Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 1 godz. 46 min czytania

Zamki na piasku, część 1

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Bogaty właściciel ziemski Lucjan Tuliusz Poncyliusz wracał do domu z podróży do dalekiego kraju Lorku. Nabył tam za wielką sumę dziesięciu tysięcy sestercji przepiękną, ręcznie malowaną i zdobioną drogimi kamieniami wazę. Skarb ten, równowartość rocznego dochodu winnic patrycjusza, owinięty dla bezpieczeństwa kilkoma pasmami tkaniny, spoczywał na dnie jednego ze skórzanych worów, przytroczonych do grzbietu wielbłąda, na którym podróżował Lucjan. Przeprawa przez pustynię nigdy nie była sprawą łatwą ani bezpieczną. Pomijając nieznośny żar bijący od rozpalonego do białości słońca, wielkim zagrożeniem dla podróżnych pozostawały dzikie plemiona jeźdźców obszaru piasków. Ich ciała szczelnie okrywały białe szaty, izolujące od rozgrzanego jak w piecu powietrza, na głowach zaś nosili fantazyjnie zwinięte turbany. Okrutni rozbójnicy napadali na karawany i ograbiali ludzi z całego majątku, łącznie z wierzchowcami, a następnie zostawiali pokonanych na pastwę nie znającego litości słońca, aby w jego zabójczych promieniach, bez żadnej osłony w promieniu stu mil, dokonali żywota. Wśród nie uznających królewskiej władzy szczepów jeźdźców piasku Boabderowie byli ludźmi najbardziej przychylnymi cesarstwu, a jednocześnie niezwykle miłującymi złoto. Za odpowiednią opłatą zgadzali się na przewiezienie przez wielką połać pustyni grupki podróżnych na wielbłądzich grzbietach. Przeprawiając patrycjusza, jego rodzinę i służących, brali na siebie także obowiązek ochrony ich życia i mienia, dlatego dosiadający pierwszego wielbłąda zwiadowca bacznie wypatrywał na piasku śladów wrogich plemion, by jego ziomkowie mieli czas na przygotowanie się do odparcia ataku. Jak na razie wszystko szło bardzo dobrze. Karawana, która zgodziła się zabrać Tuliusza Poncyliusza i jego orszak, opuściła kraj Lorku wczesnym rankiem przed dwoma dniami. Dla ludzi cesarstwa, ubierających się w szaty powłóczyste i lekkie, nie okrywające ciał w dostatecznym stopniu przed palącymi promieniami, Boabderowie rozpostarli na grzbietach zwierząt baldachimy na długich bambusowych tyczkach. Podróżowano za dnia, zaś chłodne pustynne noce spędzano przy ogniu, rozprostowując zesztywniałe po wielogodzinnej kołyszącej jeździe kości, posilając się i śpiewając melodyjne pieśni. Arystokrata dosiadał wielbłąda razem ze swą córką Tulią, młodziutką panienką o skórze jasnej i delikatnej jak świeży kwiat białej róży. Na grzbiecie drugiego wierzchowca jechali jego dwaj synowie, Tytus i Marek. Orszak składał się jeszcze z rozłożystej czarnoskórej kobiety o imieniu Masumi, służącej i kucharki Emilii, a także dwóch rosłych młodzieńców, których zadaniem było dbanie o bezpieczeństwo pana i dźwiganie licznych pakunków. Stary wyzwoleniec Sykstus, zarządca dóbr i majordomus, pozostał w majątku, by dbać pod nieobecność Lucjana o wszystkie jego sprawy. Poza tym wyprawa do bogatego i wykwintnego Lorku byłaby dla starca zbyt męcząca i Lucjan postanowił oszczędzić mu tego trudu. Powietrze było ciężkie od spiekoty i podróżni rozmawiali ze sobą niewiele, ciesząc się już na rychły powrót do domu. Oddaliby teraz wszystko za miły chłód kamiennych ścian i rozkosz kąpieli. Nagle ciszę rozpalonego do białości dnia przerwał głośny krzyk Lucjana: – Zatrzymać zwierzęta! Wśród Boabderów zapanował tumult. Naradzali się ze sobą głośno w pustynnym języku, nie wiedząc, co mają robić. Nie widzieli powodu, by wstrzymywać marsz karawany, z drugiej strony byli winni posłuszeństwo człowiekowi, który płacił hojnie garściami czystego złota. Wreszcie także oni dostrzegli niezwykłe zjawisko, w które z takim przejęciem wpatrywał się Lucjan. Wśród piasków pustyni bawił się mały, najwyżej pięcioletni chłopiec. Dziecko było zupełnie nagie, a jego śniada, niemal brązowa skóra wydawała się nie doznawać żadnej szkody od żaru rozszalałego, wiszącego w zenicie słońca. Malec układał z kamyków, które wynajdywał wśród załomów nawianego przez pustynne wiatry piasku, jakąś skomplikowaną budowlę. Może zamek. Nie zwracał na karawanę żadnej uwagi. Lucjan polecił kierującemu wielbłądem, by nakazał zwierzęciu uklęknąć, a następnie zsiadł z jego grzbietu. Włożył na podróż wysokie, skórzane buty, rozgrzany piasek nie wyrządził mu więc krzywdy. Szybkim krokiem podszedł do dziecka i przystanął niepewny, co powinien uczynić. Wyciągnął rękę i dotknął ramienia chłopca. Skóra malca była chłodna i gładka, bez śladu oparzeń, jakby chłopiec przebywał teraz w bezpiecznym i zacisznym wnętrzu willi Tuliusza Poncyliusza, nie zaś na tym srogim, nieprzyjaznym wszelkiemu życiu pustkowiu. Malec oderwał się od swojej pracy tylko na chwilę. Spojrzał przelotnie na mężczyznę swoimi wielkimi, ciemnymi oczami, które zdawały się być pozbawione wszelkiego wyrazu, i zaraz powrócił do wyszukiwania kamieni o odpowiednim kształcie, by wpasować je w ściany swojej budowli. Co robiło samotne dziecko na takim odludziu, całkowicie bezbronne, porzucone na pastwę słońca, ale co dziwniejsze zupełnie się tego słońca nie lękające, nie widzące zapewne w swoim położeniu niczego niezwykłego? Wręcz przeciwnie, wydawać by się mogło, że malcowi wystarcza jego własne towarzystwo, a ludzie są intruzami naruszającymi odwieczny spokój tego miejsca. – Pójdziesz ze mną? – wyszeptał Lucjan cicho, by nikt poza chłopcem nie mógł go usłyszeć. Lecz ten nadal nie zwracał na niego najmniejszej uwagi. – Ojcze – odezwał się nagle Tytus z grzbietu wielbłąda – nie dotykaj tego stworzenia. Nie wiemy, czym ono jest. Nie wiemy, skąd się wzięło. Nie potrzebujemy jego towarzystwa, a ono nie potrzebuje naszego. Wsiądź z powrotem na wielbłąda i nie opóźniaj powrotu do domu, za którym wszyscy tęsknimy. – Przecież to tylko małe dziecko, Tytusie – odparł z gniewem Lucjan. – Czegóż mamy się bać? – Ojcze – dodała z niepokojem Tulia – pustynia aż roi się od demonów i złych duchów, które pożerają i gubią ludzkie dusze. Czemu chcesz napytać nam biedy? Posłuchaj mojego brata, ojcze. – Odkąd to dzieci rozkazują ojcu? Uczynię to, co uznam za stosowne. On jest mój! Nie zastanawiając się już dłużej, pochwycił chłopca w ramiona, przycisnął do piersi i wrócił do wielbłąda, który go niósł. Dziecko nie opierało się, nie wydało też z siebie żadnego dźwięku. Chłopiec poddał się biernie woli możnego człowieka, który z wielkim trudem akceptował ograniczenia narzucane mu przez resztę świata. Podał na chwilę dziecko prowadzącemu zwierzę Boabderowi. Jeździec piasku trzymał malca z wyraźnym lękiem i z wielką ulgą oddał go usadowionemu już na grzbiecie wielbłąda arystokracie. Tulia odsunęła się od ojca tak daleko, jak tylko pozwalała jej na to rozpiętość baldachimu, przestraszona nie mniej od zabobonnego poganiacza. A Lucjan odwinął z głowy zawój chroniący przed przegrzaniem i okrył nagość dziecka. Wyraz twarzy chłopca wciąż pozostawał nieprzenikniony, a czarne oczęta wpatrywały się w twarz Lucjana bez strachu, ale i bez zaciekawienia. – Jesteś mój – powtórzył mężczyzna. – Nie należałeś do nikogo, a ja cię znalazłem, należysz więc do mnie od tej chwili i po wieki wieków. Będziesz od dziś moim synem, dziwny chłopcze z pustyni. – On nie może być twoim synem, ojcze! – krzyknęła boleśnie Tulia. – Zamilcz, dziewko. Zrobię to, co zechcę. Ten chłopiec musi mieć imię. Daleko za tą pustynią, gdzieś na południowym zachodzie, żyje podobno tajemnicze plemię ciemnoskórych ludzi, którzy nie lękają się słońca i z lubością kąpią się w jego promieniach. W cesarstwie zwą ich Barrilami. Ten malec może być jednym z nich. Jakaś karawana Barrilów zapuściła się na północ dalej od wszystkich innych. Chłopiec odbiegł na chwilę od plemienia, zgubił się i nie odnalazł już drogi do domu. Będzie więc Barrilem. Nagle chłopiec drgnął silnie i odezwał się jasnym, czystym głosem w języku cesarstwa tymi słowami: – Jeśli zło zatriumfuje, słońce nigdy już nie wzejdzie. – Co powiedziałeś, chłopcze?! – krzyknął z niepokojem Lucjan. – Co powiedziałeś, Barrilu, mój synu? Lecz chłopczyk milczał odtąd przez całą drogę. Żadne słowo nie spłynęło już więcej z jego warg, a ciemne oczy nie zdradzały żadnych uczuć ani myśli. Lucjan Tuliusz Poncyliusz czuł, że przywiązuje się do malca miłością gwałtowną i niepohamowaną, taką miłością, jaka nie słucha napomknień innych ludzi. Przez resztę podróży trzymał Barrila w objęciach, tuląc go do siebie kurczowo i zazdrośnie, ignorując nachmurzone spojrzenia dzieci. W drodze z dalekiego Lorku odnalazł skarb, przy którym bezcenna waza za dziesięć tysięcy sestercji nie była warta więcej od pękniętego glinianego dzbana.

