Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 1 godz. 41 min czytania

Zapach Lavendy - Całość

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Oli – za okoliczności inspiracji

Piękny ów dzień zastał Barnavę w drodze do Onego Pola. Nawet najmniejsza chmurka nie bieliła się na modrym niebie, słonko mile przygrzewało, a ptacy kwilili radośnie w koronach drzew. W górze słaby wietrzyk bawił się listowiem, a dojrzałe żołędzie co i raz z trzaskiem spadały na ziemię. Sycił się więc Barnava pięknym dzionkiem i pogwizdywał wesół, gdyż jechał do miasteczka na doroczny Wielki Turniej Chłopskiej Szmacianki, prostej gry prostego ludu, dostarczającej ogromu zdrowych i niezapomnianych emocji. A że wyruszył z trzydniowym wyprzedzeniem, był pewien, że uda mu się jeszcze znaleźć kąt w jakiejś dostatecznie znośnej karczmie. Gospodzie. Oberży. Szynku, knajpie – gdziekolwiek gdzie człowiek mógł się obudzić w mniej więcej tym samym kształcie i stanie molekularnym w jakim kładł się spać. Udało mu się wywalczyć cały tydzień urlopu; siedem dni wolnych od pracy w młynie! Zamierzał wykorzystać je diabelnie dobrze. Radość z życia przepełniała tedy Barnavę, który tak sobie, idąc, rubasznie podśpiewywał:

Nie mogę jeść la la la laa Nie mogę pić la la la laa Nie mogę spać la la la laa Nie mogę żyć! la la la laaaaa!

Tu następowała iście progresywna zmiana rytmu, a dalej szło tak:

Bo tak jak mnie gniotą w bucie kamyczki, Tak ja przed oczami mam wciąż twoje... usta!

A słyszał go tylko las. Zdrowo już po południu było, gdy zatrzymał się na popas na leśnej polance nieopodal traktu. Oparł się wygodnie o pień grubego dębu i sięgnął do torby po kromkę chleba i gomółkę sera. Z wieczora powinien już dotrzeć do Onego Pola; nie mógł się doczekać tych tłumów, kolorowych jarmarków i gwaru, całej tej atmosfery towarzyszącej rozgrywkom. Handlarze będą wciskać kit ze wszystkich stron tego świata, wiedźmy i wróżbici zajmą się kitem z drugiego; księża ustalą promocje na odpusty, a burdele karnety; trzeba będzie się zmierzyć ze zgromadzonymi zapasami ciemnego piwa Wiast, pędzonego w Onym Polu, i uważać na złodziei, których paru pewnie jak zwykle zawiśnie w czasie zawodów. Zapowiadało się kilka dni przedniej zabawy. Tymczasem szumiały drzewa, śpiewali ptacy, a dojrzałe żołędzie z trzaskiem kończyły zawody w spadaniu. I właśnie jeden z nich pokrzyżował plany Barnavy. Barnava nastawił ucha, gdy po serii drewnianych odgłosów, świadczących o przeszkodach jakie pokonać musiał mały żołędź na drodze ku swojej przyszłości, nie usłyszał kolejnego trzasku, a głuche uderzenie, jakby kto puknął palcem w drzwi czy blat biurka. Znieruchomiał, zaskoczony i wgryziony do połowy w serek. Cóż, pomyślał, może jaki pusty, spróchniały pień się trafił. Już zamierzał kontynuować posiłek, gdy kolejny żołędź, zapewne goniący tego pierwszego, zerwał się z uwięzi i poszybował, hałasując, w dół; tym razem zakończył swą podróż z donośnym, metalicznym brzękiem. Dziwne, pomyślał Barnava, metalowych drzew chyba jeszcze nie zaczęli sadzić. Wrodzona ciekawość Barnavy dopełniła dzieła; kazała mu się podnieść i pójść tam, skąd dobiegł go intrygujący dźwięk. I tym sposobem, wśród szumu drzew, znalazł wyjaśnienie zagadki. Powodem dźwięku podobnego do puknięcia musiała być nieduża, drewniana tarcza, leżąca w zaroślach. Brzęknięcie dobiegło jego uszu zapewne za sprawą niedużego, wgniecionego hełmu, spoczywającego tuż obok. Żadnego dźwięku nie wydał jedynie ich właściciel, ukryty byle jak pod prowizoryczną warstwą liści i gałęzi. Nie zareagowałby nawet gdyby zamiast żołędzia spadł mu na głowę mały, różowy słonik. Nie dlatego, że chciał pozostać niezauważony, ale dlatego, że był całkowicie martwy. - Uj... - Barnava był zaskoczony. Podszedł ostrożnie bliżej i przyjrzał się znalezisku. Na hełmie, choć obitym i brudnym, dostrzegł charakterystyczny symbol firmy kurierskiej Szczęśliwa Trzynastka. Obok leżała prosta, drewniana maczuga, pęknięta na pół. Ciało leżało tu już kilka dni; lewa ręka była obgryziona do kości, na której widniały wyraźne kwadratowe ślady wielkich zębów. Do tego, byle jak ciśnięta w pobliskie paprocie, bieliła się płócienna torba na przesyłki. Sprawa nagle przestała się Barnavie podobać; kto bowiem był na tyle silny, by połamać solidną maczugę na czyimś hełmie; na tyle żarłoczny, by zjeść jego rękę; i na tyle głupi, by wyrzucić bez otwierania jedyną torbę, jaką miał przy sobie? Odpowiedź była oczywista: trolle. Do tego było jasne, że czegoś takiego nie zrobiłyby same z siebie; jeśli już, to pożarłyby biedaka w całości, zamiast tak zostawić w krzakach. Czyżby coś je spłoszyło? Bez żartów, pomyślał Barnava, trolla nie da się spłoszyć. No, przynajmniej nie tak łatwo... Coś zaczynało tu coraz bardziej śmierdzieć. Zabójstwo na zlecenie? Podskoczył do torby, jakby nagle ziemia zaczęła parzyć go w stopy. Chwycił ją, rozerwał szwy pieczętujące i wyjął ze środka owiniętą w szary papier, prostokątną paczkę. Księgi pewnie jakieś, pomyślał. Dlaczego napastnicy jej nie zabrali? Spojrzał na nalepkę adresową: 'Magnus Kwasigroch (magus medicus), Przy Jeziorze k. Łonego Pola. Wyłącznie do rąk własnych!'. Tak, teraz przypominał sobie samotny dom, stojący na drugim brzegu jeziora, pełniącego rolę umywalki dla pospólstwa zjeżdżającego na zawody. Nawet nie wiedział, że był zamieszkany. A jeśli imć Magnus potrzebuje tej księgi, by uratować życie konającego pacjenta? Albo do... czegoś takiego? Rozejrzał się nerwowo na boki, jakby ktoś tu na niego dybał w środku lasu; włożył paczkę do swej torby i oddalił się szybkim krokiem, nie oglądając się za siebie. Bardzo nie miał ochoty również spotkać się z trollem.

