. Zionęło z niego lodowate zimno jak z psiarni i właściciel, widząc jego niezadowolona minę, polecił dozorcy przynieść i załączyć termowentylator. Nie pasował mu ten ośrodek, ale na razie nic nie mówił, bo podczas rozmów na czacie, syrena zaproponowała kuszące ceny. Postanowił to sprawdzić i zapytał, czy podane wcześniej ceny są aktualne i wówczas właściciel zaczął kręcić, że wcześniejsze ceny odnoszą się tylko do pokoju kolonijnych wychowawców, a pozostałe ceny zależą od standardu. Ponieważ wszystkie pokoje posiadały niski standard, zapytał, czym się od siebie różnią. - W tych od północy słychać kojący szum morza, a te od południa mają więcej słońca. - Podczas sztormu? - Niech się pan prześpi, a jutro przyjadę i porozmawiamy o cenie - zaproponował właściciel. Skinął w odpowiedzi głową i po odjeździe nomenklatury, dał dozorcy jedną ze swoich powieści i został przez niego zaproszony do dozorcówki na herbatę, przy której dowiedział się o o syrenie niejedno. - Latem, prowadzi pułkownikowi ośrodek - opowiadał stary człowiek. - Niech pan na tę despotkę uważa, wpędziła w narkotyki własnego syna. Zmierzchało, kiedy poszedł do siebie, ale grube mury pokoju tak były wyziębione, że nie pomogła włączona farelka. Szczękał pod kołdrą zębami, naiwnie licząc, że w końcu zrobi się ciepło, ale po godzinie stracił nadzieję i zaczął się zastanawiać nad natychmiastowym powrotem do domu. Decyzję pomogły mu podjąć światła parkującego samochodu i pohukiwanie syreny na dozorcę. - Wróciła! - pomyślał, wyskakując z łóżka i wyglądając przez okno. Wiatr od morza przynosił specyficzny zapach mokrych wodorostów. Błyskawicznie wciągnął ubranie, wrzucając resztę rzeczy do torby, i wyskoczył przez okno, kiedy syrena wchodziła do środka. Wsiadł do samochodu i po chwili pozostał po nim tylko siwy dym. Zatrzymał się za bramą i zamknąwszy oba skrzydła, zatrzasnął na nich, wiszącą obok kłódkę - Jeżeli zacznie mnie gonić, to tutaj jej trochę zejdzie - pomyślał i wyruszył w powrotną drogę. Zaczepiała go później na czacie, próbując namówić na wynajęcie ośrodka, więc jej w końcu odpisał, żeby go nie próbowała niszczyć, jak syna i dopiero wtedy go zostawiła w spokoju.
Stare złoto
Nie pamiętał kto kogo pierwszy zaczepił, miała na czacie nick, stare złoto, i mówiła, że chociaż jest po pięćdziesiątce, to mężczyźni jeszcze się za nią oglądają na ulicy. Umówili się, że po nią wstąpi i pojadą razem na Słowację, bo szuka miejsca na kolonię dla dzieci i chciałby oglądnąć kilka termalnych kąpielisk. Pojechał na spotkanie samochodem, jakieś sto pięćdziesiąt kilometrów, i zjawił się u niej na Górnym Śląsku pewnego sobotniego wieczoru. Mieszkała w bloku i kiedy zadzwonił, to otworzyła mu śliczna, młoda, uśmiechnięta dziewczyna. Patrzyła z życzliwym zaciekawieniem i w pierwszej chwili pomyślał, że bingo, ale zaraz przyszło otrzeźwienie, że przecież pięćdziesięcioletnia kobieta nie może wyglądać na dwudziestoletnią. - Dobry wieczór, mam na imię Kuba i przyjechałem na spotkanie - przedstawił się grzecznie i został zaproszony do pokoju. - Mama zaraz przyniesie herbatę - wyjaśniła i po chwili do pokoju weszła starsza kobieta z dwoma herbatami na tacy. - Nie za mało dwie herbaty? - zapytał i wówczas wyjaśniła, że córka zaraz wychodzi na spotkanie z chłopakiem. Kobieta faktycznie była po pięćdziesiątce, mogła mieć gdzieś tak koło siedemdziesiątki, w wiszącym na ścianie lustrze, widać było prześwitującą na jej na głowie łysinę. - Faktycznie, masz włosy, jak stare złoto - nawiązał do jej czatowego nicku, bo miała na rudo ufarbowaną fryzurę. - Nie tylko włosy - powiedziała obiecująco. Zmilczał i podarował jej w prezencie jedną ze swoich powieści, z wpisaną dedykacją. Kiedy się do niego uśmiechnęła obiecująco, pomyślał, że w starym piecu diabeł pali i na poczekaniu zaimprowizował plan odwrotu. Powiedział, że pojedzie się przespać do hotelu, a jutro rano wróci i pojadą na Słowację. - Mam nadzieję, że jesteś zdrowy? - zapytała, a kiedy nie odpowiedział, dodał, żeby zatelefonował, jak już będzie w hotelu. Jadąc przez miasto, stanął na widok bazyliki i postanowił wejść się pomodlić, procentowała, ciągle słyszana od mamy zachęta, żeby nawiedzał napotykane kościoły. Dochodziła ósma wieczorem, kościół był zamknięty, ale zajrzał do środka przez szczelinę w uchylonych drzwiach, spiętych łańcuchem. Stał na kościelnym dziedzińcu, szarpany porywistym wiatrem, i patrząc na cudowny obraz Matki Bożej Sprawiedliwości, modlił się po cichu w nocnych ciemnościach. Dwie godziny później dojechał do polsko słowackiego przejścia granicznego w Zwardoniu. Niżej jeszcze trwała jesień, ale tutaj w górach już leżały na poboczach drogi zwały śniegu, powietrze było rześkie i ostre. Zatrzymawszy się na nocleg po polskiej stronie, zatelefonował do starego złota i poinformował ją, że właśnie dojechał do słowackiej granicy. A później, kiedy zasypiał, przyszła mu powiedzieć, dobranoc, Poetycka Bajka. - Masz bezwzględny stosunek zarówno do siebie, jak i do otoczenia - zaszeptała cichutko i trochę smutno. - Życie mnie nie rozpieszczało, tak zostałem wychowany, Poezjo. - Ale teraz już sam siebie wychowujesz, więc postaraj się zwyciężać zło dobrem. - Mam odpłacać wrogom dobrem za wyrządzone zło? - Masz z nimi dobrem zwyciężać, jeżeli twoje dobro przyjmą, to znaczy, że ci się dobrem odwdzięczą, a jeżeli ci się nie odwdzięczą, to znaczy, że twoje dobro odrzucili, ale wtedy też nie będziesz stratny, bo twoje dobro do ciebie powróci. - No, wiem... - Jesteś empatycznym, wrażliwym człowiekiem i mam nadzieję, że z wiekiem będziesz się stawał dla siebie i ludzi łagodniejszy, wyrozumialszy. - Między innymi, dzięki obcowaniu z Tobą, Poezjo. - Dobranoc. - Dobranoc, Córko Niebieskiego Wiatru. Na drugi dzień zjadł wliczone w cenę pokoju śniadanie i pojechał na Słowację. W ciągu kilku dni, zwiedził samotnie kilka termalnych kąpielisk, ale ceny były tak wyśrubowane, że zorganizowanie w nich kolonii nie wchodziło w rachubę. To była jego ostatnia, czatowa randka w ciemno, poszedł w końcu po rozum do głowy, zwłaszcza, że na czacie wprowadzono kamerki. Bywało, że się jeszcze umawiał z rozpędu, zauroczony jakąś piękną buzią, ale bardzo szybko przychodziło otrzeźwienie i odmawiał umówione spotkania. Nie pozwalał się również naciągać na długie rozmowy, uzależnionym od telefonu kobietom. Z pośród poznanych na czacie kobiet, najbardziej mu było żal tej pierwszej z Olsztyna. I jeszcze takiej jednej dziewczyny, rozpaczliwie poszukującej miłości. Ani się z nią nie umawiał, ani jej wcześniej niczego nie obiecywał, a pomimo to zatelefonowała do niego pewnego razu, że się jej zepsuł w podróży samochód i że nocuje w hotelu, w jego rodzinnym mieście. Poszedł, spotkał się z nią przy kawie w hotelowej kawiarni, a później chciał ją na pożegnanie przytulić, ale odsunęła się gwałtownie. Wychodząc, zobaczył, że płacze, więc zawrócił i porozmawiał z nią jeszcze przez chwilę. - Nie mniej od ciebie tęsknię za miłością - powiedział. - Ale należę do pokolenia samotnych pośród tłumu ludzi, którzy dopiero późną nocą, przy szczelnie zasłoniętych oknach, umierają w swoich domach z braku miłości. A później ją z zaskoczenia ciepło przytulił, uśmiechnęła się odruchowo, uradowana, i powędrował dalej ku kolejnym szczytom życia. Bo jak powiedział sycylijski noblista, każdy stoi sam na sercu ziemi, przebity promieniem słońca, i nagle jest wieczór.