* * *

Barril chował się w domu Lucjana dziko jak mały wilczek. Większość czasu spędzał, bawiąc się w rozległym ogrodzie na tyłach domostwa. Wznosił coraz to nowe zamki z piasku i kamieni, wiążąc „zaprawę” wodą czerpaną z kanałów irygacyjnych lub wprost z fontanny, szemrzącej nieprzerwanie na środku zdobnego marmurowymi płytami dziedzińca. Był w tym budowaniu niestrudzony, a świat przestawał dla niego istnieć. Nikt nie zdołałby odgadnąć, czemu malec tak uporczywie i z taką pasją wznosi te nikomu niepotrzebne budowle, które zresztą burzył doszczętnie zaraz następnego ranka, by niezwłocznie oddać się identycznej pracy. O ile wcześniej nie spadł deszcz i nie zmył zamków aż do fundamentów. Lucjan często przystawał za plecami chłopca, o ile dzień nie był zbyt upalny na opuszczanie zacisza domu, i przyglądał się w milczeniu jego zabiegom. Barril swoim zwyczajem nie zwracał na niego uwagi lub zaszczycał tylko przelotnym uśmiechem, odsłaniając równe białe ząbki. Wtedy to właśnie patrycjusz wpadł na znakomity pomysł. Kazał odszukać w pomieszczeniu ze starociami zakurzone skrzynie z zabawkami, na które Tytus i Marek już dawno stali się zbyt duzi. Ze wzruszeniem wyjmował armie drewnianych żołnierzyków, misternie wyrzeźbione koniki z grzywami i ogonami uczynionymi z prawdziwego końskiego włosia, wierne maleńkie kopie machin oblężniczych oraz figurki królów i królowych w szatach uszytych z prawdziwego jedwabiu i ozdobionych cekinami, po tak wielu latach wypłowiałych i przybrudzonych. W oczach Barrila na widok tych wszystkich skarbów zapłonął krótki ognik radości. Podziękował Lucjanowi spojrzeniem, które wyrażało więcej niż tysiąc słów, i od tego dnia po murach wszystkich jego pałaców przechadzali się drewniani strażnicy, na wszystkich dziedzińcach spoczywali na maleńkich mebelkach król i królowa. Jeżeli padał deszcz, Barril dawał się namówić na zabawę pod dachem. Siadał wtedy na podłodze przed kominkiem w komnacie mieszkalnej Lucjana i wpatrywał się bez śladu znużenia w tańczące płomienie. Potrafił tak przesiedzieć bez ruchu cały wieczór, śledząc igraszki ognia i całkowicie ignorując zarówno swojego pana, jak i wszystkich innych ludzi. Kto potrafiłby powiedzieć, dlaczego chłopiec przyglądał się ogniu z takim napięciem? Któż, poza nim samym, posiadł sekrety ciemnych ocząt, które w takich chwilach stawały się złote od pląsających i splatających się ze sobą niezmordowanie płomieni? Czyżby dostrzegał w ogniu daleki odblask słońca, swojego żywiołu? Lub otwierał skrzynie, wyjmował maleńkie armie i prowadził przed kominkiem wyimaginowane wojny, których przyczyny pozostawały dla reszty świata nieprzeniknioną tajemnicą. Nie gardził też zabawkami Tulii. Z równym zaangażowaniem wyjmował porcelanowe i szmaciane lale oraz maleńkie domowe sprzęty i urządzał dla swoich ulubieńców dom. Pomimo usilnych prób Lucjana i domowników nigdy nie nauczył się mówić. Słowa, które wypowiedział na pustyni, pozostały jedynymi, które spłynęły z jego warg. Śmiał się i płakał także bezdźwięcznie. O swoich nastrojach mówił spojrzeniem, delikatnym uśmiechem, podniesieniem brwi, odęciem warg, zmarszczeniem czoła. Kiedy czegoś żądał, spojrzenie jego czarnych, nieodgadnionych oczu stawało się bardziej intensywne. Niemal przewiercał wzrokiem na wylot, a ciemne brwi zbiegały się w jedną gniewną linię. Krzyczał spojrzeniem, domagał się przez zaciśnięcie idealnie wykrojonych usteczek. Dla większości osób te miny nic nie znaczyły, lecz Lucjan w miarę upływu lat zżył się z nim tak bardzo, że bezbłędnie odczytywał każdą niemą prośbę. Najdrobniejszy ruch ręki, najlżejsze skinienie głowy Barrila mówiło mu więcej niż potoki słów innych ludzi. Przywykł do niezwykłej aury ciszy i skupienia, jaką roztaczał wokół siebie chłopiec, i nie zamieniłby tej milczącej, drogiej obecności na hałaśliwe towarzystwo zwyczajnych śmiertelników. Nie udało mu się też nauczyć Barrila czytać i pisać. Chłopiec nie interesował się księgami, przedkładając ponad nie twory natury. Składał wprawdzie z drewnianych klocków z wystruganymi na wierzchu literami słowa, lecz nigdy nie wyszedł poza etap, który inni chłopcy przeskakują niemal niezauważenie w wieku kilku lat, by prędko posiąść mądrość filozofów i czytać uczone dzieła. Co więcej, było to wciąż jedynie kilka tych samych słów: słońce, pustynia, piasek, skała, światłość, Barril. Wśród zaś tych kilku najczęściej wybierał te dwa: słońce i światłość. Nauczył się przynajmniej ładnie jeść sztućcami i Lucjan pozwalał mu ucztować przy stole razem z nim i jego dziećmi. Nie podobało się to zwłaszcza Tulii, która nie przestała bać się Barrila, chociaż chłopiec nigdy nie wyrządził jej najmniejszej krzywdy. A kiedy podrósł, Lucjan kazał nauczyć go podawania do stołu. Od tej pory, gdy patrycjusz budził się o świcie, Barril przynosił mu do sypialni śniadanie. W całkowitej ciszy napełniał puchar winem i układał na półmiskach mięsiwa i owoce. Gdy jego pan, nie przestając rozkoszować się miękkością łoża, zaczynał jeść, Barril skubał z łobuzerskim uśmieszkiem jedno lub dwa grona, pospiesznie wykonywał przed Lucjanem pełen uniżenia dyg i znikał pomiędzy krzewami ogrodu. Nauczył się też rozpalać ogień w kominku, donosić drwa na podtrzymanie oraz wykonywać kilka innych prostych porządkowych prac. Mimo to nie był jednym z niewolników. Jego pozycja w domu Tuliusza Poncyliusza była wyższa od pozycji większości z nich, z wyjątkiem wyzwoleńca Sykstusa i piastunki Masumi. Oficjalnie Lucjan nie usynowił go i nie zamierzał tego uczynić. Prędko porzucił płonną nadzieję, że uda mu się wychować chłopca na dumnego młodzieńca, takiego jak Tytus albo Marek, starannie wykształcić i uczynić jednym z dziedziców swojej fortuny. Barril trwał zamknięty we własnym świecie. Częściej poruszył się na czworakach niż na dwóch nogach, klucząc pomiędzy cienistymi krzewami lub domowymi sprzętami, zawsze bardziej zaabsorbowany swoją zabawą niż rozmowami dorosłych. Dzieci Lucjana traktowały Barrila to jak uprzykrzone