Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 42 min czytania

Zawodowy morderca

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

W ostatnim czasie w Szczecinie wzniesiono wiele bloków mieszkalnych. W jednym z tych nowopowstałych budynków, nie zniszczonych jeszcze upływem czasu, w mieszkaniu wynajętym na najwyższym piętrze siedział trzydziestoletni mężczyzna, wysoki i szczupły, z poważną miną, starannie ogolony i elegancko ubrany. Jego wygląd od razu mówił, że jest zamożny. Mieszkanie, w którym teraz się znajdował, służyło mu tylko po to, by odbywać w nim spotkania z podwładnymi sobie ludźmi, którzy nie musieli znać jego prawdziwego miejsca zamieszkania. Był pod tym względem bardzo ostrożny, co w jego fachu było pożądaną cechą. Wybiła godzina siedemnasta, lada chwila do mieszkania powinien przyjść jeden z jego ludzi, który służył mu za pośrednika ze szczecińską policją. Albert Franciszek Rojko, bo tak się nazywał ów elegancki pan, wyciągnął grube cygaro i zapalił je ze smakiem. Zaciągnął się parę razy, po czym usłyszał pukanie do drzwi. - Wchodź – krzyknął i po chwili w pomieszczeniu, w którym siedział, pokazał się oczekiwany przez niego człowiek. - Witam, panie Franko – skłonił się w jego stronę. - Witam. Siadaj i mów, co się dzieje. Albert Franciszek Rojko wśród ludzi, z którymi pracował, był nazywany Alem Franko. Uważał, że brzmi to lepiej niż Albert Franciszek, trochę przywodziło mu to na myśl włoskie nazwisko. Poza tym było bezpieczniej posługiwać się zmienionymi personaliami. Przybyły człowiek usiadł w na krześle po przeciwnej stronie stołu, przy którym siedział Al Franko. - Otóż jest problem – zaczął gość - policja zapowiedziała, że od teraz nie będzie z nami współpracować. Nie możemy liczyć na żadne ustępstwa z ich strony, a komendant nie ma zamiaru przyjmować więcej pańskich łapówek. Zaczęli ścigać naszych ludzi jak psy i przymknęli pana najlepszego zabójcę, Karskiego. Mówią, że mają coś na niego, choć nie wiem co, oraz że teraz się im już nie wywinie. - Skurwysyny. O co im chodzi? Co im się nie podoba? Przestały ich interesować nasze pieniądze czy co? – spytał Franko. - Nie, nie chodzi o pieniądze, na to nasz komendant zawsze poleci. Chodzi o to, że się boją. Ktoś chodzi po Szczecinie z gnatem i strzela do ludzi bez powodu. Jest ponoć siedem ofiar, nie mających nic wspólnego z naszymi interesami, a najgorsze, że jedną z tych ofiar padł policjant. Nikt ważny, jakiś zwykły posterunkowy, ale to przegięło pałkę. Komendant mówi, że nie może ryzykować współpracy z nami, jeśli będziemy tak się zachowywać. - My? Gwarantuję ci, że my nie mamy z tym nic wspólnego. Z naszej ręki już od dość dawna nikt nie zginął, a policjanta bym nie tknął. Mam za dużo do stracenia, żeby babrać się w takim gównie. My tego nie zrobiliśmy – głos Alberta Franko był opanowany i spokojny, mimo iż wieści od łącznika z policją były niepokojące. - Ja się domyślam, że pan nic takiego nie kazał zrobić, ale policja myśli, że to pańska sprawa. Wszystko złe, co się tu dzieje, jest kojarzone z naszą działalnością. - Dobrze, dziękuję ci za informację – rzekł Franko zamyślonym głosem, wręczając gościowi plik stuzłotowych banknotów - już jakoś sobie poradzę z tym problemem. Możesz iść. Łącznik opuścił mieszkanie, a Al Franko zatelefonował do innego człowieka. Był to jeden z braci Wysockich, najlepszych „tropicieli” pracujących dla niego. Wezwał obydwu braci do wynajętego mieszkania, kazał im być za godzinę. Czekając zapalił kolejne cygaro i nalał sobie whisky do szklanki.