Rozdział czwarty
Uzależnienie od czata trwało u niego około trzech lat, opisał to częściowo w poprzednim rozdziale. Ale żeby obraz owych lat był pełniejszy, należy jeszcze wspomnieć o odbywających się w realu spotkaniach czatowej społeczności, oraz o agencjach towarzyskich. Na pierwsze takie czatowe spotkanie wybrał się samochodem w góry. Wcześniej sprezentował niektórym kobietom swoje powieści i teraz spoglądały na niego z życzliwym zaciekawieniem. W przytulnej, kameralnej atmosferze domu wczasowego bawiono się przy muzyce z magnetofonu, na zastawionych stołach nie brakowało jedzenia i alkoholu. Obserwował towarzystwo z pełnym przyjaznego zainteresowania dystansem, klimat spotkania trochę przypominał rykowisko. Samce wprawdzie nie ryczały, ale spoglądały jeden na drugiego wilkiem, jako na potencjalnego rywala. Rozglądał się wokoło, jakby od niechcenia, w poszukiwaniu swojej wyśnionej królewny. To była dla niego zawsze najmilsza chwila takich spotkań. Właściwie, to na tym poprzestawał. Gonienie króliczka sprawiało mu większą frajdę, aniżeli jego złapanie. Większość obecnych była ludźmi po przejściach, którzy uciekając przed samotnością, starali się tutaj znaleźć trochę ciepła, szczęścia, czasem jakąś pomoc, pociechę w rozwiązywaniu swoich problemów. Nie brakowało również podstarzałych lowelasów, którzy, chcąc oszukać czas, farbowali na czarno resztki siwych włosów i zaczesywali je wstrętnymi jęzorami na swoje łysiny, z jednego boku głowy na drugi. Szczerze mówiąc, nie można było tym mężczyznom niczego szczególnego zarzucić, tym bardziej uśmiechającym się ciepło kobietom. Po krótkiej, nieobowiązującej rozmowie, proponowały przechadzkę, ale nie dawał się wyciągnąć z domu, żeby mu na dworze nie zrobiły w ciemnościach krzywdy. Kiedy się zorientował, że kilka kobiet zagina na niego parol, ulotnił się po cichu i wrócił samochodem do domu.
Bukiecik fiołków
Słodko pachnące, utkane z fioletowego aksamitu fiołki, to naprawdę śliczne kwiatki. Te akurat rozkwitły jesienią w ogrodzie u pięknej, samotnej kobiety, mieszkającej w zabytkowym dworku na wzgórzu, w zielonej dzielnicy miasta. Miała na czacie wielu znajomych, których zapraszała co jakiś czas do siebie i dlatego pewnego sobotniego popołudnia znalazł się u niej na urodzinach. - Przyjedź i ty - zaprosiła go wcześniej na czatowym privie. - W moim ogrodzie rosną fiołki, podobne do tych opisywanych przez ciebie w powieści. Zajechał około czwartej po południu, nie było jeszcze zbyt wielu gości, i usiadł samotnie na kanapie, obserwując zbierające się powoli towarzystwo. Jego niepokój wzbudził nadskakujący solenizantce samiec alfa, więc go zaraz na samym początku do niej pochwalił, licząc że ona mu tę pochwałę przekaże w odpowiednim momencie. Wcześniej kupił jej na urodziny bukiecik fiołków i teraz go wręczył z kurtuazyjnym komplementem, że każdy kwiatek symbolizuje jeden rok jej życia. - Przecież tutaj jest tylko siedemnaście - zawołała rozbawiona, policzywszy kwiatki. - No właśnie, czyli tyle ile potrzeba. Roześmiała się wdzięcznie i powiedziała, że powinno być o piętnaście więcej. Siedzący naprzeciwko niego samiec alfa, odezwał się zazdrośnie, że Kuba mu się nie podoba. - A Kuba cię przed chwilą pochwalił - wtrąciła się solenizantka. - Powiedział, że wyglądasz na porządnego faceta. - Tak powiedziałeś? - zapytał zbity z tropu samiec. - Jak ci nie pasuje, to mogę odwołać - odpowiedział ugodowo i speszony alfa spasował. - Kuba wspomina w szklanej górze o rosnących w ogrodzie jego dzieciństwa fiołkach - wtrąciła solenizantka. - Chodźmy do ogrodu, to wam pokażę moje - zaproponowała i towarzystwo zaczęło wychodzić na wiodący do ogrodu taras. I wtedy powiedział do solenizantki, wycelowawszy w alfę palcem. - On nie idzie! - Ja nie idę?! Sczerwieniały na twarzy samiec, zagulgotał jak indor. - Tak, ty nie idziesz! - A dlaczego nie idę?! - Bo nie lubisz fiołków. - A skąd wiesz, że nie lubię?! Naindyczony samiec, szykował się do bezpośredniego ataku. - No, to jak lubisz, to chodź. Odwrócił do alfy plecami i wyszedł do ogrodu, a za nim roześmiana reszta. - Dziękuję za pozwolenie - pomrukiwał samiec, kiedy szli w stronę fiołkowego wzgórza. - Harcownik się znalazł! Chce mnie psychicznie wykończyć! Stres, adrenalina, ciśnienie mi podskoczyło chyba na trzysta - dosyć błyskotliwie odrabiał po drodze straty. Fiołki były naprawdę śliczne, pokrywały wzgórze fioletowym dywanem, najwięcej ich rosło wzdłuż zbudowanego ze sztachet, drewnianego płotu. Urwał piętnaście i wręczył solenizantce, dodając, że to do kompletu, do tych wcześniejszych. - Teraz będzie tyle, ile powinno - dodał z uśmiechem. - Niech twoje opowiedzą moim o królewnie, która mieszka w innej bajce. - Mówią do siebie? - samiec nachylił się nad kwiatkami, ale solenizantka zabrała mu je sprzed nosa. - Lepiej, żebyś nie słyszał - powiedziała. - Bo ci znowu podskoczy ciśnienie i dostaniesz palpitacji. Spojrzał z udawaną troską na alfę i pokiwał współczująco głową, a godzinę później pożegnał zebranych i wrócił do domu.
