Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

kultura · 20 min czytania

Zapiski pewnej wolontariuszki z zetknięcia z Kultu

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Zapiski pewnej wolontariuszki z zetknięcia z Kulturą

Zanim zacznę dzielić się z Wami moimi przeżyciami, opowiem wam trochę o istocie zwanej wolontariuszem. Otóż na ogół to dziewczyna, studentka w przydużej koszuli, która wykonuje drobne, nużące prace zazwyczaj związane z turystami. Przyduża koszulka jest tu bardzo ważna, ponieważ od wielu lat organizatorzy uparcie, wbrew doświadczeniu, pragną na wolontariat przyjmować chłopców. Panowie jednak niezbyt garnę się do pracy, zwłaszcza tej bezpłatnej, dlatego społeczeństwo wszelkiej maści instytucji i organizacji jest skazane na płeć piękną, ale niezbyt pożądaną. Czyli już wiecie, kim jestem. Dane mi było niedawno znów sprawdzić się w tej fascynującej roli. Zostałam przyjęta na Festiwal Czterech Kultur w Łodzi. Nie zobaczyłam wszystkiego, ale co stało się po części moim udziałem, chętnie Wam opiszę.

Dzień pierwszy – baloniarz i nasze balony Bardzo miłym zaskoczeniem było, że dostałyśmy kartki na obiad. Oznacza to, że mimo mojego całkowicie darmowego poświęcenia w jakiś sposób będę pieniężnie do przodu. Kupon opiewał na pewną kwotę, a gdy zobaczyłam ceny wskazanej restauracji nieco mi mina zrzedła. W takim wypadku stać mnie będzie najwyżej na zupę, na kawę raczej już nie starczy. Ale, hej, czemu mam narzekać jak każdy Polak? I tak nieźle, że zorganizowano nam posiłki, co rzadko się zdarza. Następnie dostałam koszulkę („jaki rozmiar?” „s”, „nie ma esek”, „to co się pani niepotrzebnie pyta?”), kolorową i wbrew moim oczekiwaniom wcale nie męską. Potem jeszcze ulotki i katalogi i wszystko inne co jest wolontariuszowi do szczęścia potrzebne, by umiał jako tako porozumieć się z turystami. I ruszyłam do jakiejś kamienicy, w której miała się odbyć wystawa (a nawet dwie). „Jakaś kamienica” to dobre określenie, zwłaszcza w Łodzi, gdzie wszystkie budynki wyglądają mnie więcej tak samo – obdrapane i zniszczone. Wnętrze nie było pocieszające, choć ekipa sprzątająca ostro działała. Włócząc się jednak od sali do sali byłam zadziwiona wielkością i przestronnością mieszkań dawnych zamożnych łodzian. Czemu uparto się, że trzeba sprzedać robotnicze osiedle Księży Młyn inwestorom i przerobić je na „luksusowe lofty” skoro tu, w samym centrum stoi naprawdę ekskluzywny apartamentowiec (tylko trochę podniszczony)?. Gdybym była bogatym, amerykańskim biznesmenem (a do tych chyba oferta „Księży Młyn” jest skierowana), wolałabym mieszkać w sercu miasta, na głównej ulicy w secesyjnej kamienicy, a nie w szeregu niskich, ceglastych domków, które w dodatku należały kiedyś do zwyczajnych robotników! No, ale ja nie obracam takimi pieniędzmi, więc może dlatego nie rajcuje mnie perspektywa posiadania wspólnej łazienki „z tym słynnym artystą z klitki obok”. Do mojej pracy jednak nie należała sprzedaż kamienicy developerowi, tylko dmuchanie balonów. Wraz z koleżankami dostałyśmy butlę z helem i przez pierwsze piętnaście minut wpompowywałyśmy sobie gaz do płuc. Efekt niezapomniany. Na