Inne · 13 min czytania
Zatrzymany w czasie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Na niewielkim wzgórzu, pośród mizernej zieleni, wznosi się betonowe osiedle. Kilka wielopiętrowych bloków, a najwyższy, dziesięciopiętrowy, dumnie góruje nad pozostałymi. To w nim mieszka on, Bolo. Jeszcze nie stary, ale już niemłody. Włosy wprawdzie dość przerzedzone i posrebrzone, twarz pomięta, zęby mocno zużyte, sylwetka z lekka przygarbiona, lecz oczy płoną jakimś dziwnym blaskiem, jak gwiazdy w mroku. Można w nich dojrzeć tęsknotę, żal, czasem błysk nadziei, a wszytko to w kolorze orzechów. Takie złotawo-brązowe, a czasem zielonkawe, zależy od dnia i pogody. Na dziewiątym piętrze, w niewielkim M-trzy, pod numerem czterdziestym ósmym, czas się zatrzymał. To jego czas, Bola. Kupił to mieszkanie, na początku lat osiemdziesiątych, za uciułane z trudem pieniądze. Kiedy dostał klucze i przestąpił próg, jego oczy zapłonęły jak latarenki, twarz pojaśniała, a usta same układały się do uśmiechu. Nareszcie spełnił swoje marzenie. Cieszył się, że już nie będzie musiał wieść tułaczego życia na stancjach. Jadać w barach mlecznych, tylko sam ugotuje obiad na nowiutkiej kuchence gazowej. Kiedy tylko zechce, zanurzy się w gorącej kąpiel, prześpi na wygodnym posłaniu i posłucha do rana muzyki z radia, obejrzy coś w telewizorze. Nikt nie będzie mu ograniczał dostępu do czegokolwiek co lubi. Ale żeby to wszystko robić, musiał nabyć potrzebne sprzęty. Najpierw kupił dużą, solidną wersalkę, potem szafki kuchenne, brązowy dywan, taki co się nie będzie brudził, segment do pokoju na całą ścianę, pościel, żyrandol, koniecznie wieloramienny. Od matki dostał emaliowany, granatowy czajnik, trzy używane garnki, aluminiową patelnię i swoją ulubioną pierzynę. Ciężka bo ciężka, ale ciepła i z domu, pachnąca dzieciństwem. Dokupił jeszcze talerze, sztućce i kilka niezbędnych drobiazgów. Kiedy zgromadził, to czego potrzebował, poczuł się jak panisko. Dla rodziny, biedującej na zapadłej, nadbużańskiej wsi, stał się bogaczem. Dwanaście lat temu skończył studia, potem otrzymał pracę z przydziału, z niezłą pensją, ale nie miał swojego kąta. Teraz nareszcie stał się posiadaczem własnościowego mieszkania, w dużym mieście. To był wielki, życiowy awans Bola. Przedtem pomykał chyłkiem między ludźmi, jakby się wstydził swojego ubóstwa, a teraz chodził dumnie, z wysoko uniesioną głową i patrzył każdemu prosto w oczy. Fakt posiadania własnego mieszkania, odmienił go, dodał odwagi, zaostrzył apetyt na życie. - Czas pomyśleć o samochodzie - mówił do ojca, podczas pobytu u rodziców. - Bolo, a po co ci auto, toż mieszkasz w wielkim mieście, wszędzie blisko, sklepy pod nosem, do pracy kawałek? - Tato, mając auto, częściej do was zajadę, mamę albo ciebie zawiozę do lekarza w razie potrzeby. Moi wszyscy koledzy z pracy już mają, to i ja nie chcę być gorszy. Ojciec podkręcił wąsa, przygryzł wargę i podrapał się po głowie. - Hmm... Tak mówisz? Synu, ambitny jesteś, to mi się podoba, ale czy dasz radę, stać cię? - dopytywał. - Niedawno wydałeś tyle pieniędzy na mieszkanie, na meble, a ja ci nie pomogę, bo