zwierzątko, to znów jak półgłówka. Tytus, najstarszy, najokrutniejszy i najbardziej złośliwy, przezwał go małpką, i tak też zaczęli go nazywać Tulia i Marek. Nie raz zdarzało się któremuś z tej prędko dorastającej, żywej jak górski potok trójki potrącić nieszczęsnego malca, gdy biegali jak szaleni po domu i okolicy, przekrzykując się nawzajem i dokazując w najlepsze. Nie okazywali wtedy żadnej skruchy ani żalu. – Z drogi, małpiszonie! – pokrzykiwali, posyłając chłopczyka brutalnym kopniakiem lub silnym uderzeniem ramienia na spotkanie z jedną ze smukłych marmurowych kolumn. Szczególnie celowała w takich incydentach Tulia, wykorzystująca do woli fakt, że na razie jest jeszcze dużo silniejsza od Barrila, i zamieniająca bezrozumny strach przed nim w nieokiełzaną i bezsensowną nienawiść. Barril nigdy nie poskarżył się Lucjanowi na tak okropne traktowanie. Nie umiałby nawet tego uczynić, skoro nie posiadł daru mowy. Płakał tylko bezgłośnie prawdziwymi łzami, kuląc się jak przestraszone zwierzątko w kącie, dopóki prześladowcy nie dali mu spokoju. Spazm krańcowej bezradności wstrząsał jego drobnym, ciemnym ciałkiem, które otaczał wątłymi ramionami, jakby chciał w ten sposób ochronić się przez bezwzględnością innych ludzi. Nie odważył się natomiast nigdy na podniesienie ręki na któreś z młodych Poncyliuszów. Nie umiał walczyć o siebie, nie wiedział, co to znaczy stawać we własnej obronie. Mógł tylko kryć się przed złem, licząc na to, że nie zauważy ono małej istotki, a kiedy już zauważało, pogrążał się w bezdennej rozpaczy bez początku i końca. Był to jedyny sposób, w jaki manifestował światu swój smutek. Tylko jeden raz zdarzyło się, że sam Lucjan Tuliusz Poncyliusz był świadkiem bezmyślnego wybryku starszego syna. Pan domu zezłościł się wtedy na Tytusa tak bardzo, że kazał Sykstusowi wychłostać niesfornego chłopaka rózgą, posiniaczonego zaś i zanoszącego się płaczem Barrila kołysał w objęciach tak długo, aż malec uspokoił się zupełnie i spoczywał w jego ramionach ufnie i miękko, z buzią wtuloną w pierś Lucjana. To właśnie wtedy zrodziła się między nimi tajemnicza więź, której żadna siła nie zdołała potem rozerwać. Niestety kara, jaką odebrał Tytus, nie położyła kresu cierpieniom i poniżeniu malca. Chłopcy i Tulia stali się jedynie bardziej ostrożni i ujawniali nieprzyjazne uczucia wobec Barrila tylko pod nieobecność ojca, przy Lucjanie zaś prześcigali się w okazywaniu dziecku fałszywej dobroci. Ta niespodziewana słodycz była czymś, czego Barril nie umiał i nie chciał przyjąć. W gwałtownym strachu odwracał się plecami do czegoś, czego nie pojmował, do zmiennych i nieprzewidywalnych zachowań dużych ludzi. Zwieszał głowę na piersi i na kolanach wyczołgiwał się z pomieszczenia, aby powrócić do czegoś, co znał bardzo dobrze: świata swoich nietrwałych budowli oraz wojen i sojuszów nie istniejących królestw. Początkowo trudno było namówić chłopca, by zaczął nosić ubranie. Barril najlepiej czuł się nago, baraszkując w pełnym słońcu po trawie lub wysypanych piaskiem alejkach ogrodu. Ilekroć odziano go w tunikę, natychmiast zdejmował ją z powrotem i wracał do zabawy, nie zważając na zatroskane spojrzenia Lucjana. Wreszcie udało im się zawrzeć coś w rodzaju rozejmu, mianowicie Barril zgodził się na noszenie opaski biodrowej, okrywającej jego wstyd, i nie próbował jej rozwiązywać, nawet w samotności. Tym samym pan domu mógł przestać martwić się o to, że chłopiec, dorastając, będzie wywoływał wśród służby zgorszenie lub, co gorsza, budził pożądliwość. Czasem dawał się przyodziać w tunikę, a nawet w sandały lub chłopięcą togę. Lucjan wiedział dobrze, że Barril zgadza się na noszenie ubrania jedynie po to, by sprawić swemu panu przyjemność widokiem pięknego, dobrze ułożonego chłopca. Malec zdawał się nigdy nie odczuwać chłodu, nie potrzebował więc okrycia. Co więcej, nie przeszkadzało mu także gorąco. Spędzał na zewnątrz nawet najbardziej upalne popołudnia, nie doznając najmniejszej szkody. Ciemna skóra pozostawała zawsze tak samo gładka i chłodna, bez najmniejszych śladów poparzenia. Barril nigdy nie omdlewał od nadmiaru słonecznego żaru, nie odczuwał nawet całymi godzinami pragnienia. Było to niemal tak, jakby zawarł ze słońcem jakiś tajny pakt o nieagresji. Niekiedy Lucjan miewał wrażenie, że Barril mógłby przestać także jeść i nie doznać żadnego uszczerbku, że chłopiec zasiada do stołu jedynie po to, by, upodabniając się do zwyczajnych dzieci, zaskarbiać sobie miłość Lucjana. Wraz z upływem czasu pan domu coraz mniej chętnie rozstawał się na dłużej z Barrilem. Nie mógł zabierać chłopca ze sobą, gdy udawał się w interesach do miasta lub do majątku któregoś z bogatych i wpływowych przyjaciół, bo malec był na to zbyt niezwykły. Poza tym czuł w sercu dziwną niechęć na myśl o pokazaniu Barrila światu. Gdyby mógł, ukryłby go na zawsze przed wzrokiem obcych ludzi, a nawet przed własnymi dziećmi i niewolnikami. Barril należał do niego i nikomu nie wolno było poddawać tego prawa własności w wątpliwość. Wyjeżdżając, powierzał więc chłopca pieczy wiernej Masumi, lecz nie umiał pozbyć się lekkiego, acz dokuczliwego ukłucia niepokoju, póki nie znalazł się znów w domu i nie przekonał, że Barril wciąż tu jest i niestrudzenie lepi swoje zamki. Dokąd zresztą miałby odejść? Na to pytanie Lucjan nie znajdował odpowiedzi. Coś na samym dnie serca szeptało mu, że tak, jak pojawił się właściwie znikąd i nie zajął wśród ludzi żadnego konkretnego miejsca, tak samo Barril mógłby pewnego dnia rozpłynąć się w powietrzu i świat nie zauważyłby jego zniknięcia. Nie do końca osadzony w zwykłej rzeczywistości, Barril istniał jakby w zawieszeniu. Aby świat trwał w swej postaci, istnienie Barrila było mniej konieczne niż istnienie jakiegokolwiek innego człowieka. Dlatego Lucjan czuł się pewnie tylko wtedy, gdy miał chłopca cały czas w zasięgu wzroku. Kiedy mógł w każdej chwili przywołać go przez stale otwarte na oścież drzwi, prowadzące z jego komnaty wprost do ogrodu. Barril zawsze