Psychologia · 24 min czytania
Zapiski zza szafy
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Wilcze Gniazdo
Jazon uniósł powieki. Wiatr z drobinami piasku i kurzu uderzał go w twarz. Głęboko zaciągnął się papierosem, dym przyjemnie drażnił gardło. Już od dłuższego czasu wpatrywał się w znajdującą się przed nim tablicę. Zielony napis dawno znikł, jednak mężczyzna oczyma wyobraźni widział go wyjątkowo wyraźnie. Wilcze Gniazdo. Teraz nadgniłe deski były puste. Poprawił szalik, szczelniej zasłonił szyję. Niedbałym gestem rzucił peta na ziemię i bez pośpiechu skierował się w stronę zabudowań. Chciał zawrócić. Chciał tego każdy jego mięsień, nerw, każda kropla krwi. Jednak mimo to, uparcie szedł przed siebie. Powoli schodził ze wzgórza, u którego stóp rozciągało się niewielkie miasto. Z tej odległości Wilcze Gniazdo bardziej przypominało garstkę papierowych domków rozłożonych na blacie starego stołu. Stokiem w dół. Niżej, niżej, niżej. Żwir chrzęścił pod butami, pył wzbijał się w powietrze. Jazon w napięciu przypatrywał się koślawym budynkom. Mieścina zawsze kojarzyła mu się – i będzie kojarzyć – z przedsionkiem piekła, granicą granic. Miejscem, które musi istnieć, by wyznaczało koniec znanego świata. Domy były porozkładane na płaskiej, spękanej ziemi. Mężczyzna potarł dłonie, postawił kołnierz płaszcza. Nagle uniósł wzrok, zmarszczył brwi. Tutaj niebo wydawało się być bliżej ziemi niż gdziekolwiek indziej. Granatowe chmury pełzły powoli, ponaglane pojedynczymi grzmotami. Nadchodziła burza z warkotem i gniewnymi błyskami. Parszywa pogoda, pomyślał. Jak wszystko tutaj. Wiatr przyniósł ze sobą zapach drewna i lakieru. Mężczyzna zacisnął zęby, czuł jak po kręgosłupie biegnie dreszcz. Zatrzymał się, stanął u wyjścia miasta, a przed nim ciągnęła się główna droga. Po jej obu stronach stały schludne rzędy domów. Normalne. Boleśnie przeciętne. Tak, na pierwszy rzut oka, właśnie tak. Ale Wilcze Gniazdo nigdy nie było przeciętne. Dobry Stwórco, minęło dwadzieścia lat! Dwie dekady, a mimo to nic się nie zmieniło. Jedną z niewielu różnic mógł być fakt, że żegnały go kpiące spojrzenia mieszkańców. Przed oczyma stanęły mu obrazy z przeszłości, czoło mężczyzny przecięło kilka zmarszczek. Ale teraz było pusto. Cisza. Czas tu nie dotarł. Nie on zabrał mieszkańców. A więc dobrze, Samotny Strzelcze. Skoro doszedłeś aż tutaj, jesteś w stanie zrobić kilka kroków dalej. Wziął głęboki oddech i wszedł do miasta. Wilcze Gniazdo zapraszało przybysza. Szedł spokojnym krokiem. Szedł między rzędami budynków, wysokich, niskich, kamiennych, szarych i kolorowych. Poskręcane, martwe kikuty drzew kryły się w cieniu dachów. Strzeliste, ozdobne latarnie w milczeniu przyglądały się zbłąkanemu. Szurał butami, wiatr unosił kurz i ciskał we wszystkie strony. Szarpał i klekotał okiennicami oraz niedomkniętymi furtkami. Bawił się strzępami śmieci, podrzucał je i pozwalał opadać, wciąż na nowo, bez końca. Jazon rozglądał się z ciekawością, ale nic nie budziło jego większego zdumienia. W duchu był przekonany, że niewiele potrafi go już zdziwić, nawet Wilcze Gniazdo. Nie umiał wytłumaczyć, dlaczego inni odeszli, zostawiając dobytek. Patrzył na dziecięcy wózek, porzucony na jednym ze skrzyżowań. Na filiżankę z niedopitą kawą, zostawioną na jednym ze stolików w kawiarni. Na pranie, którego nikt nie zdążył zdjąć. Wsadził ręce do kieszeni i obserwował miasto z chłodnym dystansem. Tylko na to potrafił się zdobyć.