wyposażeniu miałyśmy również inną ciekawą zabawkę. Oglądacie czasem kiepskie amerykańskie horrory lub komedie? Jeśli tak to zapewne kojarzycie ohydne, kleiste galaretki, w których czasem lądują bohaterowie? Właśnie to wstrzykiwałyśmy do baloników przed napełnienie je helem. Podobno nietoksyczne i przyjazne środowisku, ale zapach okropny. Nie zazdroszczę aktorom, którzy muszą się w tym od czasu do czasu wykąpać. W ten sposób upłynęło nam parę godzin. Właśnie sprawdzałyśmy, ile balonów trzeba przywiązać do krzesła by odleciało, kiedy pojawiła się organizatorka i przekwalifikowała pracę na przywiązywanie na poręcz klatki schodowej. Miałyśmy wieszać „jak chcemy”, „na początku nieco mniej, potem coraz więcej”, „o różnych długościach”. Podobno aranżacją klatki schodowej zajmował się artysta, który miał pojawić się w kamienicy rano, jednak się nie pojawił, co w danej chwili jednak zupełnie mnie nie dziwiło. Jeśli wernisaż da się urządzić tylko z wolontariuszami i ekipą sprzątającą to tę wystawę trzeba uznać za sukces. Poza dwoma instalacjami w całej kamienicy nie pojawiło się jeszcze żadne z zapowiadanych dzieł, a otwarcie miało się odbyć lada chwila. Muszę jednak przyznać, że to co, stało, zrobiło na mnie dobre wrażenie. W jednej z sal stała wieża Babel z różnorakimi ojcami - lalkami wspinającymi się do góry. W jej cieniu (pomijając drobnego pijaczka na ławce, ale to chyba tylko poczucie humoru artystki) stała lalka małego chłopca z głową zwróconą na sam czubek wieży. Z początku nie zrozumiałam, co to wszystko może oznaczać. Czemu temat całego festiwalu – ojcowie (w domyśle – patriarchowie, przynajmniej tak mi się wtedy wydawało) zostali umieszczeni na wieży Babel, której symbolika jest generalnie negatywna? O co w tym chodzi? Czy artystka nie wiedziała, co robi?` Już bardziej przemawiały do mnie ponaklejane na oknach miśki, z których siedem miało zaklejone oczy, a cztery nie. Potem jednak przeczytałam w katalogu o co dokładnie chodzi z ową wieżą i zwracam honor twórczyni (pani Paulina Kara)! Symbolika budowli babilońskiej miała być alegorią dla ojca nieobecnego, zajętego innymi sprawami – z oddali wieża wydaje się być monumentalna, z bliska zaś jest niepełna, niewykończona „budowana z niespełnionych przyrzeczeń”. Zaś chłopiec patrzy na to wszystko i pragnie wyruszyć w przeciwną stronę. Bardzo interesujące dzieło. Tylko co z tym pijaczkiem? Przeglądając dalej katalog natrafiłam, o dziwo, na opis instalacji z balonów na klatce schodowej! „Sztuka” podpisana była imieniem i nazwiskiem jakiegoś zupełnie nieznanego mi artysty, a redaktor rozpływał się nad głębią i wymową balonów „uwiązanych na niewidzialnych nitkach”. Potem nastąpił potok zupełnie niezrozumiałych, przypadkowo dobranych słów, które w żaden sposób nie mogły oddać pięciogodzinnej pracy wolontariuszek nad napełnianiem tych balonów i wiązaniem ich do poręczy! I to się nazywa sztuka? Skoro za coś takiego nazywamy już człowieka artystą, to dekoratorzy sal ślubnych powinni być szczytem wysublimowania. Postawiło to pod dużym znakiem zapytania jakość artystyczną całego festiwalu i w kulturalnej niepewności oczekiwałam jutra.