przychodził na wołanie, a gdy podnosił pytający wzrok ku jasnej i pięknej twarzy pana, Lucjan wiedział już, że fundamenty jego życia są mocne. Pomimo swej niemoty i oddalenia od ludzkich spraw, Barril nie był kaleką. Gdy poruszał się w pozycji wyprostowanej, niczym nie różnił się od innych dzieci. Miał sylwetkę smukłą i harmonijną, idealne zaś proporcje ciała, wielkie ciemne oczy, nieskazitelnie gładka i czysta śniada skóra oraz zagadkowy uśmiech czyniły z niego istotę niewypowiedzianej wprost piękności i powabu. Był doskonały w każdym najdrobniejszym szczególe, tak nieskończenie doskonały, jak nie mógłby być żaden zwykły człowiek, i także z tej przyczyny Lucjan chętnie trzymałby go w zamknięciu. Nie miał przed Barrilem żadnych tajemnic. Bez skrępowania omawiał sprawy handlowe z odwiedzającymi go kupcami, wiedząc, że chłopiec krąży gdzieś na czworakach pomiędzy kolumnami wielkiej sali. Bez zażenowania kładł się do łoża z młodymi niewolnicami i bez wstydu rozbierał się do snu, wiedząc dobrze, że pomimo zaangażowania we własne sprawy Barril równocześnie śledzi bacznie każdy jego ruch, słyszy każde wypowiedziane słowo. Nic nie uchodziło jego uwadze, szczególnie wyczulonej na wszelkie sygnały od pana domu. Tajemnicza więź spajała ich niczym niewidzialna lina tak mocno, że jeden nie mógł istnieć bez drugiego. A jednak czasami, napotkawszy nagle badawcze wejrzenie pięknych, głęboko osadzonych ciemnych oczu, Lucjan doznawał nagłego wrażenia, że Barril rozumie o wiele więcej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Że za tą zasłoną milczenia kryje się inteligencja o wiele bardziej przenikliwa od umysłu któregokolwiek ze zwyczajnych ludzi. Że dziecięce ciało jest tylko skorupą dla ducha nie mającego w sobie nic z dziecięcości. Kim był chłopiec, którego przed laty wracający z kraju Lorku patrycjusz znalazł samotnego na pustyni?

* * *

Czas płynął nieprzerwanym strumieniem i wszystkie dzieci Lucjana wkroczyły w dorosłość w tym samym mniej więcej czasie. Tytus i Tulia założyli własne rodziny, opuszczając wprawdzie ojcowski dom, lecz pozostając w stolicy imperium. Zamieszkali w eleganckich, ocienionych oliwnymi gajami posiadłościach, ulokowanych na zboczach okalających miasto zielonych wzgórz. Lucjan odwiedzał ich często, radując się wnukami, które urodziła Tulia. Za to Marek odszedł podwójnie, wybierając karierę w cesarskim wojsku i udając się z legionem na podbój dalekich ziem. Pojawiał się w stolicy raz w roku, naprędce witał z rodziną i zaraz żegnał, przygotowując się już do kolejnej wyprawy. W starym domu Lucjana zapanowała dzwoniąca w uszach cisza i spokój ocierający się o bezruch. Pozostał tylko Barril, który ze ślicznego dziecka stał się uroczym chłopcem, a następnie niezwykłej urody młodzieńcem. Pewnej nocy Lucjan zbudził się nagle w ciemności z uczuciem panicznego strachu i suchością w ustach. Leżał tak bezsennie, bojąc się chociażby poruszyć, lecz tajemnicza groza jeszcze go nie odstępowała, każąc mu przypominać sobie raz za razem koszmarny sen. Nie wiedział, skąd wziął się ten sen, nie umiałby go wytłumaczyć. Ujrzał w nim rozpościerające się szeroko, czarne jak bezgwiezdna noc błoniaste skrzydła, zakończone kilkoma rzędami ostrych pazurów. Skrzydła falowały lekko z ohydnym szelestem tuż nad głową mężczyzny, tamując mu oddech i ścinając krew w żyłach w lód. Ten sen nie powrócił już nigdy potem, a jednak coś się nieodwołalnie zmieniło. Świeża i czysta miłość Lucjana do chłopca utraciła swą niewinność, przedzierzgając się w coś równie przerażającego i nie znajdującego wytłumaczenia jak nocny koszmar. Wszystko zaczęło się od zdarzenia w ogrodzie. Popołudnie to nie miało niczym różnić się od innych popołudni, parnych i gorących. Lucjan odpoczywał w swojej komnacie. Zdjął tunikę i spoczywał na łożu prawie nagi, okręciwszy biodra pasem białego płótna. Masumi przyniosła swemu panu dzban wytrawnego wina z jego własnej winnicy. Był to wyrób pochodzący sprzed czterech lat, z roku trzysta piętnastego, który był dla właścicieli winnic najlepszym od wielu dziesięcioleci rocznikiem. Nie zapomniała o starannym schłodzeniu trunku, tak jak Lucjan lubił. Leniwie nalewał wino do srebrnego pucharka i pił małymi łykami, delektując się głębokim, niepowtarzalnym smakiem. Nagle poderwał się gwałtownie z łoża, a świat zawirował wokół niego. Wino zdążyło już rozlać się po ciele, wprawiając Lucjana w stan błogości, lecz jednocześnie sprawiając, że utrzymanie równowagi przychodziło mu z pewnym trudem. Zamierzał zawołać Barrila, ale nagle zmienił zdanie. Chwiejnym krokiem przekroczył próg domu i mrużąc oczy od wielkiej jasności, odszukał chłopca na samym końcu ogrodu, w wielkiej piaskownicy, przez środek której biegł jeden z nawadniających ogród kanałów. Było to ulubione miejsce zabaw Barrila. Tutaj chłopak miał wszystko, czego potrzebował do szczęścia: piasek do ulepienia zamku, wodę, by łączyć ze sobą ziarna, oraz drobne kamyki do wzmocnienia i ozdobienia budowli. Barril odwrócił na moment głowę, spojrzał na swojego pana tylko raz, uśmiechając się radośnie, i powrócił do swego zajęcia. Lucjan stał za jego plecami, podziwiając delikatność i ciemną barwę skóry. Chłopiec miał teraz około jedenastu, może dwunastu lat. Długie szczupłe palce poruszały się zwinnie, formując baszty i flanki. Lekki wiatr rozwiewał miękkie czarne włosy wokół kształtnej głowy. Nagle stało się coś, czego Lucjan ani w tym momencie, ani potem, gdy wino wywietrzało mu już głowy, nie umiał racjonalnie wytłumaczyć. Jego prawa stopa wystrzeliła gwałtownie w powietrze i wylądowała w samym środku zamku. Prędko, z jakąś niezwykłą pasją niszczył dzieło Barrila, aż zamek stał się wzgórkiem piasku i kamieni. Barril zatoczył się do tyłu jakby od silnego uderzenia. Upadł na piasek, a z jego oczu popłynęły obfitym strumieniem łzy zdumienia i bólu. Ładna twarz wykrzywiła się w grymasie cierpienia, tym dotkliwszego, że zadał mu je najbliższy na świecie człowiek. Tymczasem Lucjan ochłonął nieco