* * *

Wczesnym wieczorem dotarł do Onego Pola. Miasteczko pełne już było narodu, gawiedzi spod różnych gwiazd i maści, przybyłej na zawody w tych czy innych celach. Większość przyjechała bawić się i pić, pozostała część będzie próbować im coś sprzedać. Pamiątki, broń, biżuterię, maść na opryszczkę, wywary o nazwach takich jak Całą Noc Możesz; przepowiadanie przyszłości i klątwy na specjalne zamówienie, odtruwacz do mleka zasikanego przez krasnoludki, studwudziestoprocentowy samogon, lewe zakłady, rozcieńczone piwo, góralskie sery, woda w proszku (zalać wrzątkiem i odczekać trzy minuty), niepowtarzalne okazje... głowa pęka. Połowa z tego będą to rzeczy ukradzione tym, którzy przeliczyli się z flaszkami. Podobno istniały nawet gangi, specjalizujące się w brataniu z co zamożniejszymi przyjezdnymi; przysiadał się taki, że niby kopę lat się nie widzieliście, i stawiał ci kolejki tak długo, dopóki nie znalazłeś się pod stołem. W końcu, jeśli dobrze trafi, zwróci mu się to z nawiązką. Barnava postanowił przecisnąć się przez tą barwną rzekę ludzi, rozbijającą się o brzegi straganów i meandrującą po dyskretnych zaułkach, i dotrzeć do miejsca, w którym zawsze się tu zatrzymywał – czyli Zdeptanej Meduzy, popularnego lokalu spełniającego wymogi stałych klientów jak i niewybrednych przyjezdnych. Nie były to luksusy, ale zawsze znalazł się wolny pokój, a posiłki nie próbowały uciekać z talerza. Gdy w końcu tam dotarł i otworzył drzwi, oberża ogarnęła go swym ciepłem, zaduchem i gwarem. Parę wiszących lamp oświetlało mętnym blaskiem środek pomieszczenia i bar, oddając cieniom dalsze zakątki pomieszczenia. Barnava przebiegł wzrokiem po gościach siedzących w kręgu światła, szybko dochodząc do wniosku, że bezpieczniej będzie nie przekonywać się, kto siedzi w ciemnych kątach. Czyli po staremu. Strasznie było tłoczno. Atmosfera była tak gęsta, że można by ją złapać za rękaw, gdyby jakiś miała oczywiście. Barnava cofnął się w progu, by zaczerpnąć ostatni raz świeżego powietrza. - Ejże, kolego – zagaił nagle ktoś z boku przepitym głosem barowego weterana – wpuszczasz kurz z ulicy. Zmitygował się szybko i zamknął za sobą drzwi. Następnie spojrzał na bar, za którym siedział ponury szynkarz, za nim stały beczki i półki pełne kufli i butelek, a z boku kołysały się przeżarte brudem i starością drzwi do... na pewno były to drzwi do kuchni. Podszedł bliżej. Na jednej z belek podtrzymujących sufit przy barze wisiała brudnawa tabliczka, na której kredą ktoś nabazgrał:

Dziś Polecamy: Wspaniałe Wjno z Różnych Owoców Ponczki z Dżemem z Różnych Owoców Smacznie I Tanio

- Eblybl... - Na zdrowie – odrzekł uprzejmie. - Em, pytałem, co podać. Barnava zorientował się, że mówi do niego szynkarz. No tak, stary pan Vipe potrafił człowieka bezszelestnie podejść... - Pokój chciałem wynająć, jak zawsze. - Świetnie trafiłeś mamy najlepsze pokoje w ca... - tu pan Vipe, znany ze swego postępowego podejścia do hotelarstwa, ziewnął przeciągle, prezentując kilka czarnych zębów - ...łym mieście po najlepszych cenach – wyrecytował może nieco zbyt sztucznie, ale nikt inny w okolicy nie oferował takich atrakcji. - Parter został – dorzucił jeszcze. - Może być. Na tydzień. I kufelek Wiasta. I... - zawahał się na moment – i pączka. Gdy już dostał swoje zamówienie i klucz do pokoju, rozejrzał się za jakimś wolnym miejscem. Jedyne, jakie dostrzegł, znajdowało się przy małym stoliku w rogu. Siedziały przy nim już dwie osoby: człowiek i krasnolud. Człowiek siedział swobodnie, jedną nogą opierając się o blat stołu i kołysząc się na krześle. Krasnolud, ponury i zgarbiony, topił brodę w piwie. Barnava podszedł do stolika. - Można? - zapytał, a uznawszy, że to może jednak trochę za mało, dodał: - Się przysiąść? - Jak musisz – burknął krasnolud. - Oczywiście, oczywiście! - młody człowiek zdjął nogę ze stołu i odsunął stojące na blacie kufle, robiąc Barnavie trochę miejsca. - Siadaj, nie krępuj się... im nas więcej, tym weselej, prawda, Cyprianie? - zwrócił się do swego towarzysza. - Jak chuj – odburknął zapytany. - Ha, ha – facet zaśmiał się perliście. - Musisz wybaczyć memu przyjacielowi, źle się czuje w mieście. Na szczęście nie zabawimy tutaj długo. - Nie zostajecie na zawodach? - spytał Barnava, siadając na krześle noszącym blizny niezliczonych bitew i awantur. - Nie. Przyjechaliśmy tu odwiedzić starego znajomego... oddać mu drobną przysługę. I zaraz potem się stąd zwijamy. Może nawet jutro. Zawody nas nie interesują. - Rzeczywiście – Barnava podniósł pączka do ust. - Nie wyglądacie na tutejszych. - Naprawdę? - mruknął właściciel brody piwnej. Co za smak, pomyślał Barnava gryząc pączka. Coś jak stary szczur z lukrem zapiekany w serze. - A ty? - zagadnął go młody człowiek. - Zapewne przyjechałeś tu beztrosko kibicować... - Tak. Ale też muszę kogoś odwiedzić, i coś mu oddać. - Co za zbieg okoliczności! Wszyscy mamy tu jakichś znajomych! – zdanie to było wypowiedziane głosem słodkim jak marcepan. - Słyszysz, Cyprianie? Może nawet wspólnych, ha, ha! Kogóż to – mówiąc, mężczyzna teatralnie rozłożył ręce – chcesz nawiedzić, jeśli można wiedzieć? - Otóż... - Barnava musiał pogrzebać w pamięci – niejakiego Magnusa Kwasigrocha, medyka. Mieszka, zdaje się, po drugiej stronie jeziora... Młody człowiek znieruchomiał z rękami po bokach i wyrazem zaskoczenia na twarzy. Krasnolud Cyprian drgnął, łypnął na Barnavę spod oka, ale błyskawicznie wrócił do swojej naburmuszonej, ignoranckiej postawy. - Niemożebne – mężczyzna złączył dłonie opuszkami palców. - Toż właśnie o nim mówiłem. Wybieramy się do niego jutro, aby się pożegnać. Chodź z nami, przyjacielu, o tej porze, gdy słońce zachodzi, nie będzie bezpiecznym chodzenie samopas po lesie... - uśmiech wrócił na jego twarz. - Tak! Jutro pójdziemy tam razem. A teraz pozwól, przyjacielu, pójdę po kolejkę dla nas wszystkich i wypijemy za wspólnych znajomych! - Ależ nie chciałbym kłopotać... - Gdzież tam kłopotać! - zaprzeczył młody człowiek, podnosząc się z krzesła. - Trzeba wypić za zdrowie starego Magnusa. Zaraz przyniosę coś naprawdę godnego tej okazji! Odszedł, a Barnava przypomniał sobie o nieznajomych proponujących wspólne toasty. Ale z drugiej strony, czy wyglądał jakby spał na złocie? Wypije jednego, góra dwa, a potem grzecznie, ale stanowczo się pożegna... wystarczy być sprytnym. Podniósł kufel, by dopić piwo, ale w tym momencie ktoś przechodzący obok trącił go w łokieć; ciemnozłoty płyn chlusnął mu na rękaw, polał się na spodnie. - Och... - usłyszał jedwabiste westchnienie – najmocniej przepraszam... Uniósł wzrok, gotów do ciętej riposty, zaraz jednak zaniemówił. Znieruchomiał z otwartymi ustami i uniesioną ręką wciąż trzymającą kufel. Ucichł nagle dobiegający zewsząd gwar rozmów. Zrobiło się gorąco. Burza krótkich, czarnych jak krucze pióra włosów, fascynująco nieułożonych w pozornym nieładzie. Delikatne brwi, a pod nimi oczy zielone jak wiosenna łąka. Karminowe usta, obiecujące nieziemskie cuda, cera gładka jak u niemowlaka, delikatny, zmysłowy zapach... perfum czy jej ciała? Odsłania w uśmiechu równiutkie, drobne ząbki, białe jak sumienie anioła. Pośpiesznie naciąga poły czerwonego płaszcza, który zadziornie zsunął się z ramion, odsłaniając zarys... - Jestem! - krzyknął radośnie jego nowy znajomy, z impetem stawiając na stole trzy kufle. Zawartość jednego z nich miała kolor nieco ciemniejszy niż dwóch pozostałych. Była to zawartość właśnie tego, który trafił do Barnavy. - Wziąłem ci Ciemne Podwójnie Chmielowe, przyjacielu – wyjaśnił młodzieniec. - My... już je piliśmy, wyborne, ale strasznie mocne. A wieczór dopiero się przecież zaczyna... Mówił coś jeszcze, ale Barnava nie słuchał. Spojrzał w stronę, w którą, jak mu się zdawało, odeszła ta dziewczyna... nigdzie jednak nie było po niej śladu. Rozpłynęła się jak dym, jakby w ogóle nie istniała. - Za starych przyjaciół! - toast wyrwał go z zamyślenia. Wciąż błądząc myślami gdzie indziej, uniósł kufel i przyłożył go do ust. Nagle poczuł, jak bardzo wciąż chce mu się pić po całodziennej wędrówce. A Podwójnie Chmielowe, chociaż nigdy dotąd o nim nie słyszał, rzeczywiście okazało się piekielnie dobre. Pół kufla duszkiem wychylił. - Aaach – sapnął, ocierając pianę z ust. - Wyborne! - Prawda? - młody człowiek uśmiechnął się niezwykle ciepło. - A jakie mocne. Ale powiedz, przyjacielu, gdzie właściwie poznałeś starego Magnusa? Barnava poczuł nagle, że dzieje się z nim coś niecodziennego. Serce przyśpieszyło i waliło teraz jak młotem, głosy rozmawiających ludzi zaczęły mieszać się ze sobą, stawały się odległe, niewyraźne. Świat zaczął wirować, i robił to w różnych kierunkach jednocześnie. - Właściwie... - wybełkotał jeszcze – to poznaliśmy się... na szlaku... A potem była ciemność.