Lambada
Pod koniec jesieni spotkał się z czatownikami w kawiarni na krakowskim Kazimierzu, a później się wszyscy przenieśli na dancing do restauracji przy placu Mariackim w śródmieściu. Podczas przenosin, do jego forda wsiadło siedmioro, a reszta do dwóch innych samochodów i po chwili już zsuwali na sali dancingowej stoliki i rozpoczęła się trwająca do pierwszej w nocy balanga. Orkiestra co jakiś czas grała modną wówczas lambadę i tak mu się spodobała ta melodia, że ją raz za razem zamawiał u roześmianych muzyków. - Lambada, to bardzo zmysłowy taniec - nawijał do rozbawionych kobiet podczas tańca. - Widziałem raz w telewizji, jak lambadę tańczyły prawie nagie Indianki. na biodrach wprawdzie miały zrobione z trawy opaski, ale trawa, jak to trawa, ciągle się odchylała na wietrze i... Wiecie co?! Proponuję, żebyście się rozebrały i żebyście sobie zrobiły na biodrach opaski z obrusów. Jak chcecie, to pójdę do kierowniczki i poproszę, żeby pożyczyła wam do tańca obrusy - namawiał, ale roześmiane kobiety powiedziały, że nie będą tak tańczyć. Uśmiechnięte kelnerki, spoglądały z zaciekawieniem na rozbawione towarzystwo, które co jakiś czas dzieliło się na pary i wychodziło na spacer po krakowskich plantach. Jedna z dziewczyn dostała po kilku piwach takiego pałera, że latała tam i z powrotem jak meserszmit. Podobała mu się od początku, ale postanowił się trzymać od niej z daleka, bo znał ten rodzaj kobiet i wiedział, że prędzej, czy później, zaczynają się z nimi kłopoty. Po północy zaczął się żegnać i wtedy podniosła się od stolika niedawna solenizantka i poprosiła, żeby ją odwiózł do domu. Kiedy schodzili po schodach, o mało nie doszło do zderzenia z nadlatującym meserszmitem. - Gdzie idziecie? - zapytała, zatrzymując się na schodach i zagradzając im drogę, rozpostartymi jak skrzydła rękami. - No, przecież nie będę sama wracała po nocy - wyjaśniła solenizantka. Schodząc z solenizantką do szatni, zobaczył, jak zamyślona meserszmit stoi przez chwilę na schodach, a później podbiega do orkiestry, która po chwili zaczęła grać melodię o słodkich fiołkach. - Słodkie fiołki, słodsze niż wszystkie róże - śpiewała meserszmit do mikrofonu, na co jej w odpowiedzi odmachał z uśmiechem ręką, a później poszedł na parking do samochodu, razem z solenizantką. - Jestem Alicja - przedstawiła się po drodze, wyciągając na powitanie rękę. Trzymał przez chwilę jej chłodną dłoń w swojej ciepłej dłoni, a później wsiedli od samochodu i pojechali ulicami, rozjarzonego latarniami miasta. Migające, kolorowe neony na mijanych budynkach przemieniały szarą prozę życia w poetycką bajkę. I tak się jakoś porobiło umiarkowanie i śpiewnie, i zacytował urywek lirycznego wiersza Asnyka, zmieniając trochę słowa... Między nami nic nie będzie, żadnych zwierzeń, wyznań żadnych, nic nas z sobą nie połączy, prócz fiołkowych marzeń zdradnych. Zmilczała w odpowiedzi i odezwała się dopiero, kiedy dojeżdżali do jej domu - Zbliżamy się do fiołkowego wzgórza - powiedziała. - Ale z dwóch różnych stron lustra - uzupełnił ze smętnym uśmiechem, na co smutno skinęła głową. - Pamiętam, jak powiedziałeś na moich urodzinach, że twoje fiołki z innej bajki. I wówczas zacytował urywek swojego wiersza. - Kolorowe światy, baśnie wiecznie śnione... - Nie chcesz dotknąć lustra, przejść na moją stronę? - zapytała i wtedy się domyślił, że czytała w internecie na literackim portalu jego wiersze. Kiedy stanęli przy furtce, wyciągnęła na pożegnanie rękę i wówczas podał jej swoją, a później się do niej mocno przytulił. I tak trwali w przytulonym milczeniu... Między nimi nic nie było, żadnych zwierzeń, wyznań żadnych, nic ich z sobą nie łączyło, prócz rozkwitłych marzeń zdradnych. A później się od niej oddtulił i poszedł w stronę samochodu. Po drodze poczuł, że robi mu się słabo, odebrała mu wiele energii, ale po chwili mu przeszło. Odjeżdżając, widział ją we wstecznym lusterku, jak idzie gibkim, harmonijnym krokiem do swojego pełnego pięknych obrazów, pustego domu. Jasna, piękna, wysmukła i zgrabna, rozświetlona światłem księżyca, pośród nocnych ciemności. Otworzyła furtkę i weszła do ogrodu, w którym kwitły prześlicznym, aksamitnym dywanem, ciemnoniebieskie fiołki. Podobne do tych, jakie zapamiętał z ogrodu swojego dzieciństwa. Wróciwszy do domu o drugiej w nocy, wszedł na czata, licząc, że spotka meserszmita i żeby jej nie było przykro, da jej w ten sposób delikatnie do zrozumienia, że nie został z Alicją. - To ty nie jesteś z Alicją? - zapytała. - Czarodzieju kobiecych dusz. - Czarodzieju? - Tak cię między sobą nazywamy - wyjaśniła. - I kiedyś się wszystkie razem zmówimy i cię oskubiemy z twoich kolorowych piórek, koliberku, żebyś nam przestał zawracać w głowach. Zamyślił się po tych słowach, mimo wszystko mile zdziwiony, że go uważają za czarodzieja kobiecych dusz, do tej pory miał o sobie o wiele gorsze mniemanie. Dziesięć lat temu, dołująca go na każdym kroku siostra, wpędziła go z pomocą żony w depresję. Nie pozwalając mu z niej wyzdrowieć, wprowadziły w błąd lekarzy i przez ponad rok cierpiał, umierał w niemożliwych do opisania słowami, duchowych i psychicznych męczarniach. Stracił wówczas zdrowie, siły i pieniądze, jego firma się rozleciała i rodzina zaczęła klepać biedę. Jak okropna musi być nienawiść żony do męża, a siostry do brata, żeby tak haratać. - Zrobimy z niego kompletnego wraka - jego siostra mówiła. Za co się mściła? Nie potrafił tego pojąć dziesięć lat temu i nie potrafił teraz. Miał to zrozumieć dopiero później, po kolejnych dziesięciu latach, już jako terapeuta uzależnień. A na razie ślęczał o drugiej w nocy na czacie i zastanawiał się, dlaczego ten nasz świat jest taki dziwny, że obce kobiety uważają go za czarodzieja kobiecych dusz, a te najbliższe, które powinny mu pomagać, usiłują go zniszczyć. I przypomniała mu się piosenka Niemena, że ludzi dobrej woli jest więcej i że dzięki nim, ten nasz dziwny świat nie zginie.