ze swego niszczycielskiego szału, spojrzał ze zdziwieniem na rozsypaną budowlę, jakby widział ją po raz pierwszy w życiu, i zmarszczył brwi w wyrazie niedowierzania i jakiegoś niezmiernego żalu. – Jeszcze raz, Barrilu – wyszeptał drżącymi wargami. – Jeszcze raz! Zbuduj zamek... Chłopiec ociągał się przez jakiś czas, ocierając piekące łzy. Patrzył lękliwie na mężczyznę, wygiąwszy usta w podkówkę, gotów w każdej chwili do wybuchnięcia kolejną porcją cichych łez. Lucjan uśmiechnął się nieśmiało, przepraszająco. – Nie wiem... – szepnął. – Nie powinienem był... Nie wiem, dlaczego to zrobiłem. Proszę, Barrilu, nie gniewaj się na mnie. Buduj zamek, mój mały... Więc Barril zabrał się powtórnie do pracy. Zdawało się, że zupełnie zapomniał o niewytłumaczalnej wściekłości mężczyzny. Dla tego chłopca czas płynął inaczej niż dla reszty ludzi i to, co wydarzyło się przed kilkoma minutami, równie dobrze mogłoby wydarzyć się przed tysiącem lat. Na jego ustach ponownie zagościł marzycielski uśmiech. Starannie lepił mury, narożne baszty, wykopywał ciemnymi palcami tunele dla wyimaginowanych wojsk. Od czasu do czasu spoglądał ufnie na Lucjana, jakby chciał dodać swemu panu otuchy. Prawie skończył, gdy stopa mężczyzny znów wyskoczyła w powietrze. Lucjan z jeszcze większą niż poprzednio furią niszczył zamek. Barril aż zwinął się z przeszywającego bólu. Objął głowę oblepionymi piaskiem rękami i łkał, rozmazując po twarzy łzy i brud. Drobne plecy drżały silnie jak w febrze. Nie umiał krzyczeć, nie umiał się złościć. Nie wiedział, że mógłby rzucić się na tego mężczyznę i okładać go w niepohamowanej złości drobnymi piąstkami, nie wyrządzając mu wprawdzie krzywdy, lecz wyrażając w ten sposób swój wielki gniew. Gdy z budowli ponownie nie pozostał kamień na kamieniu, Lucjan znów otrzeźwiał nieco i jęknął przeciągle w rozpaczy na widok trzęsącego się chłopca. Nie rozumiał tego, czego był przecież sprawcą. Gdyby mógł, wydarłby sobie z głowy wszystkie włosy, a z piersi serce, by dotkliwie ukarać siebie samego za cierpienie, które zadał ukochanemu ponad wszystko Barrilowi. Tymczasem nie umiał powstrzymać się przed dokładaniem chłopcu kolejnych porcji niewyobrażalnego bólu. – Barrilu – wyjęczał, trzymając się za pękającą od upału i przepicia głowę. – Przebacz mi, Barrilu... Spróbuj jeszcze raz, błagam! Zbuduj zamek! Zbuduj jeszcze jeden zamek, Barrilu! Lecz chłopiec silnie pokręcił głową w geście odmowy, nie patrząc na swego prześladowcę. – Proszę cię! – niemal krzyczał Lucjan. – Tym razem nie zniszczę twojej budowli! Nie tknę zamku małym palcem, przysięgam! Barrilu... Nie poddawaj się... Proszę... Zbuduj zamek jeszcze raz... Zdał sobie sprawę, że oddycha z trudem, a po jego twarzy również spływają łzy. W jakiś dziwny sposób dzielił ból Barrila i gdy jedna połowa jego duszy pragnęła ukoić to niezasłużone cierpienie nawet za cenę własnego życia, druga połowa, ta, o której istnieniu wolałby nie wiedzieć, dążyła do spotęgowania tego bólu aż do poziomu, po przekroczeniu którego człowiek zadaje śmierć własnemu ciału, byleby tylko zatrzymać rozszalały potok gwałtownych i straszliwych emocji. – Jeszcze raz... – szeptał. – Jeszcze jeden, ostatni raz... Tym razem cię nie skrzywdzę... Wreszcie Barril zaczął lepić zamek jeszcze raz. Jeden, ostatni raz. Zamek, który miał zatrzymać potok niezawinionych krzywd i rozdzierającego cierpienia. Lucjan przyglądał się temu dziełu rozszerzonymi oczami, drżąc na całym ciele z podniecenia. Przez chwilę mocował się sam ze sobą. To nie mogło, po prostu nie mogło kolejny raz skończyć się czymś tak okropnym i niepojętym. Udowodni Barrilowi i samemu sobie, że potrafi zapanować nad rozrastającym się w jego duszy złem. Że wyrwie je raz na zawsze z korzeniami i nigdy już nie stanie się jego narzędziem. Uśmiechnął się słodko do chłopca. Teraz jest czas, aby odejść, zostawić Barrila samego, pozwolić mu na dokończenie pracy w spokoju i skupieniu. Prawa stopa uniosła się w powietrze jeszcze szybciej niż miało to miejsce w czasie dwóch poprzednich ataków ślepej furii. Lucjan patrzył na to, co się działo, jakby z wielkiego oddalenia. Tym razem posunął się dalej, przekroczył tę niebezpieczną granicę, o której sądził aż do tej chwili, iż raczej umrze niż się do niej zbliży. Nie poprzestał na unicestwieniu zamku. Mocno uderzył twardą i dużą stopą w szczupłą pierś Barrila. Chłopiec zatoczył się gwałtownie do tyłu i upadł na plecy. Lecz to nie ból fizyczny powodował największe cierpienie. Na całym świecie nie mogło być niczego gorszego od niezawinionego poczucia potwornej krzywdy, wyrządzonej chłopcu przez człowieka, którego Barril uważał za swojego opiekuna i obrońcę. To właśnie Lucjan zawsze ujmował się za nim, gdy jego dzieci zbytnio się rozzuchwalały, gdy Masumi goniła psotnika po całym domu ze ścierką, gdy Sykstus srożył brwi i groził rózgami, choć nigdy nie wcielał tej groźby w życie. Jeden tylko Lucjan gotów był wybaczyć każdą niezręczność, każdą psotę. Po co więc Barril miał lepić z piasku zamki, skoro Lucjan tego nie chciał, skoro nie pozwalał mu dokończyć pracy? Jakie złe siły opętały Lucjana? Mężczyzna stał jak posąg, patrząc na wijącego się w bólu i ocierającego zwiniętymi piąstkami gorzkie łzy Barrila. Chłopiec leżał na boku, a jego wątłe ciało trzęsło się w zapamiętaniu jak osika. Nie znalazłby już w sobie dość sił na podjęcie kolejnej próby. Dlaczego Lucjan to zrobił? Przecież przysiągł, że nie skrzywdzi Barrila. Jak mógł nie dotrzymać własnej przysięgi? Nie rozumiał, czemu, ale nie było mu już przykro. Głosem nadspodziewanie twardym, którego sam nie poznawał, powiedział: – Przestań się mazać, Barrilu. Wstań i pójdź ze mną, będziesz mi usługiwał. Obrócił się na pięcie i wciąż lekko chwiejącym się krokiem ruszył w stronę domu. Łzy na jego policzkach obsychały szybko, osuszane łagodnym wiatrem i przekonaniem o własnej potędze i nieomylności. Za nim wlókł się na kolanach Barril niby wierny pies, wciąż zanosząc się nieutulonym bezgłośnym płaczem.

