Zbrodnia · 15 min czytania
'Zażywaj'
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
To opowiadanie dedykuję Ani. Za wszystko i za nic.
Biuro
Jack Landon siedział na plastikowym krzesełku przed wejściem do gabinetu swojego szefa. Czuł napięcie, ponieważ cel zaproszenia nie był mu znajomy. Chcąc dać upust zdenerwowaniu, pocierał wierzchem dłoni o nadgarstek. Gdy zobaczył sekretarkę, wychodzącą z gabinetu, spłynęła na niego nieprzyjemna fala ciepła. Kobieta miała na imię Lily. Schowała jakieś papiery do teczki i zakomunikowała Jackowi: - Teraz pana kolej, proszę. Jack, wchodząc do środka, odwrócił głowę i wlepił wzrok w zgrabny tyłek Lily, opięty czarną, gustowną spódniczką, gdyż uznał to za kwintesencję drobnych przyjemności. Dopiero słowa szefa sprowadziły go na ziemię: - Cześć, Jack. Usiądź- powiedział, wskazując ręką fotel. Pokój był naprawdę przestronny, z panoramicznymi szybami, za którymi piętrzyły się wieżowce. Centrum pomieszczenia stanowiło biurko- wielkie i długie niczym pas startowy dla samolotów.. Po prawej stał regał, wypchany rozmaitymi książkami do granic możliwości. Gabinet bez wątpienia był urządzony w dobrym smaku, jednak- według Jacka- jeden detal zakłócał tę niemal doskonałą kompozycję. Tym szczegółem- paradoksalnie wielkim i tłustym- był łeb Geralda Goldinga, właściciela firmy ubezpieczeniowej, w której od roku pracował Jack. Golding to typowy grubas. Twarz, jak zwykle, pozbawiona zarostu. Płaski, szeroki nos wpleciony w tę szkaradną całość. Włosy- czarne niczym smoła- idealnie przystrzyżone. Gdy się uśmiechał, a robił to często, ukazywał światu garnitur śnieżnobiałych zębów. Tak, jest opasły, ale przy tym zadbany. Golding jest człowiekiem, który regularnie wypłaca wynagrodzenie, jednak nie jest to najważniejsze dla kogoś, kto w życiu ceni sobie przede wszystkim dobry charakter. Niestety- umysł Goldinga był miejscem, gdzie kumulowało się wiele negatywnych cech. Nawet jeśli posiadał drugą, tę lepszą twarz, to umiejętnie ją maskował. Kawał skurwiela, jak zwykł o nim mawiać Jack. - Witam, szefie. O co chodzi?- zapytał Jack, uśmiechając się niepewnie. Nienawidził tej sztucznej sympatii wobec Goldinga. - Pozwól, że przejdę do konkretów.- Jack zauważył w oku Goldinga chytry błysk. - Z pewnych przyczyn nastąpiła redukcja kilku etatów w firmie. Na swoich posadach zostali tylko Ci z wieloletnim doświadczeniem. Przykro mi, ta zmiana dotyczy także ciebie- rzekł z takim spokojem, jakby prowadził dyskusję na temat pogody w dniu wczorajszym. Jack, słysząc to, ani nie drgnął. Siedział nieruchomo niczym posąg. Powoli trawił słowa Goldinga. Po chwili ból dotknął serca, rozpętując burzę. Cisza, ciężka i niewygodna, zawisła w powietrzu jak mgła, zwiastując niedalekie wydarzenia. Myśli dziko szalały w jego głowie, obijając się o czaszkę. W końcu dotarły do ust, a stamtąd prosto do uszu Goldinga. - Mówisz to komuś, kto ma do wyżywienia żonę i dziecko, tak?! Golding siedział niewzruszony, a po chwili rzekł suchym i wyrachowanym tonem: - Daj spokój, Jack. Nie wezwałem cię po to, by się kłócić. Decyzja zapadła i nie ma odwrotu. Dostaniesz odprawę w wysokości pięciuset dolarów. Gniew przejął kontrolę nad Jackiem. Szczerze mówiąc, nie chciał, żeby w taki sposób kończyć współpracę, ale została już przekroczona pewna granica. Granica, która charakteryzuje się tym, że nie ma drogi ewakuacyjnej, kiedy już się ją pokona. - Zwalniacie ludzi, żeby samemu mieć wyższe pensje!- krzyczał Jack, nieco zdziwiony swoimi słowami.- Ty zachłanny grubasie! - Koniec z tym, Jack. Nie będę tolerował takiego braku wychowania, wyjdź stąd.