Na drzwiach były znaki. Zauważył to dopiero po kilku chwilach. Na framugach okien i drzwi w pośpiechu nakreślone były obce litery, zapomniany alfabet. Wkrótce symbole zauważył na murach i płotach. Tworzyły ciąg lub były pojedyncze, napisane na skos i w pionie. Może w środku któregoś z budynków znalazłby odpowiedź, jednak za nic nie odważyłby się tam wejść. Miał wrażenie, że za ciemnymi oknami jest już tylko próżnia. Oszalały wiatr myszkował w zaułkach, dudnił w rynnach, walił w szyby. Poderwał słomkowy kapelusz do chaotycznego tańca. Mężczyzna przyglądał się jasnej plamce na tle ciemnego nieba. Burza była coraz bliżej. Spojrzał na ciąg znaków i westchnął. Liczył, że znajdzie odpowiedź. Niedługo. Krok za krokiem, sam, w ciszy, kierując się w głąb miasta widma. Znaki zmieniły kolor czerni na barwę krwi. Klasy narysowane kredą przez dziecko, którego już tu nie ma. Odpryski kolorowego szkła. I groźba w powietrzu. Wilcze Gniazdo wydaje się wciąż żyć i trwać. Mijał wystawy. Manekiny ustawione w pełnych zmysłowości pozach, ubrane w kosztowne stroje, z wyzywającym makijażem. Miały puste oczy, ale jednak wpatrzone w Jazona. Samotny Strzelec tylko się uśmiechnął. Szyld kiwający się pod podmuchami wiatru, napisy zamazane kolejnymi symbolami. Wyglądały na nakreślone w pośpiechu, niedokładnie i z zaciekami. Na horyzoncie pojawiła się błyskawica, potem kolejna. Zygzakami cięły sklepienie, niebo zajaśniało od błysków. Wystawa luster. Widzi kilkanaście swoich odbić, portret dojrzałego mężczyzny z szarymi, ściętymi na jeża włosami. W spranym, wysłużonym płaszczu, z nieodłącznym szalikiem i zmęczeniem w oczach. Widzi siebie. I nic więcej. Za jego sylwetką nie odbija się żaden dom. Burza nabierała siły. Wiatr ze skowytem poderwał się do góry. Pioruny nie gasły, następując po sobie w ciszy, wściekle pędząc ku ziemi. Światło błyskawic migotało raz po raz, jakby Stwórca właśnie bawił się włącznikiem światła. Nie padł ani jeden grzmot. Żywioł szalał w akompaniamencie wiatru. Chcę się już stąd wynieść. Nie chcę tu być, tu, na krańcu wszystkiego. Jazon odwrócił głowę od zwierciadeł, przyśpieszył. Omijał znaki i kolejne wystawy, kolejne drobne ślady, które i tak nic nie znaczą. Wilcze Gniazdo patrzyło na niego potępiająco. On jeden pozostał. Zbuntowane dziecko, które dawno temu odrzuciło rodzinne miasto. Które odważyło się uciec z przedpiekla. Uniósł głowę, nawet nie spostrzegł, że biegnie. Znaki szczerzyły się szyderczo, manekiny wytykały go palcami. Plastikowa dama w czarnej mini uśmiechnęła się uwodzicielsko. Dotknęła swoich karminowych ust. Jazon biegł nieporadnie, jak mały dzieciak. Wiatr podjudzał, wrzeszczał, bębnił o kosze na śmieci. Nagle ze skrzynki na listy wysypały się pocztówki. Mężczyzna sapnął nerwowo, z desperacją przedzierał się dalej. Okna są jak czarne dziury, za nimi nie będzie już nic. Poczuł ulgę dopiero, gdy ujrzał kaplicę. Czarny