Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 15 min czytania

Zamek

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

I Odgłos W Ogóle Nieprzypominający Pukania wprawił w lekkie zakłopotanie gorące letnie powietrze. Podumało przez chwilę w swym głównie azotowym wymiarze i orzekło ze stanowczością, na jaką stać tylko byty niezbrukane głupimi rozterkami egzystencjalnymi, że to nie jest prawdziwe Pukanie. Przez ten czas Odgłos Z Całą Pewnością Nie Będący Pukaniem W Ogromne Drzwi Równie Przyciężkiego Zamku ucichł. Nastała krepująca cisza. Ktoś znacząco chrząknął. Ktoś inny wpadł w panikę. Powietrze, nie chcąc robić przykrości i tak niemającym łatwego życia fizykom, pozostawało stabilnie niewidzialne. Tajemniczy Gość rozejrzał się dyskretnie dookoła. Nic specjalnego. Bezksiężycowa noc, złowieszcze pohukiwania sowy, sowy, bo w kwestii ptaków konwencje są nieubłagane, las w oddali... Wszystko jak trzeba, a jednak ten zamek dziwny był jakiś. Inaczej dziwny niż bywają dziwne dziwne zamki. Niesłychanie brzydki nietoperz załopotał skrzydłami nad głową Tajemniczego Gościa i znikł w ciemnościach nocy. Nagle olbrzymie wrota otwarły się. Przybysz wkroczył na pokoje, a raczej do rozległego i kiepsko oświetlonego hollu. Odźwierny zdążył przez ten czas gdzieś zniknąć i Gość nie wiedział, czy ma się specjalnie zmartwić z tego powodu. - Hop! Hop! – zawołał, ale był to chyba najcichszy krzyk w historii tych starych murów. Oczywiście nic mu nie odpowiedziało. - Do ciężkiego diabła, gdzie jest zarządca tej ruiny? – spróbował po raz drugi, wkładając tym razem w próbę kontaktu zdecydowanie więcej serca. Z jakiegoś mysiego kąta pogrążonego zupełnie w pajęczych sieciach wyczołgał się mały człowieczek, metr sześćdziesiąt na oko, we fraku, którego prawie nie było widać spod zwałów kurzu. Człowieczek wyglądał na straszliwie przerażonego i to raczej nie z powodu swojego fatalnego wyglądu. Coś powiedział, ale nawet w pomieszczeniu o akustyce błagającej o sprowadzenie tu muzyków z bardzo głośnymi instrumentami, nawet tu głos człowieczka zabrzmiał jak westchnienie bardzo nieśmiałej myszy. - Co mówisz człowieku? – zakrzyknął przybysz, którego irytacja wyraźnie ewoluowała ku jakimś swoim odległym szczytom. - To ja... Proszę pana... – według dość luźnej hipotezy Przybysza, której nie miał czasu przemyśleć, to właśnie wydobyło się z ust tego zakurzonego. - Co za ja? Zarządzasz pan tym zamkiem czy tylko tu sprzątasz? - Za... Za... – niektóre sylaby wyraźnie odmawiały wyjścia na zewnątrz małego człowieczka. – To ja... – dokończył heroicznie. Słowo „idiota’ można było spokojnie wyczytać z twarzy nowo przybyłego, bez kłopotania się o litery i akcenty. Westchnął ciężko. Dalsza rozmowa z gospodarzem jakoś nie stanowiła dla niego w tej chwili tego wyzwania, z którym chciałby się zmierzyć, więc tylko westchnął ciężko i podreptał po śmiesznie starych schodach na górę, ciągnąc za sobą swój ogromny kufer. Zakurzony człowieczek widać nie uważał się za altruistę, bo pozostawił przybyłego samemu sobie i czmychnął znowu w jakiś mysi kąt. Gdy jakieś wielowiekowe drzwi na górze otworzyły się, a po chwili zamknęły, nawet całkiem cicho jak na taką kupę żelastwa, w zamku na powrót zapanowała idealna cisza. Ale zapanowała tylko na krótką chwilę, bo po jakiejś minucie ktoś na górze, wiadomo kto, wydarł się niemiłosiernie: - Co tu tak cicho, do diaska? – Oczywiście, tych kilka marnych słów nie zdołało zakłócić ciszy na dobre. Po chwili wróciła, tak samo zakłopotana swoją obecnością. Przybysz czujnie rozglądał się po pokoju... Niby wszystko było w porządku, ale... No właśnie. W tym zamku skrywało się gdzieś jakieś bardzo duże „ale” i jego zadaniem było ustalenie gdzie. No i ten zarządca i odźwierny w jednej osobie był dziwny, no ale może taką