Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 23 min czytania

Zapach Lavendy - cz. 4

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Przez maleńkie zakratowane okno wpadała wąska smuga ciepłego, popołudniowego słońca. Ten promyk nie mógł w żaden sposób rozjaśnić ciemnej, zimnej i wilgotnej celi, a okienko było umieszczone zbyt wysoko, by dało zobaczyć się przez nie coś więcej niż skrawek błękitnego nieba. Trochę przegniłej słomy, rozrzuconej na podłodze, pełniło rolę wykładziny; większa jej ilość, złożona w kącie, miała zapewne udawać łóżko, a pordzewiała kratka na środku podłogi toaletę. Były jeszcze, naturalnie, drzwi. Ciężkie, okute drzwi, z dębowych desek pociemniałych na przestrzeni lat. Te drzwi zamykane były na solidny zamek i wzmacniane dwoma solidnymi metalowymi sztabami. I gdyby klucz do zamka oraz sztaby znajdowały się po tej stronie celi, można by poczuć się w niej niemal bezpiecznie. Barnava siedział otępiały w kącie i starał się myśleć. Do przemyślenia miał wiele, ale w centrum analitycznym jego mózgu światła były pogaszone – wszyscy udali się na chorobowe. Został tylko podstarzały wartownik, troszczący się jedynie o pompy i wentylację. Nie chciał wierzyć, że Lavenda posłużyła się nim jak narzędziem, które trzeba wepchnąć w tryby wielkiej maszyny, by ją zatrzymać, ale potem można już tylko spisać je na straty. Czy naprawdę wiedziała, jak to się skończy? Nie, nie mogła... Rothild nie może mieć racji. Ten człowiek jest obłąkany. Statki jego umysłu pływają po zupełnie innym morzu. Co on mówił? Że Lavenda chce porwać jego duszę? Że przybywa z piekieł? Dlaczego mówił o czterdziestu dwóch latach, skoro ona ściga go od dwunastu? No właśnie. Od dwunastu... a sama wygląda na osiemnaście. Wersję o tym, że chodzi o łopatkę zabraną jej kiedyś w piaskownicy można chyba odrzucić. Właściwie to skąd tyle o nim wie? Czy naprawdę na niego czekała? Czy rzeczywiście był tylko pionkiem w jej grze? Dlaczego się nim interesowała? Ile prawdy było w tym, co powiedział Rothild... Nie, to nie ma sensu. W ten sposób do niczego nie dojdzie. Poza jednym – obydwoje nie mówili mu wszystkiego. Obydwoje coś ukrywają, przedstawiają swoją wersję prawdy. Obydwoje są tymi pokrzywdzonymi... A tymczasem to on ma rano spłonąć za współudział w czarach i grożeniu królewskiemu urzędnikowi. Gdzie dwóch się bije, tam i trzeciemu dołożą... jeśli jakimś cudem wyjdzie z tego żywy, będzie do końca życia trzymał się z daleka od wszelkich turniejów. W pustych biurach jego głowy wciąż brzęczały uparcie muchy słów wypowiedzianych przez Rothilda. Sposób na poznanie diabelstwa... czy naprawdę mógł być tak prosty? Czy ten staruch z niego nie kpił? Jakie to miało teraz znaczenie... kara za czary jest oczywista i powszechnie znana. Stos suchego drewna polanego olejem, pośrodku pal, parę łokci liny – oto przepis na doskonałe ciasto dla gawiedzi, a i tak ktoś będzie marudził, że tu i tam się przypiekło. Nadszedł wieczór, błękit w okienku ustępował powoli miejsca granatowej nocy. Zrobiło się dużo chłodniej, i może właśnie to wyrwało Barnavę z otępienia. To, a także pragnienie i ssanie w żołądku. Rozejrzał się po celi, nie było w niej jednak nic poza podgniłą słomą. Miał oczywiście jeszcze butelkę, tą feralną butelkę, którą zdołał napełnić niedługo po tym, jak go tu wtrącono, zanim jego umysł wyłączył przegrzane receptory rzeczywistości. Zabrali dokumenty, ale pusta butelka nie wzbudziła ich podejrzeń.* Nawet go nie przeszukali. Przez krótką chwilę miał ochotę roztrzaskać ją o ścianę, wypowiadając przy tym coś w stylu “Radź sobie teraz sama, cwana babo”, ale pomijając raczej nieciekawe walory zapachowe takiego posunięcia... po prostu nie chciał wierzyć Rothildowi. Chciał za to stąd wyjść, odnaleźć ją i poważnie z nią pomówić. _________________________________________ *Oczywiście istniało ryzyko, że więzień rozbije ją i ostrymi kawałkami szkła podetnie sobie żyły. Wszyscy byli świadomi takiej możliwości. Oznaczała szansę na zaoszczędzenie sobie wysiłku przy układaniu tego stosu… Co mogła robić teraz Lavenda? Czy próbowała jakoś dostać się do zamku, mimo jego magicznej zapory? Już dawno musiała się zorientować, że coś poszło nie tak. Raz jeszcze spojrzał przez kraty w niebo, na którym migotały już pierwsze gwiazdy. Hej, zdawały się mówić, mrugając do niego, myślisz, że to ty masz kłopoty? Spróbuj urosnąć do naszych rozmiarów i płonąć przez eony żarem miliarda pieców, wiedząc, że na koniec zapadniesz się w sobie i zmienisz w czarną dziurą czy innego karła, wtedy porozmawiamy. Coś w tym było. Barnava wciąż żył. Wciąż miał ze sobą swoją torbę, ale po krótkiej inspekcji nie znalazł tam niczego, co mogłoby się teraz przydać. Co by tu jeszcze... krata w oknie była zapewne solidna, a i tak nie miał drabiny żeby jej dosięgnąć. Ale kratka w podłodze... Barnava podszedł do niej na czworakach. W mroku pod nią dojrzał małe, ruchliwe piszczące cienie. Była gruba, a pod wpływem rdzy zmieniła kolor i kształt ze smukłych metalowych prętów na coś, co można by znaleźć pod warstwą rafy koralowej. Była jak bank w czasie szalejącej inflacji; okres solidności minął bezpowrotnie. Chwycił ją mocno obiema dłońmi: zimną, wilgotną i pokrytą wieloma oprócz rdzy substancjami, które nadawały jej pewną miękkość w dotyku, a o genezie których Barnava wolał nie myśleć. Kto wie, może zmiażdżył dłońmi jakąś obiecującą cywilizację. Nabrał tchu i pociągnął z całej siły. Kratka okazała się luźno osadzona, a zaprawa ją trzymająca też widziała lepsze czasy. Zamek Rothilda rozpadał się nie tylko z zewnątrz. Zaczął poruszać nią energicznie, patrząc na łupież zwietrzałego spoiwa i słuchając zgrzytania metalu. Po chwili raz jeszcze zaparł się i szarpnął. Już prawie... wstał i z całej siły nadepnął na kratę. Raz, drugi, trzeci - wreszcie coś strzeliło, większy obszar zaprawy skapitulował; jej fragmenty poleciały w dół, wywołując serię przerażonych pisków u mieszkańców niżej położonych rejonów. Krata trzymała się teraz na ostatnim pręcie; Barnava schylił się i wyszarpnął ją z otworu. Ciekawe, pomyślał, kto by przypuszczał, że zamki są w tej okolicy tak marnie budowane. W dziurę powstałą po wyrwaniu kraty z trudem mógłby wcisnąć głowę; jednak teraz miał w ręce coś ciężkiego, i było mu z tym lżej. I wtedy, zupełnie jakby nad wszystkim czuwał niewidzialny Reżyser z dość sztampowym wyczuciem konwencji i scenariuszem kupionym w bombowej przecenie, za drzwiami lochu rozległy się kroki.

