Fantasy · 22 min czytania
Zapomniany
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
UWAGA!! Opowiadanie było tu już wcześniej opublikowane, pod tym samym tytułem. Wprowadziłem jednak drobne poprawki. Jeżeli się komuś kojaży nie zmuszam do ponownego czytania. Całą resztę szanownych użytkowników proszę o chwilke uwagi i wasze opinie.
W pewnym małym prowincjonalnym miasteczku mającym czasy swej świetności dawno już za sobą. Pośród wąskich uliczek i murowanych, krytych dachówką kamienic gdzie w większości mieszkali teraz ludzie na jesieni swego życia. Wśród snujących się leniwie dymów, śmieci rozrzucanych wiatrem i nocnego szczekania bezpańskich psów żył demon. Nie można by go nazwać ani pradawnym, ani odwiecznym i na pewno nie wszechpotężnym. Był jednak stary, z punktu widzenia ludzi nawet bardzo stary. Tak stary, że nikt z żyjących nie znał jego imienia a i on sam już od dawna go nie pamiętał. Prawie nikt z obecnych mieszkańców miasta nie wiedział o jego istnieniu. Może kilku staruszków stojących już jedną nogą na progu innego świata, mogłoby opowiedzieć swym wnukom tajemnicze historie usłyszane niegdyś od swoich ojców lub przypomnieć sobie pozostawiane przez ich babcie na strychu lub w ciemnych zakamarkach piwnic miseczki, przeznaczone dla nocnego gościa. Jednak nikt z młodszego pokolenia nie traktowałby ich poważnie a nawet dla nich samych byłyby to tylko bajki, zapamiętane z dzieciństwa. *** Demon wspominał jednak te czasy, gdy, czy to z obawy przed nieznanym, czy też z wdzięczności i dobroci serca wystawiano dla niego jedzenie a jego imię było wypowiadane szeptem podczas opowieści snutych wieczorami. I choć dawno już o nim zapomniano, to on pamiętał o ludziach żyjących w tym sennym miasteczku. Pamiętał o pewnej kobiecie, która gdy była małą dziewczynką zawsze pozostawiała dla niego mleko lub kawałek słoniny. Pojawiał się w tedy jako duży czarny kocur i wdzięczny za smakołyki ocierał się o nogi dziecka, dawał się głaskać i towarzyszył w dziecięcych zabawach. Był także jej opiekunem. W niespokojne noce, gdy wraz z wiatrem przyfruwały nad miasto senne zmory. Czuwał przy oknie dziewczynki nie pozwalając im zakłócać snu. Później, kiedy podrosła i założyła rodzinę nadal o nim pamiętała i choć obowiązki nie pozwalały robić tego tak często, jak za młodu, nadal pozostawiała dla niego jedzenie, a wdzięczny demon uważał na nią i na jej potomstwo. Mijały lata, dzieci dorastały a miasto kipiało życiem, jednak nie trwało to wiecznie. Dla demona okres ten był tylko jedną krótką chwilką, lecz dla jego podopiecznej czas nie był taki łaskawy. Dzieci wyprowadziły się z miasta, mąż zmarł a ona z pełnej wigoru pogodnej mamusi stała się siwowłosą, samotną staruszką. Podobnie było z miastem. Coraz mniej młodych chciało tu zamieszkać, coraz więcej ludzi dochodziło do kresu swej wędrówki. Mieszkania pozostawały puste, domy niszczały a poprzez poodrywane dachówki wiatr wdzierał się na strychy i wyśpiewywał tam swoje smętne pieśni. O przemijaniu, zapomnieniu i samotności. W tym czasie demon postanowił znowu przyjąć postać kota i odwiedzić starą opiekunkę. W pewien zimny dżdżysty dzień, gdy gruba warstwa chmur na tyle przyćmiła promienie słońca, że nie raniły oczu demona ten stanął przed wracającą z kościoła staruszką. Specjalnie czekał na taką pogodę, ponieważ nie chciał jej przestraszyć pojawiając się w nocy. Weronika, - bo chyba tak miała na imię - widząc przemoczonego zmarzniętego kota łaszącego się do jej nóg postanowiła zabrać go do siebie. Kiedy spojrzała mu w oczy a ten miaukną żałośnie przypomniał jej się Razael kotek, z którym bawiła się jako dziecko. Od tamtej pory demon zamieszkał u