Fantastyka · 29 min czytania
Zapach Lavendy - cz. 3
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Przenieśli się do jego pokoju, gdyż jak stwierdziła Lavenda, nie mogli sobie pozwolić na żadnych świadków. Barnava zauważył, że dwa trupy w ogródku są raczej marną gwarancją dyskrecji. - O to się nie martw – powiedziała dziewczyna tonem lekkim jak sałatka z pora. Usiadła wygodnie na łózku i zerknęła w stronę okna. – Tylko twój pokój ma okno na podwórze. No i pokój pana Vipe’a, ale on już się nimi zajmie. Barnava, nie wiedząc czemu, wzdrygnął się. Wolał nie myśleć, co uczyni pan Vipe. - Świnie w końcu też muszą coś jeść – rzuciła mimochodem Lavenda, jakby czytając w jego myślach. – Słuchaj, rozumiem że to wszystko może być dla ciebie... no, niecodzienne. Ale musisz zrozumieć, że wpadłeś w niezłe szambo. Jeśli nic nie zrobimy, Rothild dalej będzie mi grał na nosie, a i o tobie się dowie. - Od kogo niby? Od nich? – żachnął się, wskazując głową okno. A raczej to, co za oknem powoli, dzięki słońcu i mikrobom, powracało do natury. - To nieduże miasto – wodziła wzrokiem za krążącym po pokoju Barnavą. – A Rothild nim trzęsie. Ma od tego ludzi, chłopcze. - Tylko nie chłopcze! – krzyknął, oskarżycielsko celując w nią palcem. - Dlaczego? – i znowu ten uśmiech, i znów to spojrzenie... – Czujesz się staro? Puścił to mimo uszu. - Ale ty chcesz go zabić. Zabić! Na śmierć, normalnie. - Za to on planuje dla ciebie kolację przy świecach. Rozumiem, że masz opory – dodała po chwili. – To charakterystyczne dla żywych. Rothild cię od tego uwolni, jeśli... - Chodzi ci tylko o ciebie i te twoje porachunki. - Głównie o to. Ale o ciebie też, wiesz? Dzięki mnie jeszcze tu jesteś! – w jej głosie dała się wyczuć jakby nutka chłodu. Gdy się złościła, była jeszcze piękniejsza. – Owszem, w zamian za to chcę twojej pomocy. Ale tak czy siak, obydwoje będziemy dla Rothilda atrakcyjni wyłącznie jako martwe wspomnienia! Z akcentem na martwe. Rothild, pomyślał Barnava. Ten Rothild. W pierwszej chwili nie skojarzył. Nie przypuszczał, że sprawa sięga tak wysoko. Ale nawet w jego strony docierały czasem pogłoski, że władzy w Onym Polu nie warto się narażać. Chociaż zarządcą jego okolicy był kto inny, plotki o rothildowskich wyczynach potrafiły przebyć długą drogę. - Nie martw się. Nie będziesz musiał nikogo zabijać. Musisz tylko umożliwić mi dostanie się do środka. - Nic nie muszę – burknął bez przekonania. - Tak tak, nie musisz – rzekła pojednawczym tonem. – Ale ja cię o to proszę. To niewiele, prawda? Będziesz poza wszelkim podejrzeniem. To będzie nieszczęśliwy wypadek – dodała. - To co musi... miałbym zrobić? - Już mówiłam, że wejść do zamku w jakikolwiek sposób nie pozwala mi magiczna pieczęć – Lavenda z radością przeszła od razu do sedna sprawy. – Ale Magnus zdołał się dowiedzieć, na jakiej zasadzie działa. A więc także jakie są jej słabe punkty. - Skoro Magnus był taki sprytny, czemu nie załatwił Rothilda w jakiś skuteczniejszy sposób? - No widzisz. Chciał wszystko załatwić drogą prawną. Oficjalnie, i tak dalej. Taki już był... i marny koniec mu to przyniosło. W każdym razie – podjęła – zapora magiczna musi czerpać skądś energię. Dzień i noc. W tym celu Rothild zastosował eukookalippituosa. - ...? – Barnava nawet nie starał się powtórzyć. - Eukookalippituos. To rzadka, cenna roślina z lasów deszczowych na dalekim południu. Jej pełna nazwa używana w obszarze występowania brzmi mniej więcej eutzlotzlahliphphitquoaesh, ale wymówić to potrafią tylko rdzenni mieszkańcy tamtych rejonów. Przypomina... – zawahała się na moment – dużego, zielonego banana. Bardzo