* * *

Lavenda była w pobliżu. Przynajmniej na tyle blisko, na ile mogła zbliżyć się do zamku, nie ryzykując poważnych oparzeń. Ukryta za drzewem, obserwowała bramę warowni Rothilda z odległości około dwustu kroków. Tutaj tylko lekko swędziała ją skóra, a włoski na karku jeżyły się, jak od zimna. Widziała stąd jak ostatni petenci wracają do miasta i rozgrywek, jak parę godzin później wychodzi z zamku wieczorny patrol; jak zachodzi nad nim słońce, a wstaje księżyc, i wreszcie jak brama zostaje zamknięta i tylko w małym okienku dyżurki na barbakanie pali się jeszcze mdłe światło. A on wciąż nie wychodził. Coś musiało się stać, to oczywiste. Coś niedobrego. A ona nie mogła nic z tym zrobić! Zaczynało ją to niepokoić. Nie, nie to, że jakieś nieprzyjemne zdarzenia mogą mu się przytrafić. Dziwne było to, że zaczyna się tym przejmować. Pojawiały się delikatnie wyrzuty sumienia, niczym nowe formy życia wypływające nieśmiało z głębin jej umysłu na płytkie wody wokół plaży świadomości. Zaczynała się o niego martwić, a to nowe uczucie kiełkowało w niej jak idea koła u jaskiniowca, któremu widok toczących się po zboczu głazów nasunął pewną myśl, niejasną jeszcze i zupełnie zwariowaną, ale nie dającą spokoju mimo upływu czasu. I to właśnie było niepokojące. Nigdy przedtem bowiem się to nie zdarzyło.

