Inne · 22 min czytania
Zatarte łzy
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
- Strach przed własną narodowością ze wszech miar godzien jest pogardy! – krzyknął elegancko ubrany mężczyzna i uderzył pięścią w stół. Na ogół zachowywał się stosownie, aczkolwiek w niektórych sytuacjach nie umiał się pohamować. – Tacy ludzie powinni być stawiani w jednym rzędzie ze zdrajcami! A co pan myśli markizie? - Całkowicie zgadzam się z pańskim stanowiskiem admirale. – Markiz Van Leuwenhoek dobrze znał gwałtowną naturę admirała Balkenende i zawsze starał się unikać dalszych wybuchów. Powodowany jednak urokiem przepięknej damy siedzącej obok, nie mógł nie powiedzieć niczego. – A pani jak ustosunkowuje się do całej sprawy, droga Alicjo? - Rozumiem wzburzenie pana admirała, jednak piętnować ludzi tylko z powodu ich słabości to lekka przesada. Ja sama uważam się za patriotkę, ale strachliwi ludzie budzą we mnie raczej politowanie aniżeli odradzę. – odpowiedziała gładko Alicja Steigensehr. Pod maską powagi śmiała się jednak do rozpuku. Była agentką wywiadu brytyjskiego śledzącą działania angielskiej kompanii wschodnioindyjskiej, z której to polecenia przebywała tu, w holenderskich Indiach wschodnich, by zdobyć informacje na temat działalności przemytników opiumowych z Indochin. Mógł to być dobry zysk, toteż bogata organizacja chciała przejąć kontrolę całkowicie. Działalnością przemytniczą był zainteresowany również markiz Van Leuwenhoek, wicegubernator prowincji. Z jego powodu Alicja siedziała przy tym stoliku. I ku niemu zwróciła się kończąc swój krótki wywód. – Nie chciałabym więc stawiać ludzi strachliwych na stryszku tylko z powodu ich strachu. Należałoby im raczej wyperswadować jakie korzyści płyną z przynależności do narodu, przynajmniej w przypadku naszej ojczyzny. - Oto odpowiedź godna prawdziwej Holenderki! – odparł zasapany sędzia Uyl klaszcząc w dłonie. Towarzystwo wzniosło toast wyśmienitym, czerwonym winem. Mijała jednak kolejna godzina, a kontakt pani Steigensehr, lub raczej Blackbird nie pojawiał się. Nie miała powodów do obaw – gdyby tu nie dotarł wystarczyłoby tylko poczekać jeszcze kilka dni i uciec pierwszym statkiem płynącym na Cejlon. Chciała jednak jak najszybciej przekazać zdobyte informacji, gdyż czuła, że ktoś zaczyna coś podejrzewać. Czekała więc przy tym stoliku, a towarzystwo zaczynało ją powoli nudzić. Nie mogła wiedzieć, że jej kontakt znajdował się w tym samym budynku.
*
Podporucznik Michał Pilecki był dobrze zbudowanym mężczyzną w wieku trzydziestu czterech lat. Kruczoczarne włosy i zawadiacka bródka podkreślały obłąkany charakter oczu, a szelmowski uśmiech nie opuszczał go ani na moment. Nie opuszczał go nawet teraz, gdy siedział przywiązany do krzesła w tym ciemnym pokoju. Przy drzwiach stało dwóch strażników, a koło stołu na przeciwko niego kręcił się niejaki Franz Hinz, znany bardziej jako Pies Van Leuwenhoek’a. Ambitny urzędnik nie cierpiał swego zwierzchnika i teraz, pod postaci obcego agenta, widział szanse na pozbycie się go. - Z pewnością zastanawia pana, panie Fritz, lub raczej Pilecki, jakim cudem dał się pan złapać. Czy nie? – Pilecki wodził wzrokiem za chodzącym w kółko urzędnikiem i rozmyślał jakby to było na jego miejscu. Stanowisko, duża pensja, rodzina. Życie pełne wygód i bezpieczeństwa... Pokręcił głową śmiejąc się i spojrzał w oczy Hinza. - Jeśli mam być szczery, to bardziej intryguje mnie, jak możliwe jest poruszanie się posiadając sylwetkę knura. - Fafluchte Polnische! Uciekłem przed wami z rzeszy do Holandii. Z Holandii tutaj, a wy i tak jesteście wszędzie! Myślisz, że możesz sobie ze mnie kpić!? Nie chcesz mówić? Dobrze! Posiedzisz sobie w szczurzej celi od razu zmienisz stanowisko! Zabierzcie go! Zirytowany urzędnik opuścił pokój trzaskając drzwiami. Dwóch strażników podeszło do krzesła i zaczęło odwiązywać krnąbrnego więźnia. Refleks podporucznika Pileckiego znany był nie tylko w całej Wielkopolsce skąd pochodził, ale i w wielu angielskich hrabstwach gdzie od jakiegoś czasu mieszkał. I tym razem go nie zawiódł. Gdy tylko poczuł oswobodzone ręce, natychmiast wyprowadził cios w twarz jednego ze strażników powalając go na ziemię. Drugi próbował go pochwycić, jednak zręczny Polak odskoczył i chyżym uderzeniem pozbawił tamtego przytomności. Nie mogąc pohamować rozbawienia stanął nad pokonanymi przeciwnikami i pokiwał głową. Nigdzie nie dostrzegał swoich rzeczy, musieli przenieść je gdzie indziej. Na stole leżał rewolwer. Wydał mu się dziwnie znajomy, ale nie mógł skojarzyć go z niczym konkretnym. Nie zwlekając chwili dłużej, włożył go w spodnie i ruszył do drzwi.
