Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 27 min czytania

Zatracenie

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Miała czarne włosy jak najczarniejsze myśli najgorszego przestępcy. Jej oczy były ciemne jak dno jeziora przy jej domu, do którego nie docierał nawet najbardziej wytrwały z promieni słońca. Rysy jej twarzy układały się w wyrafinowane piękno, wyrażały stanowczość i zdecydowanie. Usta z rzadka przybierające kształt uśmiechu ukradły któregoś świtu kolor płatkom ogrodowych róż jej matki. Szyja i ramiona wyrzeźbione zostały z najgładszego marmuru roboty niesłychanie obdarzonego zdolnościami artysty w pewną bezsenną noc pełną niezakłóconego niczym natchnienia. Jej smukła sylwetka zwinnie się poruszała wśród leśnych korytarzy, a stopy nieznające znużenia bezszelestnie przemierzały nieodgadnione ścieżki. Nosiła zwiewne suknie, w których wyglądała jak leśny duch. Żyła sama. Samotność stała się celem jej życia. W swoim domu nad brzegiem jeziora wiodła życie niczym niezmącone, jak tafla wody w bezwietrzny dzień. Jakkolwiek tajemnicze było i pełne zagadek dla ludzi, którzy wiedzieli o jej istnieniu. Nigdy nie została wypędzona ani też nikt z jej rodziny nigdy tam nie mieszkał. Nieliczni rozpoznawali wśród drzew jej postać przemierzającą zielone ścieżki. Niejeden z nich błąkał się potem po lesie w jej poszukiwaniu a potem w poszukiwaniu zgubionej drogi powrotnej. Gdy wreszcie wracali z wyprawy, gdy rodzina już załamywała ręce nad ich nieznanym losem, opowiadali niezwykłe historie o tej dzikiej nimfie z domu nad jeziorem. Zachęcani pytaniami i zwróconą na nich nieprzeciętną uwagą dodawali parę barwnych szczegółów do historii skrzętnie omijając i usprawiedliwiając swoją głupotę. Rzucali „urokami” i „zaklęciami” na lewo i prawo sprawiając, że dzieciom coraz bardziej otwierały się oczy i usta ze zdumienia i fascynacji, kobietom z oburzenia a mężczyznom z przerażenia i złości za to przerażenie. Ich domy jednak były do tej pory bezpieczne. Dawały im dach nad głową, ciepło i spokój. Dopóki nikt go nie zakłócał machnęli ręką na rzekome nadprzyrodzone zdolności mieszkanki lasu, nie umieli jednak ukryć, że te historie zrobiły na nich niemałe wrażenie. Za każdym razem rozchodzili się do swoich domów z szeptem na ustach – czarownica… Rodziły się dni pełne śpiewu ptaków i zapachu leśnych ziół, rozświetlonych chmur a czasem szemrzącej ulewy. Słońce witało ją przez nadzwyczajnej wielkości okna. Leżała w wielkim mahoniowym łożu, wśród jedwabnej pościeli o kolorze świeżej krwi. Promienie skrzyły się na materiale niemal perwersyjnie, ożywiając go, lecz nie byłoby ciała, w które można by było wtłoczyć taką ilość tego czerwonego płynu. Gdy iskry łaskotały jej twarz budziła się leniwie przecierając oczy i strzepując resztki snu z ciemnych długich rzęs. Czy był ktoś, kto odważył się spojrzeć w te oczy? Kto nie bał się, że w nich utonie, zaginie bez wieści i bez zmysłów? Nigdy nie pamiętała, o czym śniła. Gdy wchodziła do jadalni śniadanie leżało już gotowe na srebrnej zastawie, wino w srebrnym kielichu. Tak było co dnia, każdy posiłek czekał na nią kiedy tylko miała na niego ochotę. Przestronne pokoje w tym cichym domu były niezamieszkane. Tylko te, w których bywała nie chowały się pod całunem z kurzu i pajęczyn, pozostałe dawno nie widziały słońca ani człowieka. Wielka wanna była przygotowana do kąpieli pachnącej różami z ogrodu jej matki. Tylko one miały tą niesamowitą woń tęsknoty i miłości. Siedząc w sypialni przed lustrem czesała