* * *

Są takie chwile w życiu każdego człowieka, kiedy ciało w ułamku sekundy podejmuje decyzję bez konsultacji z tą szarą masą w czaszce. W jednej chwili ktoś spokojnie ogląda wieczorne wiadomości, by zaraz potem kryć się za kanapą z rondlem na głowie i zastanawiać się, gdzie schował bagnet po dziadku. Istnienie tej uniwersalnej prawdy objawiło się Barnavie w momencie, gdy kroki na zewnątrz ucichły tuż pod drzwiami jego celi, a on sam odkrył, że nie wiadomo kiedy zakopał się w sianie. Nie było jednak czasu na filozoficzne rozważania; brzęknęły klucze i niewielka klapka w drzwiach uchyliła się do środka. W mdłym świetle marnej pochodni zamajaczyła jasna plama czyjejś twarzy... - Przynoszę ci twą pahszywą sthawę, skazańcze – dał się słyszeć skrzekliwy głos, a do środka zajrzało brudne oblicze, wykrzywione w grymasie obrzydzenia i częściowo zakryte przez brudny, zasłaniający oczy kaptur. Niewielka miska wylądowała na klapce, a... dozorca, bo to na pewno był dozorca, tłumaczył sobie Barnava, może jakiś nieszczęśnik dorabiający do emerytury*, rozejrzał się uważniej po celi. Sprawiał przy tym wrażenie, że musi stawać na czubkach palców i zadzierać głowę, by zajrzeć do środka. - Skazańcze? – zacharczał, wodząc wzrokiem po wilgotnych ścianach. Te jednak z oczywistych przyczyn mu nie odpowiedziały.** Dozorca stęknął i mamrocząc coś pod nosem, zatonął ponownie w mroku korytarza; blada dłoń zabrała miskę z jedzeniem i zamknęła klapkę. Znów zabrzęczały klucze i Barnava napiął wszystkie mięśnie, gotów do skoku gdy tylko otworzą się drzwi... Które jednak wcale się nie otworzyły. Najzwyczajniej w świecie ani drgnęły. Nie stanęły otworem, nikt się w nich nie pojawił. Nie zobaczył przez nie korytarza, oświetlonego podłą pochodnią trzymaną przez odrażającego dozorcę. Jeśli w tym zamku gdziekolwiek otwierały się teraz jakieś drzwi, to zdecydowanie nie były te. Usłyszał za to stłumione skrzypnięcie pordzewiałych zawiasów w okienku drzwi naprzeciwko, i równie wyciszone***, ale szczere kasłanie. - Khe khe kheeearrrghh, skazańcze – wołał dozorca. – Tutaj jesteś? Przynoszę ci khhhhaarrgh ghh, przynoszę sthawę... szlag – dodał po chwili – tu też go ni ma? Kroki zaszurały ponownie, tym razem jednak zaczęły się oddalać. Dozorca mamrotał coś do siebie, charcząc i kaszląc, podzwaniając kluczami. Po chwili uszu Barnavy dobiegł tylko odległy zgrzyt głównych drzwi podziemia, gdy dozorca je otwierał, i głuche dudnięcie, kiedy je zamknął.

________________________________ * Co tylko dowodzi tego, że istnieją pewne uniwersalne prawa rządzące wszechświatami; niezależnie od tego, w jakim akurat układzie współrzędnych przebywacie, na pewno znajdziecie tam jakieś ważne obiekty przemysłowe lub znakomite muzea, pilnowane przez dorabiających do emerytury nieszczęśników. Nikt jak dotąd nie odkrył, na czym dokładnie polega ich zadanie. ** Ściany mają uszy, to powszechnie znany fakt. Gdyby miały jeszcze usta i potrafiły mówić, przemysł budowlany stanąłby… no, na głowie. Której oczywiście nie ma. *** To przez te drzwi, wiecie. Drzwi tłumią dźwięki. Szczególnie zamknięte, nieotwarte drzwi

Został sam, w ciszy, ciemności i wilgoci zatęchłego lochu. Gdzie ten stary ramol polazł, u demona? Miał otworzyć drzwi i wejść do środka, a wtedy Barnava obezwładniłby go i wyrwał się na wolność, wydostałby się z zamku i... w każdym razie, wydostałby się z zamku. Miał już zamiar wygrzebać się ze swej kryjówki, gdy jego uszu ponownie dobiegł dźwięk otwieranych drzwi. Szczęknęły rygle, a w dół korytarza popłynęły dźwięki rozmowy. - Jak to ni ma? – mówił niski głos, wyraźnie należący do człowieka zdenerwowanego, że zawraca mu się głowę takimi bzdurami. - Nie ma! Jego cela jest pusta! – charczał drugi, jakże znajomy.

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Zapach Lavendy - cz. 4 — czytnik · opowiadania