Przyjaźń · 25 min czytania
Zapomnienie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Zapomnienie -inscenizacja w I akcie
Scena 1
Herms (na głowie jego opatrunek) siedzi w fotelu ( po prawej, patrząc od strony widza), nie robi kompletnie nic. Wchodzi Kirel – wnosi butelkę wina i dwie lampki, stawia na stoliku pomiędzy fotelami, siada w fotelu naprzeciw Hermsa, napełnia lampki.
Kirel: Jak było w szpitalu? Herms: Po szpitalnemu. Pauza. Kirel: A więc wciąż niczego nie pamiętasz? Herms: W każdym razie – niewiele. Kirel: A mnie? Herms: Ciebie w ogóle. Kirel: To smutna sprawa. Herms: Nie mnie pierwszemu amnezja w udziale przypadła. Kirel: Owszem, ale to smutne, że akurat mnie wcale nie pamiętasz. Herms: A, tak, coś już wspominałeś… Byliśmy… Kirel: Przyjaciółmi! Pauza. Jesteśmy nadal. Herms: Hm, chciałbym, abyś miał rację. Kirel: Mam o tym dość silne przeświadczenie. Herms: Dość silne dla ciebie. Ciebie ono przekonuje. A czy moje niebycie da się o tym przekonać? Albo raczej – czy da się na to nabrać, hm? Kirel: Co też opowiadasz? Przecież jesteś, jak ulał (tudzież my, tudzież przyjaźń nasza!) – siedzisz tu przede mną i ze mną rozmawiasz. Herms: Ja – tj. kto? Kirel: Prosta rzecz: Jan Herms, geodeta, meteoropata, człowiek obyty, żonaty z Zofią, absolwent Uniwersytetu Rzeczy Znikalnych w Santa Pampoa, zawsze uparty, nieco egocentryk, nieco metafizyk, nieco zrzęda, a nade wszystko – mój przyjaciel. Herms: Nic mi o tym wszystkim nie wiadomo. Kirel: A, tak, ale masz amnezję, a to minie – zobaczysz – wnet wszystko (słowo „wszystko” koniecznie z emfazą) sobie przypomnisz (gdy to mówi, na chwilę zastyga, jakby zdjęła go trwoga, ale szybko się opamiętuje, mówi dalej), a póki co, wierz mi na słowo – jesteś i to bardzo. Herms: Póki co, jestem tylko w twojej głowie, Peak. Kirel: Nie może być! Co też mówisz! Tyleż osób potwierdzi, że jesteś tym, kim mówię. Herms smutna ironia: Więc póki co jestem tylko w głowach tyluż osób. Kirel: No, ale coś przecież pamiętasz! Herms tak samo: A, tak: jestem Jan Herms – żyję przede wszystkim od dwóch tygodni, tj. od kiedy obudziłem się w szpitalu z potężnym bólem wszystkiego, wstrząsany raz po raz ohydnymi organicznymi fibrami. Tak, te dwa tygodnie to moje życie główne. Nie, żebym wcześniej w ogóle nie żył, bowiem, owszem, żyłem. Na moje życie składał się wypad do wesołego miasteczka, ale z niego tylko diabelski młyn pamiętam, stanie w jakiejś kuchni jakiegoś popołudnia, a zraszacz zraszał wtedy trawę, jak również pewne przedstawienie teatralne, na którym byłem, a na scenie stała kanapa. No i jeszcze parę migawek o psach, sklepikarzach i autobusach w śnieżne poranki. Kirel: A widzisz! To przedstawienie z kanapą – to „Okno na parlament” Cooney’a! Byliśmy na nim razem! Jest dobrze, już nawet możemy cokolwiek powspominać… Herms zgorzkniały: Tak, wspaniale, tylko ja nie pamiętam nic poza tą kanapą. Kirelowi nie w smak jego dąsy, wywraca oczyma, na jakiś czas obaj milkną, nie patrzą na siebie. Herms: Peak, co to za sztuka? Kirel: Niezła. Herms: Ale jaka? Kirel: Komedia. Herms: Ale o czym? Kirel: Taka farsa. Herms: Ale o co w niej chodzi? Kirel: Już nie pamiętam, nic wielkiego pewnie… Herms: To skąd wiesz, że niezła? Kirel: Pamiętam, że dobre żarty były. Znaczy