swoje długie włosy, które przypominały noc w środku dnia. Wszystko to działo się w ciszy nieznającej ludzkiego głosu od wielu lat. Coś ciągnęło ją do lasu, do labiryntu drzew, polan obsypanych kwiatami. Chłonęła każdy zapach głęboko napełniając nim płuca. Wsłuchiwała się w harmonię dźwięków, ten codzienny koncert, a jak niezwykły za każdym razem. Cieszyła oczy wszystkimi kolorami tęczy na łąkach, każdym nowym pąkiem na drzewie i na wpół ukrytymi przed jej wzrokiem leśnymi zwierzętami. Była zawsze cicha i uważna, lecz nie zdobyła ich zaufania. Gdy tak przystawała wśród kwiatów i patrzyła w niebo emanowało od niej tak mocno, że zdawałoby się, że jest nim cała – oczekiwanie. Dla postronnej osoby wyglądałaby jak posąg, który, z racji nieprzeciętnego piękna, ktoś przez oczywisty przypadek postawił na odludziu zamiast na głównym placu miasteczka, miasta, a nawet królewskiego stolicy. Wędrowała dalej i przemierzała wiele leśnych dróg. Zawsze znajdywała nową, wracała jednak na stare trakty. Docierała w wyżej położone miejsca, tam, gdzie drzewa porastały pagórki z jednaj strony, z drugiej zaś wyrastały skały. Stawała na nich, kiedy słońce kończyło wędrówkę po niebie. Wiatr porywał jej szaty do szalonego tańca, igrał z ciemnością włosów, smagał skórę. A ona rozpościerała ręce jak do lotu. W świetle umierającego dnia także jej nadzieja kończyła swój kolejny żywot. W takiej właśnie chwili, gdy ból pozwalał jej na uronienie paru łez zobaczył ja on. Mieszkała w tym domu, od kiedy pamiętała. Różnicą było to, że nie zawsze była w nim sama. Ona – silna i posiadająca wiele mocy kobieta miała jego. Dorównywał jej zdolnościami, dotrzymywał kroku w każdej sekundzie życia, był przy niej, gdy tylko go potrzebowała i dawał jej ten najjaśniejszy i najcenniejszy skarb, jakim jest miłość. Byli ze sobą szczęśliwi. W każdym pokoju czaiło się życie, promienie słońca w dzień i poświata księżyca w nocy. Wielkie łoże miało zawsze dwoje gości nurzających się w pościeli o nieprzyzwoitym kolorze ciemnej czerwieni. Dwie twarze doświadczały pieszczot porannych promieni. Przy stole pojawiały się dwa nakrycia a kąpiel w dużej wannie przywoływała zapachem ich oboje. Nie potrzebowali szukać azylu w lesie dookoła, nikt ich nie ścigał, byli bezpieczni ze swoim uczuciem. On był potężny. Włosy opadały na uszy miękką brunatną falą niesforną grzywką przysłaniając czasem widok przenikliwym oczom. Miały one niezwykła barwę bursztynu o jadowitym żółtym odcieniu. Usta skrojone zdecydowanym pociągnięciem twórcy pasowały do nieco kanciastej twarzy. Czaił się w nich figlarny uśmiech. Cała jego postać emanowała siłą, zgrabna sylwetka wiedziała, co to wysiłek a okrywał ją pod dość dopasowaną koszulą wpuszczoną w spodnie niekrępujące ruchów. Wszystko w kolorze smolistej czerni współgrającej z jego śniadą karnacją. Stanowili intrygującą parę. Ona przywodziła na myśl chodzącą ciemność, wdzięczną i kuszącą, ale zdradziecką. On zaś uosabiał siłę a kolor jego oczu nieostrożni uznaliby za królewskie złoto, zaś kryły się za nimi pokłady ironii. Aura wokół nich była piorunująca. Każde jedno uczucie spotęgowane dwukrotnie trzymało z daleka wszystkie istoty żyjące w lesie. Nie potrzebowali towarzystwa, szaleńczo w siebie zapatrzeni, kochający na zabój, umierali bez siebie. Byli jednością, miażdżącą siłą gdyby coś stanęło im na drodze. Łączyła ich wydawałoby się nierozerwalna więź, kajdany zwane pięknie miłością. To był sekret ich mocy, po niewidzialnym łańcuchu przeskakiwały magiczne iskierki energii.