Dotykając lustra...
Kilka tygodni później pojechał na spotkanie czatowników i zabrał ze sobą kolegę, który dopiero od kilku miesięcy zachowywał abstynencję. Kiedy przy ognisku zaczęła krążyć butelka, kolega zerwał się bez słowa i wyrwał, poszedł przed siebie, gdzie oczy poniosą. Z początku spoglądał zdziwiony za kolegą, ale zaraz przypomniał sobie początki swojej trzeźwości, kiedy w podobny na weselu, uciekł przed wódką do lasu, instynktownie wybierając właściwą drogę ratunku. Przesiąknięte zapachem alkoholu imprezy, budzą w rekonwalescentach głód alkoholowy, działają na nich, jak pociągnięcie za cyngiel. Iglica uderza w spłonkę i następuje wystrzał. Iglica uderza w spłonkę i następuje wystrzał, więc dobrze, że kolega zszedł z linii strzału, poprzez rezygnację z imprezy. Nieopatrznie wypity kieliszek, uruchomiłby u niego niekontrolowaną lawinę następnych i nastąpiłby nawrót choroby alkoholowej. - Poczekaj! - zawołał za uchodzącym kolegą. - Porozmawiajmy na spokojnie, bo przed sobą nie uciekniesz. Usiedli we dwójkę na zwalonym drzewie i odbyli dosyć długą rozmowę, po której kolega pojechał autobusem do domu, odprowadzony przez niego na przystanek autobusowy. Po odjeździe kolegi wrócił później do ogniska i z coraz większym niesmakiem, spoglądał trzeźwym wzrokiem na coraz bardziej rozparzone alkoholem towarzystwo. Kiedy jedna z kobiet zaczęła się do niego za bardzo kleić, uwolnił się delikatnie z jej objęć i poszedł do samochodu. Dogoniła go, wyjaśniając, że została na niego napuszczona przez koleżankę. - Ale z tobą nie tak łatwo, czarodzieju - zauważyła. - Nie wyjeżdżaj, bo ma przyjechać Alicja. - Nie ma sprawy, nic się nie stało - powiedział, wsiadając do samochodu i odjeżdżając. Po drodze spostrzegł, że zostawił przy ognisku kurtkę, ale już mu się chciało wracać. Jakiś czas później, spotkał się z czatownikami w krakowskiej kawiarni po raz ostatni. Pojechał, żeby odebrać od Alicji, pozostawioną przy ognisku kurtkę. - A więc jednak później przyjechała - pomyślał o Alicji, kiedy się dowiedział, że zabrała ze sobą do domu jego kurtkę. Była taka jedna, urokliwa kawiarnia na Kazimierzu, gdzie się spotykali czatownicy i właśnie do niej pojechał po kurtkę. Alicji jeszcze nie było, kiedy wszedł do kawiarni, ale koleżanki do niej zatelefonowały, że przyjechał i po pół godzinie zjawiła się z jego kurtką. Wyglądała bardzo ładnie w jasnych, obcisłych spodniach w szkocką kratę i jeden z kawiarnianych gości zaczął na jej widok tokować, ale nie zwracała na niego większej uwagi. Siedzieli w kilkanaście osób pod drzewami w kawiarnianym ogródku, a po stolikach chodziły, przymilnie mruczące koty. Trwała złota, polska jesień i zastanawiał się, co dalej, a Alicja czekała, aż się zastanowi i wówczas zacytował urywek swojego wiersza... Cicho się śnisz, cicho nucisz, zanikasz, lata mijają. Wierzę, że kiedyś powrócisz, że sny się czasem spełniają. Wierzę, że kiedyś powrócisz i ujmę twe chłodne dłonie, i znów będziemy szczęśliwi, po świata nieziemskiej stronie. Jeszcze raz jej podziękował za przywiezienie kurtki i powędrował w swoją dalszą drogę, a w kawiarnianym ogórku chodziły po stolikach koty. Przypominał w miłości jednego z nich, chodzącą swoimi własnymi drogami, czarną panterę, nieustępliwą, piękną i zawziętą. Podobnie było wcześniej w jego życiu z wieloma innymi kobietami, dotykał lustra, ale nie przechodził na drugą stronę do innej bajki. Jego skierowana ku szklanym górom tęsknota przypominała czekanie na Godota, który nigdy nie nadejdzie, ale nie była jej tożsama, gdyż tęskniąc za ziemską miłością, dojrzewał do wiecznej. Niedługo potem poszedł do spowiedzi, bo nadchodziły święta Bożego Narodzenia. - Pan Bóg cię ustrzegł. Usłyszał od starego, siwego jak gołąbek księdza. Śnią się nie moje, niepoznane, królewny śliczne, wniebowzięte, w czas utracony niekochane, na przekór sobie odepchnięte. Tak bliska każda, tak daleka, chwil niepowrotnych płynie rzeka, wiatr wspomnień wieje po dolinie, a rzeka płynie, płynie, płynie...
Część 66 / 6
Agencje towarzyskie
Istnieją słowa, po wypowiedzeniu których powrót do poprzedniego stanu staje się utrudniony, a czasami nawet niemożliwy i powstaje nowa rzeczywistość. Jak rzeka po powodzi, która wyżłobiła sobie nowe koryto. Takimi słowami, za podszeptem jego toksycznej siostry, cisnęła w niego dziesięć lat temu żona i od tego czasu żyli razem, ale osobno, jako białe małżeństwo. Powiedział wówczas do żony, zraniony do żywego. - Skoro zamiast wspierać swojego męża, wolisz trzymać z moją nienawidzącą mnie siostrą, to nie będę się od ciebie i od niej trzymał z daleka. Tak postanowił, chociaż wiedział, że nie będzie łatwo, bo natura ma swoje prawa. Można wprawdzie czekać na erotyczne sny, bo wtedy przyjemności nie brakuje i grzechu nie ma, ale z takimi snami, to różnie bywa. Przeważnie człowiek się budzi, zanim sen się zdąży dośnić do końca. I dlatego po dość długim wahaniu, pojechał do agencji towarzyskiej, bo pod taką eufemistyczną nazwą zaczęły się ukrywać burdele, które zaczęły w naszym kraju wyrastać po transformacji ustrojowej, jak przysłowiowe grzyby po deszczu. Zajechał do wielkiego miasta i najpierw poprosił taksówkarza na postoju o podanie kilku adresów, a później poszedł pod najbliższy. Zadzwonił, otworzyła mu leciwa burdelmama i zaprosiła go do salonu, urządzonego w kolorach agresywnej czerwieni. - Pierwszy drink za darmo, następne po dwadzieścia złotych - poinformowała, kiedy spojrzał na stojące w w drink barze butelki. - Nie piję - zakomunikował lakonicznie, spoglądając wyczekująco. Nacisnęła stojący na ladzie dzwonek i w drzwiach niewielkich pokoików zaczęły się pojawiać nie pierwszej młodości kobiety o zdeformowanych kształtach. - Godzina, sto dwadzieścia złotych - poinformowała. Zacisnął usta i w milczeniu ruszył do wyjścia, mijając przy drzwiach wyjściowych, wypomadowanego siłka, domyślił się, że to pracownik ochrony. Drugim adresem okazało się prywatne mieszkanie w starej kamienicy na pierwszym piętrze. Stał na klatce schodowej, zastanawiając się, czy trafił pod właściwy adres, ale w końcu zdecydował się zadzwonić i otworzyła mu dosyć młoda i dosyć ładna dziewczyna. Sprawiała wrażenie, jakby trochę zagubionej, samotnej, być może myła wcześniej podłogę, bo miała wysoko podwinięte rękawy starego, rozciągniętego swetra. Z mieszkania czuć było specyficzny zapach gorących mydlin, zapamiętany przez niego z dzieciństwa, kiedy w kuchni szorowano podłogę. - Dobrze trafiłem? - zapytał. - To tutaj jest agencja? - Tutaj. - A gdzie są kobiety? - Ja jestem. Odwrócił się i odszedł bez słowa. Po odejściu, trochę żałował, że nie został, bo dziewczyna była całkiem, całkiem i nawet mu się dosyć podobała.