się – wszelki komizm – na poziomie. Herms: Ach, opowiedz mi jakiś gag, albo witz z tej sztuki! Kirel po chwili namysłu: Już żadnego nie pamiętam. Pauza. Herms: W co byliśmy ubrani? Kirel: Co, proszę? Herms: Jak wyglądaliśmy? Pewnieśmy się wystroili! Kirel: Pewnie tak. Herms: Miałem marynarkę? Kirel: Och, na pewno. Herms: A krawat? Kirel: Nie wiem. Herms: A jaka była ta moja marynarka? Kirel: Pojęcia nie mam – to było dobrych pięć lat temu. Herms strapiony: A… Pauza. A twoja? Kirel: Hm? Herms: Twoja marynarka – jaka była? Kirel: Nie pamiętam. Herms: Spotkaliśmy tam kogoś znajomego? Kirel: To niewykluczone, często kogoś spotykaliśmy, bywając w teatrach… Herms: Ale wtedy? Kirel: Nie pamiętam. Herms bardzo smutno: To tak, jak ja. Milkną. Herms: Wracaliśmy wtedy samochodem, prawda? Kirel: Tak, prawda. Herms: Moim? Kirel milczy. Czy twoim? Milczy. A może taksówką? Milczy. Milczą. Rozpacz udziela się obydwóm. Herms: Wyłanianie, ot co. Kirel: Słucham? Herms: Tlą się i wyłaniają nowe formy, całkiem abstrakcyjne. Tj. – pomyśl – ja mam „czyste konto”. Poza tą kanapą, kuchennym staniem, migawkami, diabelskim młynem i czasem w szpitalu – jeszcze nie żyłem. Peak, ja jeszcze nie istniałem! Pomyśl! Kirel: To rzeczywiście odsłania nowe możliwości… Herms: Możliwości? Formy, czym są możliwości przy formach! Kirel: Rozumiem, o co ci chodzi: zacząć na nowo, lepiej, nie popełnić poprzednich błędów (tylko musi ci je ktoś przedłożyć), zrobić coś, czego zawsze się pragnęło, nie zmarnować po raz drugi otrzymanej szansy… Herms z pewną szyderą: Nie! Nie być już układnym, akuratnym, zasymilowanym – oto, w czym rzecz. Rżnąć, ciąć, mordować, bezeceństwa odstawiać. Albo zgłupieć – zwariować! Zamknąć się w izbie i wargi sobie chlastać żyletką, albo nie! – Rozrywać palcami! Albo odgryzać po kawałku i przeżuwać, odgryzać i przeżuwać. Albo być malarzem – ba, dorożkarzem. A może spróbować wsadzić całą dłoń we własny odbyt – próbowałeś kiedy takiej sztuczki? A jeszcze dla hecy pod paznokieć sobie wsadzić… Kirel z bólem: Dość! Herms znów potulny, cichy, skulony, niepewny, zagubiony: To tylko tak na marginesie… Kirel: Ja rozumiem, ja wiem. Herms figlarnie: To nie chciałbyś posłuchać, co wymyśliłem z tymi paznokciami? Kirel rzuca mu karcące spojrzenie. Herms wobec tego chowa twarz w dłoniach. Herms: A było tak blisko! Kirel: Blisko? Herms: Bliżej niż dalej, w każdym razie. Kirel: Nie rozumiem. Herms: Przez chwilę w mojej głowie postała kreacja mojego „ja”. Wymyśliłem się sam, nie prosząc nikogo, aby wymyślili mnie inni. Kirel: Nigdy nikt o to nie prosi. Herms: Zawsze wszyscy o to proszą. Proszą całym żywotem – każdym drżeniem, każdym gestem, ruchem, słowem, bólem, męką, obstrukcją, strzyknięciem kości, skrzywieniem twarzy, stukotem, siorbnięciem. Cały czas chcemy, aby nas stwarzano sobie w głowach – od nowa, od nowa, inaczej, wymyślniej, migotliwiej, a barwniej. Coraz nowy „ja” w tobie, coraz nowy „ty” we mnie, a już całkiem inni „my” w nich i bezwartościowi „oni” w nas! Kirel: Chryste Panie… Herms: A tu całkiem nowe tworzenie mi się nieomal napatoczyło. Szkoda, że prysło, bo to mógł być kamień węgielny, czy diabli wiedzą jaki jeszcze minerał. Nie była to kreacja doskonała, powiedziałbym nawet, że wybrakowana, ale