* * *

Obudził się w swoim pokoju. Nic nie pamiętał. Jak się tu znalazł? Głowa go bolała, oczy piekły. Nie mógł się skupić, myśli uciekały przed nim jak myszy przed kotem. Dotarł do miasteczka i do Zdeptanej Meduzy, ale co było potem? Tylko szara mgła, z której nie chciały wyłonić się żadne wspomnienia. Czyżby aż tak dał w szyję? Niezupełnie jeszcze obudzony, wstał z łóżka i powlókł się do niewielkiego lustra, wiszącego na ścianie naprzeciwko. Zasłony były zaciągnięte, w pokoju panował półmrok. Był jakoś dziwnie obolały. Na szczęście w lustrze zobaczył znajomą twarz: wesołe, choć teraz nieco zmęczone piwne oczy, krótkie kasztanowe włosy, z których i tak każdy sterczał w inną stronę, te same grube brwi, nos, usta, policzki pokryte dwudniowym zarostem; wszystko całe i na swoim miejscu. Odetchnął z ulgą. Już się bał worów pod oczami, sińców i szram po nożach, nigdy bowiem dotąd nie doznał po przebudzeniu takiego zaćmienia pamięci. Kto wie, co wczoraj wyczyniał. Tylko skąd ten guz na środku czoła? Podszedł do okna i rozsunął zasłony. Do pokoju wpadło ciepłe, silne światło; musiało już być nieźle przed południem. Omiótł wzrokiem niewielki pokoik, jaki zajmował, nie znalazł jednak żadnych śladów walki czy czegoś innego, równie podejrzanego, czego mógłby się dopuścić wczorajszego wieczoru. Całkiem już uspokojony, uśmiechnął się do nowego dnia i otworzył okno, które wychodziło na otoczone murem podwórze oberży. Dotarł do niego przytłumiony gwar ulicy – rozmowy przechodniów, pokrzykiwania sprzedawców, tętent końskich kopyt. Gdzieś niedaleko kowal uderzał młotem o kowadło. Muczała krowa, gruchały gołębie, świeże powietrze uderzało do głowy. Dwa trupy leżały między kurnikiem a stertą drewna na opał. Oprzytomniał w oka mgnieniu. Dwa blade, martwe ciała! Leżały tam sobie, jakby nigdy nic... w jednej chwili przypomniał sobie wszystko. Młody człowiek, ciągle uśmiechnięty, śmiał się teraz od ucha do ucha grubą szramą podciętego gardła. Opierał się o mur i podziwiał kurnik niewidzącymi oczyma. Na nim, niedbale rzucony, leżał krasnolud zwany przezeń Cyprianem, odwrócony do Barnavy plecami. Kaftan miał ciemny od zakrzepłej krwi. Na Boga jedynego, co się tutaj stało? Odruchowo cofnął się od okna, i wtedy poczuł ten zapach, delikatny, zmysłowy, jakby znajomy... - Już na nogach? - ciepły głos, którego normalnie słuchałby z rozkoszą, teraz przyprawił go o zimne dreszcze. Obrócił się błyskawicznie, wystraszony, z sercem bijącym jak dzwony na alarm. Pośrodku pokoju, swobodnie, z jedną ręką opartą na biodrze i zawadiacko przekrzywioną głową, stała ona. Zielone oczy patrzyły na niego spod przymrużonych powiek. Jak? Skąd? Zadałby jej te pytania, gdyby tylko mógł. Niestety, nie był w stanie wydusić z siebie nawet słówka. Miała na sobie ciemnozielony kaftanik z miękkiej skórki, idealnie skrojony, jakże podkreślający jej wspaniałe kształty. Szczególnie na górze; aż prosiły się, by uwolnić je z krępujących objęć materiału. Kuse spodenki, w których zapewne nie wpuszczono by jej na salony, buty sięgające połowy cudnych łydek, i ten sam ciemnoczerwony płaszczyk, w którym widział ją wczoraj. To ona! Więc była prawdziwa! Poczuł się nagle dziwnie i bezwarunkowo szczęśliwy. Usłyszał muzykę, słodką jak miód i jak miód leniwie sączącą się do jego uszu. I dopiero znajome mrowienie w okolicach podbrzusza przypomniało mu, że jest całkiem goły. - Opuść broń, żołnierzu – powiedziała z szelmowskim uśmieszkiem. - Musimy pogadać.

* * *

Powiedziała, że zaczeka na niego w głównej sali. Miał dołączyć do niej, gdy się ubierze i doprowadzi do porządku. Obiecała, że wszystko wyjaśni, po czym wyszła – tak się przynajmniej Barnavie zdawało. Bo gdy schylił się po ubranie, po czym ponownie spojrzał w jej stronę, już jej tam nie było. Niewiarygodne, myślał ubierając się, jak można się poruszać tak szybko i cicho. A przede wszystkim, jak można wyjaśnić to, co leżało na podwórzu? W co on się wpakował? Chciał tylko obejrzeć rozgrywki szmacianki... Przemył jeszcze twarz wodą, podszedł do drzwi i szarpnął za klamkę. Odmówiła. Drzwi były zamknięte na klucz, tkwiący w zamku. Po tej stronie.

