Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 27 min czytania

Zapomnieni

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Czekał na nią od pół godziny, miała być punktualnie o 16, jego zegarek edoxa pokazywał 16.25. Nigdy się nie spóźniała. Plac przed metrem Centrum wydawał mu się teraz lasem nie drzew, lecz ludzi. Mógłby ich minąć bowiem równie obojętnie jak zabija się odruchowo komara na ręce, bo w tym momencie ważne było tylko jedno – spotkanie z Karoliną, która wbrew swojemu zwyczajowi spóźniała się. Wyciągnął komórkę, i wcisnął dwójkę, pod którą miał przypisaną swoją Gwiazdeczkę. W słuchawce usłyszał komunikat o wyłączonym telefonie bądź znajdującym się poza zasięgiem sieci abonentem. Pocieszał się, że pewnie jest w metrze, coś ją zatrzymało i za chwilę na pewno sobie wszystko wyjaśnią. Tak ostatnio brakowało im szczerej rozmowy, być może wspólnego milczenia, które zagoiłoby rany przeszłości, widmo zdrady unosiło się mimo wybaczenia bardzo długo nad ich duszami i w ich umysłach. „Marcin, przebaczam ci, ale nie zapomnę” – to zdanie zabrzmiało w jego głowie w tamtym najważniejszym dla niego w życiu momencie jak fraza z popularnego tasiemca z telewizji publicznej, ale jednocześnie cieszył się z niego jak dziecko. Zdawał sobie sprawę, że był to głupi zakład, by przelecieć najlepszą przyjaciółkę swojej dziewczyny podczas swojego wieczoru kawalerskiego, ale był tak pijany, że jego kumple wręcz wnosili go do sypialni. Od tamtej pory Karolina wstrzymała plany ślubu. Mieli po dwadzieścia dwa lata, więc jak mówiła Marcinowi, mają jeszcze dużo czasu. Dziękował jej na kolanach z ogromnym bukietem róż za przebaczenie. Marcin był brunetem o ciemnej karnacji, miał sto osiemdziesiąt dwa centymetry wzrostu i nienaganną, wysportowaną sylwetkę niczym jeden z pływaków światowej klasy. Karolina była delikatną brunetką, sięgającą mu co najwyżej do połowy ramienia, ale pasowali do siebie idealnie, a jego turkusowe oczy i jej ciemnobrązowe spotykały się na długie godziny. 16.35. Zaczął nerwowo rozglądać się po placyku i starał się ujrzeć twarz ukochanej, ale na próżno. W tym jednakowym tłumie facjat, nie sposób było dojrzeć kogokolwiek, kto choćby ją przypominał. W jego głowie natychmiast pojawiły się myśli, że pewnie z nim zerwała, że to pewnie teraz ona, właśnie w tym momencie, mści się w identyczny sposób za sytuację sprzed pół roku. W szaleńczym tempie niepokój, złość i niepewność stworzyły mieszankę, od której można postradać zmysły. Nagle usłyszał potężny huk dochodzący ze strony metra, a ziemia pod nim zadrżała. Przechodnie nie wstrzymywali się długo z reakcją, zaczęli w panice rozbiegać się w różne strony, wyglądając jak potencjalne ofiary świetnie zakamuflowanego snajpera. Kolejny tłum spanikowanych ludzi wybiegł pospiesznie z metra, przeskakując przez bramki, jedna starsza kobieta została na oczach Marcina stratowana przez grupę wybiegających z wejścia w stronę Placu Wilsona. W tle okrzyków pochodzących nie z gardeł ludzi, ale zwierząt, dosłyszał sygnał kilku karetek.

Jezu, błagam, oby nie Karolina.

