Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

rodzina · 26 min czytania

Zapachy lata

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Nigdy nie przypuszczałem, że nadejdzie dzień w którym przestanę lubić lato. A jednak…Są rzeczy na ziemi…resztę pewnie znacie. Powód był całkiem prozaiczny, może nawet nieco zaskakujący. Lato w mieście bywa nieznośne. To żadna przyjemność przeciskać się pomiędzy nagrzanymi murami rozżarzonych ulic. Pewnie, że można by wyjechać. Tyle tylko, że dwumiesięczne kanikuły niepostrzeżenie zmieniły się w dwutygodniowe spuszczenie ze smyczy przez łaskawego szefa. Reszta wakacji przeciekała niezauważalnie przez spocone palce. Gorąco… Kiedyś mnie to nie martwiło. Teraz owszem i nic na to nie mogłem poradzić. Mówiąc konkretnie – rozpływałem się. W przenośni i dosłownie. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że człowiek ma w sobie tyle wody. - Dzisiaj będzie wspaniała pogoda, trzydzieści pięć stopni, bezchmurnie. Nie grozi nam żaden opad - zaszczebiotała w gadającym pudle pełna entuzjazmu lala od pogodowych przepowiedni. Ze złością zmieniłem kanał. Czy babsztyl nie mógłby zachować dla siebie tych euforycznych komentarzy? Łatwo je wygłaszać, jeśli zaraz potem wychodzi się z klimatyzowanego studia do klimatyzowanego garażu, gdzie czeka klimatyzowana gablota, aż rwąca się, by nas zawieźć do klimatyzowanego apartamentowca. Owszem, wtedy można się czuć sympatycznie, nawet na środku Sahary.. Zresztą mniejsza z tym. Nie ma sensu deliberować o rzeczach, na które nie mamy żadnego wpływu. Czekałem na żonę. Właśnie po raz enty zadawałem otoczeniu pytanie: gdzież ona do diabła łazi? Boże, cóż za duchota… Jakikolwiek ruch wydawał mi się ryzykowną i zbędną czynnością, mogącą spowodować wyłącznie kolejne ubytki płynów ustrojowych. Na próbę poruszyłem małym palcem lewej ręki; po czole natychmiast spłynęła mi kropla potu. Masakra. Może na balkonie będzie lepiej… Nie było. Niektórzy twierdzą, że zmiany klimatu to bzdura. No, nie wiem. Kiedyś pogoda była w miarę przewidywalna. Teraz niczego nie można było być pewnym. Jednego dnia żar palił nie dając chwili wytchnienia; następnego z nieba waliła się ściana wody, jak w rekordowo mokrą porę deszczową nad Amazonką. Tak właśnie lało przed chwilą. Przez pięć minut. Deszcz nie przyniósł żadnej ulgi, wręcz przeciwnie. Woda parowała niczym kropla chluśnięta na kuchenną płytę. Opar unosił się do góry niosąc specyficzny, metaliczny zapach mokrego kurzu. Czy kurz może być w ogóle mokry? Samochody przesuwały się ulicą mlaszcząc oponami na mokrym asfalcie, szumiąc rozbryzgiwanymi kałużami. Światła reflektorów załamując się w wodzie rzucały migotliwe refleksy. Tramwaj załomotał na łączeniach szyn jakby głośniej niż zwykle. Nagły powiew przebiegł kanionem ulicy. Przyniósł ze sobą smród ożywionego wilgocią śmietnika. Wycofałem się w głąb balkonowej wnęki. W stojących na parapecie skrzynkach otworzyły się, jak co wieczór, kwiatki zasianej obficie przez Beatę maciejki. Nie była zbyt urodziwa, ale słodkim aromatem potrafiła zagłuszyć wszystkie smrody miasta. Błysnęło. Z pewnością nie było to mignięcie irytującego neonu z dachu naprzeciwko. Burza wracała. No i gdzież się pałętała moja połowica? Zmoknie i jak znam życie, będzie to moja wina…