* * *

Gdy dotarł do sali, bardzo starał się wyglądać na spokojnego, może nawet nieco znudzonego młodego człowieka, który lubi sobie pospać do południa. Dużo go to kosztowało. Tak naprawdę zrobił się podejrzliwy i podenerwowany oczywistym faktem, że nie rozumie nic z tego, co się wokół niego dzieje. Miał wrażenie, że zdrowy rozsądek zostawił w łóżku, że robi teraz to, czego chce od niego ktoś inny, że nie ma nad niczym kontroli, i przede wszystkim – to wiedział na pewno – że myślenie sprawia mu ogromną trudność, kiedy tylko patrzył na nią. A ona siedziała sobie przy stoliku, spokojnie popijając czerwone wino z wysokiego kieliszka i patrząc przez otwarte teraz drzwi na zalaną słońcem ulicę. Płaszczyk przewiesiła przez oparcie krzesła, jedną nóżkę założyła na drugą. Była idealnie beztroska. Usiąść obok czy naprzeciwko? - No, jesteś wreszcie – zamruczała, gdy usiadł naprzeciwko niej. Poczuł jej delikatny, nieziemski wprost zapach... wszystkie niepokoje uleciały gdzieś w oka mgnieniu. - Pewnie zachodzisz w głowę, co tu się wyprawia – upiła tymi cudownymi ustami łyczek wina. - Skąd ci dwaj, i... - Kim ty jesteś? - przerwał jej. Przez krótką chwilę zdawała się być zaskoczona tym pytaniem. - No tak, przecież nie wiesz – powiedziała. – Zupełnie zapomniałam. Jestem Lavenda. A ty Barnava, prawda? Świetnie. Miło nam się poznać. Czy teraz chcesz usłyszeć, co mam ci do powiedzenia? - Twierdzisz, że możesz mi coś wyjaśnić? - Nie coś. Wszystko. No nie patrz tak na mnie! – dodała, łapiąc nieobecny wzrok rozmówcy. – Skup się. Co chcesz wiedzieć najpierw? Barnava otworzył usta, ale nic nie powiedział. Co najpierw? Sam nie wiedział, gdzie tu jest jakiś początek. - Po prostu mów – poprosił w końcu. – Mów, a ja... posłucham. Zaczęła mówić. Na samym początku wyjaśniła pochodzenie dwóch trupów na podwórku. Oraz to, dlaczego Barnava wciąż żyje. - Chcieli cię zabić. A przedtem nieprzyjemnie potraktować. To Preston Rąsia i krasnolud Cyperendil, zwany krotochwilnie Cyprianem. Noże do wynajęcia. Groźne, zimnokrwiste bydlaki. Teraz także zimnocielne – uśmiechnęła się ponuro, aż Barnavę dreszcze przeszły. – To oni załatwili Magnusa. - Magnus nie żyje? - W przeciwieństwie do ciebie. - Mnie chcieli zabić! - Nie od razu. - Ale dlaczego? - Bo wygadałeś się, że masz coś do Magnusa. Sam im w łapy wlazłeś. - A co oni od niego chcieli? - Nie oni, tylko Rothild. - Kim, u diabła, jest Rothild? - Komisarzem królewskim. Zwierzchnikiem, władzą i sądem tej ziemi. Chciwym, okrutnym, bezwzględnym, zimnym skurwysynem. Łapówkarzem, oszustem i przestępcą. Zabił w majestacie prawa więcej ludzi niż zbóje z całej okolicy przez ostatnie stulecie. Wyciska z ludzi pieniądze na wszelkie możliwe sposoby, a jest właściwie nietykalny. Bo ludzie się go boją. - A Magnus zapewne stał mu ością w gardle? – zaczynał rozumować Barnava. - Bardzo ładnie – posłała mu Uśmiech Gratulacyjny Numer 5. – Udało mu się po długich namowach skłonić jednego z urzędników Rothilda do wyniesienia zapisków księgowych. To był strzał w dziesiątkę. Setki, jeśli nie tysiące łapówek, nielegalnych transakcji, przemyt i haracze, oczywiście wszystko to leżało w skarbcu, musiało więc być wprowadzone do ksiąg na wypadek kontroli. Rozumiesz? Do ksiąg wpisano mnóstwo nieistniejących spadków, dobrowolnych darowizn, znalezisk i tak dalej. Same bzdury, ale w razie kontroli, Rothild miałby wszystko w swoich lipnych księgach, a w razie czego niewielka łapówka dla audytorów załatwiłaby po cichu sprawę. - Ale jeśli wszystko wydawało się w porządku... - Dlatego trzeba było zdobyć te księgi. Magnus planował wysłać je do znajomego, zaufanego prawnika wraz z wyjaśnieniem. Taka niezależna osoba z zewnątrz, biegła w księgach, bez większych problemów szybko wyłapałaby wszystkie te przekręty i oszustwa. Szczególnie dysponując, na ten przykład, rejestrem grabarza, w którym daty zgonów zaskakująco często pokrywały się z wpisami skarbowymi. Magnus poprosił go więc o zbadanie ksiąg i wydanie oficjalnej, niezawisłej opinii, i to byłaby podstawa do wszczęcia procesu przeciwko Rothildowi. Łapiesz? – przerwała na moment, by przepłukać gardło. – W końcu dałoby się do niego przyczepić, zwrócić uwagę królewskich nadzorców na tego bandytę. To byłby twardy dowód. Niestety – westchnęła – zaraz po tym ów księgowy zniknął, i wolę nie domyślać się, co Rothild z nim zrobił. Niedługo potem pojawili się Rąsia i Cyprian, następnego dnia Magnus już nie żył. Czyli zaledwie wczoraj rano... Rothild zadbał też o posłańca, który miał dostarczyć opinię biegłego z powrotem do nas. I tu pojawiasz się ty – kiedy cała sprawa była już niemal przesądzona, wchodzisz do Meduzy z przesyłką do Magnusa w torbie. Właściwie to jak do ciebie trafiła? - Znalazłem ciało kuriera, niedaleko w lesie. Ktoś go paskudnie urządził. Może jakiś wynajęty troll. Ale przesyłki nie wziął. – Barnava wzdrygnął się, przypomniawszy sobie ów widok. – Pomyślałem, że skoro mi po drodze, zaniosę ją do właściciela. - Kochany jesteś – spojrzała na niego swymi błyszczącymi jak szmaragdy, zielonymi oczyma, a on poczuł, że mięknie jak wosk na słońcu. – Może się jeszcze przydać. Ale po tym, co zrobił Rothild, zmieniłam nieco plany – to powiedziawszy, dopiła wino i powoli, niemal pieszczotliwie, postawiła kieliszek na stole. - Zmieniłaś... – Barnava zmarszczył brwi. – Jakie plany? Pomagałaś Magnusowi? Uknułaś to wszystko razem z nim? Dlaczego? - Dlaczego? – zapytała. Po czym powoli, jak szykująca się do skoku pantera, nachyiła się ku Barnavie, nie spuszczając z niego wzroku swych zielonych, zimnych teraz oczu i kładąc ręce na stole. – Dlatego, że ten skurwiel jest mi coś winien. Nie pytaj teraz, co to takiego. Od wielu lat gonię za nim, by to odzyskać. Pomysł Magnusa był realną szansą na to, by wyciągnąć tego łachmytę z jego zamku. Musisz bowiem wiedzieć, Barnavo, że ten pies od dwunastu lat nie wyściubia nosa ze swej budy w obawie przede mną. Uciekł mi, a zanim go tu odnalazłam, zdołał magicznie opieczętować mury zamku tak, że nie mogę w żaden sposób dostać się do środka. – Głos Lavendy zbliżał się coraz bardziej do głośnego szeptu. Był to szept, jakim czarna mamba mogłaby szeptać kołysanki swym ofiarom. Przyprawiał o zimne dreszcze i ociekał śmiercią. – Ale teraz, kiedy Magnus nie żyje, miarka się przebrała. Do tego chciał zabić również ciebie. Koniec z dyplomacją – wysyczała niemal. – Wejdę do jego zamku, dopadnę go, wyrwę mu jego czarne serce i zabiorę jego splugawioną duszę. Nic mnie nie powstrzyma. I już nawet wiem, jak tego dokonać. Barnava słuchał, a im więcej słyszał, tym bardziej się bał. Ten strach przebiegł mu lodowatym dreszczem wzdłuż kręgosłupa. Zdało się, że w oczach Lavendy pojawił się krwawy blask... - J... jak? – tylko tyle był w stanie powiedzieć. Za to gonitwa myśli w jego głowie, jeśli przedtem była tylko gonitwą, przypominała teraz bezładne natarcie oszalałych królików. Chaos. Lavenda wyprostowała się, uspokoiła. I znowu uśmiechnęła się, mrużąc oczy. Jednak jej odpowiedź całkowicie zaskoczyła Barnavę... - Ty mi pomożesz. ...który nagle pożałował, że w ogóle zapytał. Na moment go zatkało. - Ja? - Jesteś mi chyba winien przysługę za uratowanie życia, prawda? - Za ura... – co ona mówi?! – Chcesz powiedzieć, że to ty załatwiłaś Cypriana i tego, jak mu tam... - Rąsię. - Rąsię?! - Owszem. Ja. Nie było to specjalnie trudne, bo akurat taszczyli cię nieprzytomnego przez podwórko. Nie pamiętasz pewnie, jak wbijałeś gwoździa przy stole. Czyżbyś mnie nie doceniał, chłopcze? – przywołała na twarz niewinny uśmieszek. Barnava myślał. Rewidował fakty. Pocierał dłonią guz na czole. Dokonywał oceny wrażeń wzrokowych. Wyszło mu, że rozmawia z drobną, młodą, piękną dziewczyną, która sama załatwiła dwóch groźnych bandziorów, i mimo że od dwunastu lat goni za jakimś Rothildem, który jest jej coś winien, wciąż wygląda na słodką osiemnastkę i jest apetyczna jak świeżutka wisienka. Która nie wiadomo skąd wie, co Barnava ma w torbie i jak się nazywa. I do tego wydaje się tym wszystkim świetnie bawić. - Ja... ale... – jąkał się, bo jego mózg musiał chyba chwilę odpocząć. Wreszcie westchnął, oparł się zrezygnowany o blat stołu, i ponownie spytał: - Kim ty jesteś... Lavenda uśmiechnęła się, wszetecznie przygryzając dolną wargę, i znów nachyliła ku niemu, jednak tym razem tak, by mógł dostrzec dwie obietnice schowane w koronkowej bieliźnie. - Już ci mówiłam, skarbie... – zamruczała. - Chyba nie zostawisz damy w opresji?