*
Markiz Van Leuwenhoek wypił za dużo wina i zaczął robić się trochę zbyt natarczywy w stosunku do pani Alicji. Dawała mu to odczuć odsuwając się stopniowo, jednak ośmielony alkoholem natręt, nie miał zamiaru rezygnować. Sędzia Uyl zareagował by z pewnością, lecz jego głębokie uzależnienie od markiza uniemożliwiało mu jakiekolwiek działanie na jego szkodę. Admirał znajdował się w podobnej sytuacji. Alicja straciła jednak cierpliwość i wstała wzburzona. - Markizie! Takie zachowanie uwłacza pańskiej godności! - Czy pani... – tu nie mogło obejść się bez głośnego beknięcia – Czy pani wie kim ja jestem? Admirał zawsze stawiał obowiązki służbowe na równi z honorem dobrze wychowanego człowieka, jednak teraz to drugie wzięło górę. - Markizie, proszę... -Milcz Balkenende! Chcesz szorować pokład na kutrze!? - Ale... Nie wiadomo jak mogłaby potoczyć się kariera admirała Balkenende, gdyby nie z hukiem otwarte drzwi w górnej części Sali. Postać która się w nich ukazała wywołała spore wrażenie na wszystkich zgromadzonych, jednak najbardziej wstrząsnęła Alicją. - Michał! – krzyknęła z przerażeniem wprawiając towarzystwo w jeszcze większe zakłopotanie. Pilecki posłał jej uśmiech i odwracając się oddał strzał. Chwilę później skakał już ze stolika na stolik, a goniący za nim strażnicy klęli głośno naśladując nieudolnie jego chyże ruchy. W końcu przeskoczył przez poręcz i zawisł na wielkim żyrandolu. Bujał się na nim odrobinę za długo, ale nie mógł nasycić się podziwem dam i gniewem panów. Wylądował na stoliku markiza. Skłonił się nisko, chwycił oszołomioną Alicję za rękę i biegiem ruszył do wyjścia. Trzeba było przyznać, iż osiągnął swój cel. Sparaliżowane jego wyczynami towarzystwo nie było w stanie go zatrzymać. Dobiegał już do drzwi, a strażnicy byli tuż za nim, gdy nagle ktoś krzyknął „Niech uciekają!” i pościg ustał. Głos wydał się Pileckiemu równie znajomy jak rewolwer. Coś było na rzeczy. Teraz jednak w głowie miał tylko ucieczkę. Gdy znaleźli się w bezpiecznym miejscu, kilka ulic dalej, Alicja rzuciła się Pileckiemu na szyję. - Michał! Co się stało? Jak to możliwe, że cię złapali? - Wiedzieli o mnie. Wiedzieli, że przybędę. - Ale skąd? Podejrzewają szpiegostwo? - Nie nie, oni wiedzieli o mnie, o Pileckim. - Ale... - Nie wiem. I nie dowiem się. Musimy stąd uciekać jak najszybciej. - Najbliższy statek na Cejlon płynie za kilka dni. - Tyle czasu nie mamy. - Rozumiem. Pójdę do doków, mam tam znajomego, może będzie w stanie nam pomóc. Ty idź do mojego mieszkania i zabierz z kufra dokumenty. To kilka kroków stąd. - Jak poznam budynek? - Duży, czerwowny. Przed wejściem stoi charakterystyczny odźwierny. Spotkamy się w klubie Dokerów za trzy godziny. - Dobrze. Powodzenia. - I tobie również. – odpowiedziała Alicja i pocałowała Michała. Każde ruszyło w swoją stronę. Pilecki myślał o tym skąd mogli wiedzieć o jego obecności. Alicja natomiast zastanawiała się nad powodzeniem misji. Odwróciła się raz jeszcze i spojrzała na znikającego w tłumie kochanka. Nigdy nie mieli czasu dla siebie, zawsze zajęci, a ona tak go kochała... Może przyjdzie kiedyś moment wytchnienia?
