Inne · 6 min czytania
Zalecenia wioskowego "znachora"
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Zalecenia „wioskowego znachora”
Przyszła jesień. Po skrzętnym lecie, sianokosach, żniwach, wykopkach – nadeszła, nie mniej pracowita. Zresztą, Władek nigdy nie mógł usiedzieć chwili bez zajęcia. - Ludzie będą na ciebie zemścić. Tyleś tych kartofli nasadził, co dla całego pułku! – mówiła mu żona w czasach, gdy zwyczajem było, że do prac polowych u jednego gospodarza schodzili się wszyscy mieszkańcy wsi. W końcu jednak on też musiał trochę zwolnić, gdy na pustych polach nie miały czego szukać nawet myszy. Przesiadywał teraz w stodole, właściwie przeniósł się do niej. Całymi wieczorami, do późnych godzin znajdował sobie zajęcie przy całorocznych zbiorach. Tego wieczoru było jak zwykle. Ciął w maszynie na korbę sieczkę ze słomy. To stare ustrojstwo co chwilę się zacinało, przystając, korba wyślizgiwała się nagle z rąk i trzeba było na nowo rozpędzać cholerne koło. W chwili dużego wysiłku fizycznego niewiele się myśli, nie mając siły ani czasu na to. (Z pewnością dlatego największe głupstwa przychodzą do głowy tym, co nie przepracowali w życiu jednego dnia.) Nie myślał, musiał pewnie całkowicie być pochłonięty oporną robotą. W takim stanie można go było zobaczyć, idąc od podwórka, kierując się prosto w otwarte skrzydło wielkich drewnianych drzwi. I gdyby Ignac tak zrobił, zostałby na pewno w porę zauważony. Co kieruje nami, gdy w ostatniej chwili robimy coś nieoczekiwanego, zupełnie nieplanowanego? - Skończona głupota cię dopadła!!! – krzyczała do szwagra Zosia, przytrzymując drgającą na podłodze głowę męża, kiedy dostawał ataku padaczki. Każda porządna stodoła, prócz wielkich dwuskrzydłowych głównych drzwi, posiadała jeszcze jedno małe wejście wielkości dorosłego człowieka. Było to wygodne, zwłaszcza zimą, gdy śnieg barykadował dostęp do wszystkich budynków. Tymi drzwiczkami właśnie brat Władka wszedł cicho do środka i zakradł się od tyłu, licząc na niezły ubaw, gdy wyskoczy na niego znienacka. Niczego nie spodziewający się Władek nawet nie krzyknął, zamarł z przerażenia. Wiele godzin potem zdołał się znowu odezwać. Wtedy zaczęły się te ataki. Czasami nawet kilka razy w tygodniu. Padaczka w 50. latach? W takim Majkowie pewnie nikt o tym nie słyszał. „Sam diabeł go opętał, nie inaczej.” – strażniczki moralności, kiwając okutanymi w kwieciste chusty głowami, wydały sąd. Nie to pewnie, że ludzie plotkowali, bo jakoś trudno mi sobie wyobrazić Zosię przejmującą się ludzkim gadaniem, ale uciążliwość niespodziewanych nagłych napadów drgawek sprawiła, że oboje zaczęli szukać pomocy. Ze starych pożółkłych dokumentów, wyciągniętych z szuflady dziadków wynika, że byli u „jakiegoś” lekarza i że przepisał „jakieś” leki. Z relacji Zosi wiadomo, że nie pomogły. Dokładniej: „Gówno warte, bo i oni gówno wiedzą!”. Był w Majkowie taki Bondar. Mówili, że przyjechał na Mazury ze Wschodu i zamieszkał tu z