dużego, rośnie nawet na trzy metry. Tylko mniej zakrzywionego, i z takimi krzaczkami rosnącymi nisko przy ziemi... Jest bardzo delikatna, szczególnie na czubku. I dlatego tworzy bardzo silne pole magiczne, chroniące je przed insektami i szkodnikami. Sprytne, nie? Prawdopodobnie zaraziła się magią w trakcie trwania jednej ze starożytnych kultur tamtych rejonów, która odprawiała wiele tajemniczych obrzędów. Odpowiednio hodowana potrafi roztoczyć swój ochronny płaszczyk na dość znaczny obszar. To z niej Rothild czerpie stałą energię dla ochrony zamku. Wynajął doświadczonego maga, by ten zmodyfikował ślad magiczny na ochronę przede mną, a samą rośliną zajmuje się armia ogrodników. No i póki ona rośnie... - Lavendo. - Tak? - Jak właściwie wygląda banan? – pytanie Barnavy było w tamtych czasach jak najnormalniejsze. Nie było jeszcze wtedy zbyt wielu ruchomych chłodni, by zalać rynek tanimi bananami. - Uhm... – Lavenda zdawała się czuć niezręcznie. – Barnavo... zrozumiesz jak zobaczysz. Pokiwał głową w zamyśleniu. - A jaka byłaby w tym moja rola? - Zająć się rośliną. Wyrwać chwasta. Już o tym myślałam – dodała szybko widząc, że Barnava już otwiera usta, by zapytać. – Na pewno sie do niej nie dostaniesz. Rośnie w takiej jakby wieży, pod szklaną kopułą, a do jedynych drzwi klucze ma tylko parę osób. Nie wejdziesz, nie przekopiesz się. Zgarną cię strażnicy. Jedyna szansa to taki ciepły, słoneczny dzień jak dziś. W takie dni okna kopuły są uchylane, by eukookalippituos się nie ugotował w tej szklarni. Jest bardzo wrażliwy, już ci mówiłam. Na przykład na zmiany temperatury... - Dobrze, więc załóżmy, że otworzą to przeklęte okno – wszedł jej w słowo. – A ja mam tam wlecieć na miotle, czy co? - Jasne, na słoniu – zdenerwowała się. – Możesz mi nie przerywać? Dziękuję. Jeśli wejdziesz do zamku i będziesz uważał na strażników, możesz dostać się na galerię biegnącą nad szklarnią. Jedyna szansa to wrzucić stamtąd, przez otwarte okno coś, co błyskawicznie zaszkodzi eukookalippituosowi. Larwy czy inne szkodniki odpadają, bo zanim coś zdziałają, ogrodnicy je wytępią. Truciznę czy coś podobnego odbiorą ci z kolei już przy wejściu. Tak więc wypijesz dwa piwa i kiedy tam pójdziesz, weźmiesz ze sobą pustą butelkę z kruchego szkła. - Po co mi pusta butelka? Lavenda przywołała na twarz dyskretny uśmieszek tryumfu. - Pustej ci nie zabiorą. Powiesz, że właśnie wypiłeś resztkę wody. A teraz słuchaj: pójdziesz na galerię, nasikasz do butelki i wrzucisz ją przez otwarte okno do szklarni. Roślinka zdechnie błyskawicznie. No, co ty na to? Barnava przez chwilę nic nie mówił. A kiedy wreszcie się odezwał, brzmiało to następująco: - Ocipiałaś. - Słu-cham?! - Mam tam pójść, nie dać się złapać i obsikać drzewo? W mordę, nie możesz wymyślić czegoś bardziej... bardziej... - Bardziejnibyżeco – syknęła Lavenda. Była wściekła. - No, czegoś bardziej... normalnego? - Normalnego. – szepnęła. – Normalnego!! – ryknęła. Gdyby była smokiem, buhała by teraz ciężkim dymem z nozdrzy. – To proszę bardzo, idź! No idź! Idź i spytaj, czy możesz pobawić się łopatką pod drzewkiem! Jak dla mnie możesz wziąć siekierę i wyciąć w pień ich wszystkich, wiesz?! Tylko że na Conana to mi nie wyglądasz! Wymyśl coś lepszego, cwaniaku! Coś bardziej normalneeego! – dodała, naśladując ton jego głosu. - Oj, no uspokój... - Nie uspokoję się! – krzyknęła z przytupem. – Nie mam, kurwa, zamiaru! Chcę krzyczeć! Tyle lat go gonię, śledzę, gubię i znów znajduję, męczę się i jak w końcu pojawia się szansa, jakieś światełko w tunelu, to on mi mówi że to nie jest normalne?! Mam poczekać aż sam kopnie w kalendarz? Czy to