* * *

Przenieśli się do jego pokoju, gdyż jak stwierdziła Lavenda, nie mogli sobie pozwolić na żadnych świadków. Barnava zauważył, że dwa trupy w ogródku są raczej marną gwarancją dyskrecji. - O to się nie martw – powiedziała dziewczyna tonem lekkim jak sałatka z pora. Usiadła wygodnie na łóżku i zerknęła w stronę okna. – Tylko twój pokój ma okno na podwórze. No i pokój pana Vipe’a, ale on już się nimi zajmie. Barnava, nie wiedząc czemu, wzdrygnął się. Wolał nie myśleć, co uczyni pan Vipe. - Świnie w końcu też muszą coś jeść – rzuciła mimochodem Lavenda, jakby czytając w jego myślach. – Słuchaj, rozumiem że to wszystko może być dla ciebie... no, niecodzienne. Ale musisz zrozumieć, że wpadłeś w niezłe szambo. Jeśli nic nie zrobimy, Rothild dalej będzie mi grał na nosie, a i o tobie się dowie. - Od kogo niby? Od nich? – żachnął się, wskazując głową okno. A raczej to, co za oknem powoli, dzięki słońcu i mikrobom, powracało do natury. - To nieduże miasto – wodziła wzrokiem za krążącym po pokoju Barnavą. – A Rothild nim rządzi. Ma od tego ludzi, chłopcze. Wszędzie. - Tylko nie chłopcze! – krzyknął, oskarżycielsko celując w nią palcem. - Dlaczego? – i znowu ten uśmiech, i znów to spojrzenie... – Czujesz się staro? Puścił to mimo uszu. - Ale ty chcesz go zabić. Zabić! Na śmierć, normalnie. - Za to on planuje dla ciebie kolację przy świecach. Rozumiem, że masz opory – dodała po chwili. – To charakterystyczne dla żywych. Rothild cię od tego uwolni, jeśli... - Chodzi ci tylko o ciebie i te twoje porachunki. - Głównie o to. Ale o ciebie też, wiesz? Dzięki mnie jeszcze tu jesteś! – w jej głosie dała się wyczuć jakby nutka chłodu. Gdy się złościła, była jeszcze piękniejsza. – Owszem, w zamian za to chcę twojej pomocy. Ale tak czy siak, obydwoje będziemy dla Rothilda atrakcyjni wyłącznie jako martwe wspomnienia! Z akcentem na martwe. Rothild, pomyślał Barnava. Ten Rothild. W pierwszej chwili nie skojarzył. Nie przypuszczał, że sprawa sięga tak wysoko. Ale nawet w jego strony docierały czasem pogłoski, że władzy w Onym Polu nie warto się narażać. Chociaż zarządcą jego okolicy był kto inny, plotki o rothildowskich wyczynach potrafiły przebyć długą drogę. - Nie martw się. Nie będziesz musiał nikogo zabijać. Musisz tylko umożliwić mi dostanie się do środka. - Nic nie muszę – burknął bez przekonania. - Tak tak, nie musisz – rzekła pojednawczym tonem. – Ale ja cię o to proszę. To niewiele, prawda? Będziesz poza wszelkim podejrzeniem. To będzie nieszczęśliwy wypadek – dodała. - To co musi... miałbym zrobić? - Już mówiłam, że wejść do zamku w jakikolwiek sposób nie pozwala mi magiczna pieczęć – Lavenda z radością przeszła od razu do sedna sprawy. – Ale Magnus zdołał się dowiedzieć, na jakiej zasadzie działa. A więc także jakie są jej słabe punkty. - Skoro Magnus był taki sprytny, czemu nie załatwił Rothilda w jakiś skuteczniejszy sposób? - No widzisz. Chciał wszystko załatwić drogą prawną. Oficjalnie, i tak dalej. Taki już był... i marny koniec mu to przyniosło. W każdym razie – podjęła – zapora magiczna musi czerpać skądś energię. Dzień i noc. W tym celu Rothild zastosował eukookalippituosa. - ...? – Barnava nawet nie starał się powtórzyć. - Eukookalippituos. To rzadka, cenna roślina z lasów deszczowych na dalekim południu. Jej pełna nazwa używana w obszarze występowania brzmi mniej więcej eutzlotzlahliphphitquoaesh, ale wymówić to potrafią tylko rdzenni mieszkańcy tamtych rejonów. Przypomina... – zawahała się na moment – dużego, zielonego banana. Bardzo dużego, rośnie nawet na trzy metry. Tylko mniej zakrzywionego, i z takimi krzaczkami rosnącymi nisko przy ziemi... Jest bardzo delikatna, szczególnie na czubku. I dlatego tworzy bardzo silne pole magiczne, chroniące je przed insektami i szkodnikami. Sprytne, nie? Prawdopodobnie zaraziła się magią w trakcie trwania jednej ze starożytnych kultur tamtych rejonów, która odprawiała wiele tajemniczych obrzędów. Odpowiednio hodowana potrafi roztoczyć swój ochronny płaszczyk na dość znaczny obszar. To z niej Rothild czerpie stałą energię dla ochrony zamku. Wynajął doświadczonego maga, by ten zmodyfikował ślad magiczny na ochronę przede mną, a samą rośliną zajmuje się armia ogrodników. No i póki ona rośnie... - Lavendo. - Tak? - Jak właściwie wygląda banan? – pytanie Barnavy było w tamtych czasach jak najnormalniejsze. Nie było jeszcze wtedy zbyt wielu ruchomych chłodni, by zalać rynek tanimi bananami. - Uhm... – Lavenda zdawała się czuć niezręcznie. – Barnavo... zrozumiesz jak zobaczysz. Pokiwał głową w zamyśleniu. - A jaka byłaby w tym moja rola? - Zająć się rośliną. Wyrwać chwasta. Już o tym myślałam – dodała szybko widząc, że Barnava już otwiera usta, by zapytać. – Na pewno się do niej nie dostaniesz. Rośnie w takiej jakby wieży w środku zamku, pod szklaną kopułą, a do jedynych drzwi klucze ma tylko parę osób. Nie wejdziesz, nie przekopiesz się. Zgarną cię strażnicy. Jedyna szansa to taki ciepły, słoneczny dzień jak dziś. W takie dni okna kopuły są uchylane, by eukookalippituos się nie ugotował w tej szklarni. Jest bardzo wrażliwy, już ci mówiłam. Na przykład na zmiany temperatury... - Dobrze, więc załóżmy, że otworzą to przeklęte okno – wszedł jej w słowo. – A ja mam tam wlecieć na miotle, czy co? - Jasne, na słoniu – zdenerwowała się. – Możesz mi nie przerywać? Dziękuję. Jeśli wejdziesz do zamku i będziesz uważał na strażników, możesz dostać się na galerię biegnącą nad szklarnią. Jedyna szansa to wrzucić stamtąd, przez otwarte okno coś, co błyskawicznie zaszkodzi eukookalippituosowi. Larwy czy inne szkodniki odpadają, bo zanim coś zdziałają, ogrodnicy je wytępią. Truciznę czy coś podobnego odbiorą ci z kolei już przy wejściu, przy przeszukaniu. Tak więc wypijesz dwa piwa i kiedy tam pójdziesz, weźmiesz ze sobą pustą butelkę z kruchego szkła. - Po co mi pusta butelka? Lavenda przywołała na twarz dyskretny uśmieszek tryumfu. - Pustej ci nie zabiorą. Powiesz, że właśnie wypiłeś resztkę wody. A teraz słuchaj: pójdziesz na galerię, nasikasz do butelki i wrzucisz ją przez otwarte okno do szklarni. Roślinka zdechnie błyskawicznie. No, co ty na to? Barnava przez chwilę nic nie mówił. A kiedy wreszcie się odezwał, brzmiało to następująco: - Ocipiałaś. - Słu-cham?! - Mam tam pójść, nie dać się złapać i obsikać drzewo? W mordę, nie możesz wymyślić czegoś bardziej... bardziej... - Bardziejnibyżeco – syknęła Lavenda. Była wściekła. - No, czegoś bardziej... normalnego? - Normalnego. – szepnęła. – Normalnego!! – ryknęła. Gdyby była smokiem, buchała by teraz ciężkim dymem z nozdrzy. – To proszę bardzo, idź! No idź! Idź i spytaj, czy możesz pobawić się łopatką pod drzewkiem! Jak dla mnie możesz wziąć siekierę i wyciąć w pień ich wszystkich, wiesz?! Tylko że na Conana to mi nie wyglądasz! Wymyśl coś lepszego, cwaniaku! Coś bardziej normalneeego! – dodała, naśladując ton jego głosu. - Oj, no uspokój... - Nie uspokoję się! – krzyknęła z przytupem. – Nie mam, kurwa, zamiaru! Chcę krzyczeć! Tyle lat go gonię, śledzę, gubię i znów znajduję, męczę się i jak w końcu pojawia się szansa, jakieś światełko w tunelu, to on mi mówi że to nie jest normalne?! Mam poczekać aż sam kopnie w kalendarz? Czy to będzie normalne, panie Wymyśl-Coś-Lepszego?! Mam tego dość i chce mi się wyć! Zamiast jednak zawyć, zrobiła tylko: - Yyy! – w sposób charakterystyczny dla kobiet z całego świata. A potem zapadła cisza, jakaś taka ciężka, dzwoniąca w uszach, i tylko głośny oddech Lavendy ją zakłócał. - No dobrze – odezwał się w końcu Barnava, gdy cisza stawała się już wprost nieznośna. – Przepraszam. Może to rzeczywiście dobry plan. - To jest dobry plan – bąknęła Lavenda, nie odwracając się ku niemu. - Tak, jest. Nawet oryginalny, i, tego... bardzo oryginalny. - Mfm. - Nawet chyba nie jest taki trudny, jak sądziłem, co? - Yhym. - Myślę teraz, że przecież mogę, skoro tak ci zależy, bo przecież... Lavendo, możesz na mnie spojrzeć? - Nie. - Czemu? - Bo nie! Wobec tak nachalnie logicznego argumentu Barnava poczuł się bezradny. Przez chwilę zastanawiał się, co począć – błagać o wybaczenie, czy może też się obrazić? Jakże śmieszne są próby zmierzenia się z kobiecym umysłem. - No dobrze – zdecydował. – Dobrze. Pójdę na dół, przygotować się. Nie oleję tego... to znaczy... oj. Lavenda zaczynała niebezpiecznie drżeć, niczym kocioł parowy, pod którym ktoś rozpalił zbyt duży ogień, po czym odszedł poszukać swoich starych okularów, gdzież one są, na bogów, tu je odłożyłem... Chyba dobrze byłoby się już wycofać. - Zejdę już. To tylko przejęzyczenie, nie? Nie lejmy oliwy do... Zdążył ugryźć się w język, lecz było to już raczej bez znaczenia. Dobiegło go ciche sapnięcie. Gdzieś w zakamarkach kotłowni nieszczęsny palacz zaczynał właśnie zdawać sobie sprawę ze złowieszczych wibracji. A także z braku wiadra zimnej wody. Jedyną szansą była teraz ucieczka z zagrożonej strefy, zanim kocioł eksploduje od niewyobrażalnego ciśnienia gorącej pary. Głupotą byłoby z niej nie skorzystać.