* * *

To zdarzenie było pierwszym ogniwem w długim łańcuchu podobnych incydentów. Miłość Lucjana do Barrila nie osłabła, lecz wymieszała się z niepojętym jakimś okrucieństwem tak ściśle, że jedno nie mogło istnieć bez drugiego. Na przemian tulił czule chłopca i odtrącał jego miłość, nie umiejąc zapanować nad gwałtownymi zmianami własnych nastrojów. Dokuczał Barrilowi okrutnymi żartami, wymuszał posłuszeństwo w absurdalnych rzeczach, wykpiwał jego ból, szturchał, popychał i targał za włosy, ale tak, by nie zrobić mu poważnej krzywdy. Nie przestał tego robić nawet wówczas, gdy Barril zaczął gwałtownie dorastać. Zwiększająca się siła fizyczna chłopca nie stanowiła dla niego żadnej ochrony przed okrutnym przywiązaniem Tuliusza Poncyliusza. Jako człowiek wykształcony dużo czytał i myśli najznamienitszych filozofów cesarstwa nie były mu obce. Sporo również sam rozmyślał, głównie nad naturą miłości. Odkrył, że każdy z ludzi posiada w swej duszy naturalny, chroniący przed okrucieństwem świata pancerz, po przebiciu którego nawet najgorętsza miłość zmieniała się w swoje przeciwieństwo. Źle traktowana i poniewierana żona żądała rozwodu. Bite i wyszydzane dzieci znosiły okrucieństwo ojca jedynie tak długo, jak było to konieczne, prędko wyfruwając z rodzinnego gniazda i zrywając ze zwyrodnialcem wszelkie więzi. Oszukiwani i okradani przyjaciele odwracali się od wiarołomcy. Niewolnik, nad którym jego pan bezlitośnie się znęcał, uciekał, ryzykując życiem. Nałożnica, którą traktowano jak rzecz, odmawiała zbliżeń. Nawet pies, którego kopano, pewnego dnia zaczynał szczerzyć zęby. Tymczasem z Barrilem działo się coś całkiem odwrotnego. Chłopiec zdawał się być pozbawiony tej niezbędnej, niewidzialnej osłony. Nie był w stanie uświadomić sobie ogromu krzywd doznanych ze strony Lucjana i zerwać wyniszczającej go więzi. Przeciwnie, im więcej bólu musiał znieść, tym silniej i gwałtowniej przywiązywał się do swego dręczyciela. Cierpienie, zamiast gasić miłość, podsycało ją. Wierniejszy od psa, bardziej pokorny od najnędzniejszego niewolnika, najbardziej delikatny ze wszystkich istot na świecie, przybiegał na każde wołanie Lucjana, by odebrać kolejną porcję szyderstw i razów. Zanoszący się bezgłośnym łkaniem, z wyżłobionymi przez łzy bruzdami na ciemnych policzkach i poczuciem bezbrzeżnego osamotnienia w sercu, przypadał do kolan pana, zanosząc nieme błaganie o okruszynkę ciepła. Czasami rzeczywiście otrzymywał coś, co wyglądało jak strzępek miłości. Działo się to wprawdzie rzadko, lecz wystarczająco często, by podtrzymywać wiarę chłopca w to, że zło przeminie jak koszmarny sen i odtąd panować będzie niepodzielnie radość. Pośród wszystkich skarbów świata miłość Barrila była klejnotem najrzadszym, bezcennym. Ze wszystkich żyjących istot tylko on jeden był całkowicie bezbronny, odsłonięty na każde uderzenie. Nie umiał się złościć, nie umiał walczyć o to, co należy się każdemu stworzeniu: godność i szacunek. Nie był w stanie znienawidzić człowieka, który wstrętnie się nim bawił. Mógł tylko rozpaczać i przyjmować bezradnie wszystkie niesprawiedliwe ciosy. Wraz z upływem czasu doskonałość chłopca, zarówno cielesna, jak i ta ukryta przed zmysłowym postrzeganiem, zamiast maleć, wzrastała z każdym dniem. Lecz im dojrzalszy i piękniejszy się stawał, tym bardziej zapiekła była złość mężczyzny. Barril był jak szlachetny metal, który przekuwany wciąż na nowo w piecu niewyobrażalnych cierpień, nie tracił swej wspaniałej formy, lecz przybierał coraz to cudowniejsze kształty. Jego miłość była bezwarunkowa i bezgraniczna. Gdyby Lucjan zażądał, by skoczył w przepaść, nie zastanawiałby się długo. Unicestwiłby samego siebie, aby uczynić zadość kaprysowi człowieka, który – postępując w taki sposób – nie zasługiwał nawet na współczucie, cóż dopiero na tak wielkie przywiązanie. Z zadawanych Barrilowi cierpień, z pośredniego doświadczania tej przeogromnej i zbolałej miłości, czerpał Lucjan tak potężną przyjemność, że niejednokrotnie płakał i drżał z wielkiego wzruszenia. Wychwytywał uczucia Barrila jakby odbite w wykoślawiającym wszystko zwierciadle i przeżywał je w jakiejś potwornej, wykrzywionej postaci, biorąc to, czego doznawał, za drgnienia własnego serca. A przecież naprawdę cierpiał, powodując tak wiele zła. Czasami leżał bezsennie na swym wielkim łożu, płacząc nad bezeceństwem, którego się dopuszczał. Bardzo wtedy pragnął położyć kres tym potwornościom. Rzuciłby się chłopcu do nóg i błagał go o wybaczenie. Przysięgałby na wszystko, co było mu drogie i święte, że nie skrzywdzi go nigdy więcej, że będzie czule się o niego troszczył do końca tych dni, jakie im pozostały. I czasami rzeczywiście to czynił. Niekiedy dotrzymywał nawet słowa przez kilka godzin lub dni. A potem koszmar ich obu zaczynał się od początku. Tego nie można było w żaden sposób zatrzymać. I może nawet to Barril ponosił większą odpowiedzialność za upodlenie własne i Lucjana. Był winny, bo nie umiał skutecznie bronić samego siebie, bo przez swą bierność i cichy płacz pozwalał na te okropności. Był winny przez swą nieskończoną i nieziemską bezbronność, przez to, że nie posiadał granic, że był jak otwarta księga, z której można było wydzierać kolejne karty, aż pozostawał sam twardy grzbiet.

* * *

W domostwie Tuliusza Poncyliusza zapanowało nadzwyczajne poruszenie. Kucharki i robotnicy przebiegali cichym krokiem z jednego pomieszczenia do drugiego, rozprawiając o czymś między sobą z wielkim przejęciem. Służący, od majordomusa Sykstusa do małej Tary, tłoczyli się wokół jednej z szop, w której złożono rannego. Szeptali o wypadku cicho, z niewypowiedzianą zgrozą. Nie znajdowali żadnej rady, ale nie odchodzili też do swoich zajęć, czekając na przybycie medyka. Dobroduszna Masumi, cała we łzach, unosząc lekko skraj sukni, biegła przez ogród tak szybko, jak pozwalała jej na to obfita tusza. Ktoś musiał donieść wreszcie panu domu o zdarzeniu i wierna piastunka wzięła to niewdzięczne zadanie na siebie. Niespodziewanie, na samym środku jednej z wysypanych piaskiem alejek, zastąpiła jej drogę niewysoka chłopięca postać. Murzynka próbowała wyminąć dziecko, lecz Barril nie ustępował. Ze ściągniętymi brwiami patrzył jej w oczy wzrokiem pełnym niemego pytania. Spoglądał z tak wielką intensywnością, żądał odpowiedzi tak kategorycznie, że kobieta poczuła się zmieszana. Masumi była jedną z niewielu osób, które stykały się z Barrilem na tyle często, by prawidłowo odczytywać język jego gestów. Dlatego odparła ze swą zwykłą jowialnością i sporą dozą zniecierpliwienia: – Nie, Barrilu. To nie jest widok dla dzieci. Nie możesz tam pójść. Wracaj do swojej zabawy. Lecz chłopiec nadal trzymał ją w uwięzi swego wzroku jak fakir zaklinający węża. Westchnęła i dodała: – Chcesz wiedzieć, co się stało? Pamiętasz Tyfona? Byłego gladiatora, którego twój pan kupił na targu niewolników przed trzema miesiącami? Kupił go dla jego nadzwyczajnej siły. Otóż Tyfon wraz z kilkoma innymi ludźmi pracował dziś w pobliskim kamieniołomie. Odkuwali i transportowali do majątku wapienne bloki, które po pokruszeniu i oszlifowaniu miały dostarczyć budulca na nowy pawilon, ten, który pan chciałby mieć gotowy przed nadejściem zimy. Tyfon jako najsilniejszy obwiązywał bloki konopnym sznurem i wciągał na wóz. Otarła łzy brzegiem rękawa i mówiła dalej: – Jedna z płyt wysunęła się z jego rąk w momencie, gdy zamierzał ściągnąć ją na dół. Wapień potoczył się po zboczu z wielkim hukiem i kurzawą, pociągając za sobą Tyfona, który nie zdążył uskoczyć na bok. Blok przygniótł prawą nogę nieszczęśnika, łamiąc kości i miażdżąc mięśnie aż po kolano. Pozostali robotnicy, choć przerażeni, zdołali ułożyć Tyfona na wozie i wyciskając z koni ostatni dech, przywieźć jak najprędzej do domu. Sykstus posłał od razu do miasta