Dzień drugi – plakaty, czyli kurs obsługi taśmy klejącej Tym razem żadnej wystawy, tylko pomoc w kierowaniu ruchem gości w Toya Studios. To drobna pozostałość, wspomnienie po dawnej, filmowej Łodzi, dostatecznie jednak duża, by się zgubić. Po piętnastu minutach bezsensownego kręcenia się po terenie wreszcie odnalazłyśmy jakąś recepcję i zapytałyśmy o festiwal. „O co?” „Festiwal Czterech Kultur.” „Pierwszy raz słyszę”. Pani z recepcji wydawała się naprawdę szczerze zaskoczona. Na szczęście wkrótce odnalazłyśmy bardziej poinformowanego portiera, który kazał nam iść „do końca prosto, a potem w prawo”. Tak też zrobiłyśmy, ale minąwszy wszystkie odchodzące w prawo korytarze znalazłyśmy się w maleńkim przedpokoju, gdzie wszystkie gabinety znajdowały się po lewej stronie. Jeden był otwarty i zauważyłyśmy kobietę w charakterystycznej festiwalowej smyczy. Zabawiała rozmową jakiegoś starszego pana, którego twarzy nie widziałyśmy, bo siedział tyłem do wejścia. Nie uważałyśmy jednak za nic złego, by uprzejmie przeprosić i zapytać, czy może wiedzą, gdzie wolontariusze mają się zgłaszać. Kobieta była zaskoczona i nieco przerażona. Z pewnym wyrzutem w głosie poleciła nam udać się do głównego holu długim korytarzem „przypominającym te z horrorów”. Mężczyzna odwrócił się i przez cały czas obserwował nas z uśmiechem. Potem dowiedziałyśmy się, że jest to gość honorowy festiwalu, Martin Pollack we własnej osobie! Nie miał do nas żalu, nawet idąc na swój wykład inauguracyjny zatrzymał się na chwilę przy nas i zapytał, czy dobrze nam się pracuje. Odpowiedziałyśmy, że świetnie, zwłaszcza, że nie miałyśmy w zasadzie nic do roboty. I to niestety prawda. Dostałyśmy parę plakatów do przywieszenia i to było na tyle. Oczywiście nie byłabym sobą, gdyby nie obeszło się bez pewnych komplikacji. Wraz z plakatami dostałyśmy taśmę klejącą, niestety bez nożyczek czy noża. Pomagałyśmy więc sobie igłami od pinów i zębami. Znacznie spowolniało to pracę, co nie uszło uwadze pewnego organizatora z nożem, który pojawił się między czasie i trochę na nas pokrzyczał. Tak, ów pan faktycznie trzymał nóż w ręku, jednak pozostawał głuchy na prośby o pożyczenie go choćby na chwilę. Po przygodzie z „baloniarzem” zachowanie niektórych osób już mnie jednak nie dziwiło. Na szczęście politowała się nad nami inna organizatorka i przyniosła nam dwustronną taśmę nadającą się idealnie do rwania (do tapet czy podłóg). Wtedy praca poszła o wiele szybciej i miałyśmy czas na nudy i zwiedzanie budynku. Informowanie gości, gdzie jest toaleta należy do głównych zadań wolontariusza, niezależnie od charakteru imprezy. Należało się więc za nią obejrzeć. Tak samo stoisko z jedzeniem było warte zwiedzenia. Ceny nieco mnie powaliły (wszystko w cenie 5zł), ale catering źle zrobił rozpoznanie terenu (nie mieli widocznie takich wolontariuszy jak my!) i nie zauważył, że dosłownie za rogiem stała maszyna z napojami za 1,60zł. Największym plusem jest, że charakter naszej pracy pozwalał nam wejść na każdy koncert i każde przedstawienie. Nie mając naprawdę już nic więcej do roboty postanowiłyśmy więc „wcisnąć” się na atrakcje wieczoru, czyli przedstawienie „Ojcowie” Alvisa Hermanisa. W pierwszej chwili wpadłam w popłoch, bo sztuka okazała się być po niemiecku. Siedziałam jednak koło praktykującej germanistki, która na bieżąco opowiadała mi fabułę. Aby nie zanudzać Was szczegółami trzech godzin powiem krótko, że przez ten czas trzech panów zabawiało nas opowieściami o swoich ojcach.

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Zapiski pewnej wolontariuszki z zetknięcia z Kultu — czytnik · opowiadania