Po niespełna godzinie przybyli oczekiwani bracia. Było po nich widać, że są rodziną, wyglądali bardzo podobnie, różnili się głównie tym, że twarz jednego z nich zdobiły gęste wąsy, a drugiego nie. Przywitali się kurtuazyjnie ze swoim szefem, tak jak tego wymagała mafijna etykieta, po czym usiedli przy stole. - Czy słyszeliście, panowie, o dokonanych ostatnio w naszym mieście morderstwach? - Tak. Przypuszczamy, że ofiarami były osoby, które w jakiś sposób zalazły panu za skórę… - uśmiechnął się jeden z braci Wysockich. Al Franko odwzajemnił ironiczny uśmiech, po czym rzekł: - Otóż nie, ja nie mam z tymi ludźmi nic wspólnego. Nie mam pojęcia, kto ich zabił, ale chciałbym to wiedzieć. Dlatego wezwałem was. Jednym słowem, chciałbym was prosić, żebyście znaleźli owego mordercę i przyprowadzili go do mnie. Przypuszczam, iż działa na własną rękę, bo żadna „organizacja” nie zostawiałaby trupów na ulicy, ale jeśli jednak mamy do czynienia z jakąś „organizacją”, to będziemy mieli problem. Oczywiście każdy problem da się rozwiązać – uśmiechnął się znowu, po czym dodał – ale to już nie wasze zmartwienie. Al Franko nie lubił nazywać mafią ani swojej, ani żadnej innej grupy przestępczej, dlatego określał je przeważnie słowem organizacja. - Zrobimy wszystko, co będzie trzeba – zaoferowali się z uniżonością bracia. - Na razie trzeba wytropić tego złego człowieka. Ruszajcie więc. - To nie będzie łatwe, ponieważ nie mamy żadnego punktu zaczepienia, ale zrobimy, co w naszej mocy. - Liczę na was, na pewno wam się to opłaci. Bracia Wysoccy opuścili mieszkanie, a Albert Franko dzwoniąc po swojego szofera nalał sobie kolejną porcję whisky. Czekając wypił ją dość szybko, po czym zszedł na dół i wsiadł do czarnego mercedesa, który właśnie zaparkował pod blokiem. Kazał szoferowi zawieźć się do swojego prawdziwego, wielkiego domu.

Bracia Wysoccy przez parę dni nie wiedzieli, jak mają zabrać się za szukanie mordercy. Analizowali wszystkie fakty, które znali i udało im się wywnioskować parę rzeczy, które mogły okazać się pomocne. Otóż po pierwsze, wszystkie ofiary zabito w nocy, gdy ulice były puste a ludzie ci akurat wędrowali gdzieś po nich samotnie. Po drugie większość ofiar była ludźmi młodymi i byli to sami mężczyźni. Po trzecie i najważniejsze, sześciu ze wszystkich siedmiu zabitych zostało zamordowanych w dzielnicy Niebuszewo, można więc było przypuszczać, że kolejny młody mężczyzna również padnie ofiarą w tej dzielnicy. Bracia postawili hipotezę, że zabójca atakuje tych ludzi tylko po to, by ich okraść. Nie były to żadne przemyślane morderstwa, po prostu jakiś psychopata napadał z pistoletem na ludzi i strzelał im przeważnie prosto w głowę, a trupy zostawiał na ulicy, nie sprzątając nawet po sobie. Braciom udało się także dowiedzieć, że przy pozostawionych ciałach nigdy nie znajdowano portfeli, telefonów ani żadnych wartościowych rzeczy. Musiały więc być to morderstwa na tle rabunkowym.

Po całym Szczecinie kręciło się teraz mnóstwo policjantów, najwięcej oczywiście po Niebuszewie, oni też odkryli, że tutaj padło najwięcej ofiar. Chodzili bezradnie, nie wiedząc, jak zabrać się za szukanie przestępcy. Zatrzymywali ludzi na ulicy i przeszukiwali ich, w nadziei znalezienia przy nich pistoletu, z którego dokonano strzałów do ofiar. Wynikiem przeszukań było jedynie zatrzymanie wielu ludzi mających przy sobie narkotyki, ale nie o to przecież chodziło. Jednak Albertowi Franko przeszukania te nie były na rękę, ponieważ duża część ludzi zatrzymanych przez policję za posiadanie narkotyków, należała do pracujących dla niego dealerów. Ponaglił więc Wysockich, by przyspieszyli trochę poszukiwania. Bracia, którzy znaleźli już punkt zaczepienia, zagadywali teraz kręcących się w nocy po Niebuszewie młodych chłopaków. Podawali im numer telefonu i kazali pod niego dzwonić, gdyby ktoś próbował ich napaść lub gdyby widzieli napad na kogoś innego. Obiecali dużą nagrodę za pomoc w schwytaniu zabójcy. Metoda ta okazała się skuteczniejsza niż policji, gdyż po niecałym tygodniu morderca został schwytany przez braci Wysockich, a policja początkowo nawet o tym nie wiedziała i kontynuowała własne poszukiwania.