- Zostaw! To moja tama! Uśmiechnięty złośliwie grubas, pchnął z całych sił drobną dziewczynkę. Klapnęła z impetem w środek kałuży, aż podskoczyły jej śmieszne, zarzucone za uszy, „mysie ogonki „. Wzorzystą sukienkę pokryła mozaika gliniastych rozbryzgów. Jeśli agresor liczył na potok łez, rozczarował się setnie. Zerwała się na równe nogi i niczym furia skoczyła mu do gardła, okładając pięściami. Grubas cofnął się zaskoczony, ale szybko się ogarnął i ruszył do kontrataku. Nie miała szans. Znów przewróciła się brutalnie odepchnięta. Musiałem wkroczyć do akcji. Pobiegłem rozbryzgując wodę nowymi kaloszami, z których byłem tak dumny.

Był maj. Jakoś tak to się układało, że do południa, wiosenne, ale już dziarskie słońce prażyło nielitościwie, ale tuż po powrocie dzieciarni ze szkoły wszystko się zmieniało. Nad podwórkiem pojawiała się mała, czarna jak smoła chmurka. W mgnieniu oka zasnuwała czysty dotąd błękit nieba. Na moment zapadała złowieszcza cisza, aby po chwili ustąpić pola boskiej perkusji. Niebiosa rozwierały się ochoczo wylewając z trzewi cysterny deszczówki. Szaleństwo nie trwało długo. Powietrze błyskawicznie się odświeżało, słonko wywoływało na pożegnanie nerwowej chmury piękną tęczę i do następnego popołudnia był spokój. Wtedy zaczynała się zabawa. Od okien odklejały się zafascynowane widowiskiem nosy. Na schodach dudnił tupot niecierpliwych stóp. Kamieniczna dzieciarnia uzbrojona w kalosze i niezbędny zestaw narzędzi wysypywała się na podwórze. Rozpoczynały się prace melioracyjne na wielką skalę. Na szybko wysychających kałużach powstawały tamy, zalewy i kanały. Wkrótce popłynęły nimi papierowe łódki. Beatka z trzeciego piętra była niezrównanym projektantem. Tylko ona potrafiła wykorzystywać spadki terenu tak, by tworzyć prawdziwe wodospady i rwące potoki, po których żegluga odbywała się samoistnie, bez potrzeby dmuchania i popychania patykiem. Nieuniknione napięcia i konflikty szybko wygasały i zabawa toczyła się bez przeszkód dopóki nie pojawił się Krzysio z oficyny, podwórkowy boss. Ubrany tylko w szorty i wielkie gumowce szedł szerokim, charakterystycznym dla grubasów krokiem. Pożerał wielką kromkę chleba posypanego cukrem. Mlaszcząc wkroczył na plac budowy depcząc bez litości misterne konstrukcje. Nieśmiało rozbrzmiały słowa protestu. Ten i ów dzieciak chlipnął żałośnie. Nikt jednak nie zdobył się na zdecydowany opór. Sława Krzysia była zbyt ponura. Dopiero gdy doczłapał do budowli Beatki usłyszał pełne gniewu: - Zostaw! To moja tama!

Rzecz jasna przegrałem sromotnie. Chuderlak z wystającymi żebrami tylko w biblijnej opowieści mógł sprostać Goliatowi. Taplałem się w błocie z rozkwaszonym nosem i nie wiem co dalej by było, gdyby nie donośne krzyki z okien. - Co tam się dzieje?! - Zostaw go łobuzie! - Krzysiek, nogi ci z dupy powyrywam!!! Ten ostatni był najgłośniejszy i podziałał na grubasa jak wyłącznik sieciowy. Należał do jego matki o aparycji i poziomie agresji hipopotama i niezawodnie oznaczał solidny łomot w domu. Cały autorytet podwórkowego rządcy zgasł w oka mgnieniu. Krzysio znikł pospiesznie, zarówno z naszego jak i matki, pola widzenia. Wstawałem powoli. Poniżenie z powodu klęski było niczym w porównaniu z tym, że stało się to na jej oczach. Łzy cisnęły mi się do oczu i z całych sił starałem się zatrzymać ich wypływ. Poczułem na ramieniu nieśmiały dotyk. Podniosłem głowę. Beatka ukazywała w szerokim uśmiechu mocno niekompletne uzębienie. - Boli cię? - Nie bardzo – mruknąłem bohatersko. Dziewczynka przykucnęła przede mną. Pociągnęła nosem. Szybkim ruchem podtarła go, zostawiając na twarzy smugi błotnego materiału budowlanego. Założyła za ucho kosmyk niesfornych, marchewkowych włosów, które wymknęły się z rozwiązanego warkoczyka. - Chodź do mnie, do domu. Dostałam od cioci nowe mebelki dla lalek. Pobawimy się w dom. Chcesz? Chciałem. Złapałem się podanej ręki. Poszliśmy przez ruiny naszych budowli. Nic nas już nie obchodziły.