staruszki. Ta karmiła go, pozwalała mu wygrzewać się przy kominku a w zimowe wieczory siadywał na jej kolanach i mrucząc prosił, aby go głaskać. Nocami demon nadal strzegł Weroniki, przepędzał upiory, zsyłał dobre sny i leczył swą magią starcze dolegliwości. Bronił jej nie tylko przed zmorami, ale także przed ludźmi. Raz przygniótł konarem drzewa pijanego wyrostka chcącego wyrwać staruszce torebkę, innym razem zrzucił obluzowane cegły na włamywaczy, odstraszał żebrzących cyganów, grasujących w okolicy, którzy chcieli wykorzystać naiwność i słabość starszych ludzi. Wdzięczny za okazane serce, był jedynym towarzyszem wdowy. Starał się jak mógł aby nie czuła się samotna i zapomniana - oczywiście na tyle, na ile kot może zastąpić towarzystwo męża i odwiedziny dzieci. Niestety pewnej pogodnej czerwcowej nocy, gdy gwiazdy świeciły jak rozsypane po nieboskłonie brylanty, a ciepłe podmuchy wiatru przynosiły zapach traw i żywicy z rosnącego nieopodal lasu. Weronika zakończyła swoje życie. Wtedy też demon w swojej demoniej postaci siedział sobie na dachu kamienicy, w której mieszkała staruszka. Jego sylwetka była bardzo podobna do ludzkiej, postrzępiona szata kryła ciasno zwinięte skrzydła. W mroku można by go wziąć za młodego mężczyznę o nieznacznie przygarbionych plecach. Podobieństwo znikało jednak, kiedy spojrzało się mu w oczy. Dwie czarne jak smoła źrenice, jarzące się wewnętrznym blaskiem, były tak wielkie, że nie pozostawiały wiele miejsca na tęczówkę, przypominały głębokie studnie, których woda odbija nikłe światło gwiazd. Kiedy obrócił wzrok w stronę skąd doleciał go jęk przestraszonej duszyczki, która właśnie opuściła swoją cielesna powłokę, zdawało się, że cała jego szata przekręca się razem z głową. Jednak gdyby ktoś mógł to zobaczyć w świetle dnia zauważyłby, że ów płaszcz to w rzeczywistości nienaturalnie długie i gęste, sięgające aż do kostek włosy. Demon od razu wiedział, co się stało, rozwinął skrzydła i sfrunął do okna. W kącie pokoju siedziała skulona, szlochająca dziewczyna odziana w przejrzystą materię promieniującą błękitnym światłem, dookoła niej kłębiła się sfora obrzydliwych, szczerzących zęby, niematerialnych kształtów wyciągających swe szpony w kierunku płaczącej. Co odważniejsze ze zjaw zaczynały już wychudłymi palcami szarpać suknię i wplątywać się pazurami we włosy kobiety. Jednak, gdy demon znalazł się przy niej wszystkie odskoczyły poza zasięg jego skrzydeł. Dwa z nich przysiadły na lampie inne schowały się pod stół, łóżko, a jeden wyjątkowo szkaradny upiór wskoczył do wygasłego kominka wzniecając chmurę popiołu i czekał tam zgrzytając kłami na odejście intruza, aby móc na powrót rzucić się na przestraszoną duszę. Demon przykucnął przy dziewczynie, objął i zaczął głaskać po kruczoczarnych włosach, ocierając łzy z przestraszonej twarzy. Weronika uspokoiła się i przytuliła do niego. Gdy spojrzała na jego twarz zrozumiała, że to jej Razael. Czarny kotek, któremu nadał w dzieciństwie to tajemnicze imię. To on opiekował się nią przez całe życie zarówno, gdy była dzieckiem jak i w ostatnich latach przed śmiercią. Łzy przestały płynąć na twarzy pojawił się uśmiech. Teraz już się nie bała, nie przerażały ją czające się po kątach straszydła. Pomógł jej wstać, nieco zdziwiona rozejrzała się jeszcze po pokoju, pogrążone w mroku pomieszczenie rozświetlało nikłe światło z zewnątrz, lekki wietrzyk poruszał firankami w otwartym oknie, na stole stała filiżanka z niedopitą kawą, a w łóżku pod ścianą naprzeciwko kominka leżała siwowłosa pomarszczona staruszka i zdawałoby się uśmiecha się przez sen. Weronika spojrzała na swoje dłonie, później w lustro na młodziutką dziewczęcą