Trzech około dwudziestoletnich chłopaków z Niebuszewa umówiło się na wieczorne spotkanie pod blokiem. Zakupili skrzynkę piwa, jak zawsze na takie spotkania i usiedli na ławce koło placu zabaw. Pili, rozmawiali głośno, śmiali się. Impreza była udana. Pijąc moczopędne piwo, co chwilę chodzili za róg bloku, by opróżnić pęcherz. O godzinie drugiej w nocy, gdy byli już podpici, jeden z nich udał się chwiejnym krokiem za blok. Zaczął sikać i nagle poczuł coś zimnego i twardego na skroni. - Dawaj kasę i telefon, gnoju, bo zabiję jak psa – syknął mu do ucha jakiś człowiek w kapturze, który podkradł się do niego niezauważony. Chłopak w pierwszej chwili nie pomyślał, że może być to ów morderca, o którym było ostatnio tak głośno. - Spierdalaj – warknął do napastnika i zaczął szykować się do walki, lecz zauważył, że ma do głowy przystawiony pistolet. Usłyszał ciche pyknięcie, po czym nic już nie widział i nie słyszał. Ciało osunęło się na ziemię, a zabójca pochylił się nad nim, by przeszukać kieszenie. Koledzy chłopaka, którzy siedzieli niedaleko, najpierw usłyszeli słowo „spierdalaj” wykrzyczane przez niego, więc zaalarmowani wstali i szybkim krokiem udali się za róg bloku. Po chwili usłyszeli przyciszony przez tłumik wystrzał z pistoletu. Za rogiem ujrzeli swojego przyjaciela leżącego w kałuży krwi i kucającego przy nim, zakapturzonego mężczyznę. W jednej chwili zdali sobie sprawę, co się stało, więc szybko się oddalili, póki morderca ich nie zauważył. Weszli do klatki schodowej i jeden z nich wyciągnął telefon. Przypomniał sobie, jak parę dni temu dwóch ludzi obiecało mu nagrodę za to, że powiadomi ich, gdy zobaczy jakiś napad. Wybrał podany przez nich numer i poinformował o zajściu mężczyznę, który odebrał. Następnie wraz z kolegą udali się na jeszcze jedno piwo – musieli się odstresować po tym, co widzieli. Następnego dnia w południe do owego chłopaka zadzwonił telefon. Był to mężczyzna, którego dzień wcześniej poinformował o napadzie, chciał mu wręczyć obiecaną nagrodę. Umówili się i po spotkaniu z owym wąsatym panem młodzieniec był bogatszy o tysiąc złotych.

