Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Komedia · 10 min czytania

Zawieruszona chałupa

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Przesączona pełnią zielonych, kwiatnących odcieni, gorąca i ociekająca sokami życia przybyła w końcu do kraju. Zapuszcza kwiaty, kładzie roślinne dywany, wkrada się wszędzie, nawet w łaski naszych serc. Nadejście wiosny spowodawało, że Kantek koniecznie musiał się gdzieś wyrwać. Wyjechał na kilka dni do nadmorskiego kurortu. Niestety praca czekała, tak więc wracał obecnie pośpiesznym pociągniem, strudzony wypoczynkiem. Kiedy tak sobie siedział przy oknie, patrząc na migawki krajobrazu, myślał o swoim różowym foteliku, swoim karmazynowym domku, swoim osiedlu i ostatecznie o całym miasteczku Lamposz. Zastanawiał się kogo będzie mógł spotkać, jak wróci. Kiedy zdrętwiała mu noga, postanowił ruszyć się jakoś i wyjął z plecaka podręczny telewizor. Musiał podstawić do okna, gdyż metalowa konstrukcja zjadała informacyjne fale. Próbował złapać coś, pokręcając takim dzwinym, poręconym pokrętłem i nic. Już miał zrezygnować, gdy nagle ze śniegowego szukumu zaczęła układać się jakaś sylwetka. To była pani prezenterka z lokalnych wiadomości. Chwilę później młody usłyszał jej w pełni profesjonalny głosik: - Tajemniczy “doktor ortografiuś” znów w akcji. Dzięki niemu Piotruś – uczeń drugiej klasy gimnazjum – napisał poprawnie słowo “huk”. Udało nam się zrobić wywiad z bohaterem. Prezenterka, wypowiedziawszy swoją kwestię, schyliła lekko głowę, a na ekranie pojawił się mężczyzna z brzuszkiem i czarną, lateksową maską na głowie, która posiadała dwie dziurki na siwe wąsiki. Zza sylwetki wyglądały skrawki pelerynki, a na piersi widniała wielka litera “O” haftowana ręcznie. - Ależ to nic takiego – rzekł skromnie. – Muszę jednak przyznać, że tym razem było wyjątkowo ciężko. Skradałem się do tylnich drzwi domu Piotrusia. Było tak ciemno, że nawet w okularach nic nie widziałem. Na domiar złego wpadłem w błoto, ubrudzając nowe spodnie! Jednak nie poddawałem się, gdyż dobro musi zwyciężyć. Dzielnie przeskoczyłem chmurę komarów i dopadłem drzwi. Kiedy stanąłem na progu jego pokoju, zauważyłem z przerażeniem, że dopisywał “c” do wyrazu “huk”. Złapałem się za policzki, myśląc, iż za późno na ratunek, ale otrząsnąłem się i skoczyłem na Piotrusia. “Lecę za wolno” – myślałem. Pelerynka mnie hamowła. To były chwile grozy. Okazało się jednak, że zdążę. Obezwładniłem Piotrusia w porę. Jak to się mówi: “lepiej zapobiegać, niż leczyć”. Na końcu superbohater uśmiechnął się mile i znów na ekran wróciła prezenterka. - Dobrze powiedziane – skomentowała. – A teraz wiadomości z zagranicy... Kantek poczuł się jak nieużytek. On dla edukacji... ba... nawet ogólnie dla kraju nic nie zrobił. - Taki “droktor ortografiuś” to jest ktoś – wzdychał. – Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy – jestem życiowym zerem. - Nieprawda – odezwał się nagle jakiś mężczyzna w przejściu. Zaskoczony Kantek podskoczył i szybko spojrzał na źródło głosu. Jego oczy, zawierające znaki zapytania, dostrzegły dość młodego pana, wyglądajacego na filozofa. Stał w bezruchu z uśmieszkiem, lecz ocnkął się zaraz, rzekłszy: - Ach... gdzie moje mianiery? Zapomniałem się przedstawić. Jestem Marek Siup – prywatny filozof. Prowadzę jednoosobową firmę “zgłębianie i wyjaśnianie tajemnic wszechświata”. Miło mi. Po tych słowach wysunął prawą rękę do długowłosego. W takim razie Kantek przedstawił się i uścisnął dłoń Pana Siupa. - A ile kosztuje powiedzmy taka jedna godzina filozofowania pańskiego? – spytał. Filozof wyjął cos zza siebie. Dopiero teraz Kantek zobaczył, że jego gość ma teczkę, z której obecnie wydobywał jakiś arkusz papieru. Podał go chłopakowi i powiedział: - Proszę, oto cennik oraz rodzaj oferowanych usług, ale jedną radę mogę panu dać za darmo: niech pan nie wstydzi się siebie, bez względu na to, co mówią. Kantek na te słowa odpowiedział ładnie: - Dziękuję, Panie Hop. - Jestem Pan Siup. - Och, przepraszam. Dziękuję Panie Siup. - Nic się nie stało. Może pan mówić mi po imieniu. No, na mnie już czas. Powodzenia życzę – zakończył filozof i zniknął w przejściu. Kantek ponownie usiadł, wlepił nos w szybę. Pociąg wił się jakąś doliną, dochodząc do celu. Jeszcze tylko jeden wiadukt i zaczął hamować. Jeszcze tylko jeden zakręt i już było widać stację. Zbliżał się wieczór, więc otulona została ciemnościami, ale momentalnie rozjaśniała promieniami sztucznego światła. Maszyna wreszcie zatrzymała się całkiem i chłopak stanął w kolejce do wyjścia. Wydostał się szybko, gdyż nie było tłoku. Idąc do domu, spoglądał sobie na fragment Drogi Mlecznej i zielony Księżyc. Ach... jakie to wszystko piękne i naturalne. Co? Zielony Księżyc? Kantek, od kiedy Księżyc jest zielony? - Nie wiem, Maciek – odpowiedział mi bohater. – Jesteśmy zmęczeni – to nie może być prawda. Tak,…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%