po medyka, lecz tutaj nie pomoże już żaden medyk. Tylko cud mógłby uratować tę nogę. Trzeba będzie ją obciąć. Ujęła chłopca za ramiona i znów próbowała usunąć z drogi, lecz Barril stał sztywno jak słup. – No, ruszże się, łobuzie – sapnęła. – Twój pan będzie bardzo niezadowolony. Tyfon dużo kosztował. Nagle Barril poruszył się, ominął zwinnie pulchną Murzynkę i puścił się biegiem w kierunku zabudowań gospodarczych. Masumi popędziła za nim, krzycząc: – Barril! Nie możesz tam pójść! Wracaj, durny chłopaku! Prędko zadyszała się i musiała zwolnić. Nie miała szans w wyścigu ze szczupłym dwunastolatkiem. Barril prześliznął się pomiędzy otaczającymi szopę ludźmi. Gdy strwożeni niewolnicy zauważyli go wreszcie, było już za późno. Chłopiec zręcznie otworzył drewniane, zamykane tylko na skobel drzwi i wszedł do przybudówki. Przez chwilę przyzwyczajał wzrok do panującego w ciasnej szopie półmroku. Jedynie przez szpary w ścianach wpadało do środka trochę światła. Podszedł do posłania, na którym leżał ranny. Widok rzeczywiście nie należał do najprzyjemniejszych. Były gladiator wił się w wielkim bólu na rozłożonym wprost na drewnianych deskach jelenim futrze. Z jasnych, trochę wodnistych oczu Tyfona ciekły strumyczki łez, tak bardzo nie pasujące do wizerunku szorstkiego osiłka. Nie mógł mówić, pojękiwał tylko raz za razem. Czuwał przy nim Sykstus oraz kochanka Nasturcja, trzymająca olbrzyma za rękę. Prawa noga aż do kolana była krwawym strzępem mięsa i bielejących upiornie kości. – Co tutaj robisz, Barrilu? – zakrzyknął zduszonym głosem stary wyzwoleniec. – Kto pozwolił ci tu przyjść? Kiedy będzie już po wszystkim, spiorę cię rózgą, zobaczysz. Żebyś znał swoje miejsce, ty mały draniu. Ale nawet złorzeczenia Sykstusa straciły w tej chwili swą groźną moc. Barril wiedział dobrze, że starzec nigdy by go naprawdę nie uderzył. – Gdyby pan Lucjan wiedział, że tutaj jesteś, wyrwałby mi na starość tę nędzną resztkę siwych włosów – marudził dalej stary. – Że też nigdy nie można cię upilnować! Chłopiec nie słuchał dłużej narzekań Sykstusa. Nie po to przecież przyszedł. Pochylił się nad Tyfonem, obejrzał jeszcze raz bacznie zmiażdżoną nogę, a potem wyciągnął nagle dłoń i dotknął krwawej miazgi. Nasturcja krzyknęła cicho ze zdumienia i przestrachu. Ładne brwi Barrila ściągnęły się w jedną linię, a wokół ust błąkał się łagodny i zagadkowy uśmiech. Przeciągnął kilka razy ręką od kolana aż po miejsce, gdzie powinny być palce stopy. Nagle były gladiator zesztywniał, a potem znieruchomiał, dysząc ciężko. Niewyobrażalny ból minął jak zły sen. Tyfon leżał cichutko, nie śmiejąc się odezwać, nie mając odwagi, by spojrzeć w dół. A Sykstusowi wydało się, że wzrok płata mu na starość figle. Obie nogi niewolnika były tak samo gładkie i zdrowe, jakby makabryczny wypadek był tylko przewidzeniem. Barril uniósł lekko osiłkowi głowę, zmusił, aby tamten spojrzał na swoją nogę i przekonał się, że nie będzie kaleką. Oczy chłopca lśniły przy tym jakimś tajemniczym, cudownym blaskiem. Tyfon nie posiadał się z radości. Nie znał słów, którymi mógłby podziękować swojemu wybawcy. Uklęknął i nagle, wybuchając nową porcją łez, rzucił się Barrilowi do stóp, objął mocno nogi chłopca i całował je z lękiem i zarazem wielką miłością. Nasturcja otworzyła drzwi i przekazała zebranym radosną wieść. Oznakom radości nie było końca. Niewolnicy klaskali, wiwatowali na cześć Barrila, skandowali jego imię. Każde z nich chciało chociażby dotknąć niezwykłego chłopca, pogłaskać go po głowie, ucałować dłoń, która potrafiła sprawiać cuda. Nawet stary Sykstus płakał ze wzruszenia. Kiedy przybył wreszcie wezwany medyk, musiał odjechać z niczym, popędzany radosnym śmiechem służby. Trzy dni później Tyfon sporządził drewnianą ławeczkę, którą zawiesił na żelaznych łańcuchach i ustawił w ogrodzie jako huśtawkę. Oglądał ją z uznaniem sam Lucjan, pokiwał w zamyśleniu głową i podarował Barrilowi ze swoich kufrów kilka jedwabnych poduszek. Od tego dnia chłopiec spędzał na swojej nowej huśtawce długie godziny, bujając się lekko z twarzą wtuloną w delikatną poduszkę i rozmyślając o sobie tylko znanych sprawach. Czasem nawet Lucjan, gdy humor akurat mu dopisywał, przysiadał na ławce obok chłopca, zanurzając dłoń w jego miękkich czarnych włosach i opowiadając zabawne historyjki. Zdarzenie to było pierwszym, lecz nie jedynym z długiej serii uzdrowień. Niekiedy Barril ratował któremuś ze służących życie, częściej jednak po prostu uwalniał od niegroźnych, lecz dokuczliwych dolegliwości, takich jak skaleczona dłoń lub męczące zatrucie pokarmowe. W pamięci domu zapisała się w szczególny sposób chwila, gdy Emilia, matka małej Tary, rodziła swoje drugie dziecko. Poród był bardzo ciężki i pewnie zakończyłby się śmiercią zarówno matki, jak i dziecka, gdyby Barril nie siadł obok położnicy i nie ujął jej spoconej dłoni w swoją, drobną i ciemną. Ból minął jak ręką odjął, a dziecko opuściło łono matki prędko i bezpiecznie. Te wszystkie wydarzenia spowodowały, że Barril stał się ulubieńcem całego domu. Przed incydentem z Tyfonem służba, wzorem Tytusa, Marka i Tulii, uważała go za zabawną małpę lub nieszkodliwego półgłówka, którego mijano, nie poświęcając w ogóle uwagi. Barril stanowił nawet dla niektórych rodzaj domowego sprzętu, zawsze stojącego na swoim miejscu, na widok którego nikt nie zastanawia się, co stało tam wcześniej i co będzie stać potem. Szczególnie przepadał za nim Tyfon, który bez wahania oddałby za Barrila życie, gdyby zaszła taka potrzeba. A gdy chłopiec stał się starszy, kobiety, całkiem młode i także trochę starsze, zaczęły doznawać w jego obecności tego szczególnego rodzaju skrępowania, gdy bez widocznej przyczyny policzki pałają i drżą dłonie. Szczególnie lubiła go Tara, która z dziecka stawała się właśnie młodziutką i subtelną kobietką. Zbaczała do ogrodu bez ważnej potrzeby i z ukrycia przyglądała się lepiącemu kolejny zamek Barrilowi. Chłopiec zaczął często bywać w mieszkaniach niewolników. Wkrótce znał wszystkich swoich przyjaciół po imieniu. Nauczył się grać w kości i z reguły ogrywał rywali, którzy kwitowali swoją porażkę radosnym uśmiechem. Gdyby Barril zażądał, zmiataliby kurz spod jego stóp, te przegrane więc nic nie znaczyły. Jego milcząca obecność w ponurych i zagraconych barakach była jak promień słońca po burzy. Słuchał sprośnych dowcipów, uśmiechając się swym zwykłym zagadkowym uśmiechem. Lucjanowi nie podobało się to spoufalanie z niewolnikami. Marszczył gniewnie brwi i dokuczał okrutnie chłopcu, lecz nie zabronił tych spotkań. Wiedział, że nie musi bać się o bezpieczeństwo Barrila. Ci prości i szorstcy ludzie, rzucający niewybrednymi żartami, biorący się wściekle za łby przy każdej awanturze i nie przepuszczający żadnej młodej dziewce, przy Barrilu stawali się łagodni jak baranki. Dziwny chłopiec z pustyni miał nad tą gromadą wielką i niepojętą władzę. Nikt nie ośmieliłby się uderzyć go ani obrazić w żaden inny sposób. Masumi go uwielbiała, a Sykstus raz na zawsze odłożył rózgę do kąta. Tuliusz Poncyliusz nie pozwalał sobie już więcej na ranienie Barrila w obecności służby. Powściągał szarpiącą go złość i zaczynał wyżywać się na chłopcu dopiero wtedy, gdy zostawali sami. Na myśl o tym, że zaczyna bać się własnych niewolników, ogarniała go jeszcze większa irytacja. On był w tym domu panem i nie musiał liczyć się z niczyim zdaniem. Nic nie mógł jednak poradzić na to, że truchlał z trwogi, uświadomiwszy sobie, że pewnego dnia Barril mógłby jakoś opowiedzieć Tyfonowi o tych zdarzeniach albo że były gladiator mógłby przyłapać swego pana na ciskaniu zapłakanym chłopcem o ścianę. Lucjan nie żywił żadnej wątpliwości, że wtedy jego los byłby przesądzony. Godność patrycjusza i skrzynie pełne złota nie uchroniłyby go przed straszną zemstą olbrzyma.