kościółek stał na końcu miasteczka, wyraźnie odcinając się od reszty. Krzyż górował nad kolorowymi dachami, Jazon na jego widok zaczął szybciej biec. Nie miał odwagi oderwać wzroku od czarnej budowli, jego schronienia, jego celu. Hebanowe deski lśniły metalicznym blaskiem. Poczuł kojący zapach lakieru. -Ojcze! Z hukiem otworzył drzwi i wpadł do środka. Owionął go zaduch, otoczyła cisza i ciepło. Wiatr, burza, cały koszmar został za drzwiami. Minął rząd ław i skierował wzrok na ołtarz. Złote Oko patrzyło na niego łagodnie, rozpraszając mrok. Jazon podszedł bliżej, powoli odzyskując spokój. Urzeczony wpatrywał się w połyskujące ślepie. Dla Jazona było tworem idealnym, nieskończenie doskonałym, jedynym słusznym w całym Wilczym Gnieździe. Nagle ciszę przerwało człapanie i ciche mamrotanie. Z odmętów mroku wyłonił się blady człowieczek w sutannie. Na widok Jazona zatrzymał się zaskoczony. Ręka trzymająca czarkę z czarną farbą znieruchomiała. Wpatrywali się w siebie w ciszy. Drobną sylwetkę staruszka oświecała aureola blasku piorunów. -Strzelcze… -Witaj, ojcze – szepnął Jazon. – Wróciłem.
*
Przebudzenie
Obudziłam się. Zamrugałam nerwowo oczyma, jeszcze przez chwilę wpatrując się w różnobarwne freski wymalowane na suficie. Ziewnęłam, potarłam powieki. Właściwie już po przebudzeniu zorientowałam się, gdzie jestem. Znajdowałam się w pokoju Anny, mojej starszej siostry. Uniosłam się na łokciach. Jak się tutaj dostałam? Rodzice zawsze zamykali tę komnatę, czasami tylko dopuszczając służbę. Zresztą, dowiem się później. Spuściłam bose stopy na podłogę i powoli wysunęłam się z łóżka. Czułam się dziwnie obolała i zmęczona, jakbym cały wcześniejszy dzień spędziła na bieganiu. Zmarszczyłam brwi. Prawdę powiedziawszy, nie pamiętałam, co działo się wczoraj. Chyba… czytałam książkę. Tak, na pewno czytałam książkę. Ale co dalej? Przecież musiało być coś jeszcze… Rozmasowałam odrętwiałe ramię i podeszłam do okna. Był koniec listopada, drzewa straciły liście, świat poszarzał, stał się nijaki. W powietrzu wirowały pojedyncze płatki śniegu, powoli opadające na taras i kamienne rzeźby. - Czas się ubrać – wymruczałam cicho. Matka nie znosiła, gdy chodziłam w koszuli nocnej po domu. Paradowanie w piżamie nigdy mi przeszkadzało, ale nie zamierzałam wszczynać kolejnej kłótni. Zanim wyszłam, rozejrzałam się po pokoju. Był taki, jakim go zapamiętałam. Masywne szafy stały pod ścianą, a toaletka tuż przy oknie. Wisiało tu kilka obrazów, w tym jeden mój ulubiony. Naga dziewczyna lewitowała w powietrzu. Nie widziałam jej twarzy, kolana miała podciągnięte pod brodę, a nogi kurczowo obejmowała rękoma. Zawsze byłam ciekawa, o czym myśli. Drgnęłam, gdy usłyszałam hałas dobiegający z wnętrza domu. Zagryzłam wargi i szybko wyszłam z pokoju. Jeśli rodzice się dowiedzą, że tu byłam, będą wściekli, pomyślałam ponuro. Cicho przemykałam przez puste korytarze, mijając jadalnię, salon