sobie rolę wymyślił. To łatwo sprawdzić. Zresztą, w razie co można go przycisnąć, nie wyglądał na buntownika. Delikatnie mówiąc... Przybysz nacisnął właściwy przycisk w swoim telefonie komórkowym. Po kilku sekundach zgłosiła się centrala. - No, jestem na miejscu – powiedział cicho do słuchawki. – Tak, wszystko gra, tylko tu dziwnie jakoś jest, sam nie wiem..... - Jasne, że się rozejrzę się, tylko... – W tym momencie jakieś niepokojące odgłosy, chyba zza ściany, dotarły do jego uszu, więc tylko powiedział, że oddzwoni później i rozłączył się. Zaczął nasłuchiwać. Tak, najwyraźniej ktoś przestawiał wielowiekowe meble-graty... Ten mały człowieczek? Ta chudzina przenosiła ogromne szafy i ławy z kąta w kąt? Jasne, zaśmiał się w duchu przybyły. Musiałoby chyba być z dziesięciu takich jak on, a i tak wspólnie najwyżej plastikowe krzesło by udźwignęli. Wystawił badawczo nos za drzwi, potem resztę głowy, na koniec wymaszerował w całości z pokoju i podążył do sąsiednich drzwi. Dokładnie w chwili, gdy miał nacisnąć coś, co w dużym przybliżeniu można by nazwać klamką, odgłosy zza drzwi umilkły. Podróżny zaśmiał się z satysfakcją, jakby niczego innego, jak tylko tej nagłej ciszy się spodziewał. - Wchodzę – powiedział z dziecięcym zadowoleniem, jakby miał zaraz wyciągnąć z szafy kolegę, z którym się bawi w chowanego. Drzwi uparcie nie chciały się otworzyć. Tego się już nie spodziewał. - Otwierać!!! – krzyknął najgłośniej jak umiał. I znowu cisza. Kopnął jeszcze parę razy drzwi na obchodne, bezskutecznie spróbował wyrwać średniowieczną klamkę, wreszcie zostawił w spokoju te przeklęte drzwi i postanowił poszukać tego małego zakurzonego. Schodząc gigantycznymi schodami do hollu ponurego zamczyska z rozkoszą wymyślał psychiczne tortury, którym podda karła, gdy tylko go znajdzie. A znajdzie go, choćby miał zajrzeć do każdej mysiej dziury w tej ruinie tylko przez grzeczność jego szefów nazywanej zamkiem. - A Fe! Ile pajęczyn! Czy on tu od średniowiecza ani razu nie sprzątał? – mówił do siebie przybysz przedzierając się przez jakieś zapomniane komnaty i korytarze. I nagle stanął jak wryty przed jakimś rozpadającym się portretem kogoś, kto dzięki warstwie kurzu, jaka pokrywała jego podobiznę, łudząco był podobny do małego zakurzonego. Własna myśl i własne słowa poraziły przybysza. A myśl nie była uspokajająca, biorąc pod uwagę słabe promyki jasności rozchodzące się od nielicznych świeczników zawieszonych byle jak na ścianach i raczej posępną atmosferę panującą wokół. Czy to mógł być duch?, pytał sam siebie przybysz i natychmiast odpowiadał sobie ze sztucznym entuzjazmem, że duchy to tylko najstarszy chwyt marketingowy świata, a on przecież nie jest żądnym wrażeń turystą i... Z przerażeniem zauważył, że się cały trzęsie, co go tak przestraszyło, że zaczął trząść się jeszcze bardziej. - O nie! – wykrzyczał wszystkim potencjalnym zjawom. – Mnie tak łatwo nie można przestraszyć! Musiał niestety przerwać ten pięknie zapowiadający się monolog, bo latarka, którą oświetlał sobie drogę, nagle zgasła. Walenie nią o ścianę nie na wiele się zdało, tylko trochę zakurzonego tynku posypało się z beztroską na jeszcze niedawno nowe buty przybysza. Powstrzymał się i nie zaczął kopać ściany, nie zaczął też skakać ze złości po latarce – mógł czuć się z siebie dumny. Westchnął znacząco i usiadł na jakimś progu czy stopniu, już nie zważając nawet na gigantyczną warstwę kurzu, jaka go pokrywała. - Nie tak przecież miało być... – wyszeptał do siebie cichutko. Gdzieś między słowami już czaiła się cicha rozpacz. – Nie miało być tak brzydko i ponuro. Zwały pajęczyn to nie jest to, o czym marzyłem w drodze tutaj. Nikt mnie nie przywitał jak należy. Nikt też pewnie mnie

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Zamek — czytnik · opowiadania