Seks jest w głowie
Pojechał pod kolejny adres, zaparkował na ulicy przedwojennych burdeli i zadzwonił do trzecich dzisiaj drzwi. Otworzyło mu dwóch alfonsów z wypomadowanymi czubami na głowach. Wyglądali w białych koszulach i czarnych garniturach jak łapiduchy z zakładu pogrzebowego, co zresztą pasowało do tego miejsca, w którym grzebano na łożu rozpusty, umarłą na namiętność miłość. Wszedł do środka i stanął przy barze, obsługiwanym przez jeszcze ładną blondynkę o niebieskich oczach, otoczonych siecią drobnych zmarszczek. Patrząc na nią, pomyślał optymistycznie, że skoro w bufecie sprzedaje taka ładna kobieta, to pozostałe mogą być jeszcze ładniejsze. - Drinka? - zapytała blondynka. - Jestem samochodem. - Myślałam, że człowiekiem. - Nie, tak tylko wyglądam. - Nie jest pan człowiekiem? - No pewnie, że nie, nie widać? Obaj alfonsi podeszli i zaczęli mu się uważnie przyglądać. - Chcecie wiedzieć, jaka marka? - zapytał, ale nie raczyli odpowiedzieć. Jednemu zadzwoniła komórka i zaczął rozmawiać. - Nie ma ruchu - informował. - Dopiero przed chwilą przyszedł klient. - Samochód - wpadł mu w słowo. - Alfa Romeo. Alfons spojrzał na niego mimochodem i dalej prowadził rozmowę, więc zwrócił się do tego drugiego. - Można zobaczyć kolekcję? - Tam siedzą kobiety, proszę sobie wybrać - pokazał na otwarte drzwi. Pokój przypominał poczekalnię, na kanapach siedziało kilka znudzonych kobiet, z uśmiechami przylepionymi do zwiędniętych twarzy, zaczynał mieć tego wszystkiego naprawdę dosyć. Przypomniał mu się oglądany swego czasu burdel w Hanowerze, w którym na obrotowej scenie kręciła się uwodzicielska piękność, a w drzwiach różowych pokoików czekały na klientów w kostiumach kąpielowych piękne, młode dziewczyny z Tajlandii. - Godzina sto dwadzieścia złotych, pół godziny osiemdziesiąt - usłyszał od siedzących kobiet, chociaż nie pytał o cenę. Obrócił się na pięcie i ruszył do wyjścia. - Nie macie zbyt wielkiego wyboru - rzucił do alfonsów. - Jestem już dzisiaj w trzecim miejscu i wszędzie to samo. - Niech pan idzie ze mną - odezwała się stojąca z poczekalni kobieta. - Skoro w trzecim, to do trzech razy sztuka. Nie przekonała go zbytnio, ale dał się przekonać i poszli do pokoju. Usiadł na krześle, zapytał ją o imię i odpowiedziała żartobliwie, że Isaura. I wtedy do pokoju wpadła jakaś inna kobieta, pokręciła się nie wiadomo za czym i wyszła. - No, tak - pomyślał. - Sprawdzają, czy wszystko w porządku, bo powiedziałem, że jestem samochodem, muszą tutaj przychodzić niezłe świry. - Koleżanka liczyła na trójkąt? - zapytał Isaury, ale nie odpowiedziała. Szczupła, wysoka, wyglądała na trzydzieści kilka lat i miała rude włosy, krótko ostrzyżone na pazia. Na samym początku zainkasowała sto dwadzieścia złotych i poszła pod prysznic, pod którym się myła przez kwadrans, a kiedy wróciła, to poszli do łóżka i... No tak, żałosne to wszystko było, upokarzające, na siłę i na przymus, jakby zajadał śledzia w czekoladzie, polanego miodem ze smalcem. Odetchnął z ulgą po odbębnieniu pańszczyzny i wyszedł po niecałej godzinie. Biedniejszy o sto siedemdziesiąt złotych, bo oprócz wcześniejszych stu dwudziestu, udało się jej jeszcze od niego wyciągnąć dodatkowe pięćdziesiąt. Żal mu było zmarnowanych pieniędzy, gdyby wiedział, że tak to będzie, toby nie chciał nawet za darmo. - Więcej już tutaj nie przyjdę - wyjaśnił Isaurze, nie biorąc podawanej mu przez nią wizytówki. - Nie chcę takiego seksu bez miłości, bo to lizanie cukru przez szybę. - Masz rację - rozjaśniła sie trochę. - Seks mieszka w głowie. - A miłość w sercu - uzupełnił. A później wyszedł bez, do widzenia, i wrócił do domu. Po miesiącu pojechał do tej smutnej dziewczyny, co myła podłogę. Dzwonił długo i bezskutecznie i w końcu uchyliły się drzwi sąsiedniego mieszkania, i jakaś kobieta powiedziała, że tutaj już nikt nie przychodzi. Podziękował i poszedł do tej agencji, w której był na samym początku. Do tej, w której kobiety wychodziły z pokoików na dźwięk dzwonka burdelmamy. - Pierwszy raz? - zapytała, kiedy stanął oparty o ladę wypełnionego alkoholami baru. - Już tutaj byłem. - Ma pan jakąś upatrzoną? - Nie mam, niech pani zadzwoni. Nacisnęła dzwonek i z pokoików zaczęły wychodzić stare hetery, gotowe do prezentowania swoich przeterminowanych wdzięków. Żeby na nie nie patrzeć, wszedł do pierwszego z brzegu pokoju, do dosyć jeszcze młodej blondynki z rozjaśnioną uśmiechem twarzą. Starała się jak mogła, piersi miała napompowane jak balony, więc je kilkakrotnie pochwalił, bo zauważył, że była z nich dumna. Również i tym razem nie odczuwał prawie żadnej przyjemności, jakby to wszystko się działo gdzieś obok niego, jakby to za niego robił ktoś inny. Zapłacił sto dwadzieścia złotych i odetchnął z ulgą po wyjściu z na świeże powietrze. - Naprawdę dziwny jest ten świat - rozmyślał. - Mogę mieć za darmo piękne kobiety, a tracę pieniądze na brzydkie. Tak sobie myślał, jednocześnie dochodząc do wniosku, że taki niezobowiązujący kontakt ma swoje dobre strony, bo ogranicza niebezpieczeństwo uczuciowych powikłań, ale niestety, nie sprawiał mu przyjemności.