* * *

Przygotowania wkraczały już w finalną fazę.* W knajpie, mimo wczesnej pory, było już sporo ludzi. Przez otwarte drzwi widział tłumy przelewające się ulicą, słyszał gwar rozmów. Dziś pod wieczór odbędzie się oficjalne otwarcie zawodów, potem pierwszy mecz, a potem wszyscy obudzą się rano z okropnym bólem głowy, ale kto by się tym przejmował? Scenariusz na najbliższe kilka dni nie przewidywał większych odstępstw od tej normy. Należało się więc w miarę szybko uwinąć z realizacją dziwacznego pomysłu Lavendy. Jak ona na to wpadła? No i kim tak właściwie była? Nie przedstawiał się jej, a wiedziała jak mu na imię. Nie wpuszczał jej do pokoju na noc – hej, to by na pewno zapamiętał – a rano zaskoczyła go przecież w negliżu. Tak samo jak i nie otwierał jej drzwi, kiedy wychodziła. A właściwie to kiedy wyszła? Skąd wiedziała, w którym pokoju mieszka? Dobra, to akurat mógł jej powiedzieć pan Vipe. Ale jeśli rzeczywiście to ona uratowała go od nieprzyjemnych doświadczeń ze strony Rąsi i Cypriana, to dlaczego? Pytania, pytania. Teraz, gdy spokojnie siedział i sączył piwo, nasuwały się jedno po drugim. W całym tym zamieszaniu musiały czekać aż do dzisiejszego ranka, zanim znalazły jakieś wolne miejsca w pociągu do jego świadomości. Kiedy jednak już wysiadły na stacji Mózg Główny, z rozczarowaniem odkryły, że na peronie nie oczekiwały ich żadne odpowiedzi. Walały się po nim tylko strzępy plakatu reklamującego wczorajszy wieczór, rozniesione po okolicy ciężkimi butami nowych doświadczeń tak bardzo, że póki co nic nie chciało się ułożyć chociaż we fragment większej całości. Właściwie, gdy się bardziej zastanowić, to wszystko wydawało się dość... - Słuchaj – ciepły głos Lavendy wyrwał go z zamyślenia. – Zapomnijmy o tej... drobnej różnicy zdań. Dobra? – posłała mu uśmiech. Tak samo uśmiechałby się pokryty cieniutką warstwą ledwie zastygłej lawy wulkan, gdyby wulkany potrafiły się uśmiechać.** - Po prostu wstaliśmy dziś lewą nogą, co? - Cha, cha – zaśmiał się uprzejmie Barnava. - Właśnie. Dlatego dzięki, że się starasz... Na jeden krótki moment w umyśle Barnavy pojawiła się myśl, pełna nadziei myśl, że może jednak nie będzie musiał tego robić... - ...i przyniosłam wszystko, co będzie ci potrzebne. Ta myśl miała urok i trwałość płatka śniegu w fińskiej łaźni. - Zrobimy tak – powiedziała, siadając obok niego i kładąc na stole płócienną torbę i butelkę, a Barnavę zastanowiło, dlaczego właściwie użyła liczby mnogiej. – Jest turniej, w mieście tłumy, więc i straże przy bramie wzmocniono. Nie wpuszczą cię jeśli powiesz, że chcesz pozwiedzać czy coś w tym stylu. Zresztą, normalnie też by cię nie wpuścili – upiła łyk czerwonego wina z wysokiego kieliszka, który zaczynał już Barnavę intrygować. Miał bowiem notoryczną skłonność do pojawiania się w jej dłoni zupełnie znikąd. W dodatku był to typ kieliszka, który zdecydowanie nie kojarzył się z lokalem tej klasy co Zdeptana Meduza. Nie nadawał się do bicia nim ludzi po głowach***. – Tu masz butelkę, i wiesz co z nią zrobić. Ale uważaj, bo to naprawdę cienkie szkło. A tu są księgi Magnusa. Przekażesz je Rothildowi. - Rothildowi? – zawołał Barnava. – Jesteś pewna, że to ehm to znaczy czy to konieczne? - Musisz mieć solidny powód, by cię wpuszczono – Lavenda na pewno nie zwróciła uwagi na to drobne przejęzyczenie. – Powiesz strażnikom, że znalazłeś je przy ciele kuriera w lesie i chciałeś zanieść Magnusowi, ale kiedy dowiedziałeś się, że nie żyje, postanowiłeś oddać je Rothildowi, przedstawicielowi władzy, najważniejszej osobie w okolicy i tak dalej. Taki komplemencik na pewno go trochę urobi. Jeśli puszczą cię samego, to świetnie, jeśli nie, to wywiniesz się jakoś, choćby za potrzebą. Coś wymyślisz. Musisz dotrzeć na galerię. Kiedy eukookalippituos padnie, już ja będę o tym wiedzieć. A co do nich... – dodała, wskazując na księgi – nie będą mi już potrzebne. Aj don nid dem enimor, jak mówi stare mądre przysłowie. - Hę? Po jakiemu to? Lavenda dość ciekawym gestem objęła nóżkę kieliszka. - To starożytny dialekt pasterzy owiec z odległych wysp. - Aha – ograniczył się leksykalnie Barnava, bo chyba już zaczynał poznawać charakter swojej rozmówczyni. - Dobrze. A teraz, masz jeszcze jakieś pytania? O tak, pomyślał Barnava. Całą masę. Na przykład, co się stanie jeśli ani na moment nie spuszczą mnie z oka, bo stwierdzą, że wytrzymam? Albo: jeśli już przy bramie, wysłuchawszy mnie, wezmą dokumenty i podziękują za Wzorową Obywatelską Postawę, naprawdę godne pochwały, następny proszę? Miał jednak wrażenie, że w zetknięciu z murem, zbudowanym z cegieł nieuleczalnego optymizmu łączonych najlepszą zaprawą determinacji, jaki przedstawiało nastawienie Lavendy, czeka je los papierowej lancy witającej się z... no, z murem. - Nie. - Świetnie! Kończ więc piwo i ruszaj w drogę, a przed wieczorem będzie po wszystkim! Po wszystkim, pomyślał Barnava. Chciałbym, żeby już było po wszystkim.

* * *