Poczuła lekkie szarpnięcie za rękę. Sprawiło to, że wynurzyła się z głębin swojego umysłu, bólu i smutku. Zaczerpnęła powietrza jakby jej płuca dawno nie zaznały jego smaku. Otworzyła oczy. Słońce schowało się już za horyzontem pozostawiając jedynie słaby ślad na niebie po swojej obecności. Niedługo zrobi się zupełnie ciemno. Ucisk na nadgarstku przypominał, dlaczego przerwała medytacje. Stała dalej nieruchomo, tylko wzrokiem przeszukiwała gęstwinę dookoła skały, na której stała. Wraz ze wzrokiem podążały jej skoncentrowane myśli. Nie zdołała przyznać sama przed sobą, że drgnęła w niej jakaś dawno nieporuszona struna. Wygrywała ona teraz nieśmiało dawno zapomnianą melodię nadziei i uczucia zakopanego gdzieś w zakamarkach pamięci.

Szedł jakąś dróżką wśród drzew. Po tylu latach nie pamiętał już żadnej a i tak niewiele ich znał. Jednak ona go przyciągała. Więź, która była między nimi nadal istniała i tylko dzięki niej mógł odnaleźć tą, do której wrócił. Na jego twarzy zastygła surowość, wyostrzyła mu rysy, a z ust zniknął figlarny uśmiech natomiast oczy aż iskrzyły się w ciemności lasu. Szedł zdecydowanym krokiem, płynnie omijając przeszkody. Wszelkie odgłosy inne niż dźwięk jego kroków ucichły. W myślach przeklinał chwilę, w której musiał opuścić ją. Obiecał, że nigdy tego nie zrobi, że zawsze będą razem. Jednak nie jemu było o tym decydować, takie były warunki umowy. On także czuł niewidzialna obręcz oplatającą nadgarstek, czuł moc, która z każdym krokiem rosła. Moc ta odrodziła się, gdy tylko pozwolono mu odejść, gdy zrobił już wszystko, co od niego chciano. Tęsknił za tym uczuciem więzi, przynależenia do drugiego człowieka, w którym zawsze mógł znaleźć oparcie. Wiedział, że zawsze mógł na nią liczyć. Teraz wracał. Natknął się na przewrócone przez burzę drzewo. Pewnie było zbyt słabe żeby wytrzymać napór wiatru, poddało się by teraz posłużyć wędrowcowi jako punkt obserwacyjny, ponieważ gdy tamten na nim stanął mógł wyjrzeć ponad wierzchołki drzew. Ze zbocza wzgórza, na którym leżał powalony pień rozchodził się wspaniały widok na dolinę, na jezioro, dom – ale nie tam prowadziła go moc – i na skały. Wyglądały jakby pewna potężna i ogromna dłoń przecięła wzgórze na pół, jedną część zabrała pozostawiając drugą z postrzępionym skalnym brzegiem. Tam właśnie, na tym niezwykłym postumencie, jak marmurowy posąg stała ona. Znieruchomiał i patrzył. Nasycał się tym widokiem, chłonął go całym sobą, napełniał nim myśli. Powietrze iskrzyło wokół jego ręki. Czuł napięcie, cały stał się napięciem i wtedy ona odnalazła go wzrokiem i myślami.