- powiedział szybko Golding, okazując swoje oburzenie poprzez zmarszczone czoło i zły wyraz twarzy. - Wiesz, z ogromną chęcią opuszczę tę norę. Mógłbym do końca życia płacić, byleby nie spotkać więcej takiego pieprzonego egoisty, jak ty!- wrzasnął Jack i jednocześnie poderwał się z fotela. Wychodząc, trzasnął drzwiami. Zrobił to na tyle mocno, że jakaś starsza pani wychyliła się ze swojego gabinetu z zatroskaną miną. Jack nie oglądnął się za siebie. No cóż, czasami należy bezwzględnie spalić most, a później uciec. Uciec jak najdalej, by szpony przeszłości nie dosięgły zaschniętych ran. Był nieco roztrzęsiony, ale powodem tego była radość. Cieszył się, bo dokonał czegoś, o czym marzyło większość pracowników Goldinga. Ubliżyć mu. O tak, w pełni na to zasłużył! Bo to polega na tym: między każdym z nas, a resztą świata jest potężne lustro, które odbija wszystkie czyny, te dobre, i te haniebne. Echo przeszłości, które słychać w przyszłości. Zasada jest prosta- lustro odbija wszystko. Jack zbiegł po schodach i opuścił siedzibę firmy. Uśmiech leniwie wpełzł na jego usta. Obserwując go, nie miało się wrażenia, że to od kilku minut bezrobotny. Stał przed witryną sklepu odzieżowego, z dłońmi wbitymi w kieszenie. Wysoki, wysportowany facet, z okularami w stylowej, czarnej oprawce. Na sobie miał szary garnitur, którego poły delikatnie muskał wiatr. Był dobrze zbudowany, z wyraźnie zarysowanymi mięśniami. Tak naprawdę, nigdy nie narzekał na brak zainteresowania płci przeciwnej. Gwar ulicy- zazwyczaj uciążliwy- teraz był czymś miłym. Ludzie pędzili swoimi ścieżkami, a samochody dawały o sobie znać tysiącem dźwięków. Jack stał tak przez chwilę, zahipnotyzowany pozornie zwykłym ruchem. Gdy delektował się satysfakcją, jaką dała mu wymiana zdań z Goldingiem, postanowił pójść na piwo. Nieopodal była przytulna knajpa, w której można porządnie i zjeść, i wypić. Jack poruszał się szybkim krokiem, w międzyczasie bawiąc się komórką. Jak powiem Lily o dzisiejszym zajściu, pomyślał ? Odpuść sobie , później coś wymyślisz, natychmiast skarcił sam siebie w myślach.
Bar
Zapach dymu papierosowego, tak bardzo charakterystyczny dla miejsc tego typu, przypomniał mu o nałogu, który rzucił dwa lata temu, gdy na świat przyszedł Danny, jego syn. Jack doskonale znał tę knajpę. Według niego był to jeden z tych barów, które mają w sobie duszę. Po prawej stronie od wejścia mieścił się bar, gdzie obsługiwał poczciwy barman imieniem Paul. Stoliki zlokalizowane były centralnie, natomiast po lewej znajdowały się ubikacje. Na ścianach, oprawione w szklane ramki, wisiały reprodukcje znanych obrazów i grafik. Jack lubił im się przyglądać, gdy popijał piwo w towarzystwie przyjaciół. Teraz jednak nie zwrócił na nie najmniejszej uwagi. Po prostu pragnął czegoś mocniejszego, toteż usiadł przy ladzie baru na jednym z tych wysokich krzeseł. Na widok Jacka, Paul uśmiechnął się. Jego uśmiech- na porysowanej zmarszczkami, choć zadbanej, twarzy- był niezwykły, ponieważ eksponował rząd zębów nierównych niczym polskie drogi. - Dzień dobry, Paulie- przywitał się Jack. - Siemasz, Jack- odpowiedział Paul.- Co u ciebie, bracie? - No, Paul, nie będę ukrywał. Straciłem dziś robotę.- Uśmiech Paula z ociąganiem spełzł mu z ust.- Nalej mi jacka danielsa z coca-colą. Paul odwrócił się do Jacka plecami, mając teraz przed sobą półkę, która zastawiona była bogato wszelakimi alkoholami. Sięgnął po butelkę jacka danielsa, nalał najpierw whisky, a następnie colę. - Proszę, Jack- rzekł, stawiając przed nim szklankę.- A teraz powiedz mi, co tak naprawdę się stało. - Wybacz, nie mam dzisiaj ochoty poruszać tego tematu. Jesteś moim…