Dariusz Baczko szczycił się tym, że nigdy nie odczuwał litości ani żadnych uczuć do innych ludzi. Był prawdziwym twardzielem, w szkole bił wszystkich rówieśników, pyskował do nauczycieli, niczym się nie przejmował. Był bardzo agresywny już jako dziecko, a gdy podrósł, jego agresja i nienawiść do innych stały się jeszcze silniejsze. Nigdy nie podjął żadnej legalnej pracy, a by mieć pieniądze na kokainę postanowił okradać ludzi. To było zajęcie, które sprawiało mu przyjemność i dostarczało dochodów. Lubił wyżywać się na swoich ofiarach. Zawsze nosił przy sobie nóż, rozkładaną metalową pałkę oraz paralizator. Przełomem w jego życiu był dzień, gdy udało mu się załatwić pistolet. Jeden ze znajomych miał dojścia i załatwił mu prawdziwego gnata oraz amunicję – od teraz Dariusz nie musiał już bić swoich ofiar, po prostu strzelał im w głowę i okradał zwłoki. Zabił tak już siedmiu ludzi, zwykle jego ofiary miały przy sobie jakieś 100 – 200 zł, ale dwa razy udało mu się trafić na facetów z paroma tysiącami w portfelu. Jedną z jego ofiar był policjant, ale nie miał z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia. Zabił kogoś, a ten pies niepotrzebnie próbował interweniować i aresztować go, musiał więc również zginąć. Baczko był teraz najbardziej poszukiwanym człowiekiem w całym kraju. Oprócz policji szukała go również szczecińska mafia, która musiała utrzymywać porządek we własnym mieście i nie na rękę było jej, by jakiś człowiek bez powodu mordował ludzi. Dariusz był jednak bardzo pewny siebie i nie przyjmował nawet takiej możliwości, by mógł go ktoś złapać, czy to mafia, czy policja. Strzelał, okradał i znikał, nie mieli jak go dorwać. Gdy wydał na kokainę wszystkie ukradzione wcześniej od swoich siedmiu ofiar pieniądze, postanowił dokonać kolejnego napadu. Było to teraz trudniejsze, ponieważ wszędzie kręciło się mnóstwo policji, ale wierzył, że da radę. Przechadzał się nocą po „swoim” Niebuszewie, wyglądając ofiary. W pewnym momencie dostrzegł dogodną osobę w jeszcze dogodniejszym miejscu. Jakiś pijany chłopak właśnie stanął za blokiem, by opróżnić pęcherz. Wokół nie było nawet śladu żadnego policjanta, więc mógł działać. Założył kaptur, podkradł się do sikającego młodzieńca i przystawił mu lufę do skroni. - Dawaj kasę i telefon, gnoju, bo zabiję jak psa – syknął. - Spierdalaj – warknął tamten. To rozwścieczyło Dariusza, więc bez namysłu pociągnął za spust. Chłopak padł na ziemię, jego mózg rozbryznął się na ścianie bloku, a Baczko przykucnął, by zabrać mu pieniądze. Znalazł portfel i telefon i zaczął się oddalać. Nagle z ukrycia wyłoniły się jakieś ciemne postacie. Dariusz został otoczony przez pięciu mężczyzn. Byli to ludzie braci Wysockich, których mieli porozstawianych po całym Niebuszewie i tylko czekających na ich sygnał. Gdy Wysoccy dostali cynk od kolegów zamordowanego, od razu dali znać swoim podwładnym gdzie jest morderca, a oni go otoczyli. Baczko wyjął pistolet i chciał ich nim postraszyć, lecz mina mu zrzedła, gdy zobaczył, że każdy z tych facetów również mierzy do niego z broni. Więc jednak go dorwali. Pierwszy raz w życiu Baczko poczuł strach, który jednak po chwili przerodził się we wściekłość. Po co ci ludzie się wtrącają?! Gówno ich obchodziły jego zabójstwa! Teraz jednak nic już nie mógł zrobić, był pewny, że ci faceci go zabiją. Nie miał jednak zamiaru tak po prostu dać się zastrzelić. Skoro wiedział, że i tak zginie, postanowił chociaż postrzelić kilku z napastników. Wycelował pistolet w najbliżej stojącego mężczyznę i już miał pociągnąć za cyngiel, gdy nagle coś pociągnęło jego rękę w dół. Od tyłu został obezwładniony przez dwóch facetów. Próbował się wyrwać, ale nic nie mógł zrobić, tamci trzymali go mocno. Strzelił, jednak pocisk trafił w ziemię. Po chwili wyrwali mu pistolet. Baczko został lekko pobity i związany, po czym podjechał do nich jakiś