twarz, lśniące włosy bez śladu siwizny. Na ten widok uśmiechnęła się po raz kolejny a ciszę pokoju, w którym nie było już nikogo żywego zakłócił jej perlisty śmiech. Razael wyciągną do niej rękę, Weronika ujęła ją i oboje wyfrunęli przez okno w stronę rozgwieżdżonego nieba. Demon dobrze znał drogę, przebywał ją wiele razy, nie po raz pierwszy odprowadzał duszę z tego świata. Znał doskonale czające się na niej niebezpieczeństwa, bo choć jemu nic nie zagrażało to wiele potworności mogłoby tu spotkać samotną, bezbronną wystraszoną duszę. Wiedział też, że nie będzie mógł przekroczyć razem z Weroniką bramy, gdy doprowadzi ją do bezpiecznego schronienia. Wiedział, że widzi ją dzisiaj ostatni raz. Póki, co cieszył się jednak chwilą, leciał ze swoją towarzyszką w pobliżu olbrzymich, mieniących się wokół nich setką barw, kul ognia, które widziane z ziemi są tylko malutkimi srebrnymi punkcikami. Razem zachwycali się bajecznie kolorowymi kłębami mgławic. Rzucili się w pościg za przelatującą kometą, która złapana w pole grawitacyjne jednego z nieskończonej ilości słońc ciągnęła swój rozdwojony lodowy warkocz rozsiewając strzępy materii w otaczającej ją próżni. Gigantyczne spirale odległych galaktyk były dla nich na wyciągnięcie ręki. Jak dzieci, roześmiani gonili się pomiędzy przemykającymi w pobliżu rojami asteroidów. Wreszcie po beztroskim locie dotarli do celu, granicy, za którą demon nigdy nie będzie miał wstępu. Pożegnał się tam szybko z Weroniką a ta dała mu na do widzenie buziaka i wciąż roześmiana przekroczyła bramy sanktuarium. Demon posłał jeszcze jedno spojrzenie w kierunku znikającej za zatrzaskującymi się wrotami dziewczyny i zwinął skrzydła. Runął z powrotem w kierunku ziemi, z każdą setną sekundy nabierając coraz większej prędkości, euforia spowodowana pędem rosła z każdą chwilą. Podróż powrotna nie zajęła nawet tysięcznej części czasu, jakiego potrzebowali na dotarcie do sanktuarium. Mimo czającego się gdzieś na dnie demoniego serca smutku, jaki spowodowało rozstanie demon był szczęśliwy. Na koniec swego lotu rozłożył skrzydła a powietrze ocierające się o ich krawędzie podczas przechodzenia przez górne warstwy atmosfery zaczęło płonąć, strugi ognia szalały w rozwianych włosach, a snop iskier ciągnący się za nim, przeciął nocne niebo czerwono złocistą smugą. Wreszcie wyhamował zupełnie i zatrzymał się na dachu domu, z którego rozpoczęła się ta podróż. Nocne marki siedzące tej nocy w oknach śpiącego miasteczka mogły zauważyć spadającą gwiazdę, która zgasła na parę zaledwie chwil przed upadkiem na jedną z kamienic. Chłodna mgła przedświtu wystudziła żar spowodowany lotem, emocje opadły i choć w głowie demona huczał jeszcze szum pędzącego rozpalonego powietrza, jego umysł był jasny i chłodny. Patrzył w milczeniu na budzące się ze snu miasto dopóki, dopóty ziemski świt nie stał się zbyt jasny a światło zaczęło sprawiać ból. *** Od pożegnania z Weroniką minęło kilkadziesiąt lat, miasto podupadło jeszcze bardziej, niektóre kamienice obróciły się w ruiny, w innych zdążyły się zestarzeć kolejne pokolenia, krajobraz oszpeciły osiedla zbudowane z wielkiej płyty, a las leżący niegdyś na skraju miasteczka został przerzedzony i poprzecinany wstęgami dziurawych dróg. Cegielnia, którą niegdyś wybudowano na skraju miasta została zamknięta. Straszyła powybijanymi szybami i walącym się dachem. Jej komin niebezpiecznie się pochylał, jakby zmęczony spoczywającym mu na barkach ciężarem lat, tak, że odbijał swoje oblicze w mętnej wodzie głębokiego stawu wypełniającego nieczynne wyrobisko. Wokoło zmieniło się tak wiele, demon jednak pozostał. Mieszkał teraz właśnie w opuszczonej cegielni. Noce spędzał w…