Zamek Rothilda górował nad okolicą, wzniesiony na jedynym tutaj większym niż pryzma kompostu wzgórzu, tuż za miastem. Był to raczej zameczek i chyba rzeczywiście musiał być chroniony magicznie; sprawiał wrażenie, że bez tego mogłaby go zdobyć niewielka grupka podstarzałych barbarzyńców amatorów. Tynk i zaprawa sypały się w wielu miejscach, tu i tam widoczne były rysy i pęknięcia. Jednak młodemu młynarzowi z pełnym pęcherzem potrafił jeszcze stawić skuteczny opór. Zatrzymał się około dwadzieścia metrów przed bramą. Nie dlatego, by zgodnie z dramatyczną konwencją obrzucić ponurym spojrzeniem mroczne wieże zamczyska. Byłoby to trudne, bo nie było tu mrocznych wież. Zatrzymał się, gdyż w tym akurat miejscu kończyła się kolejka. Wężyk petentów falował, narzekał i plotkował, a nawet próbował handlować. Dwaj zmęczeni strażnicy przy bramie wysłuchiwali każdego, poznając jego – lub jej – święte racje, i każdemu po kolei, od nowa tłumacząc takie oczywiste rzeczy jak Nie Wejdziesz Tu Dzisiaj albo też Jeszcze Raz To Powiesz i Wejdziesz, ale Wcale Ci Się To Nie Spodoba, bo Będziesz Mieć Problemy Z Wyjściem. Prawie każdy był odsyłany z kwitkiem po tym, jak już powiedział co miał do powiedzenia. Z reguły było tego dużo, co w połączeniu z grzejącym słońcem oraz piwem radośnie opuszczającym krwiobieg Barnavy zaczynało być dla niego incommode, którego to określenia użyłby, gdyby oczywiście znał francuski. - Psiajucha, nie śpieszy im się, zakutym pałom – powiedział zamiast tego, nerwowo przestępując z nogi na nogę. Brama wydawała się teraz odległa jak wrota raju dla bogacza. Godzinę później stała przed nim już tylko jedna osoba. Była to długa godzina, wypełniona słońcem na bezchmurnym niebie i coraz silniejszym wspomnieniem dwóch piw. Kiedy bowiem ludzie mówią, że dwa piwa to nie dużo, mają na myśli niemal zawsze jedynie efekt odurzający. - Więc mówicie, że krowa sąsiada... - Koza, panie strażnik. - ...koza waszego sąsiada, pana Masztalerza... - Un się zwie Tryparz, panie strażnik. Ale jest masztalerzem. - ...pana Tryparza, masztalerza, spo-wo-do-wa-ła szkodę... – strażnik przerwał nagle, uniósł głowę znad księgi rejestrowej i zmęczonym wzrokiem spojrzał na stojącego przed nim chłopa. – Masztalerz? To jego zawód? - Tajes, panie strażnik. - Znaczy, chodzi i pyta ludzi czy im nie brakuje talerzy? - Pewnikiem pomocnik garncarza – domyślił się drugi z pilnujących bramy. Sądząc po prędkości, z jaką wypowiadał kolejne słowa, w poprzednim wcieleniu był chorym leniwcem. - Nie, panowie strażniki, un w stajniach robi. Un koni podjeżdża, i ich dopatruje. - Myślałem, że to robota stajennego. - Stajenny dba o stajnię, panie strażnik. - No a koniuszy? - A koniuszy – chłop wyraźnie poweselał - to ich ino opierdziela, jak cuś spartolą, panie strażnik. - Do kroćset, kto to wymyślił – sarknął strażnik A, kręcąc głową. – A ty, niech zgadnę, pewnieś jaki dajpółkarz, czy inny czort. - To chyba byłby pułkownik – zgadywał strażnik B, urodzony myśliciel. - Skund – sprostował chłop. – Ja garbuję. Znaczy, skóry wyprawiam. - To pewnie jesteś sk... - Dobrze, dobrze, starczy tego! Krowa, to znaczy koza pana Tryparza weszła wam w szkodę, bo...? - Bo się z postronka zerwała i całe rano najlepszy garbnik z beczki wyżerała! A wiecie, ile taka koza zeżreć potrafi? - Dużo – bardziej stwierdził, niż spytał, strażnik A. - W p... oj, dużo, panie strażnik! Szysko prowie zeżarła, a zanim mnie nowy zapas dowiezą, to mi się moje skóry zmarnujo, bo ja skóry wyprawiam... - Tak, tak, mówiliście – A machnął reką i powrócił do księgi. – Rozumiem. Tedy jeśli się z panem masztalerzem Tryparzem jakoś nie dogadacie... – przyłożył palec do kartki i zaczął czytać, bezgłośnie poruszając ustami – to, em... przyjdziecie tu obydwaj w czwartek, o pierwszej godzinie po południu, by rozstrzygnąć sprawę. No – otarł pot, perlący się na czole. - To był znakomity garbnik. - Tak, na pewno, miękki i pachnący. Przyjdźcie w czwartek. - Taki garbnik nie wyrasta z ziemi jakby nigdy nic – mamrotał producent skór, jakoś nie mogąc się zdecydować na opuszczenie tego miejsca całym ciałem. – Taki garbnik... - Pewnie go z dupy piekieł wydzieracie – warknął strażnik tonem sugerującym możliwy, lecz potencjalnie nieciekawy dalszy ciąg rozmowy. – Zjeżdżać stąd! Kolejkę blokujecie! Myślicie, ze tylko dla was dziś tu jestem? Następny! Nareszcie, nareszcie, biły dzwony na wieżach umysłu Barnavy. Podszedł do niewielkiego biurka, za którym siedział strażnik A, skrobiący coś gęsim piórem w księdze. - Diabli nadali – mruczał ten do siebie. – Dyżur przy bramie, piekło i demony, naprawdę bardzo śmieszne, zobaczymy, zobaczymy... Imię, nazwisko, skąd, w jakiej sprawie? – spytał, podnosząc wzrok ku kolejnemu człowiekowi, który za cel obrał dziś sobie uprzykrzanie mu życia. - Barnava jestem, młynarz, z Krapowic – rzekł zgodnie z prawdą, kładąc swój pakunek na blacie biurka. – I, tego, znalazłem takie coś.