Cudzoziemka
Pomimo tego, po jakimś czasie znowu pojechał do tej agencji i zauważył zmiany na lepsze. Zlikwidowano przywołujący kobiety dzwonek, a recepcję przerobiono na kawiarnię, w której ładniejsze od poprzednich panie siedziały przy stolikach i czekały na klientów. Usiadł przy ładnej, młodej blondynce o niebieskich oczach, uśmiechnęła się uradowana, że ja wybrał, a pozostałe panie spochmurniały, udając, że ich to w ogóle nie interesuje. Zorientował się w pokoju po zaciągającym, śpiewnym akcencie, że trafił na cudzoziemkę. Udało mu się z nią nawiązać nie tylko fizyczny, ale również emocjonalny kontakt i podczas rozmowy opowiedziała mu o sobie niejedno. Dwa lata temu przedarła się przez zieloną granicę do Polski, razem ze swoim chłopakiem i małym dzieckiem, ale chłopak ją wkrótce potem zostawił i nalazła się się z dzieckiem w obcym kraju bez środków do życia. Nie chciała wracać do kraju i trafiła do agencji towarzyskiej. - Czemu mnie porzucił z malutkim dzieckiem, co to za ojciec? - narzekała rozżalona. - Można wiedzieć, jakie masz wykształcenie? - zapytał. - Studiowałam malarstwo, ale po urodzeniu dziecka przerwałam studia, wcale nie jestem taka głupia na jaką wyglądam. - Nie jesteś i nie wyglądasz na głupią, dlatego cię wybrałem. - Widziałam. - Co widziałaś? - Jak na mnie spojrzałeś. - Jak? - Tak jakoś dziwnie. - Zajrzałem do twojej wrażliwej duszy, a dusze nie lubią być podglądane przez obcych. - Powiedz, dlaczego mnie mój chłopka zostawił?! - Nie wiem. - Jestem od niego gorsza? - Myślę, że nie jesteś. Myślę, że tutaj chodzi o coś innego. Trzy więzi utrzymują nierozerwalność związku. Fizyczna, psychiczna i duchowa. Dopóki przynajmniej jedna jest silna, istnieje szansa na odbudowanie pozostałych, ale jeżeli wszystkie trzy pękną, to następuje rozpad związku. Spojrzała na niego z figlarnym chochlikiem w oczach i powiedziała, że nie zapłaci za terapię. - A ja za drugą godzinę. - Co tam widzisz? - zapytała, bo spoglądał jej w oczy. W tym momencie rozległo się natarczywe bębnienie po drzwiach. Spojrzał pytająco na cudzoziemkę, bo do godziny brakowało jeszcze dziesięciu minut. - Koleżanki - wyjaśniła z cierpkim uśmiechem. - Zazdrosne? Skinęła głową. Kiedy po chwili, drzwi się znowu zatrzęsły, wyskoczył w samych spodenkach na korytarz i poszedł na bosaka po czerwonym dywanie za uciekającymi kobietami. - Jeszcze nie minęła godzina, a one bębnią po drzwiach pokoju - powiedział do burdelmamy. - Jak tak będziecie straszyć, to stracicie klientów. Doliczę sobie jeszcze za te szykany pół godziny. Spoglądała w milczeniu, zbita z tropu jego pewnością siebie, więc założył ręce do tyłu i wrócił z powrotem spacerkiem do pokoju. Podczas dalszej rozmowy, cudzoziemka zaproponowała, żeby z nią pojechał do Zakopanego, że chciałaby rysować na zakopiańskich Krupówkach portrety. Powiedziała, że jej koleżanka ze studiów tam rysowała i zarobiła przez wakacje na cały rok studiów. - Jestem w tym bardzo dobra - dodała. - Potrafię uchwycić na rysunku ludzkie emocje. - Ale już jesień - zauważył. - Wakacje już się skończyły i niedługo będzie zima - Pomożesz mi przetrwać do wiosny - uśmiechnęła się rozbrajająco. - A dziecko? - Chłopczyk jest na wychowaniu u dobrej rodziny koło Przemyśla, co miesiąc płacę na niego tysiąc złotych i co jakiś czas go odwiedzam. - I na dziecko też będę płacił? - Tylko do wakacji, dopóki nie zacznę pracować. Tak to znowu fajnie powiedziała, że się roześmiał. - Nie jestem, aż tak bogaty, a poza tym, żadna kobieta nie była dotąd moją utrzymanką i mam nadzieję, że nie będzie. - A czemu? - Bo jestem żonaty, i nie powinienem grzeszyć. - To po co tutaj przyjechałeś? - Już nie przyjadę. Uśmiechnął się ciepło i zapytał żartobliwie, spoglądając na zegarek. - Czy ty mnie aby nie próbujesz naciągnąć na kolejne sto dwadzieścia złotych? Roześmiała się po swojemu, figlarnie i wtedy ją na pożegnanie przytulił, to był jego ostatni pobyt w agencji towarzyskiej. Wprawdzie pół roku później pojechał do tej samej agencji, ale cudzoziemki już nie było, a z inną kobietą nie poszedł. Wrócił do domu, lżejszy o kilka niepopełnionych grzechów i bogatszy o sto dwadzieścia złotych. - Pan Bóg cię ustrzegł - usłyszał kilka dni później przy spowiedzi od starego, siwiuteńkiego jak gołąbek księdza. W późniejszych latach zastanawiał się niejednokrotnie, czego właściwie szukał w tych żałosnych, upokarzających obie strony burdelach? Po namyśle, doszedł do wniosku, że za sto dwadzieścia złotych chciał bez powodzenia kupić szczęście, bo żeby seks uszczęśliwiał, to miłość musi mu użyczyć skrzydeł. Takie użyczenia zdarzają się bez zakochania niezwykle rzadko. Jemu coś takiego zdarzyło się dotąd tylko raz w życiu, na szczycie wznoszącej się za miastem góry.