*
Część 22 / 2
W dokach noc była spokojna. Krzątający się gdzieniegdzie ludzie zmierzali ku tawernom, lub w stronę domu. Ostatni rybacy dobijali do portu i wyciągając wielkie sieci głośno przechwalali się ilością złowionych ryb. Od morza wiał przyjemny wiatr. Niebo, przed chwilą jeszcze zachmurzone, rozbłysło teraz tysiącem gwiazd. Była ciepła indonezyjska noc. Alicja wiedziała gdzie szukać Ślepca. O tej porze przenosił zwykle działalności do tawerny „pod Zdechłą Rybą”. Kręciły się tam największe szumowiny z wyspy. Złodzieje, paserzy, przemytnicy. Miejsce zawsze wypełnione było atmosferą ciemności i gęstym dymem. Co wieczór występował młody hindus grający na skradzionej zawczasu altówce. Rzępolił okrutnie i przezywany był głuchą krową. Całości dopełniał barman, stary Malgasz który odzywał się tylko do wybranych osób. Dokładnie tak wyglądało gdy weszła Alicja. Była tu raz czy dwa i niektórzy kojarzyli ją, ale widok elegancko ubranej kobiety zawsze wzbudzał poruszenie. Unikając spojrzeń poszło prosto do baru. Drogę próbował jej zagrodzić pijany Mulat, jednak pchnięty przez swego kompana przewrócił się. Wstał, rzucił się na niego i rozpoczęła się prawdziwa burda. Alicja skutecznie uniknęła zamieszania. - Gdzie znajdę Ślepca? – zapytała odwróconego barmana. Ten nic nie odpowiedział tylko wskazał głową zaplecze. Skierował się w tym kierunku, a ona ruszyła za nim. Ciemne pomieszczenie rozświetlała tylko jedna świeczka. Stał stół i kilka krzeseł. Gdy weszli do środka barman zamknął drzwi i wskazał Alicji krzesło. Sam poszedł w róg pokoju i zniknął w ciemności. Chwilę później wyłonił się z butelką wina i dwiema szklankami. - Powinien siedzieć tu, teraz. Nie wiem co mogło go zatrzymać. Mam do załatwienia ważną sprawę. Musze go znaleźć. - Ja też. Gdzie może być? - Nie wiem. Rzadko kiedy rusza się nawet z domu. - A gdzie mieszka? - Na końcu portu, tuż przed bramą miejską. - Dobrze, pójdę go poszukać. - Tylko nie mów, że wiesz to ode mnie. - Nie powiem.
*
- Czy przemyślał pan moją propozycję? – powiedział siedzący na krześle w rogu pokoju mężczyzna. W pomieszczeniu panował półmrok, a dym z fajki zasłaniał jego twarz całkowicie. Cieszyło to stojącego przy oknie pułkownika Pownalla. Nie cierpiał takich osób. Miał jednak przed sobą kuszącą propozycję i powstrzymywał chwilowo wstręt. Zdrada bliskiej osoby oznaczała ujmę w honorze, lecz pułkownik coraz częściej przekonywał się, że sam honor do życia nie wystarcza. - Pilecki to dobry agent, ale cóż... - Cieszę się, że doszliśmy do porozumienia. - Musisz przyprowadzić też dziewczynę. - Mogę wam tylko powiedzieć gdzie jej szukać. Znajdziecie ją tam na pewno. - Zamieniam się w słuch.
*
Czarnoskóry odźwierny wyszczerzył zęby. Kiwając palcem dał do zrozumienia Pileckiemu, że nie wpuści go do środka. Nie było się czemu dziwić – budynek wyglądał na ekskluzywny w środku, a podporucznik miał na sobie tylko przepoconą koszule i wytarte spodnie. Pomimo swej tężyzny, nie próbował sił wobec odźwiernego. Sprawę należało załatwić gładko, bez wzbudzania niepotrzebnego zamieszania. Odszedł więc po chwili, a murzyn pomrugał radośnie oczyma. Musiało być jeszcze jakieś wejście. Obszedł…