czarny samochód, który ledwie był widoczny w ciemności, gdyż miał wyłączone światła. Dariusz został wrzucony do bagażnika i auto ruszyło. Nic nie widział, lecz słyszał rozmowę siedzących w środku mężczyzn: - Gdzie mam jechać? – spytał jeden, zapewne kierowca. - Do siedziby pana Franko – odpowiedział mu ktoś. - Myślałem, że mamy się go pozbyć – ktoś zaoponował. - Pan Franko chce go żywego – rzekł ten sam głos co wcześniej – ma co do niego jakieś plany. Po dziesięciu minutach szybkiej jazdy wóz się zatrzymał i Baczko został wyciągnięty z bagażnika. Dwóch mężczyzn zaciągnęło go do klatki jakiegoś bloku, po czym wprowadzili go po schodach na samą górę. Zapukali do mieszkania. - Wchodźcie – krzyknął jakiś głos i mężczyźni weszli wraz z więźniem. W środku siedział elegancki pan palący cygaro. Z poważną miną kazał posadzić schwytanego naprzeciw jego stołu, dwaj mężczyźni usiedli w stojących kawałek dalej fotelach. - Witam pana – rzekł Al Franko. - Witam – odrzekł Baczko, po czym spytał - kim pan jest? - Mógłbym pana spytać o to samo. Nic o panu nie wiem, poza tym, że lubuje się pan w mordowaniu. Więc, z kim mam do czynienia? - Jestem Dariusz Baczko – powiedział z dumą w głosie więzień. Nie bał się już zdradzić swojej tożsamości, gdyż myślał, że i tak zostanie zabity. Przynajmniej zapamiętają jego nazwisko. Al Franko ledwie zauważalnie skinął ręką w jakimś geście, po czym jeden z siedzących w fotelach mężczyzn wstał i wyszedł. Baczko o tym nie wiedział, lecz gestem tym Franko nakazał owemu człowiekowi, by sprawdził podane przez niego imię i nazwisko. - Czy zabije mnie pan? – spytał po chwili milczenia Dariusz. - Początkowo miałem taki zamiar, ale doszedłem do wniosku, że szkoda byłoby marnować pański „talent”. Ludzie tacy jak pan są bardzo przydatni. Mógłby pan dla mnie pracować. Baczko zdziwił się bardzo, a zarazem poczuł ulgę. Szczycił się tym, że był nieustraszony, jednak żal byłoby mu umierać w tak młodym wieku. Miał dopiero trzydzieści sześć lat. Przez dłuższą chwilę nic nie mówił, więc Franko pomyślał, że jego rozmówca nie może się zdecydować. Spróbował więc go zachęcić: - Ile pan znajduje pieniędzy przy ludziach, których pan zabija? Sto złotych? Dwieście? Tysiąc? Za zabicie kogoś na moje zlecenie, dostałby pan co najmniej piętnaście tysięcy. Dariusz Baczko aż gwizdnął z zachwytu. Taka sumka to było coś. - Oczywiście, chciałbym dla pana pracować. Jestem zaszczycony, że składa mi pan taką propozycję. Chciałbym jeszcze tylko wiedzieć, z kim mam przyjemność… - Moi ludzie mówią na mnie Al Franko. Więcej na razie nie musi pan o mnie wiedzieć. Baczko słyszał to nazwisko. Mało kto go nie słyszał. Franko był najważniejszym człowiekiem w Szczecinie, jego wola zawsze była wypełniana. Był bardzo wysoko postawionym członkiem mafii, nad nim ponoć był tylko jeden człowiek, o którego tożsamości nie było nic wiadomo, nazywano go tylko „Najwyższą Instancją”. - A teraz przejdźmy do interesów – kontynuował Albert – Na początek, na tak zwany „okres próbny”, będziesz wykonywał polecenia pana Bitkowskiego – wymawiając to nazwisko wskazał ręką na siedzącego w fotelu mężczyznę. Baczko odwrócił się w jego stronę. Bitkowski skinął mu głową, a on odwzajemnił skinięcie. - Będziesz robił wszystko, co on ci każe, a po każdym zadaniu zgłosisz się do niego po wynagrodzenie. Resztę już panowie omówicie między sobą. No, możecie już iść. Baczko wstał i został poprowadzony przez Bitkowskiego w stronę wyjścia. - Aha, jeszcze jedno – rzucił za nimi Franko – panie Baczko, jeśli wykaże się pan lojalnością i zawodowstwem, może pan liczyć na szybki awans. Wszyscy się lekko uśmiechnęli, po czym nowy człowiek „organizacji”, wraz ze swoim przełożonym opuścili mieszkanie. Franko czekał na powrót mężczyzny, któremu zlecił sprawdzenie kim jest Dariusz Baczko. Chciał się jak najszybciej dowiedzieć wszystkiego o tym człowieku.