przecież miliony musiałyby zginąć żmudnie i niemrawo, zanim wymyślono by taką broń, która by zmiotła wszystkich raz, a porządnie, bez wyjątku. Taka już ta nauka, taka sztuka, taki los. Po tej tyradzie udziela im się pewien impas, siedzą w jakiejś niezręczności, nic nie mówiąc. Wtem Herms zaczyna się dusić, nie dławić, nie krztusić, ale dusić, jakby z pomieszczenia zniknęło nagle całe powietrze. Nie wstaje jednak, ani nie spada z fotela. Kirel nie reaguje, jedynie spogląda na niego, może nawet w tym czasie wziąć łyk wina. Po kilkunastu sekundach Hermsowi przechodzi. Herms: Diabli… Kirel: Nie przejmuj się, to po chorobie. Za jakiś czas całkiem przejdzie. Herms: Chyba jeszcze o tym pomyślę. Kirel: O tym? Herms: Właśnie tak. Kirel: Czyli? Herms: O autokreacji! To pociągające. Kirel: To niejasne. Niezbyt przekonujące. Herms: Nie rozumiesz. Kirel: Nie ma czego rozumieć. Głupoty opowiadasz. Każdy jest kowalem swojego losu. Sami decydujemy o naszym życiu, o kształtach tej całej maskarady. My i przypadek. Herms: Dobrześ powiedział – maskarady! Ale reszta bzdury. Kto ty jesteś? Kirel: Polak mały? Herms: Diabli! Odpowiedz mi – kto ty jesteś? Kirel: Peak Kirel, plastyk. Dość ambitny, wolnomyśliciel, inspirowany twórczością impresjonistów i dadaistów. Czasem leniwy, niepoprawny marzyciel, ale też panikarz i hipochondryk – wystarczy? Herms: Powinno. A teraz posłuchaj: jesteś Peak. Facet, którego życie w głównej mierze składa się z odwiedzania mnie: w szpitalu i teraz w domu. Inteligentny, ale straszne androny potrafi pleść. Głośno oddycha. To właśnie ty. Kirel: Nonsens! Herms: Dlaczego? Kirel: Z całym szacunkiem – ja jestem ja i tylko ja jestem upoważniony wydawać pełen osąd o sobie. Zakładając, że nie będę łgał. A chyba wierzysz, że nie łżę? Herms: Oczywiście, że wierzę! Kirel: Więc w czym jeszcze rzecz? Herms: Rzecz w tym, że „mój” ty nie jest w niczym mniej prawdziwy od „twojego” ty. Ale nie muszą to być też układy nieoznaczone. Prawie na pewno nigdy nimi nie będą. Jedynie prawdziwość mojego twierdzenia o Peaku Kirelu jest równa prawdziwości twojego twierdzenia o tymże. Kirel: Ooo, wypraszam sobie! Herms: Nie masz co się naburmuszać! Przecież twoja percepcja tak samo jak moja kształtuje sobie określony obraz Peaka Kirela – człowieka, formy ludzkiej. Fakt, że percepcja moja rodzi się w mojej głowie, a twoja w twojej (która jest przypadkowo głową rozważanego obiektu), nie ma tu żadnego znaczenia. Ot, co. Kirel: Jezu Chryste, jakie brednie! Herms nie chce mu się dłużej dyskutować, zbywa go niedopasowanym cytatem z nutą protekcjonalności: Przeklinamy Jezu Chrysta i Jehowę. Milczą. Najpierw po prostu, potem wywiązuje się niezręczność. Kirel wstaje. Kirel: To ja już pójdę. Herms: Kiedy znów mnie odwiedzisz? Kirel: Niebawem. Herms: Dziękuję. Kirel kieruje się za lewą kulisę. Przystaje, chwilę trwa plecami do Hermsa. Odwraca się. Kirel: Nie zapytasz, gdzie się poznaliśmy? Herms: Nie. Kirel: Na studiach. Herms wściekły: Nie pytałem! Kirel: W klubie studenckim… Herms: Wyjdź! Kirel: Piwo piliśmy… Herms bardziej z rozpaczą niż złością: Idź już! Kirel: Na początku nie chciałeś, żeby ci postawić, ale potem… Herms: Wynoś się… Kirel spuszcza głowę, odwraca się pogrążony w smutku, wychodzi.