Zatrzymał siłą jednego z uciekających chłopaków, na oko miał jakieś szesnaście lat. - Stój! Spokojnie! Co tam się stało? - Stary, tego nie da się opisać, jest pełno krwi, pełno dymu, ludzie leżą nieruchomo w pociągach, na torach. Wykoleiły się dwa pociągi w obie strony! Ja pierdolę, wiesz ile tam jest krwi?! Spieprzam stąd – uciekł w znanym tylko sobie kierunku, po chwili zniknął w podziemiach pod Marszałkowską. Marcin stał jak wryty, co chwila obijany przez wybiegających wciąż i pogrążonych w ataku paniki ludzi; sygnały karetek były zagłuszane przez ich okrzyki. Pierwszy ambulans zaparkował na przystanku autobusowym w stronę Ochoty, wybiegło z niego trzech sanitariuszy i skierowali się biegiem do wejścia metra jadącego w stronę Placu Wilsona. Następna karetka przyjechała od strony Muranowa, parkując na prawym pasie Alej Jerozolimskich, z niej wybiegło czterech sanitariuszy. Niebawem przyjechało pięć następnych, blokując całkowicie przejazd aut w stronę Ochoty. Straż pożarna dotarła dopiero po dziesięciu minutach, kolejne jednostki, których było już łącznie dziesięć, skompletowały się dwadzieścia minut później. Marcin usunął się pod ścianę zamalowaną graffiti i obserwował. Razem z nim sytuację śledził tłum gapiów, którzy zdołali oprzytomnieć, ale nie na tyle, by pomóc ratownikom medycznym w ratowaniu ofiar. Chwilę później pożałował tej decyzji. Sanitariusze zaczęli wynosić pierwszych poszkodowanych podziemnej tragedii. Wyglądali jak martwi, jednak ich żałosne pojękiwania niczym pochodzące z piekielnych otchłani świadczyły o tym, że jeszcze nie wydali ostatniego tchu. Ich stan był krytyczny. Wszyscy mieli ogromną ilość ran ciętych na klatce piersiowej, na nogach, na twarzy. Jednemu mężczyźnie wynoszonemu na noszach przez bramki wnętrzności wręcz wylewały się na zewnątrz, jeden sanitariusz przystanąwszy na chwilę, podjął ryzykowną sztukę upychania ich do środka. Marcin poczuł, jak wymioty podchodzą mu do gardła. Ale nie to było najstraszniejsze. Najstraszniejsze było to, że wciąż nie miał sygnału od Karoliny. Miał niemal pewność, że była w jednym z tych pociągów. Ratownicy z kilkunastu karetek uwijali się jak w ukropie, Marcin stracił poczucie czasu, nie zauważył nawet, że zegar na stalinowskiej pamiątce, Pałacu Kultury i Nauki, wybił 17.10. On śledził jednak każde nosze, które było wyprowadzane z obu wejść metra. Nie wiedział, czy po to, by się uspokoić, czy po to, by potwierdziło się najgorsze. Nad miastem unosiła się kakofonia klaksonów, sygnałów karetek, jednostek straży pożarnej, wołań strażaków i sanitariuszy, by tłum gapiów odsunął się na tyle, by nie utrudniać pracy służbom mundurowym. Wkrótce zobaczył kolejne osoby ciężko ranne w tym piekielnym zdarzeniu. Tym razem jeden mężczyzna nie miał obu nóg, prawdopodobnie uciął mu je pociąg, gdy wpadł z impetem na peron pełen o tej porze ludzi. Nosze przeciekało wręcz jego krwią. Kolejne szybkie spojrzenie na drugie wejście – kobieta wynoszona w biegu przez ratowników krzyczała niemiłosiernie, że boli ją głowa. Gdy sanitariusze obrócili się bokiem do Marcina, zauważył obraz niczym z koszmarów sennych – czubek głowy kobiety praktycznie nie istniał, można było ujrzeć jej błyszczącą w lipcowym słońcu czaszkę przykrytą pajęczyną posklejanych gęstą krwią włosów, które układały się w upiorny wzór. Kolejna kobieta tym razem wychodząca o własnych siłach, ale podpierana przez ratowników, miała ucięte ucho, do którego przykładała swój biały, lniany sweter, by nieudolnie zatrzymać krwawienie. Kolejne karetki odjeżdżały, a na ich miejsce przyjeżdżały następne, zerknął na zegarek, była 17.40. Wyjął telefon, na którym widoczna była „1 nowa wiadomość”. Godzina odebrania: 16.34. Jak mógł nie poczuć wibracji? Otworzył niezwłocznie klapkę, odczytał wiadomość, która okazała się być SMS-em od Karoliny:

Przebaczyłam i zapomniałam. Skarbie, kocham cię ponad życie. Zaraz prawdopodobnie umrę. Żegnaj ;(

Usiadł na chodniku i zaczął płakać jak niemowlę, trzymając głowę w dłoniach, zachłystując się głęboko powietrzem, nie zważając na to, że nagle nadciągnęły burzowe chmury i zaczęło ulewnie padać. Całkowicie przemoknięty w markowym polo i białych bermudach siedział jeszcze dziesięć minut, gdy nagle usłyszał słaby, dochodzący niczym z zaświatów, głos: - Marcin? Oderwał dłonie od twarzy i niepewnie uniósł w górę wzrok przestraszonego dziecka. Dostrzegł obraz, który zapamięta do końca życia. Na noszach trzymanych przez dwóch zmęczonych ratowników medycznych, leżała Karolina. Była cała we krwi, a jej twarz pokryta była gęsto płytkimi ranami ciętymi, tak jakby ktoś bawił się z nią w chorą zabawę polegającą na straszeniu delikatnym muśnięciem noża twarzy przed ostatecznym podcięciem gardła. Wstał, nie zwracając uwagi na całkowicie przemoknięte i brudne ubranie i zauważył, że Gwiazdeczka także płacze. W ich okolicy ratownicy nadal biegali w tę i z powrotem niczym piłkarze na meczu życia. Wymienili spojrzenia, a później Marcin spojrzał na jednego z ratowników, którego głowę pokrywała bielutka siwizna. Na oko jednak miał nie więcej niż pięćdziesiąt lat. - Powiedziała, że była z panem umówiona. Zabieramy ją na Solec, w okolicy już nie ma wolnych miejsc. Może pan jechać z nami. Szedł w stronę schodów do zaparkowanej karetki. Obrócił się na leżących na betonie ludzi, którzy jakimś cudem wyszli o własnych siłach, ale na tym skończyła się ich silna wola. Błagali w agonii o pomoc, liczba ratowników medycznych nie była jednak wystarczająca. Piekło nadal się rozgrywało, to było jak scenariusz thrillera politycznego, w którym główną rolę odgrywa zamach terrorystyczny, a celem jest metro. Marcin jednak miał przeczucie, że zdarzyło się coś o wiele, wiele gorszego. Wsiadł pospiesznie do karetki i odjechał w stronę szpitala na Solcu, całą drogę milcząc, by nie budzić Gwiazdeczki, która właśnie mimo zadanych obrażeń, zasnęła.