sam widzisz jak jest w domu. Może weźmiesz na raty, bo auto pewnie dużo kosztuje, co? - Żadne raty, tato - oburzył się. - Tylko dziady biorą na raty. Jak zarobię, to kupię. Muszę pracować po godzinach. Dam radę. Nie ma pośpiechu. I zaczął dorabiać. Po dniówce, tyrał fizycznie na budowach u znajomych. Pomagał przy murarce, kopał rowy, zakładał instalacje elektryczne, bo na tym się znał najlepiej, aż w końcu po paru latach uzbierał na samochód. Kupił żółtego malucha. Cóż to był za dzień dla Bola. Od razu pojechał na wieś, pokazać rodzicom i poparadować przed sąsiadami. Ojciec z radości i rozpierającej dumy, postawił na stole flaszkę samogonu. Matka ukroiła parę kromek chleba, posmarowała smalcem, ale nie takim zwykłym, sklepowym, nie. Na taką okazję miała własnej roboty, z cebulką i skwarkami, bo to przecież święto w rodzinie, należało to godnie uczcić. Na talerz dołożyła kiszonych ogórków, też swojskich i siadła przy stole z tkliwością wpatrując się w swojego Bolusia. - No synu, oby ci się dobrze jeździło - ojczulek wzniósł toast, napełnioną do połowy musztardówką. Bolo wypił jednym haustem i otrzepał się. Potem były następne kolejki. Nawet nie pamiętał ile i kiedy urwał mu się film. Rano wstał z bólem głowy, ale szczęśliwy. Zjadł śniadanie, ochlapał twarz zimną wodą i odjechał. W swoim mieszkaniu, zanurzył zmęczone ciało w wannie, zapalił papierosa i uśmiechając się do ściany, mruczał. - Pełnia szczęścia. Mam mieszkanie, wannę z ciepłą wodą, meble i malucha, dobre zdrowie, cóż mi więcej potrzeba? Rodzina zadowolona, sąsiedzi zazdrośni, wszystko jest tak jak chciałem. Po jakimś czasie zamarzył o podróżach, bo skoro uzbierał na własny kąt i auto, to na podróże uzbiera, tak sobie myślał, wodząc palcem po mapie. - Ale bez obcego języka, ani rusz - mruczał nieco zmartwiony. Zaparł się i ukończył kurs języka angielskiego. Znowu miał powód do dumy. Z kolegów, mało który znał język obcy, poza rosyjskim. Odłożył trochę pieniędzy, więc podróże były już blisko. Ale w tamtych czasach, gdzież on mógł pojechać? Najwyżej do tak zwanych „Demoludów”. Najpierw pojechał na Węgry, za jakiś czas do Bułgarii, do Lwowa i na tym skończyły się jego zapędy podróżnicze, nie mówiąc o tym, że raz pojechał nad morze, z Funduszu Wczasów Pracowniczych, w nagrodę od dyrekcji zakładu. Uznał, że to i tak dużo. Nikt z jego wsi nie przekroczył granic kraju, a mało kto znał miasto wojewódzkie. Dla rodziny był nadal kimś. - On jeden z naszych wyszedł na ludzi - chwalił się ojciec przed znajomymi. - Tylko mnie martwi - dodawał - że lata mu lecą, a nie ma kobiety. Samemu chłopu ciężko żyć. Bez kobiety się zmarnuje i nazwisko zaniknie, bo to jedyny syn. To była prawda. Bolo miał już wszystko o czym marzył, ale nadal wiódł życie samotnika, chociaż bardzo chciał mieć żonę i dzieci. Był przystojnym mężczyzną i leciało na niego sporo panien z rodzinnej wioski, z pracy, lecz on miał dość specyficzne wymagania. Jego kobieta powinna być ładna, zgrabna, z dużym biustem, z długimi blond włosami i to naturalnego koloru, oszczędna, rozsądna, do tego dobrze gotować i słuchać męża. No, jeszcze…