Naszej kamienicy nie ma. Stoi tam piękny blok, otoczony parkanami godnymi murów Troi i spoglądającymi spode łba ponurymi cerberami w czarnych uniformach. Brakuje tylko wieżyczek z karabinami maszynowymi i dobermanów. Na super bezpiecznym, aseptycznym placu zabaw, wyłożonym jakąś syntetyczną nawierzchnią nie ma szans na wodną inżynierię. Żaden dzieciak nie poczuje zapachu ziemi parującej pod dotknięciem pierwszych, grubych kropli deszczu. Musi im wystarczyć aromat spalin Toyoty tatusia.

Wahałem się. Pięć złotych to dwa Murzynki albo cztery kulki lodów. Kwiaciarka zniecierpliwiła się. - Kupujesz czy nie? Kupiłem bukiecik stokrotek. Kręciłem się nerwowo, wyglądając co moment zza szkolnego parkanu. Nie wiedziałem kiedy wyjdą. Właściwie miałem nadzieję, że wyjdzie sama. Niewielką. Nigdy nie chodziła sama. Kolejny raz rozgarnąłem gęstwę żywopłotowych gałęzi, gdy poczułem na sobie czyjś badawczy wzrok. Handlarka patrzyła na mnie z kpiącym uśmieszkiem, jakby wszystkiego się domyślała. Zresztą pewnie tak było. Poczułem jak czerwienię się po cebulki włosów. Odszedłem starając się to robić w sposób jak najbardziej godny i obojętny. Oczywiście właśnie wtedy szeroko rozwarły się skrzypiące szkolne wierzeje i wśród radosnego pisku wysypała się na zewnątrz grupka dziewcząt. Beata była wśród nich. Nie zauważyła mnie. Nie rzucałem się w oczy. Zresztą w tamtej chwili gwałtownie zapragnąłem być niewidzialnym. Nerwowo spróbowałem zawrócić za zasłonę krzaków. Oczywiście dopiero ten gwałtowny ruch zwrócił na mnie uwagę. Spostrzegły mnie, a fakt ten wywołał kolejny nieunikniony wybuch śmiechów. Podszedłem zrezygnowany, starając się niezdarnie ukryć za plecami swój nabytek. Nie tak to sobie zaplanowałem. Piegowata Kaśka, Małgośka z zadartym nosem i Julka z burzą blond loków; istne Aniołki Charliego. Z piekła rodem. Ja jednak widziałem tylko prześwieconą ostrym słońcem miedź na głowie Beaty. Uśmiechnęła się kpiąco, tak jak potrafią to zrobić tylko trzynastolatki. - Cześć Jarek. Na mnie czekasz? - Nie – pogrążałem się dalej.– Przechodziłem przypadkiem… - Aha…- rozchichotały się od nowa. - Zaliczyłaś? – jak najszybciej starałem się zmienić temat. - No! – aż podskoczyła podniecona – I to dzięki tobie. Nie mogę powiedzieć, że nie poczułem dumy. Od półrocza pomagałem jej w nauce. Z przedmiotów humanistycznych. Nie byłem żadnym orłem, ale sztukę wodolejstwa zarówno werbalnego, jak i manualnego miałem opanowaną w stopniu bliskim perfekcji. Beata musiała zauważyć moje samozadowolenie, dodała więc natychmiast. - Tak naprawdę najbardziej przydała się ta twoja ściąga… Skrzywiłem się. Stworzyłem dla niej pomoc naukową nie do końca pewny efektu swych działań pedagogicznych. Patrzyła na moje zmieszanie z pokaźną dozą satysfakcji. Widocznie niewystarczająco pokaźną. Postanowiła mnie dobić. - O, masz kwiatki. Dla mnie? - Nie, wiesz… mama ma imie… znaczy się urodziny – to pierwsze mogła przecież sprawdzić. - Szkoda… ładne – zdawało się, że usłyszałem w jej głosie nutę rozczarowania. - Mogą być dla ciebie – wyjąkałem. – Kupię inne. - Fajnie! Dzięki. Chcesz truskawkę? – zawsze robiła takie wolty. Pozostałe trzy czarownice niemal zwijały się ze śmiechu. Nawet nie zauważyłem, że cały czas raczyły się czerwcowym rarytasem, zwiastunem nadchodzących wakacji. Dałem sobie wepchnąć w usta dojrzały owoc. Oślepiony słońcem nie zauważyłem jak zbliżyła do mnie twarz. Cmoknęła mnie miękko w policzek. - Dziękuję… - szepnęła. Odsunęła się szybko, coś mówiła do przyjaciółek, ale ja nie słuchałem. Czułem jedynie zapach truskawek pozostawiony przez jej wargi.