będzie normalne, panie Wymyśl-Coś-Lepszego?! Mam tego dość i chce mi się wyć! Zamiast jednak zawyć, zrobiła tylko: - Yyy! – w sposób charakterystyczny dla kobiet z całego świata. A potem zapadła cisza, jakaś taka ciężka, dzwoniąca w uszach, i tylko głośny oddech Lavendy ją zakłócał. - No dobrze – odezwał się w końcu Barnava, gdy cisza stawała się już wprost nieznośna. – Przepraszam. Może to rzeczywiście dobry plan. - To jest dobry plan – bąknęła Lavenda, nie odwracając się ku niemu. - Tak, jest. Nawet oryginalny, i, tego... bardzo oryginalny. - Mfm. - Nawet chyba nie jest taki trudny, jak sądziłem, co? - Yhym. - Myślę teraz, że przecież mogę, skoro tak ci zależy, bo przecież... Lavendo, możesz na mnie spojrzeć? - Nie. - Czemu? - Bo nie! Wobec tak nachalnie logicznego argumentu Barnava poczuł się bezradny. Przez chwilę zastanawiał się, co począć – błagać o wybaczenie, czy może też się obrazić? Jakże śmieszne są próby zmierzenia się z kobiecym umysłem. - No dobrze – zdecydował. – Dobrze. Pójdę na dół, przygotować się. Nie oleję tego... to znaczy... oj. Lavenda zaczynała niebezpiecznie drżeć, niczym kocioł parowy, pod którym ktoś rozpalił zbyt duży ogień, po czym odszedł poszukać swoich starych okularów, gdzież one są, na bogów, tu je odłożyłem... Chyba dobrze byłoby się już wycofać. - Zejdę już. To tylko przejęzyczenie, nie? Nie lejmy oliwy do... Zdążył ugryźć się w język, lecz było to już raczej bez znaczenia. Dobiegło go ciche sapnięcie. Gdzieś w zakamarkach kotłowni nieszczęsny palacz zaczynał właśnie zdawać sobie sprawę ze złowieszczych wibracji. A także z braku wiadra zimnej wody. Jedyną szansą była teraz ucieczka z zagrożonej strefy, zanim kocioł eksploduje od niewyobrażalnego ciśnienia gorącej pary. Głupotą byłoby z niej nie skorzystać.
* * *
Przygotowania wkraczały już w finalną fazę.* W knajpie, mimo wczesnej pory, było już sporo ludzi. Przez otwarte drzwi widział tłumy przelewające się ulicą, słyszał gwar rozmów. Dziś pod wieczór odbędzie się oficjalne otwarcie zawodów, potem pierwszy mecz, a potem wszyscy obudzą się rano z okropnym bólem głowy, ale kto by się tym przejmował? Scenariusz na najbliższe kilka dni nie przewidywał większych odstępstw od tej normy. _______________________ * Barnava kończył drugie piwo.
Należało się więc w miarę szybko uwinąć z realizacją dziwacznego pomysłu Lavendy. Jak ona na to wpadła? No i kim tak właściwie była? Nie przedstawiał się jej, a wiedziała jak mu na imię. Nie wpuszczał jej do pokoju na noc – hej, to by na pewno zapamiętał – a rano zaskoczyła go przecież w negliżu. Tak samo jak i nie otwierał jej drzwi, kiedy wychodziła. A właściwie to kiedy wyszła? Skąd wiedziała, w którym pokoju mieszka? Dobra, to akurat mógł jej powiedzieć pan Vipe. Ale jeśli rzeczywiście to ona uratowała go od nieprzyjemnych doświadczeń ze strony Rąsi i Cypriana, to dlaczego? Pytania, pytania. Teraz, gdy spokojnie siedział i sączył piwo, nasuwały się jedno po drugim. W całym tym zamieszaniu musiały czekać aż do dzisiejszego ranka, zanim znalazły jakieś wolne miejsca w pociągu do jego świadomości. Kiedy jednak już wysiadły na stacji Mózg Główny, z rozczarowaniem odkryły, że na peronie nie oczekiwały ich żadne odpowiedzi. Walały się po nim tylko strzępy plakatu reklamującego wczorajszy wieczór, rozniesione po okolicy ciężkimi butami nowych doświadczeń tak bardzo, że póki co nic nie chciało się ułożyć chociaż we fragment większej całości. Właściwie, gdy się bardziej zastanowić, to wszystko wydawało się dość... - Słuchaj – ciepły głos Lavendy wyrwał go z zamyślenia. – Zapomnijmy o tej... różnicy zdań. Dobra? – posłała mu uśmiech. Tak samo uśmiechałby się pokryty cieniutką warstwą ledwie zastygłej lawy wulkan, gdyby wulkany potrafiły się usmiechać.