Trzecie szarpnięcie
Pod koniec jesieni został po raz trzeci szarpnięty jak rozhukany koń za uzdę. Po pierwszym szarpnięciu przestał pić alkohol, po drugim porzucił pracoholizm i zaczął pisać powieści, a teraz, w dwa tysiące drugim, został szarpnięty po raz trzeci, bo znowu zboczył na manowce i zaczął rozmieniać swoje talenty na drobne, trwoniąc je na czaty i burdele. Takie szarpnięcia, kiedy człowiek pada połamany na skraju przepaści, a później się podnosi i zawraca ku kolejnym szczytom życia, można przyrównać do bezlitosnej łaski orła, który wyrzuca swoje młode, krnąbrne orlątko z gniazda, żeby go nauczyć latać. Podlatuje pod spadającego, przerażonego malca, bierze go na skrzydła i zanosi do gniazda, a później znowu go wyrzuca, bo wie, że jeżeli nie nauczy go latać, to jego dziecko zginie. Taka sytuacja z krnąbrnym dzieckiem może się powtarzać wielokrotnie, dopóki się nie nauczy latać albo dopóki się wyczerpie czas przeznaczony na naukę. Jeżeli do końca tego czasu, orlątko się nie nauczy latać, to ginie. Jeżeli chodzi o trzecie szarpnięcie, to najpierw mu spadły hormony tarczycy i to było tak, jakby ktoś trącił pierwsze ustawione w szeregu domino i posypały się jedna za drugą kolejne choroby. Nastąpiła dekompensacja serca, niewydolność krążenia, ataki duszności i lęk przed śmiercią, który wygenerował depresję, na którą był podatny po przebytej chorobie alkoholowej. Przyczajony alkoholizm zaatakował jak nieopatrznie zbudzony grizzly z piosenki o starym niedźwiedziu... Stary niedźwiedź mocno śpi, stary niedźwiedź mocno śpi. My go nie zbudzimy, bo się go boimy. Jak się zbudzi to nas zje, jak się zbudzi to nas zje, jak się zbudzi to nas zje... - Daj mi się pić! - zaryczał rozbudzony grizzly. - Za żadne skarby - odparował człowiek. - Daj mi pić, bo jestem od ciebie silniejszy! - Dopiero wtedy, kiedy się napiję. - Daj mi pić, bo cię zniszczę! - Nie zniszczysz, bo cię do siebie nie dopuszczę. - Nie dasz mi rady! - Dam, bo się nie będę z tobą zadawał. - Daj mi pić, bo cię wpędzę w depresję. - To będę z nią walczył, bo z depresją można wygrać. - Ze mną też można. - Dopiero w piekle, jak się przegra życie. - Daj mi pić! - Nie dostaniesz, dosyć bicia piany i won ode mnie, śmierdziuchu! Przedzieranie się ku szczytom życia poprzez alkoholizm, to droga przez mękę, nawet wtedy, kiedy człowiek już nie pije. Patrzył w niebo, lecz w gwiazdach nie znalazł olśnienia, był jak okręt bez steru, co toczy się kołem i nie wiedział, czy znajdzie drogowskaz promienia i czy stanie do fali, i do wiatru czołem. I zwalczy pijanych nałogów udrękę, pomożesz mu, Boże, podasz dziecku rękę? Podobnie, jak podczas wcześniejszych ataków pijanej choroby, tym razem również umęczony był umieraniem do granic wytrzymałości. Przypominał sobie w takich trudnych momentach swoje wcześniejsze, napawające nadzieją sny, dziękując za nie Bogu, jak się dziękuje na przednówku za dwie ratujące przed śmiercią kromki chleba. Pierwszy sen o szczęśliwym drugim brzegu, do którego ma szansę dotrzeć i drugi o atakowanym przez burze okręcie, którym ma szansę dopłynąć szczęśliwie do portu.
Spisany na straty
Pewnego jesiennego wieczoru zrobiło mu się słabo i dowlókł się szpitalny oddział ratunkowy, gdzie mu dano kroplówkę i po kilku godzinach wrócił do domu. Dwa dni później znów się znalazł na sorze, a tydzień później wieczorem po raz trzeci, ale tym razem już go niechętnie przyjęli. Po prostu mieli go dosyć i szczerze mówiąc, to nawet im się specjalnie nie dziwił i nie miał do nich pretensji. Nie zajmowali się nim w ogóle przez całą noc , a rano przyszedł z oddziału wewnętrznego młody lekarz i kazał mu się zabierać do domu. - Nie przyjmę pana na oddział - zadecydował. - Nie mamy dla pana miejsca. Dowlókł się koło południa do domu, położył do łóżka i doczekał do nocy. Nocą serce zaczęło mu znowu ustawać, więc poszedł do szpitala, gdzie go znowu położono na sorze. Wyczuwał, że go już tutaj mają powyżej uszu, więc leżał cichutko, zasłuchany w dobiegające z monitora, nierównomiernie kołatanie serca. Kiedy przerwa pomiędzy dźwiękami zaczynała się niebezpiecznie wydłużać, pośród pielęgniarek zapadała pełna napięcia cisza. Czekano, czy serce podejmie pracę, a kiedy podejmowało, to znowu wszyscy zaczynali normalnie rozmawiać. A później znowu milkli razem z jego sercem i w końcu zniecierpliwiona pielęgniarka wyłączyła czujnik. - Ma pan uszkodzony w sercu ośrodek rytmotwórczy - powiedziała półgłosem. Po kilku godzinach umierania, rozkleił się do tego stopnia, że chodził na kolanach do toalety. - Co mi się właściwie dzieje? - zapytał rano lekarza, tego samego, który go kilka dni temu wygonił do domu. Wezwali go z oddziału, żeby zadecydował o przyjęciu pacjenta na oddział. - Teraz nic nie widać - mruknął lekarz. - Ale ja się, panie doktorze duszę, nie mogę głęboko oddychać. - To oddychaj płytko - zawarczał. - W dalszym ciągu pana nie przyjmę na oddział. Patrzył zrezygnowany za odchodzącym lekarzem, zrozumiawszy, że został spisany na straty. Zawlókł się do domu i położył do łóżka, postanowiwszy sobie, że już więcej nie pozwoli poniżać. Nocą znowu zaczął się dusić, umierał do rana, to była już któraś z kolejnych, nieprzespanych nocy i zrozumiał, że się kończy. Dotrwał do poranka i siedząc w kuchni przy stole, machinalnie zapisywał kartkę papieru. - Spisany na straty, spisany na straty, spisany na straty… I nagle ożyła w nim nadzieja, że może nie wszyscy go odtrącili. - Pomóż mi, Panie Boże - westchnął i zatelefonował do lekarki, która mu wcześniej skutecznie wyleczyła tarczycę i powiedział, że się kończy. - Niech pan przyjedzie do szpitala - powiedziała. Pojechał i dzięki jej wstawiennictwu został przyjęty.