*

- Jezu, moja twarz… - powiedziała słabym głosem. – Co mi jest? - Jesteś w szpitalu, kochanie – ogarnął ją wzrokiem. Jej twarz była w strasznym stanie, widział to już w karetce, obecnie była pokryta przekrwionymi nieco opatrunkami, ale rodziła szanse, że będzie wyglądała jak dawniej, bez żadnych blizn. Miała połamane obie nogi, przygniótł je wygięty bok wagonu metra, podczas gdy siedziała w środku po przeciwległej stronie. - A nogi? Pewnie złamane? – spojrzała na gips na obu i już miała odpowiedź. – Miałam sporo szczęścia, Marcin – mówiła tępym głosem, bez wyrazu, jakby to, co opowiada, było wymienianiem składników z listy zakupów. - Już dobrze, jesteś bezpieczna. Nie musisz mi tego opowiadać, jeśli nie chcesz, lekarze mówią, że za dwa dni powinnaś stąd już wyjść. - Czy… moja twarz… spowoduje, że mnie zostawisz? – zupełnie zignorowała to, co powiedział i spojrzała na niego przekrwionymi, załzawionymi oczami wołającymi błagalnie o odpowiedź odmowną, co wydało mu się zaskakujące po tym, co jej zrobił. Jemu też napłynęły łzy do oczu, bo nigdy nie znalazł się w tak poruszającej sytuacji. - Głuptasie, oczywiście, że nie. Wszystko będzie dobrze, wszystkie rany się zagoją, zobaczysz – złapał ją za rękę, a ona odwzajemniła uścisk. Ich spojrzenia nie opuszczały się przez dłuższą chwilę, po czym Marcin wstał, by zasłonić verticale. Było już późno i Karolina pewnie chciałaby zasnąć. – Dobrze się czujesz? - Dobrze, ale słabo. Marcin, skarbie, gdybyś wiedział co tam się stało, Boże drogi – rozpłakała się na dobre. Chyba chciała mówić, wobec czego jej nie uspokajał. – Te pociągi się nie zderzyły, nie wypadły z torów tak po prostu… Najpierw ktoś… a może coś przemknęło błyskawicznie przez wagon, dosłownie szatkując ludzi i potem… wykoleiło pociąg. Wiem, że to brzmi idiotycznie, ale tak było! – zachłysnęła się płaczem. – Nie jestem wariatką! - Już, już, spokojnie… Nikt tak nie powiedział – przytulił ją do swojej piersi, a ona tak jak zawsze, pod wpływem jej dotyku, uspokoiła się. Wkrótce potem usnęła, a Marcin wyszedł na korytarz w poszukiwaniu lekarza. Podszedł do znudzonych pielęgniarek, które niewinnie plotkowały o nowym psim pupilu, jakiego ma kupić jedna swojej córce na piąte urodziny. Zignorowały całkowicie jego obecność, dopóki się nie odezwał. - Przepraszam? - Taaa? – słowo jednej z nich zmieszało się z potężnym ziewnięciem, pielęgniarka nawet nie pomyślała o tym, by zakryć dłonią usta. - Zastałem może jeszcze lekarza, który zajmuje się moją dziew… narzeczoną? - Co pan, zgłupiał? Jest dziewiąta wieczorem, nikt o tej porze raczej tu nie przebywa. Jakiś problem? – spytała tym razem druga, mierząc Marcina takim spojrzeniem, jakby w ogóle nie miał prawa ich o cokolwiek pytać. - Tak, mam problem. Jakby pani mogła ruszyć swoje tłuste dupsko do mojej dziewczyny i zmienić jej opatrunki na twarzy. W przeciwnym razie zgłoszę na panią skargę do ordynatora. Pielęgniarka zdębiała, a jej gęste, postawione w kok rude włosy zatrzęsły się, wyrażając bezsłownie całe oburzenie i nienawiść, jaką pałała do Marcina. Druga, mistrzyni ziewania, patrzyła na niego spojrzeniem mówiącym, że najchętniej by posiekała go jak jego dziewczynę, ale po chwili spuściła wzrok i udawała, że nanosi poprawki w liście pacjentów. Ruszyli powolnym krokiem w towarzystwie sapań pielęgniarki oznaczających całkowitą niechęć do wykonywanej pracy, ale to, co zobaczyła, natychmiast ją ożywiło. Karolina nie miała opatrunków na twarzy i w jakimś szaleńczym amoku próbowała sobie rozerwać gips na lewej nodze. Jej rany krwawiły obficie, a ona krzyczała, kręcąc gwałtownie głową i rozbryzgując na ścianach i na łóżku krew: - Keine Therapie! Die Hure! Ficken Sie! Sieg Heil! Pielęgniarka nie czekając długo, próbowała powstrzymać Karolinę od dalszych, niepotrzebnych i prowadzących do wykrwawiania się odruchów, jednak ta, gdy tylko siostra się zbliżyła uderzyła ją z całej siły zewnętrzną stroną dłoni w twarz. Po tym uderzeniu pielęgniarce została pamiątka w postaci czerwonego, wyraźnego śladu na policzku. - No co pan tak stoi?! Niech pan mi pomoże do jasnej cholery! Marcin chwycił prawą rękę Karoliny, a pielęgniarka lewą, by ją uspokoić. Po czym, nie lada wysiłkiem położyli ją na łóżko, gdzie Gwiazdeczka wciąż się wierzgała i rozpryskiwała krew z otwartych ran…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Zapomnieni — czytnik · opowiadania