* * *

Kilka minut później został wprowadzony do gabinetu komisarza Rothilda. Za plecami miał dwóch strażników, ci jednak nie przypominali poczciwców przy bramie. Wyglądali tak, jakby świetnie wiedzieli jak należy używać ostrych przedmiotów, które mieli przy sobie. I że chętnie zrobią z tej wiedzy użytek, jeśli tylko ktoś postawiony dostatecznie wysoko ich o to poprosi. Gabinet był ogromny, ale przeróżne graty, bibeloty*, ciężkie zdobione meble i regały wypchane niezliczoną ilością ksiąg zachłannie pożerały przestrzeń. Mimo słonecznego dnia, był ciemny i chłodny – wielkie okno naprzeciwko drzwi zasłonięte było ciężkimi kotarami. Skutecznie blokowało też dźwięki dochodzące z podwórza. Powietrze pachniało kurzem i skarżyło się na rzadkie wietrzenie. Ktoś chyba siedział w wielkim, zwróconym tyłem do wejścia fotelu za potężnym biurkiem. Musiał, chyba że drzwi w tym zamku same mówiły ‘wejść’. - Dajcie mi to – odezwał się fotel, wykształcając rękę. Barnava nie widział jej dokładnie w tym półmroku. Jednak głos, który wypowiedział to zdanie, choć stary i nie tak już dźwięczny, był głosem nawykłym do posłuszeństwa słuchających. Jeden ze strażników podszedł do fotela i wręczył wyciągniętej dłoni pakunek z księgami. Dłoń ledwie widocznie ugięła się pod ich ciężarem, po czym na powrót zniknęła za oparciem. Przez parę chwil słyszeli tylko ciche, niewyraźne mamrotanie i szelest przewracanych stron. Wreszcie rozległ się głuchy huk zatrzaskiwanej księgi – i powróciła cisza. - Łatwo poszło, łatwo przyszło – odezwał się po fotel chwili, nieco głośniej. Po czym obrócił się, ukazując postać Rothilda. Nie był to, ogólnie rzecz biorąc, najlepszy z widoków. Pierwszą rzeczą, jaka nasunęła się wtedy na myśl Barnavie było podejrzenie, że człowiek ten umarł wiele lat temu, ale jeszcze tego nie zauważył. W fotelu siedział starzec będący niegdyś zapewne dobrze zbudowanym mężczyzną, lecz teraz jakby przygniecionym przez ciężar własnych lat, wymiętym w bębnie pralki czasu i zapadniętym w sobie. Zmierzwione resztki siwych włosów również nie wyszły na tym najlepiej. Skóra, naciągnięta na kości jak za ciasne ubranie, była poryta zmarszczkami niczym stare pasmo górskie, które wiele już przeszło, dodatkowo cierpiące na nadmierne opady atmosferyczne, notoryczną erozję oraz plagę kretów jednocześnie. Była żółtawa i przy każdym ruchu właściciela zdawało się, że zacznie pękać. Z kolei oczy i usta niemal całkowicie zaginęły wśród bruzd i rozpadlin twarzy, sprawiających, że przypominała bardzo stary i nieco przysmażony naleśnik. Twarz, żylaste dłonie i splecione razem kościste palce – cała reszta skryta była pod znoszonym już, wyblakłym i nieco rozciągniętym mundurem paradnym, zaopatrzonym w imponującą liczbę orderów i medali, typową dla ludzi pijanych swą władzą i rzadko wychodzących na świeże powietrze. Ledwie widoczne ze swej wiekowej kryjówki, ciemne jeziorka oczu błysnęły zimnym lśnieniem. - Skąd to masz, chłopcze? – ten głos... kojarzył się ze wschodnią przyprawą. Suchy i lekki, lecz zaskakująco mocny. - Ja... – Barnava przełknął głośno. Sam wygląd tego człowieka mógł przestraszyć. – Znalazłem to w lesie, wasza miłość. Przy ciele kuriera. Ktoś go zamordował. - I przynosisz to do mnie. - Chciałem odszukać tego Magnusa, ale powiedziano mi, że miał wypadek. Nie było też żadnej rodziny – odkaszlnął. – Więc przyniosłem to tutaj, panie. Wyglądają na jakieś ważne księgi, a mnie się przecież nie przydadzą... może wy będziecie wiedzieć, co z nimi zrobić. - Oczywiście, że wiem. Przez chwilę – długą jak Odra, zdawało się Barnavie – Rothild wpatrywał się w niego uważnie, jakby podejrzliwie. Coś w jego wzroku wróżyło nieciekawy rozwój wypadków. Był to wzrok, jakim przedstawiciele pewnych gatunków witają dobrowolnie włażące im do klatki drugie śniadanie.* - Nikomu tego nie pokazywałeś, prawda? Nikt o tym nie wie, poza tobą? - Nie, panie. Po cóż miałbym o tym rozpowiadać? Nie ma po temu powodu – przekonywał Barnava. A przynajmniej bardzo tego pragnął. - Oczywiście, że nie. Komisarz zmrużył oczy, co w jego wypadku było nie lada wyczynem. Mruknął coś pod nosem, po czym powoli, niczym wyspa wypychana przez siły tektoniczne nad powierzchnię morza, wstał z fotela i zbliżył się do Barnavy. Był trochę niższy, niż mogło się wydawać; gdy już stanął przed nim, spojrzał mu w oczy i zapytał: - I nawet ona o niczym nie wie? Szlag... - Ona, panie? - Ona. - Nie wiem, o kim mówicie, panie. - Oczywiście, że nie. Uderzenie w żołądek kolczą rękawicą odebrało mu na chwilę oddech, zostawiając przed oczami małe fioletowe kropki. Barnava zgiął się wpół z płytkim stęknięciem, jednak drugi strażnik mocno go trzymał. - Durniu – odezwał się Rothild z nieskrywaną złością. – Za kogo ty mnie masz? Naprawdę myślałeś, że choć przez moment ci uwierzę? – nachylił się ku niemu. – To ta suka cię przysłała i nawet nie próbuj temu zaprzeczać. Tylko ona mogła to wymyślić. Ha! – prychnął pogardliwie, prostując się. – Naprawdę, myślałem, że będzie sprytniejsza. Po co cię przysyła? Na Conana to

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%