- Niełatwo było cokolwiek o nim znaleźć – zaczął mężczyzna, który właśnie wszedł do mieszkania Alberta Franko – dlatego, że nie ma on żadnej rodziny, nikt go nie zna, nie wiem czy ktoś w ogóle wie o jego istnieniu. - To dla nas bardzo dobrze – przerwał mu Franko z zadowoloną miną – takich ludzi nam właśnie trzeba. Będzie działał jak cień z ukrycia. - Jest tylko zarejestrowane jego urodzenie, to, że został ochrzczony, chodził do szkoły podstawowej, a potem ślad po nim zaginął. Nic więcej o nim nie ma. Matka nie żyje, a ojciec wyjechał z kraju, zerwał z nim kontakty. Więcej nic o nim nie znalazłem, przykro mi… - Nie ma sprawy, co trzeba, to już wiem. Jest dobry w tym co robi, więc może zastąpić nam Karskiego, który przez niego został przymknięty. Dziękuję - rzekł Franko, klepiąc swojego człowieka po ramieniu i wręczając mu parę banknotów.

Komendant szczecińskiej policji siedział w swoim gabinecie i wypełniał jakieś papiery. Za chwilę miał skończyć pracę i był umówiony na spotkanie z człowiekiem Alberta Franko. Ponoć miał mu jakąś ważną informację do przekazania. Trochę się obawiał tego spotkania, ponieważ ostatnio jego podwładni funkcjonariusze zamknęli paru ludzi Franka, co mogło go zdenerwować, a wszyscy wiedzieli jak kończą ci, którzy mu podpadną. Komendant wiedział jednak, że ludzie Franka nie ośmieliliby się go tknąć. Co prawda w ostatnim czasie jeden policjant został zamordowany, ale był to zwykły posterunkowy, a komendanta raczej by nie ruszyli. Poza tym nie było wcale pewne, czy to ludzie Alberta Franko zabili tego posterunkowego. Odczuwał jednak pewną obawę przed tym spotkaniem. Co prawda wcale nie musiał na nie iść, ale liczył na wznowienie współpracy z organizacją Franko, gdyż wtedy znów dostawałby od nich co miesiąc duże pieniądze. Zamknął gabinet i poszedł do swojego prywatnego auta. Pojechał nim w umówione miejsce. Człowiek od Franka już tam czekał, siedział w czarnym volvo i palił papierosa. Komendant wyszedł ze swojego wozu i wsiadł do samochodu tego człowieka. - Co masz mi do przekazania? – spytał na wejściu, bez wymieniania zbędnych grzeczności. - Witam, panie komendancie. Al Franko prosił, bym przekazał panu, iż morderca, który w ostatnim czasie narobił tyle szumu, został już uciszony. - Co to znaczy? Złapaliście go? - Tak. Nie narobi więcej kłopotów. - Kiedy został złapany? - Dwa dni temu. - To czemu nic o tym nie wiem? Moi ludzie nadal go szukają… - Już pan wie. Albertowi Franko było przykro, że podejrzewa pan o te zabójstwa jego organizację, więc postanowił ujarzmić mordercę. - Czy wydacie go nam? – spytał komendant z nadzieją w głosie. Złapanie tego bandyty przyniosłoby mu dużą chwałę. - Nie, już go nie ma. - Zabiliście go?! - Ja nic o tym nie wiem. Pan Franko kazał panu powiedzieć tylko, że więcej kłopotów nie narobi. Czy teraz możemy znów liczyć na przychylność z pana strony? - To zależy – odpowiedział komendant tonem kogoś, kto czegoś oczekuje. - Spodziewam się od czego – uśmiechnął się człowiek Franka – szef poprosił mnie jeszcze, bym w ramach przypieczętowania naszej przyjaźni przekazał panu to – wręczył komendantowi kopertę, w której znajdowało się dwa razy tyle pieniędzy, co ten zarabiał przez miesiąc w policji – taki mały dodatek do pensji. Komendant przeliczył pieniądze i uśmiechnął się. - Trafniejsze byłoby określenie, że to moja policyjna pensja jest dodatkiem do tego, co dostaję od pana Franko. Możemy wznowić naszą współpracę. Komendant wyszedł z wozu i wrócił do swojego. Wiedział, że na taki „dodatek do pensji” może liczyć w każdym miesiącu. Frankowi opłacało się dać taką sumę za to, że policja zostawi w…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Zawodowy morderca — czytnik · opowiadania