Naszej szkoły też już nie ma. Nic dziwnego. Wyglądała jak scenografia do „Syzyfowych prac”. Cuchnęła zaś na pewno jeszcze gorzej, niczym skład starodruków skrzyżowany z wytwórnią pasty do podłóg. Stoi tam teraz wielkie centrum handlowe. Cały rok sprzedają w nim truskawki, ale nie pachną tak jak tamte.

To była prawdziwa wieś. Wokół okraszonych malwami domów, gdzieniegdzie jeszcze o słomianych strzechach, szumiały łany zboża. W koniczynie pasła się rogacizna, mustangi i inna gadzina. Idylla. Centralną arterią przechadzał się niespiesznie drób wszelkiego autoramentu. Mógł to robić bez obaw. Pojawienie się samochodu było równie mało prawdopodobne jak za czasów Daimlera i Benza. No chyba, że z dychawicznym charkotem zaszalał po trakcie zdezelowany Ursus. Było sielsko, anielsko i… koszmarnie nudno. Prawdziwym zaś pod tym względem mistrzostwem świata, były niedzielne popołudnia. Na wioskę opadała muślinowa zasłona ciszy. Bezruch niemal doskonały. Taki spokój można spotkać chyba tylko w oku cyklonu. Wszyscy zapadali w błogi sen: gospodarz, jego połowica, dziatki i bydlątka. Nawet wszędobylskie kury łaziły ospale, by w końcu przysiąść w wygrzebanych przez siebie grajdołach. Powietrze drżało, jakby miało zaraz eksplodować nagromadzonym ciepłem. Tylko muchy bzyczały z monotonnym uporem. Lipiec. Między stodołą, a oborą, w cieniu wielkiego drzewa ozdobionego bocianim gniazdem, ustawiony był kopiasty stóg siana. U jego podnóża, w wygniecionym legowisku leżała sobie Beata. Nie opalała się. Miała alabastrowo białą, porcelanową cerę. Źle znosiła słoneczne kąpiele. Czytała książkę. Spędzała wakacje u wujostwa. W jej domu się nie przelewało. Nie było mowy o atrakcyjnych wyjazdach. Rodzice wysyłali ją do tej stolicy marazmu na miesiąc, albo i dłużej. Nie mogłem czekać na jej powrót tyle czasu. Wprosiłem się z wizytą na weekend. Teraz nudziliśmy się razem. Było fantastycznie. Wdrapałem się po rachitycznej drabinie na dach stodoły. Rozpędziłem się na wąziutkiej kalenicy i skoczyłem. Cóż to był za lot! Wydawało się, że trwał wieki, zanim niemal…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%