i ogród zimowy. Dziwne szamotanie nie ustawało, czasami tylko urywało się na moment, by potem powrócić ze zdwojoną siłą. Podciągnęłam koszulę i wbiegłam na piętro. Wyglądało właściwie identycznie, kolejne wypłowiałe gobeliny, podniszczone dywany i zimne ściany. Nie znoszę tego domu. To nawet nie dom, a dwór. Zabytkowy pałac, równie stary jak zimny. Rodzice go uwielbiali i choć często wraz z siostrą prosiłyśmy o przeprowadzkę do miasta, za nic nie chcieli się zgodzić. Mieszkanie tu było swego rodzaju tradycją naszej rodziny. Tak więc tkwiłam w tym gmachu, dzień po dniu, rok po roku, bez szansy na zmiany. Westchnęłam cicho. Powoli ja i moja siostra zaczynałyśmy się przyzwyczajać i godzić z tym. Przynajmniej tak mi się wydawało. Tym razem usłyszałam czyjś głos. Zdrętwiałam i zatrzymałam się. Nasłuchiwałam, licząc, że wyłowię znajome mi dźwięki. I nic. Cisza. Znowu wszystko umilkło. - Co za cykor z ciebie, kochana – mruknęłam z przekąsem. – Taka duża, a się boi. Zdecydowanym ruchem otworzyłam drzwi do swojego pokoju. Natychmiast owiał mnie zapach kociej sierści, nieco uciążliwy, ale przynajmniej znajomy. Wsunęłam się do środka i zatrzymałam. Coś było nie w porządku. Znikło niepościelone łóżko, ktoś śmiał posprzątać papiery walające się po stole i zmienić układ książek. Zacisnęłam pięści, z niedowierzaniem lustrując pokój. Był porządnie posprzątany, ale jakby nie mój. Świetnie, pomyślałam z irytacją. Hałas znowu się powtórzył, jakby brzęk stłuczonego szkła. Nie, dosyć tego. - Nie potraficie być ciszej? – wrzasnęłam, wybiegając na korytarz. – Powiem matce, a ona każe zwolnić całą służbę! Wciąż zła, wróciłam do pokoju. Chcąc się ubrać, otworzyłam szafę. Zamarłam. Ubrania znikły. I francuski płaszcz wiosenny i ulubiona zielona spódnica. Rozpłynęły się? Nonsens. A może przeprowadzka? Nie, to niepoważne. Rodzice nigdy by się nie zgodzili. Wolą użerać się z namolną służbą, rozsypującymi się rzeźbami i dziczejącym ogrodem. Głośno zatrzasnęłam szafę. Nawet nie miałam siły się złościć, to wszystko było zbyt dziwne. Przecież tylko zasnęłam w sypialni siostry. Tak kończy się czytanie do późna. Hałas znowu się powtórzył. Słyszałam stłumione głosy. Miałam wrażenie, że skądś je znam. Oparłam się o ścianę i przymknęłam oczy. Odrętwiałe ramię nie przestawało boleć, wciąż czułam zawroty głowy. Westchnęłam ciężko. Dzień zapowiadał się okropnie. Postanowiłam, że pójdę do łazienki i przynajmniej się wykąpię, gdy coś miękkiego otarło mi się o nogi. Schyliłam głowę. - Lukas – szepnęłam radośnie. Rudy kocur uniósł łeb i wbił we mnie fosforyzujące ślepia. Schyliłam się, chcąc go pogłaskać. Zwierzę drgnęło nerwowo, jakby zmuszając się, by zostać na miejscu. Wsunęłam palce między miękkie kocie futro, czując jak cały gniew wyparowuje. - Lukas, gdzie się włóczyłeś? Może powiesz mi, co się dzieje? Śledziłeś matkę, jak ci kazałam, prawda? Co ona znowu wymyśliła? Kot…