Pojawili się niewiadomo skąd, niewiadomo kiedy. To miejsce po prostu było dla nich stworzone, przeznaczone im by mogli cieszyć się sobą nie niepokojeni przez nikogo. Śmiertelnicy nie wiedzieli o jego istnieniu. Choć byli śmiałkowie zapuszczający się w głuszę leśną w poszukiwaniu przygód i ekscytujący się nieznanym, żaden nie zawitał w pobliże ich azylu. Niewiadomego pochodzenia myśl „tam nie ma nic ciekawego” była tak sugestywna, że nie pozostawiała wędrowcom wyboru i bez sprzeciwu omijali ten zakątek. Ta sama myśl odwracała ich uwagę od pustego miejsca na mapie – „tam po prostu nic nie ma”. Nie zdawali sobie sprawy z tego, jak tajemne moce oddziałują na ich umysły. Byli parą nieprzytomnie w sobie zakochanych ludzi. Kiedy to się wszystko zaczęło? To była chwila, moment, w którym się pierwszy raz zobaczyli. On utonął na dobre w jej oczach, ona spłonęła w jego wzroku. Pierwszy dotyk, styk dwóch tak różnych energii sprawił, że coś zaiskrzyło i to dosłownie. Nikt już nie zliczy jak długi czas minął od ich pierwszego spotkania, ile pokoleń zdążyło się urodzić, dorosnąć, dojrzeć i umrzeć. Oni mieli swój czas a właściwie to byli poza czasem. On nie miał na nich wpływu. Jedyne zmarszczki, jakie się pojawiały to te na jeziorze i wywołane tylko przez wiatr. Kim lub czym tak naprawdę byli? Nie mieli imion. Byli energiami, mocami umysłów, aniołami-posłańcami. Byli emocjami i uczuciami. Zanim się spotkali ich życie wyglądało zupełnie inaczej. Gnani przez siłę wyższą przemykali wśród ludzi jak cienie. Wnikali w myśli by nimi pokierować. Pojawiali się jak zjawy przy uchu, chwilę później stapiali się z myślami tak, że ofiara nie była niczego świadoma. Jako mistrzowie w swoim fachu szczycili się finezją swojej sztuki, subtelnością działań i wielkością efektów. Bawili się tym, lecz nie rywalizowali. Każde miało inne pole do popisu. Ona – pełna melancholii, zamyślenia, była zatraceniem. Podszeptywała kobietom „przemyśl to”, „myśl o nim”, „czekaj, może wróci…”, „a może już mnie nie kocha?”, „co ja teraz zrobię?”, „jednak jestem beznadziejna…”. Potrafiła doprowadzić do otępienia, osamotnienia i depresji. Sprawiała, że ofiary tonęły w swoich myślach poświęcając im każdą wolną chwilę. Silniejsze zrzucały okowy cierpienia, otwierały oczy na świat i znów widziały jasność słońca, czuły zapach kwiatów. Słabsze wpadały w depresję, chowały się w sobie, zamykały cały świat w swojej głowie nie chcąc nigdy z niego wychodzić. Trudno powiedzieć, które z nich stanowiły małe sukcesy. On – przesiąknięty ironią, sarkazmem, krzewiciel rozgoryczenia. Gdy wnikał w umysły sprawiał, że zamiast miłych słów pojawiały się te jadowite niszczące bliskość i oddalające ludzi od siebie. Zmazywał uśmiechy, gasił błyski w oczach i zamykał je na jakiekolwiek radości życia. Ludzie, których umysły odwiedził zazwyczaj bez pomocy innych zwykle nigdy już jej nie odnajdywali. Jednak trzeba przyznać, że dzięki muśnięciom ironii udało mu się zasugerować pewnym myślom pewnych osób by zmieniły punkt widzenia. Jakkolwiek pokrętna to logika, poczytywał to sobie za pewnego rodzaju osiągnięcie premiowane. Nie byli na wskroś źli, ale też na pewno nie grzeszyli dobrocią. Ich moce nie przemijały tak jak ciągle rodzili się ludzie. Pewnej sekundy, jej ułamka nawet, natknęli się na siebie i przepadli. Przepadli też dosłownie. By móc być razem musieli się wyrzec dotychczasowego życia, oddać część mocy i dać się związać. Takie były warunki sił wyższych, które miały potwierdzić zdeterminowanie kochanków. Nic nie było w stanie odwieźć ich od tej decyzji, jedyne, czego pragnęli to być razem. Stali się bardziej ludzcy. Ciała zyskały na realności, lecz straciły na niezniszczalności.

Patrzyli na siebie. Żadne z nich nie mogło uczynić kroku. Melodia, którą grały dwa serca przybierała na sile, opowiadała o niesamowitej tęsknocie i smutku rozstania, o nadziei napełniającej ich serca, o żalu, o przebaczeniu… o zapachu jej włosów, o smaku jego pocałunków. Jej szat…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%