* - Po prostu wstaliśmy dziś lewą nogą, co? - Cha, cha – zaśmiał się uprzejmie Barnava. - Właśnie. Dlatego dzięki, że się starasz... Na jeden krótki moment w umyśle Barnavy pojawiła się myśl, pełna nadziei myśl, że może jednak nie będzie musiał tego robić... - ...i przyniosłam wszystko, co będzie ci potrzebne. Ta myśl miała urok i trwałość płatka śniegu w fińskiej łaźni. - Zrobimy tak – powiedziała, siadając obok niego i kładąc na stole płócienną torbę i butelkę, a Barnavę zastanowiło, dlaczego właściwie użyła liczby mnogiej. – Jest turniej, w mieście tłumy, więc i straże przy bramie wzmocniono. Nie wpuszczą cię jeśli powiesz, że chcesz pozwiedzać czy coś w tym stylu. Zresztą, normalnie też by cię nie wpuścili – upiła łyk czerwonego wina z wysokiego kieliszka, który zaczynał już Barnavę intrygować. Miał bowiem notoryczną skłonność do pojawiania się w jej dłoni zupełnie znikąd. W dodatku był to typ kieliszka, który zdecydowanie nie kojarzył się z lokalem tej klasy co Zdeptana Meduza. Nie nadawał się do bicia nim ludzi po głowach**. – Tu masz butelkę, i wiesz co z nią zrobić. Ale uważaj, bo to naprawde cienkie szkło. A tu są księgi Magnusa. Przekażesz je Rothildowi.
Część 22 / 2
__________________________ * Może zresztą potrafiły. Po prostu nikt, kto stąpa po cieniutkiej warstwie ledwie zastygłej lawy nie wrócił jeszcze ze spaceru, by o tym opowiedzieć. ** Nie tylko dlatego, że był wykonany z niezwykle cienkiego, fikuśnie kształtowanego szkła, i zdobiony był w wykwintne, acz nieco niepokojące ornamenty. Także dlatego, że zawsze był pełny.
- Rothildowi? – zawołał Barnava. – Jesteś pewna, że to ehm to znaczy czy to konieczne? - Musisz mieć solidny powód, by cię wpuszczono – Lavenda na pewno nie zwróciła uwagi na to drobne przejęzyczenie. – Powiesz strażnikom, że znalazłeś je przy ciele kuriera w lesie i chciałeś zanieść Magnusowi, ale kiedy dowiedziałeś się, że nie żyje, postanowiłeś oddać je Rothildowi, przedstawicielowi władzy, najważniejszej osobie w okolicy i tak dalej. Taki komplemencik na pewno go trochę urobi. Jeśli puszczą cię samego, to świetnie, jeśli nie, to wywiniesz się jakoś, choćby za potrzebą. Coś wymyślisz. Musisz dotrzeć na galerię. Kiedy eukookalippituos padnie, już ja bede o tym wiedzieć. A co do nich... – dodała, wskazując na księgi – nie będą mi już potrzebne. Aj don nid dem enimor, jak mówi stare mądre przysłowie. - Hę? Po jakiemu to? Lavenda dość ciekawym gestem objęła nóżkę kieliszka. - To starożytny dialekt pasterzy owiec z odległych wysp. - Aha – ograniczył się leksykalnie Barnava, bo chyba już zaczynał poznawać charakter swojej rozmówczyni. - Dobrze. A teraz, masz jeszcze jakieś pytania? O tak, pomyślał Barnava. Całą masę. Na przykład, co się stanie jeśli ani na moment nie spuszczą mnie z oka, bo stwierdzą, że wytrzymam? Albo jesli już przy bramie, wysłuchawszy mnie, wezmą dokumenty i podziękują za Wzorową Obywatelską Postawę, naprawdę godne pochwały, następny proszę? Miał jednak wrażenie, że w zetknięciu z murem, zbudowanym z cegieł nieuleczalnego optymizmu łączonych najlepszą zaprawą determinacji, jaki przedstawiało nastawienie Lavendy, czeka je los papierowej lancy witającej się z... no, z murem. - Nie. - Świetnie! Kończ więc piwo i ruszaj w drogę, a przed wieczorem będzie po wszystkim! Po wszystkim, pomyslał Barnava. Chciałbym, żeby już było po wszystkim.
* * *
Zamek Rothilda górował nad okolicą, wzniesiony na jedynym tutaj większym niż pryzma kompostu wzgórzu, tuż za…