Scena 2
Część 22 / 2
Herms po scenie 1 nie rusza się z fotela. Na scenę z lewej wjeżdża pusty wózek dziecięcy, przejeżdża przez jej całą długość, wyjeżdża za prawą kulisę. Wchodzi z lewej Zjawa – młody chłopak niedbale ubrany, ale nie obszarpany, niczym szczególnym się nie wyróżniający. Zjawa staje na prawej nodze, lewą trzyma jednak tylko parę centymetrów nad ziemią, ręce grzecznie założone z tyłu. Ogółem widok dość ucieszny, a może jeszcze bardziej nijaki. Zjawa mówi beznamiętnie, dość flegmatycznie: Stoim na prawej nodze… przestępuje na lewą. Stoim na lewej nodze… przestępuje. Stoim na prawej nodze… przestępuje. Stoim na lewej nodze… przestępuje. Mówi nieco szybciej, ale tak samo bez emocji: Stoim na prawej… przestępuje. Stoim na lewej… przestępuje. Na prawej… przestępuje. Na lewej… przestępuje. Znów powraca do poprzedniego tempa mówienia: Stoim na prawej nodze… przestępuje. Stoim na lewej nodze… lekko się składnia, wychodzi spokojnie na prawo. W czasie powyższych bzdur światło padające na Hermsa może z wolna zmieniać swój odcień, co sugerowałoby, że mija dłuższy czas.
Scena 3
Herms w dalszym ciągu w fotelu. Z lewej wchodzi Kirel.
Herms: Witaj. Kirel: Niepokoiłem się o ciebie. Herms: Chyba nie aż tak bardzo? Kirel: Owszem, bardzo. Herms: Gdybyś się bardzo niepokoił, przyszedłbyś cokolwiek wcześniej. Kirel: Aż mnie skręcało – tak się powstrzymywałem. Herms: Czemuż to musiałeś się powstrzymywać? Kirel: Nie wydawało mi się, abyś sobie życzył mojej wizyty. Herms: Ja – miałbym mieć coś naprzeciw twojej wizycie? Kirel: Po tym, jak się ostatnio rozstaliśmy… Herms: Oj, fraszka. Byłeś niegrzeczny, więc tak wyszło. Kirel: Ja byłem niegrzeczny? Herms: I owszem – niegrzeczny. Kirel: To chyba ty wpadłeś w szał? Herms: Czy aby bez powodu? Kirel: Jak na mój gust, to raczej bez. Herms: A, widzisz. Za to na mój gust wina twoja jest ewidentna. Sentymenty cię dopadły. Kirel: Czy to zbrodnia? Herms: Przy mnie zbrodnia. Snuć rzewne, skisłe wspominki przy kimś, kto choćby nie wiem jak chciał, nie może… Kirel: To nie tak. Ja liczyłem, że ci się coś w ten sposób przypomni, ja chciałem pobudzić nasz wspólny sentyment, wskrzesić trupa głupot naszych młodzieńczych… Herms: Czy abyś jednak mnie tym samym nie skrzywdził? Kirel: Raczej nie mam co do tego przekonania. Herms: Dobrze. A więc Forma Czysta. Kirel: Że jak? Herms: Forma Czysta – odrazę najgłębszą czuję ku wspomnieniu twojemu-naszemu o piwie w klubie…