* * *

Na zewnątrz szalała gwałtowna ulewa. Lucjan starannie zamknął drzwi do ogrodu. Przed kilkoma godzinami zapadł zmierzch i Barril z całą pewnością bawił się gdzieś w domu. Zresztą, kto go tam wiedział. Ten chłopiec nie obawiał się także ciemności i deszczu w równym stopniu, jak nie lękał się słońca. Albo siedział znów z tymi przeklętymi niewolnikami. Światło oliwnych lamp powodowało, że na nieskazitelnie białych ścianach tańczyły upiorne cienie. Lucjan nienawidził zimy. Te koszmarnie długie noce i częste deszcze doprowadzały go do obłędu. Przez całe lato kryjemy się w naszych domostwach przed nieznośnym żarem słońca, a przecież nie umiemy bez niego żyć, pomyślał, podchodząc do kominka. Zatarł zziębnięte ręce, grzejąc je nad ogniem. Utkana z wełny górskich kóz toga niewiele pomagała na wciskający się zewsząd chłód. Ogień w kominku przygasał, od dawna nie podsycany. Na podłodze leżało jako zapas jedynie kilka szczap, Lucjan podniósł je i wrzucił do paleniska. Ogień przygasł na moment, a potem wybuchł z nową siłą. Kilka złocistych iskier wystrzeliło w głąb pokoju. Barril mógłby obserwować ich harce godzinami. Niech demony pochwycą duszę tego chłopaka! Dlaczego Barril nie przyniósł wystarczająco dużo drwa, by wystarczyło na całą noc? W końcu troszczenie się o to, by Lucjan nie zamarzł na śmierć podczas tych przeklętych, nie kończących się zimowych nocy należało do nielicznych obowiązków chłopca. Kocha ogień, niech więc o niego dba. Przeszedł szybkim krokiem przez komnatę, przemykając jak duch pomiędzy smukłymi, ozdobnymi kolumnami i otworzył gwałtownym ruchem drzwi na główny korytarz. – Barril! – wrzasnął. – Gdzie się podziewasz? Przyjdź tu natychmiast, leniwy chłopaku! Odpowiedziała mu cisza i bezruch. Wszyscy służący udali się już na spoczynek lub zajmowali pilnie swoimi pracami. Nikt nie kręcił się o tej godzinie bez potrzeby po domu. – Barril! – krzyknął jeszcze raz, głośniej. Nieduża postać wypadła zza rogu po lewej stronie korytarza i popędziła w jego kierunku, ściągając przy tym nieznacznie czerwony wzorzysty chodnik, utkany rękami zręcznych tkaczy z krainy Al Dżasir. Chłopiec miał na sobie tunikę bez rękawów i sandały. Lucjan wyciągnął ramię, oparł się o framugę drzwi, zagradzając w ten sposób Barrilowi przejście. – Donieś drwa – polecił. – Nie wiesz, że marznę, niedobry chłopaku? Chłopiec zawrócił więc, pobiegł ile sił w nogach w kierunki drewutni i przyszedł po chwili, niosąc tyle sosnowych szczap, ile tylko mógł pomieścić w zgięciu szczupłego ramienia. Złożył je przed kominkiem w komnacie Lucjana i wrzucił kilka sztuk w ogień, przewracając przy tym popiół pogrzebaczem. – Będziesz musiał jutro rano wymieść popiół – odezwał się stojący obok Lucjan. – Zrozumiałeś i zapamiętałeś, małpeczko? Barril pokiwał głową, by potwierdzić gotowość do wykonania polecenia. Patrzył przy tym w oczy swojego pana tym swoim niesamowitym, jasnym i ufnym wzrokiem. – To dobrze. A teraz biegnij jeszcze raz po drugą porcję drew. Chłopiec nie ociągał się ani chwili. Starannie złożył kolejne naręcze szczap obok kominka, spojrzał jeszcze raz pytająco na Lucjana, unosząc lekko brwi i wskazując skinieniem głowy na tańczący radośnie ogień. – Tak, dorzuć jeszcze kilka – odparł mężczyzna. – A potem możesz wyjść. Potrafię jeszcze własnoręcznie podkarmić złotego kura. Lecz Barril zwlekał z odejściem. Stał, wpatrując się w pląsające płomienie z wyrazem skupienia i zafascynowania na wąskiej twarzyczce. Mógłby tak stać bez końca, lecz niecierpliwy głos Lucjana przywrócił go rzeczywistości: – Coś jeszcze chciałeś, chłopcze? Wreszcie Barril spuścił wzrok i odwrócił się plecami do kominka. Wlókł się ku drzwiom zrazu powoli i niechętnie, potem krokiem coraz żwawszym. Zapominał zarówno o doznanych przykrościach, jak i rzeczach mu drogich, niemal momentalnie. Podciął go ostry jak brzytwa głos Tuliusza Poncyliusza: – Stój, Barrilu! Wracaj natychmiast! Jak pociągana za sznurki marionetka, chłopiec ponownie odwrócił się, przeszedł kilka kroków i zatrzymał w pół drogi pomiędzy szeregiem kolumn a ścianą z kominkiem. Jego drobna sylwetka odcinała się na ścianach i suficie w świetle licznych lamp kilkoma osobnymi, wielkimi i postrzępionymi czarnymi cieniami. – Skoro tak bardzo podoba ci się ogień – zaczął znów Lucjan zimnym, beznamiętnym głosem – to włóż w niego rękę. Chłopiec popatrzył na pana domu wzrokiem pełnym zarówno przestrachu, jak i niedowierzania. Jego prawa stopa poruszyła się niemal bezwiednie. Barril cofnął się o mały kroczek, jakby gotował się do ucieczki. – Słyszałeś, Barrilu? Rozkazuję ci, żebyś włożył rękę w ogień. Zrób to dla mnie, ty mały łobuzie. Zarówno treść polecenia, jak i ton głosu Lucjana nie pozostawiały żadnych wątpliwości co do jego intencji. W oczach Barrila zalśniły łzy. Krok po kroku, powoli i z ociąganiem, posuwał się w kierunku ognia. Nie miał w sobie dość sił, by uciec, schować się w bezpiecznej kryjówce i przeczekać tam dziwne pomysły Lucjana. Był jak wycięty z papieru człowieczek, który ciska się w ogień, by rozgrzać nieczułe serca wielkich i mocnych ludzi. – Włóż prawą dłoń i przytrzymaj. Ciekawe, czy wytrzymasz tyle, ile zechcę. Barril pochylił się nad paleniskiem. Wielkie łzy rozpaczy spływały po ciemnych, gładkich policzkach. Wahając się jeszcze, wyciągnął nad ogniem rękę, zastygł

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%