Troje na drodze
Nie wiadomo, jak ta lekarka potrafiła się przebić przez skierowaną przeciwko niemu wrogą obojętność, ale potrafiła. Pan Bóg jej pomógł. Jest takie powiedzenie, że Pan Bóg, jak chce kogoś uratować, to w odpowiedniej chwili postawi na jego drodze odpowiedniego człowieka. Na jego postawił wtedy ową lekarkę, która wraz z jego krewnym, lekarzem, przeforsowała, żeby go przyjęli do szpitala. Okazał mu wtedy pomoc jeszcze trzeci lekarz, ale o nim później. O takich rzeczach należy pisać, bo dobrych ludzi należy stawiać za przykład, a przed złymi ostrzegać, żeby jak najmniej szkodzili. Skierowano go na oddział wewnętrzny, gdzie położył się na sali do łóżka i leżał cichutko, żeby go nie wygonili, bo przeczuwał, że jeżeli go tym wyrzucą, to już będzie tym razem z nim koniec. Pielęgniarki, co jakiś czas zaglądały na salę i wyczuwał wokoło siebie nieprzychylną atmosferę. Kiedy zobaczył ordynatorkę z oddziału pomocy doraźnej, która specjalnie po to przyszła, żeby zobaczyć, co się z nim dzieje, zaczął się zastanawiać zaniepokojony, o co w tym wszystkim chodzi. Leżał na wznak z zamkniętymi oczami i ze złożonymi na piersiach rękami i w pewnym momencie poczuł, że ktoś go obserwuje. Jakaś pielęgniarka przyglądała mu się badawczo, czy żyje i kiedy na nią spojrzał, to wyszła. - Czyżby aż tak było ze mną niewesoło? - pomyślał. Koło południa pobrano mu krew do badania, a później zostawiono w spokoju. I tak dotrwał do kolejnej nieprzespanej nocy, podczas której zaczęła w nim narastać panika, bo był uczulony na chrapanie, a na sali ktoś chrapał. Nad ranem poczuł, że za chwilę eksploduje i sięgnął po przywiezione ze sobą z domu lekarstwo na depresję. Bał się z niego dotąd skorzystać, bo się obawiał o chore serce. - Niech się dzieje co chce - postanowił teraz i zażył. I o dziwo, nawałnica zaczęła się wyciszać i zaczął nabierać nadziei, że może jakoś to będzie. Pomyślał z wdzięcznością o lekarzu z sąsiedniego miasta, do którego swego czasu jeździł prywatnie i który mu te lekarstwa przepisał. Na porannej wizycie powiedział, że całą noc nie spał, ale że czuje się dobrze i ordynator zadecydował, żeby go zostawić w szpitalu na dwa tygodnie. Po wizycie przyszedł go odwiedzić spokrewniony z nim lekarz, do którego się poskarżył na złe samopoczucie. - Jak chcesz - zaproponował. - To możemy cię skierować do szpitala, w którym leczą depresję. - Tam, to mnie z moim chorym sercem wykończą - wyszeptał zrozpaczony. Przypomniał sobie poprzednią depresję sprzed dziesięciu lat i swój pobyt w tamtym okropnym szpitalu. Przesiąknięte cierpieniem kazamaty krakowskiego szpitala pamiętały czasy austriackich zaborów. Wmanewrowała go wtedy do tamtego szpitala siostra z żoną. - Tam są potworne warunki - powtórzył. - Nie dopuszczaj do mnie ani mojej siostry, ani żony, bo mnie tym razem wykończą - poprosił i lekarz spojrzał na niego z lekkim zdziwieniem. - Masz za co cierpieć - zauważył. - Mam, każdy ma za co, ale to nieludzkie, co one ze mną wyprawiają. - A co wyprawiają? - Dostrzegają w moim oku włosa, a w swoich nie widzą belki, niech mnie w końcu przestaną dręczyć. - Nie płacz, jakoś to będzie. Poszedł z lekarzem na herbatę do jego gabinetu, ale taki był zdołowany, że niewiele do niego docierało z tego, co tamten mówił. Zdziwił się trochę, kiedy młodszy od niego o całe pokolenie lekarz, pokazał mu średniowieczną książkę o ascetycznym życiu, niemieckiego teologa i mistyka, Tomasza a' Kempis, zatytułowaną "Naśladowanie Chrystusa". Pomyślał sobie wtedy, że jeżeli zachowanie lekarza jest naprawdę szczere i uczciwe, to oby mu Pan Bóg w dalszym życiu błogosławił. - Naśladowanie Chrystusa, trudna droga - powiedział, przeglądając książkę. - Trudna i niewielu nią podąża. - Ale wszyscy powinni. - Powinni, bo wszyscy zostaliśmy powołani do świętości, ale wielu wzgardziło - kiwnął znużony głową. - Szukamy dróg na skróty, zapominając, że prowadzą na manowce. Patrzył ledwie żywy na młodego lekarza, którego Pan Bóg postawił na jego drodze z ofertą pomocy. - Należycie do pokolenia Jana Pawła Drugiego. który przerzucił dla was mosty nad przełomem tysiącleci, żebyście po nich mogli przejść bezpiecznie w trzecie tysiąclecie. Tak powiedział, a później znowu się rozpłakał. - Nic się nie martw - podtrzymywał go lekarz na duchu. - Założymy ci jeszcze dzisiaj Holtera i zobaczymy co z tym twoim chorym sercem. I poproszę kolegę, specjalistę, żeby przyszedł do ciebie wieczorem na salę i żeby cię zbadał. Nic się nie odezwał, bo jego psychika dusiła się z braku życiodajnych endorfin, a ciało z braku tlenu. Pożegnał się z lekarzem i wrócił na oddział, wstąpiwszy po drodze do przyszpitalnej apteki, żeby sobie kupić stopery do uszu, ale nie było. Zima złapała owego roku wcześnie i brnął przez zaspy w przemoczonych pantoflach na gołych nogach. - Zimno - zauważyła pielęgniarka, kiedy wrócił na salę. - Nie ma pan skarpetek? - zapytała, widząc, że kładzie na kaloryferze przemoczone pantofle. - Nie jest mi zimno. - Nie ma panu kto przynieść? - Ma. - Sam pan mieszka? - Nie. Dopiero po tej rozmowie zwrócił uwagę, że chodzi bez skarpetek. Zatelefonował do syna, który mu przywiózł skarpetki i sweter, który ubrał go pod piżamę, bo na dworze trzymał siarczysty mróz. Po obiedzie, na salę przyszli monterzy, żeby założyć w oknach uszczelki i zrobiło mu się cieplej na duszy, że dbają o pacjentów. Po południu zawołano go do pracowni i opleciono czujnikami, które przez całą dobę miały monitorować i zapisywać pracę serca.
Jeszcze żyje
Wieczorem odwiedził go zapowiedziany specjalista, któremu wyjaśnił, co spowodowało depresję i powiedział, że posiada przy sobie przeciwdepresyjne lekarstwa, ale boi się zażywać, bo ma słabe serce. - Niech się pan nie boi - zachęcił go lekarz po oglądnięciu lekarstw. - Niech pan od razu teraz zażyje pierwszą dawkę, żeby lekarstwo zaczęło jak najszybciej działać. I tak minie ze dwa tygodnie, zanim lekarstwo zacznie działać i nastąpi odczuwalna poprawa, i dlatego przepiszę panu jeszcze jedne tabletki, które zadziałają od razu i będą pana wspomagać przez pierwsze dwa tygodnie. To był dobry lekarz, zarówno jako specjalista, ale przede wszystkim jako człowiek. Wspominał go później z wdzięcznością, bo nie wykaraskałby się bez jego pomocy. To był właśnie ten trzeci właściwy człowiek, którego Pan Bóg postawił wtedy na jego drodze, żeby mu uratować życie. Po wizycie lekarza zszedł z drugiego piętra do znajdującego się w przyziemiu baru i zamówił herbatę, z którą usiadł przy stoliku i nagle zrobiło mu się słabo. Zamgliło mu się wszystko przed oczami, głosy ludzi dochodziły do niego z oddali i czekał przestraszony, kiedy zemdleje, ale na szczęście po chwili trochę mu przeszło. - Godzinę temu zażyłem na depresję lekarstwa - skojarzył. - Zaczęły działać i odczuwam skutki uboczne. Zostawił niedopitą herbatę i starając się nie zwracać na siebie uwagi,…